Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Uff! — zawołał przerażony.
— Tak, uczynilibyśmy to, gdyby nie było innego środka do zniewolenia was do poddania.
— Czy Old Shatterhand i Winnetou chcieliby zostać podpalaczami?
— Daj spokój takim pytaniom. W porównaniu z wami podpalacz jest jeszcze dobrym człowiekiem. A zatem pomów ze swoimi ludźmi i donieś nam rychło, co postanowicie.
— Dowiesz się o tem.
Z temi słowy na ustach odwrócił się i odszedł z Apanaczką, ale już nie w tej dumnej postawie, w jakiej przybył. My także wróciliśmy do naszych ludzi, ciekawych usłyszeć, cośmy zyskali na rozmowie z wodzami.
Oczywiście, że od tej chwili nie spuszczaliśmy Komanczów z oka. Chociaż atak z ich strony nie miałby sensu, musieliśmy jednak liczyć się także z tą możliwością i stać w pogotowiu do walki. Widzieliśmy tylko tych, którzy byli na przedzie, ale co się działo w tyle, to było dla nas ukryte. Dosiadłem przeto konia i jechałem krajem kaktusów tak długo, aż miałem przed sobą nietylko ich czoło, lecz bok. Zobaczyłem, że było tu co najwyżej trzydziestu Komanczów, a reszta odjechała głęboko w kaktusy. Wróciłem i zawiadomiłem o tem Winnetou.
— Chcą się przebić nożami przez kaktusy — powiedział.
— Ja także jestem tego zdania. Ale to im się nie uda.
— Nie. Zeschły kaktus jest twardy, jak krzemień, tak, że noże im prędko stępieją.
— Mimo to nie należy zaniedbywać niczego. Pojadę jeszcze raz, by ich obserwować.
— Mój brat może to uczynić, ale to niepotrzebne.
— Czy mogę pojechać razem? — zapytał Parker.
— Dobrze.
— A ja także? — dodał Hawley.
— Tak, ale nikt więcej. Sprowadźcie sobie konie!