Przejdź do zawartości

Miecz i lutnia czyli śpiewy wolności wolnego Polaka/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Franciszek Kowalski
Tytuł Miecz i lutnia czyli śpiewy wolności wolnego Polaka
Data wyd. 1831
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

MIECZ I LUTNIA
CZYLI
SPIEWY WOLNOŚCI
WOLNEGO POLAKA
PRZEZ
Franciszka Kowalskiego
TŁUMACZA MOLIERA
PODOFFICERA LEGII LITEWS. WOŁYNS.
Niech się ogień z ognia rodzi,
Niech się zbroją rąk tysiące....
(Pieśń Starców).




WARSZAWA.

1831.




SPIS RZECZY.


PIEŚNI.
Stronnica.
 5.
2. 
 11.
 13.
5. 
 18.
8. 
 25.
9. 
 30.
 33.
 36.

POEZYE.


Stronnica.
 60.
 63.
5. 
 66.
6. 
 69.
 73.
 80.
 82.
11. 
 85.
13. 
 90.
 93.









PRZEDMOWA,


Poezye i pieśni w tym zbiórze zawarte, ściągają się do okoliczności towarzyszących naszemu świetnemu oswobodzeniu. Długie dręczące nas jarżmo, wspomnienie pierwszych chwil powstania, i widok odmładzaiącéj się ojczyzny, natchnęły moje pióro, które, ubiegając się z braćmi moimi o chwałę walczenia w szeregach wolnych,  na oręż zamieniłem. Oby niniejsze poezye towarzyszyły naszym zwycięstwom, i zapalały serca walecznych naszych wojowników!... gdyby zaś przeznaczenie chciało abym poległ w obronie kochanéj matki, oby dla rodaków moich miłą były po mnie pamiątką! —

F. Kowalski.
1.
DWUDZIESTY DZIEWIĄTY
LISTOPAD.
(Na Nutę 3. Maj).


W całej Polsce i w Warszawie
Brzmią radością wszystkie kąty,
W uroczystéj, cnéj zabawie
Czczą dzień dwudziesty dziewiąty.
Wesół kraj, szczęsny kraj,
Gdzie Listopad przywiódł Maj.

Błyszczy zorza dla nas błoga
Gdy oręża Polak dopadł;
Naszą krew ssącego wroga
Wygnał z kraju precz Listopad.
Co za kraj, co za kraj,
Gdzie Listopad jest jak Maj!


Chciał ujarżmić nasze szyje,
Oburzała jego zdrada:
Lecz niech sam już póki żyje
Drży na wzmiankę Listopada.
Szczęsny kraj, wesół kraj,
W Listopadzie wspomniał Maj.

Bił, mordował nas bez granic,
Naszych dóbr i krwi nie szczędził;
Szumiał, huczał, miał nas za nic,
Lecz Listopad go przepędził.
Co za kraj! wszędzie Maj,
Jemu zimno, aj! aj! aj!

W Listopadzie z liściem razem
Upadł u nas tron mocarza:
Ukarz bunty, i ukazem
Zmaż Listopad z kalendarza.
Lżyj i łaj, cały kraj
W Listopadzie widzi Maj.


Już Ojczyzna żyć zaczyna
Niecne jéj stargane pęta;
Gońmy, sieczmy Moskwicina,
Niech Listopad popamięta.
Boże daj, Boże daj,
By Listopad przetrwał Maj!

Już nam wolno działać mężnie,
Wolno iść Żółkiewskich śladem;
Wolno walczyć, i potężnie
Grozić Moskwie Listopadem.
Co za raj! co za raj!
W Listopadzie świeci Maj.

Świetne błyszczą nam nadzieje
Gdyśmy klęsk rozbili chmurę;
Podłe szpiegi i złodzieje
W Listopadzie wzięli w skórę.
Co za kraj! co za raj!
Dla nich jesień, dla nas Maj!


Więc się wykluł orzeł biały,
Nic mu nie jest na zawadzie;
Pomnij rodzie Lecha cały,
Że się wykluł w Listopadzie.
Boże daj, by nasz kraj
W Listopadzie widział Maj!







2.
MARSZ
(Na Nutę Marszu X. Poniatowskiego).


Już nadchodzi boju czas,
Sprawie naszéj sprzyja Bóg,
Nieśmy szabel, grotów las,
Na widok ich zadrży wróg.
Smutny był nasz los!
Lecz już woła zemsty głos:
Miecz nasz polski zapomniany
Potrafi zgromić tyrany,
Miecz nasz polski zapomniany
Śmiertelny im zada cios.

