Strona:Karol May - Old Surehand 02.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie, to nie. Lubię cię i pomimo twego wrogiego usposobienia uważam cię wciąż jeszcze za mego przyjaciela. Zatrzymasz wszystko, co posiadasz, — co zaś do wojowników Wupy Umugi, to zobaczę, czy będzie można kierować się dobrocią. Zależy to całkiem od ich zachowania się względem nas.
— Jak się mają zachować? Wojownicy będą się bronili.
— Wolelibyśmy, żeby tego nie było. Jeśli my, niechcący przelewać krwi, mielibyśmy jej stracić choć trochę, to nie spodziewajcie się pobłażania. Mam jednakowoż nadzieję, że uda mi się wodza przekonać, iż opór byłby szaleństwem, i sądzę, że on uzna moje powody za rozumniejsze, aniżeli ty.
— Aniżeli ja? — spytał zdziwiony.
— Tak. Chciałem ci ulżyć niewolę jak najwięcej, i żądałem od ciebie tylko przyrzeczenia, że nie uciekniesz. Odmówiłeś mi, nie rozumiejąc tego, że ucieczka twoja zaszkodziłaby wam tylko, a nie pomogła. W ten sposób zmusiłeś mnie do surowości.
— Nie dałem przyrzeczenia, bo nie wiedziałem jeszcze o tem, co wiem teraz.
— A więc uznajesz, że nie pomógłbyś swoim?
— Tak.
— W takim razie jeszcze czas na przyrzeczenie.
— Daję je.
— Dobrze! Ale pamiętaj o tem, że twojem zachowaniem się możesz nietylko sobie, lecz także wszystkim swoim pomódz, albo zaszkodzić. Co uczynisz dobrego, czy złego, to odwetuje się także na nich. Jeślibyś złamał słowo, to kara spadnie nie tylko na ciebie, lecz także na nich.
— Ja go nie złamię!
— Dobrze! Ale czem mi za to zaręczysz?
Spojrzał na mnie z wyrazem zapytania w oczach, więc oświadczyłem mu:
— Słowu chrześcijanina mogę zaufać, lecz przyrzeczeniu czerwonego — nigdy.