Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A przecież tak powiedziałeś.
— Bob tylko żartować, pięknie żartować! Przecież Bob nie dać uciec Indyaninowi, skoro ma na niego uważać!
— Ale cóżeś mu przywiązał do pleców?
— Przecież massa Shatterhand widzieć. Indyanina nie bić, nie zakłuć, nie zastrzelić i nie wypuścić. Masser Bob być mądry i przebiegły — i przywiązać ośm długich tyk na plecach.
— Hm! Czy on na to pozwolił?
— Nie chcieć, ale masser Bob powiedzieć, że dać mu dużo policzków, a on potem dać sobie to całkiem spokojnie zrobić. Czy masser Bob nie być mądry i przebiegły, jak mucha na nosie?
Nie mogłem mu odpowiedzieć na to pełne ufności w siebie pytanie, bo Sziba Bigh zawołał z gniewem:
— Uff! Niech mnie biały brat uwolni zaraz od tych tyk.
— Czemu? — zapytałem spokojnie.
— Czy to się godzi dręczyć wodza w ten sposób?
— Ty nie jesteś tu wodzem, lecz jeńcem.
— Nie mogę usiąść ani leżeć.
— No, to musisz stać.
— Zdawało mi się, że Old Shatterhand traktuje nieprzyjaciół tak samo, jak przyjaciół!
— Jestem twoim przyjacielem. Tego nie zmieniają tyki na twoich plecach.
— Ależ to męka!
— Sądzę, że o ból nie dbasz.
— Pshaw! Nie ból mnie męczy. Czemu dałeś nigrowi rozkaz, żeby ze mną to zrobił?
— Ja mu tego nie nakazałem.
— A więc zrobił to z własnej woli?
— Tak.
— To zabiję go, skoro tylko odzyskam wolność.
— Tego nie zrobisz.
— Zrobię.