Już zagrzmiała
Trąba śmiała,
W nas krew mężna zemstą wre:

Już pierżchają
Całą zgrają,
Rąbmy, sieczmy tłumy te.

Grżmi tam ryk dział,
Lecz Lecha ród
Co powstać śmiał,
Idzie wprzód.

Gdy dzielny Wódz
Idzie na bój,
Zdołamy zmódz
Wrogów rój.





3.
PIEŚŃ STARCOW.
(napisana w pierwszych dniach marca r. 1831).
(Na Nutę: „Czegoś oczki zapłakała).”


Już ku ziemi wiek nas tłoczy,
Wzrok już wroga nie doścignie;
Noga żwawo nie podskoczy,
Dłoń oręża nie udźwignie:
Lecz choć słońce nam zachodzi,
Serce bije w nas gorące:
Dziś jesteśmy wszyscy młodzi,
Żyjem tylko trzy miesiące.

Wieku! ulżyj dla nas znoju;
Wzroku! ścigaj wroga, węża:
Nogo! żwawo skocz do boju,
Dłoni! bierż się do oręża!

Niech się ogień z ognia rodzi,
Niech się zbroją rąk tysiące!
Dziś jesteśmy wszyscy młodzi,
Żyjem tylko trzy miesiące.

Nasze syny, nasze dzieci,
Wyprzedziły nas staruchów;
Dla nich sława słońcem świeci,
Bo też mało takich zuchów.
Lecz i nam się ruszyć godzi,
Gońmy tłumy pierżchające:
Dziś jesteśmy wszyscy młodzi,
Żyjem tylko trzy miesiące.

Miło w cieniu swych wawrzynów
Pędzić żywot nieskalany:
Miléj widzieć takich synów,
Co nam zdjęli z nóg kajdany.
Lecz nam dzisiaj któż przeszkodzi
Pójść w ich ślady jaśniejące?

Dziś jesteśmy wszyscy młodzi,
Żyjem tylko trzy miesiące.

To chłopacy rzescy, żwawi,
Nas zaś starość w więzach trzyma:
Ale niech kto co chce prawi,
Między nami starych niema.
Dziś syn z ojcem w równi chodzi,
W ojcu, synu, serce wrzące:
Bo jesteśmy wszyscy młodzi,
Żyjem tylko trzy miesiące.

Dalej! wiek nam ulżył znoju,
Wzrok sokolim pędzi lotem;
Noga skoczyć chce do boju,
Dłoń wywijać pragnie grotem.
Spieszmy bracia, czas uchodzi!
Nieśmy dusze zemstą wrzące!
Dziś jesteśmy wszyscy młodzi,
Żyjem tylko trzy miesiące.





4.
DZIEWCZYNA I KRAKUS.
(napisana w lublinie d. 11. stycznia).
(Na Nutę: Chałupeczka niska).


Targa swój wianeczek
W rzewnych łzach dziewczyna,
Że jej kochaneczek
Idzie do Lublina.
Bo w Lublinie są krakusy,
Żwawe chłopcy i wiarusy.

„Nie idź, nie idź Janku,
Śmierć tam grozi tobie;
Czyż ja bez ustanku
Płakać mam w żałobie.”
„Uśmiérz dziewczę swe katusze,
Ja Ojczyznie służyć muszę!”


„Ostre tam szabelki,
Kulki ołowiane;
Pójdziesz na bój wielki,
A ja żyć przestanę.“
„Utul dziewczę troski swoje,
Będziemy żyć wraz oboje.“

„Jak cię moskal srogi
Zrani lub zabije,
Jak wrócisz bez nogi,
Tego nie przeżyję.“
„Choć poniosę śmierć lub bliznę,
Lecz poratuię ojczyznę.“

„A więc z sobą razem
Zabierz twą dziewczynę;
Jak zginiesz żelazem,
I ja z tobą zginę.“
„Siedź, siedź, dla mnie Bóg cię chowa,
Daj buziaka, bywaj zdrowa!“





5.
KRAKUSY.
(Na Nutę: Nad strumykiem przy krzewinie).


Co za śmiałość, co za siła!
Zazdrość widzieć tych wiarusów;
Gdybym chłopcem się rodziła,
Tobym poszła do Krakusów:
Bo to chłopcy choć malować,
Bo to usta choć całować.

Takbym biegła na koniku,
I szabelką wywijała,
Bom z żołnierzy, co bez liku,
Nad krakusów niewidziała,
Widząc szereg ich ochoczy,
Mało dusza nie wyskoczy.


