Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Może nic?
— Wcale nic.
— On jest zakładnikiem w naszym ręku.
— Pshaw!
— I musi zginąć, jeśli któremuś z naszych stanie się coś złego.
— To niech ginie! Wpadł wam w ręce, ponieważ był mi nieposłusznym, a kto mnie nie słucha, z tym nie współczuję; on się mnie wyparł.
— Więc godzisz się na to, żeby zginął?
— Nie.
— Powiedziałeś to właśnie!
— W takim razie zrozumiałeś mnie fałszywie. Rozumiem to tak, że dla jego ocalenia nie poniosę żadnej ofiary, ale gdybyście go zabili, to pomszczę go na was krwawo; możecie mi wierzyć. Teraz już jestem gotów i nic mam ci nic do powiedzenia.
Wstałem, a Winnetou poszedł za moim przykładem. Komancze też się podnieśli. Apanaczka spojrzał na nas szczególnym wzrokiem. W jego oczach nie było gniewu, złości ani nienawiści ku nam; nazwałbym to niemal przychylnością i czcią, mimo, że starał się ukryć swoje uczucia i myśli. Tem lepiej widzieliśmy, że w Wupie Umugi gotowało się od złości i nienawiści. Szalał i walczył z sobą — nareszcie wybuchnął:
— A myśmy także gotowi!
— I już nie macie nam nic do powiedzenia?
— Teraz już nie!
— Ale później!
— Ja pomówię z moimi wojownikami.
— Zrób to zaraz i nie trać czasu, bo nasza cierpliwość mogłaby się wyczerpać!
— Pshaw! Są jeszcze inne drogi ocalenia!
— Ani jednej!
— Nawet kilka!
— A gdyby nawet sto było, nie przydałoby wam się to na nic. Jeśli nie będzie można inaczej, podpalimy kaktusy.