Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdybyście nawet zwyciężyli, musielibyście zginąć z pragnienia, bo nie macie wody. Ale zwycięstwo wasze jest także niepodobieństwem. Oglądnij się! Nie macie gdzie rozwinąć się i jesteście tacy stłoczeni, że każda nasza kula musi trafić kilku waszych wojowników. My mamy wodę — a wy jej nie macie. My i konie nasze nie czujemy znużenia, wy zaś macie pragnienie i jesteście śmiertelnie zmęczeni. Rozważ to dobrze!
— Będziemy mimo to walczyć.
— Nie. Jesteś wprawdzie nieostrożny, ale chyba nie zwaryowałeś.
Spuścił głowę i milczał. Upłynęło sporo czasu bez słowa z jego strony — potem dopiero spytał głosem stłumionym:
— Co postanowilibyście o nas, gdybyśmy się wam poddali?
— Darowalibyśmy wam życie.
— Nic więcej?
— Nie.
— Bez koni i bez strzelb nie jesteśmy niczem; nie możemy ich oddać.
— A przecież je oddacie, jeśli tego zażądamy. Jeśli darujemy wam życie, będzie w tem aż nadto łaski. Gdybyście wy zwyciężyli, nie byłoby dla nas łaski, lecz musielibyśmy zginąć u słupa męczeńskiego.
Ścisnął pięści ze złością i zawołał:
— Że też zły duch zaprowadził cię nad Błękitną Wodę! Gdyby nie to, plan nasz musiałby się udać!
— To prawda — i dlatego sądzę, że to nie zły duch lecz dobry zaprowadził mnie nad Błękitną Wodę. Wy nie macie nadziei ujść nam i jeśli się nie poddacie, zginiecie. To chyba musisz zrozumieć.
— Nie, tego nie rozumiem.
— W takim razie opuściła cię dusza.
— Mam ją jeszcze. Pamiętaj o tem, że w naszym ręku znajduje się zabójca Indyan, którego nazywacie Old Wabble’m.
— A cóż on nas obchodzi?