Ja się kocham w tych krakusach,
Choć Antolka mi zabrali,
I pobiegli na biegusach
Tam na wojnę, na Moskali.
Niech go biorą, niech z nim biegną,
Szkoda tylko jak polegną.

Bo krakusy są bez trwogi,
I walecznie i ochoczo
Z dzielnym Wodzem na swe wrogi
Za ojczyznę w ogień wskoczą,
Ale oni wrogów skrócą,
I pobiją i powrócą.

Skruszy się ich złość wzgardzona
O krakusów hufiec bratni,
I ojczyzna nie, nie skona;
Aż gdy padnie z nich ostatni:
Niech mój Antek męstwem pała,
Jeśli chce, bym go kochała,


Jeśli wróci, tom szczęśliwa;
Zginie, płakać będę skrycie,
Lecz mnie radość przejmie żywa
Że ojczyźnie dał swe życie.
Lecz gdy hańbą się okryje,
To go nie chcę póki żyję.





6.
MARSZ
LEGII LITEWS. WOŁYŃS: ZA BUG.
(Nuta: Nad strumykiem przy krzewinie).


Daléj bracia! wszyscy razem!
Słońce świecić nam zaczyna:
Dzielną dłonią i żelazem
Rospędzimy Moskwicina,
Zwłoka, zwłoka, rzecz to stara!
Daléj na koń! za mną wiara!

Marsz do Brześcia, Uściługa!
Skruszmy braci swych niewolę;
Tam czekają nas z za Buga
Litwa, Wołyń, i Podole.
Moskwa, próżna dla nas mara!
Daléj na koń! za mną wiara!


Wszak te piękne znacie raje
Które przemoc nam wydarła?
Ach, te nasze, nasze kraje
Podłym wrogom wydrzem z garła.
Naszych klęsk przebrana miara!
Daléj na koń! zamną wiara!

Naszych trudów kres już bliski,
Tam jest szczęście i dostatek!
Tam czekają nas uściski
Żon, kochanek, ojców, matek!
Tam roskoszy naszéj czara!
Daléj na koń! zamną wiara!

Z chorągiewką wiatr swawoli,
Brzęczy szabla, konik tańczy;
Spieszmy, i na naszéj roli
Zdepczmy, zgniećmy tłum szarańczy!
Zwłoka, zwłoka, rzecz to stara!
Daléj na koń! zamną wiara!





7.
KIRASSYERY
X. ALBERTA PRUSKIEGO.[1]
(Nuta: Z tamtéj strony Wisły).


O! ze wszystkich bohaterów
Co do boju konno biegą,
Niema jak pułk kirassyerów
Xięcia Alberta Pruskiego.

On w zareńskich okolicach
Łatwych zwycięstw zbierał plony;
I za męstwo, na przyłbicach
Napis miał „niezwyciężony


Dotąd nikt go nie zwyciężył,
Bo też z nikim niemiał sprawy;
Dziś go diable nadwyrężył
Biały Ułan, dziarski, żwany,

Czoło Moskwy, tłum olbrzymów
Bardzo ślicznie się odznaczył;
Bo miecz polski wśród dział dymów
Ledwo kilku minąć raczył.

Hulaj Moskwo! wiész dokładnie
Z jakim Polak thnie zapałem:
Tak postąpi, jak wypadnie,
Z Kirassyerów pryncypałem.

Więc ze wszystkich bohaterów
Co do boju konno biegą,
Niema jak pułk Kirassyerów
Xięcia Alberta Pruskiego.





8.
KOSYNIERY.
(Na Nutę: Alboż to my jacy tacy i. t. d.).


Wój tatulu co to znacy,
Co to idą za chłopacy,
Niosą kije wytocone,
I zelazem nasadzone,
I spicaste,
I końcaste,
I świécące,
I błyscące,
Wsędzie wraz po ctery?

„Wzdyć to nie są pasibzuchy,
To są Maćku wielkie zuchy,
Idą żywo choć piechotą,
I nie z musu, a z ochotą,

Idą śmiali
Na Muskali,
Niosą kosy
Na ich nosy,
Wzdyć to kosyniery.”

Cóz im Muskal wzdyć ucynił,
Co im zbroił, co zawinił,
Za co niosą, na nich kosy,
Za co mają ciąć im nosy?
Bo gdzie kosa,
Tam dzą łytki,
A bez nosa
Cłowiek bzydki,
Powiédzta mój tatu.

