Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie, bo nie masz pojęcia o tem, co się dzisiaj stało.
— Czy mogę się dowiedzieć?
— Właściwie nie, ale mimo to powiem ci o tem. Z tej szczerości powinieneś poznać, że jesteśmy pewni swojej sprawy i że ucieczka twoja nie przydałaby się na nic.
— Więc mów!
— A więc najpierw — czy wierzysz, że przejrzelibyśmy wasze plany?
— Wiem, że je znacie.
— Chcieliście wywieść w pole białych jeźdźców i przy tej sposobności opanować oazę. Jechałeś przodem, ażeby pokazać drogę Wupie Umugi. Potem chcieliście tyki powbijać kędy indziej i zwabić za sobą blade twarze. Za nimi miał przyjść Nale Masiuw, by ich otoczyć i odciąć odwrót. Czy tak jest?
— Mój biały brat to odgadł.
— Tak, muszę to dobrze wiedzieć, bo inaczej nie przyznałbyś mi racyi. Następnie sam wiesz najlepiej, jak wzięliśmy cię do niewoli, zanim zdołałeś Wupie Umugi pokazać drogę tutaj.
— Wiem to.
— Widziałeś także, iż Winnetou odjechał z pięćdziesięciu wojownikami, ażeby powyjmować paliki i powtykać je we fałszywym kierunku.
— Widziałem.
— Well. Odjechaliśmy potem stąd, ażeby obserwować Komanczów. Przybywszy do Stu Drzew, zobaczyliśmy, że Winnetou dobrze zrobił swoją rzecz. Paliki szły w kierunku, który Wupę Umugi razem z jego ludźmi zawiedzie na pustkowie, gdzie niema wody.
— Uff!
— Tak, powiem ci nawet jeszcze otwarciej, że zastawiliśmy na niego daleko niebezpieczniejszą pułapkę, aniżeli sobie wyobrażasz. Paliki zawiodą go jutro w sam środek wielkiego, nieprzebytego pola kaktusowego,