„Bo ty niewies co Muskale,
Co te Miemcy, te drągale,
Do Ojcyzny naséj wpadli,
Zrabowali i okradli,

Wyrabiali
Breweryje,
I deptali
Nase syje,
Na zgorzenie swiatu.“

Waj la Boga co ja słyse,
Lećwa skrócić te urwise,
Niech ich wiecna spotka zguba,
Chodźwa frycom natseć cuba,
Chodźwa bijwa,
Łotrów tnijwa,
Siecwa nosy,
Na bigosy,
Spieswa na wojenkę.

Kosyniery zapaleni
Juz Muskali nieraz cieni,
Zabierali im harmaty,
Bo to kuzden zuchowaty.

Niech wzdyć sobie
Wspomną fryce
Racławice,
Kościelnice,
Końskie i Dubienkę,

Waj dziś jene te złodzieje
Mają chętkę i nadzieię
Nam po karkach jeździć dumnie,
I panować nierozumnie,
Sumić, hukać,
Burcyć, fukać,
Hałasować,
Kraść, plondrować,
A to głowy puste!

Niema Pana Tadeusa,
Pan Skrzynecki tęga dusa
Nas powiedzie na Moskali
By oddali co zabrali,

Bo inacy
My junacy
Jak wpadniewa,
Prec potniewa
Wsystkich na kapustę.





9.
CHŁOPCY.
(Na Nutę: Wanda leży w cudzej ziemi).


Wtedy towar drogi będzie,
Gdy się kupcy mnożą,
Kiedy chłopców pełno wszędzie,
Diewczęta się drożą.
Nie jesteśmy serc ich bliscy,
Bo znas drwią te panie:
Poczekajcie, wyjdziem wszyscy,
To będziecie tanie.

Gdy nas wiele, nami gardzą,
Każdy brzydki, stary;
I nas mają za bajbardzo,
Jak zgniłe towary.

Lecz jak w marsowe zawody
Ruszym się po świecie,
Każdy będzie śliczny, młody,
A wy staniejecie.

Gdy nas miłość ku wam szuszy
Smutek serce tłoczy,
Zatykacie sobie uszy,
Odwracacie oczy.
Lecz jak przyjdzie wojna sroga,
I karabin strzeli;
To będziecie prosić Boga,
Byśmy nie ginęli.

Póki my was chcemy kochać,
Kochajcie wzajemnie,
Bo będziecie potem szlochać —
Ale nadaremnie.
Serca nasze się zatwardzą,
Wdzięk ich nie podoła;

Mieć was będziem za bajbardzo;
Gdy Ojczyzna woła.

Kiedy lejąc krew obficie
Zetrzem wproch moskali,
Wtedy dałybyście życie,
Byśmy was kochali.
Ale z tego nic nie będzie,
Dla was żal zostanie:
Chłopcy drodzy będą wszędzie,
Wy będziecie tanie.





10.
DZIEWCZĘTA.
(Na Nutę: Wanda leży i t. d.)


Gdy się kupcy zjadą zgrają,
I towar napłynie,
Wszyscy wszystko przebierają,
Otwierają skrzynie.
Tak gdy chłopców jest zawiele,
Którzy chcą się srożyć,
Wolno nam przebierać śmiele,
Wolno się podrożyć.

Kiedy warci, to chłopcami
Dziéwczęta nie gardzą,
Lecz ich, gdy są wietrznikami,
Mają za bajbardzo.

Wtedy nikt ich nie poszuka,
Będziem śmiać się, skakać;
Idźcie sobie do kaduka,
My nie będziem płakać.

Szczéra miłość nas poruszy,
I nas smutek tłoczy;
Nie zatknięte mamy uszy,
Niezamknięte oczy,
Lecz jak niemieć wam za winę
Miłość nad wyrazy,
Gdy kochacie na godzinę,
Po dwadzieścia razy.

Gdyście przy nas, to potężnie
Gromicie Moskali,
Gdyby przyszło bić się mężnie,
Tobyście zmykali,
Idźcie wprzód, i w każdym czynie
Bądźcie rycerzami:

Bo i w nas krew polska płynie,
I myśmy Polkami,

Za Ojczyznę nieście życie,
Czyż was wrogi straszą?
Skoro z chwałą powrócicie,
My nagrodą waszą.
Serca nasze kochające
Każdy z was zostanie:
Choćby były was tysiące,
My będziemy tanie.





11.
LIPIEC I LISTOPAD.
napisany w pierwszych dniach grudnia
tuż po rewolucyi
(Nuta: Polak nie sługa).


Już po rosprawie! śpiewajmy tralala.
Wiwat Listopad i Lipiec Paryski!
Tamten Burbona, ten wygnał Moskala,
Oba skruszyli przemocy pociski,
Dawaj tu puhar! już despotyzm opad!
Wiwat! niech żyją Lipiec i Listopad!

Lipiec, Listopad, są w ścisłej przyjaźni,
Widzą się z sobą przez lasy, przez góry;
Drżą samowładzce przed nimi z bojaźni,
Lipiec, Listopad, są wielkie figury.

Dawaj tu puchar! samowładzca opad!
Wiwat! niech żyją Lipiec i Listopad!

Moskal i Burbon w przyjaźni są równie,
Tamten otwarcie, ten z cicha pęk szkodził,
Lecz zapalone przygasły ich głównie,
Obóm Listopad i Lipiec nagrodził;
Dawaj tu puhar! ten i ów już opad!
Wiwat! niech żyją Lipiec i Listopad!

Burbon do Szkocyi szedł prosto, bez bitwy:
Moskal jak Mojżesz, z rozbitą swą siłą
Brnął przez Lubartów do Brześcia, do Litwy:
Wstąpił do piekła, po drodze mu było.
Dawaj tu puhar! laur im z głowy opad!
Wiwat! niech żyją Lipiec i Listopad!


Lipiec gorący, Listopad jest chłodny,
Oba dziś ogniem goreją i płoną:
Człowiek od jarżma ich sprawą swobodny,
Ujrzał w promieniach swą wolność wróconą.
Dawaj tu puhar! łańcuch z nóg nam opad,
Wiwat! niech żyją Lipiec i Listopad!





12.
PIEŚŃ
WOLNYCH STRZELCÓW.
(Na Nutę: Marszu z Frejszyca).


Czyj wzrok jest téj mocy,
Że dojrzy skowronka w chmurze,
Czyj szturmak wśród nocy
Utnie słomkę wlot?
Héj strzelcy! hej wiara!
Nasze to strzały,
Ej wrogu! ej wara!
Nie ujdziesz cały,
Bo cię obali mój niechybny grot.

Kacap tam koniem dżga,
Papapa, papapa, papapa, papapa,
Wal! niech łotr ani drga,
Papapa, papapa, papapa, papapa,
Papapa, pa!
Papapa, pa!
Papapa, papa, pa!

Po co też nam broi,
Nam tu nie trzeba złodziejów;
Po co tu wciąż stoi
Zbrojny ruski car?
Héj chodźmy na czaty,
Znana tu droga;
Z za drzewa, z za chaty
Palmy do wroga!
Niech ziemię gryzie, że nas łupił, darł.
Bierz na cel, niech nas zna,
Papapa, i t. d.

Wal! niech łotr ani drga,
Papapa, i t. d.

Gdy wszystkich powoli
Wystrzelamy jak bekasy,
Wrócim do swéj roli,
I do swoich chat:
A teraz, na łowy!
Stańmy zdaleka!
Niech kacap tu nowy
Jak chce ucieka,
Kulką porządną sięgnie go nasz brat.
Pal! niech łotr ani drga,
Papapa, i t. d.
Niech wolnych strzelców zna,
Papapa.... i t. d. —





13.
PIEŚŃ
LEGIONISTÓW LITEWSKO-WOŁYŃSKICH.
(Na Nutę: Pije Kuba do Jakuba).


Hej Wołyńce,
Ukraińce,
Daléj na koń wszyscy!
Żwawo, żywo,
Nie leniwo,
Bracia nasi bliscy!
Kto w lenistwie żyje,
Tego we dwa kije,
Łupu cupu, cupu łupu,
Tego we dwa kije.


Wy Litwini,
I Żmudzini,
Łączcie się w gromady,
Daléj w szyki!
Łap za piki!
Marsz za nami w ślady.
Kto jak baba gnije,
Tego we dwa kije,
Łupu cupu, cupu łupu,
Tego we dwa kije.

Podolacy,
Jacy tacy,
Daléj do pałasza!
Niech biegusy
Ruszą w kłusy,
Tam gdzie ziemia nasza.
Kto się przed nią kryje,
Tego we dwa kije,

Łupu cupu, cupu łupu,
Tego we dwa kije.

Marsz do Słucka,
Mińska, Łucka,
Wilna i Kamieńca!
Na swéj grzędzie
Bijmy wszędzie
Wroga odszczepieńca.
Kto go nie pobije,
Tego we dwa kije,
Łupu cupu, cupu łupu,
Tego we dwa kije.

W tamtym kraju,
Gdyby w raju
Wolność nam zabłyśnie,
Tam dziewczyna
Jak malina,
Słodko nas uściśnie

A kto bez niéj żyje,
Tego we dwa kije.
Łupu cupu, cupu łupu,
Tego we dwa kije.

Gdy ojczyzna
Piękna, żyzna,
Zyska swe granice,
Wtedy z koni!
Szabla z dłoni!
A łap za szklanice!
A kto teraz pije,
Tego we dwa kije,
Łupu cupu, cupu łupu,
Tego we dwa kije!





14.
MODLITWA PRZED BITWĄ.
(podług Kernera).


Ojcze! ja wzywam Cię!
Wkoło mnie warczą piorunne dział grzmoty,
Rażą mnie błysków szalone przeloty!
Bojów zarządzco! ja wzywam Cię,
Ojcze! Ty prowadź mnie!

Ojcze! Ty prowadź mnie!
Nie o bogactwa, o włości, te boje;
Bronim praw naszych; tu ramie grżmi Twoje,
Śmierć, czy zwycięstwo, ja wielbię Cię,
Ojcze! uwielbiam Cię.


Ojcze! uwielbiam Cię!
Jeśli zwycięstwem zakończę bój srogi,
Jeśli Twym mieczem rosproszę me wrogi,
Boże zastępów! czczę Jmie Twe!
Ojcze! zasłaniaj mnie!

Ojcze! zasłaniaj mnie!
Jeśli grom śmierci mym oczom zabłyśnie,
I dla ojczyzny krew z żył mych wytryśnie,
Tobie, o Boże, oddaję się,
Ojcze! błogosław mnie!





POEZYE.


1.
ODA
DO MŁODZI POLSKIÉJ.


Z sercem i duchem, tu nie trupów ludy!
Nie świat martwy do jarżma nawykły z kolébki
Niepojętemi dziwił ziemię cudy!
O młodzi Polska! lot twéj dłoni szybki

Którego piekieł nawet potęga niezłamie;
Nie czekając na siwiznę,
Umarłą wskrzesił ojczyznę,
I odciął północnemu polipowi ramie!

Z obłudy, zdrad i przemocy,
W początkach słaby, pokorny,
Wylągł się polip potworny,
I zaległ śniegi północy.
Załechtał go wiatr zachodni,
Zagrzało południa ciepło:
Niesyty morderstw i zbrodni,
W swéj dumie niepotłumiony,
Dzierżąc strefę lodem skrzepłą
Gałęzie swoje obłudnie
Coraz daléj rospościerał!
Zagarnął zachód, południe,
Narody które zaległ, wysysał, pożerał,
I Polskę łakomemi przytłoczył ramiony.


Taki wszedł do niéj z tryumfem barbarzyniec zbrojny
Otworzonym przez zdrajców w jéj piersiach wyłomem:
Padła nieszczęsna pod jego ogromem,
Jak pod nożem zabójcy podróżny spokojny.

Młodzi Polska! życia promień
Na ostrzu twéj szabli błysnął!
W niezgaszony urosł płomień,
Do wszystkich się serc przecisnął.
I ten tłum najemnéj dziczy
Z wyssanéj spędził zdobyczy.

Sięgnęłaś, gdzie wzrok nie sięgał;
Złamałaś, czego rozum przełamać nieumiał:
Gad co się wśród nas wylęgał,
Co iskry uczuć przytłumiał,

Postrzegłszy nad swą głową mściwe orła szpony,
Wyrzekł się słodkich na téj ziemi godów,
I popełzał wylękniony
Wstecz do swych północnych lodów.

Czemże przy tobie przemoc, waleczna młodzieży?
Tą samą dłonią, którąś na zaciszy łonie
Lubych Muz wieńczyła skronie,
Urwałaś łeb téj hydrze, zdusiłaś Centaury,
Piekłu wydarłaś ofiary!
O! jeszcze dumne upokorzysz Cary;
Jeszcze wydrzesz im resztę niegodnéj kradzieży,
I do potomnych wieków pospieszysz po laury.

Niech idą ubitemi swéj podłości ślady!
Niech pod stóp ich ciężarem ziemia się ugina!
Nie ustraszą wiernego swéj ojczyźnie syna,
Na nich Mardonijusze mamy Milcyady.

Cześć, cześć tobie młodzi mężna!
Młodzi wspaniała! potężna!
A jako Polska długo nieszczęśliwa
Skruszone widząc kajdany
I pierzchające w pogromie swe pany
Nad twém się dziełem zdumiewa,
Tak się nad tobą zdumieje
Świat cały, potomność cała:
Klaśnie ci dłońmi skutemi
Na spodlonéj jarżmem ziemi
Wolność narodów zdumiała:
Same się zdumieją dzieje.


Lecz skąd te grzmoty ponure?
Widzisz tę sytą gromów zagniewaną chmurę?
Widzisz po niéj ogniste latające wstęgi,
Zwiastunki jéj ogromu, gońce jéj potęgi?
Widzisz pod nią tę skałę, któréj szczyt poziomy
Bez przerwy nań ciskane odciska jéj gromy?..
Próżno się napaść odeprzeć wysila!
Ale czekaj... jedna chwila...
Słyszysz grzmiący huk działa?.. dotąd nieulękła,
Głusząca trzaskiem gromów dumna chmura pękła!
Już bladością przestrachu jak trup obleczona
Pierszcha we wszystkie świata zdumionego końce;

Ostatni raz ze złości zagraża... i kona!
Po niéj jasne z tryumfem uśmiécha się słońce.
O młodzi! przy wschodowéj zmartwychwstania bramie
Mając w datku tysiące wolności okrzyków,
Patrz!.. ta chmura, jest podłych zgraja najezdników;
Skała, twoja ojczyzna; huk działa, twe ramie!





2.
ODRODZENIE POLSKI.


Długo jarzmem ciemiężców nękana, spodlona,
Nieświadoma swych losów na zbojeckim targu,
Wyrwałaś się już Polsko z zapomnienia łona,
Jużeś się z hańbiącego zbudziła letargu.
Ojczyzno! młodaś! pięknaś! otworzyłaś oczy!
Już cię hydra dwugłowa swą piersią nie tłoczy.

Gdzież tyran, który twe zwłoki
Żelaznem berłem przygniatał?
Który pijąc krwi potoki,
Twojemi dziećmi jak prochem pomiatał?
Runął, jak dąb ogromny swą potęgą stary,
Kiedy ognistym ciosem piorun go rozstrzeli:
Dumny! niskiemi pogardzał konary,
Nieraz przed jego czołem przechodnie zadrzeli;
Dziś zwalony, na groźby siląc się zuchwały,
Padł! a niskie krzewiny które zaległ cieniem
Wolne od nocy, same pozostały,
I w koło się słoneczném rozśmiały spojrzeniem.

Ziemio święta! ziemio droga!
Długoś jęczała żywcem zakopana w grobie:
Dzikość nienapasłego krwią twych synów wroga,
Miała za zbrodnię, jeśli kto westchnął po tobie!
Zemścić się twej zniewagi nikt niesmiał, niezdołał.
Któż dziś twe stargał kajdany,
Azyatyckie wypędził tyrany,
Kto ciebie z grobu wywołał?
Polsko! twe dzieci! oręż zabłysnął w ich dłoni,
A jeden okrzyk do broni!
Był grzmiącem hasłem twego zmartwychwstania;
I zmartwychwstałaś silna, z zadumieniem świata,
Jak ów karzeł, pysznego waląc Goliata.

Zbójcy! jużeśmy syci dumy panowania!
Jużeście dosyć dóbr naszych nassali:
Drzyjcie! wasza potęga kres ostatni bierze!
Już się chwieje, już się wali
Piekielne święte przymierze!
Witaj ziemio droga, święta!
Czegóż ci życzyć w nowym dziś dla ciebie roku?
Oby długim snem ujęta
Jskra życia płonąca w twojém młodém oku
Rozżarżyła się w płomienie!
Oby jéj zwycięska siła
Wrogóm twoim zapłaciła
Pętami niegodne pęta,
Pohańbieniem pohańbienie!

Powstań! niech sobie przypomną
Twój miecz, twą postać ogromną:
Niechaj sobie przypomną jak przed nami drżeli,
Jak przed naszém wejrzeniem czoła wznieść nie śmieli;
Jakeśmy Carów gnali i brali z Kremlina,
Kiedy pić z Wisły dzikie mieli chęci:
Niech im staną na pamięci
Grunwald, Psie pole, Łuki, Klużyn i Byczyna!





3.
SWIĘTY SATURNIN [2].


Chwalmy bracia Pana Boga
Z jego cudów niepojętych:
Już niewola pękła sroga! —
Chwalmy także wszystkich Świętych.
Ale Świętych niéma za co,
Niech nam, bulla głowy ścina;
Wszyscy Swięci są ladaco,
Prócz Świętego Saturnina.

Tyran Polskę biczem smagał,
Zwalił na nią wszystkie licho:
Polak Świętych wzywał, błagał,
Każdy Święty siedział cicho;

Lecz Saturnin dał po skórze
Moskwie co go dziś przeklina.
Wszyscy Święci są to tchórze
Prócz Świętego Saturnina.

Moskal wciąż nas dręczył kozą,
Grzmiał po bruku w każdéj chwili:
Polak patrzał nań ze zgrozą,
Wszyscy Święci się dziwili:
Lecz Saturnin zmarszczył lice,
Dał tęgiego Moskwie klina:
Wszyscy Święci są to fryce,
Prócz Świętego Saturnina.

Kiedy w koło już zakrzepło,
I Listopad wiał śniegami,
Wszyscy Święci lubiąc ciepło,
Żyli w zgodzie z kacapami.
Lecz Saturnin zuch nad zuchy
W mróz wypędził Moskwicina:

Wszyscy Święci są piecuchy,
Prócz Świętego Saturnina.

Uszła Moskwa: bierz ją diabli!
Polska dla niéj ćwiekiem w głowie:
Dawaj puhar! zdrowie szabli!
Pierwéj Saturnina zdrowie!
Ale Świętych niéma za co,
Niech nam bulla głowy ścina;
Wszyscy Święci są ladaco,
Prócz świętego Saturnina.





4.
DUSZA I CIAŁO.


Wszystkie ludy wiedzieć muszą
Jeśli im rozum przyświéca,
Że między ciałem i duszą
Wielka zachodzi różnica.

Cóż jest ciało? kloc bez ruchu.
Dusza? siła nieugięta.
Na co ciało? by gnić w puchu,
Na co dusza? targać pęta.

Prometeusz zlepił człeka,
Ogień duszą go przeniknął:
Kichnął człowiek, i zdaleka
Prometeusz „sto lat!” krzyknął.


Gdy się balon rwie, szamota,
Żywo sznury odciąć trzeba;
Tak się dusza w więzach miota,
Tak się gwałtem rwie do nieba.

Kiedy w ciele duszy niéma,
Kto chce, miota niém wszechwładnie:
Niech się o mur wsparte trzyma,
Lada wietrzyk, ciało padnie.

Bracia! uczyć was nie trzeba,
Co iest ciało niewładnące:
Dusza lecąc wprost do nieba
Zwali martwych ciał tysiące.

Już się niebo nam uśmiecha,
Jarzmo ciałem, wolność duszą:
Jak wiatr trupa, dzieci Lecha
Tłum bez duszy zbiją, skruszą.


Wszyscy wiedzą, powiedziałem,
Jeżeli rozum przyświéca,
Że między duszą i ciałem
Wielka zachodzi różnica.





5.
MUZYKA.


Kto chce usłyszeć muzykę cudną,
Niech na plac bitwy póydzie ukradkiem;
Tam się na wieki uśpi nietrudno,
Kiedy instrument trafi przypadkiem.
Na bok Lipiński i Paganini!
Choć sprawia cuda smyk ich przed zgrają,
Muzyka w bitwie większy cud czyni;
Im trzeba płacić, tam darmo graią.


Pistolety, karabiny,
Są to Sopranowe czary;
Świst pałaszów, wioliny;
Szmer proporców, są gitary:
Tentent koni, fortepiany;
Trzask kartaczów, klarynety;
Jęk Moskali są to flety,
Głos Zwyciężców są puzany.
Gdy armaty walą,
To już jest cemballo;
I czaruje nas
Grzmiący ich bas.

Słuchaj kollego! oto iest właśnie
Muzyka w świecie najwyborniejsza!
Człowiek ją słysząc jak kura zaśnie,
Ona i zdrajców zgraję pomniejsza.
Na bok Lipiński i Paganini!
Ona czarami sypie jak gradem;

Ona serc naszych, zmysłów mistrzyni!
Lud nią upity, leży pokładem.

Bo gdy dłonie są ochocze,
Pistolety grzmią ligato;
Świst pałaszów sotto voce,
Karabiny wrą staccato;
Szmer proporców, amoroso:
Trzask kartaczów grzmi crescendo;
Jęk Moskalów iest morendo,
Głos zwycięzców furioso.

Gdy armaty biją,
Wtedy jak conbrio;
I na sam ich ryk,
Wszyscy fik mik!





6.
FAIKA.


Gdy się przechadzam, fajka nic nie szkodzi,
Tysiąc mi owszem słodkich marzeń rodzi:
Wtedym szczęśliwy, wesoł i bogaty,
I tysiącznemi umiem gardzić światy.
Wracam do domu, dumny marsowaty.
Gdy się przechadzam, fajka nic nie szkodzi.

Kiedy co czytam, fajka nic nie szkodzi,
Owszem, surowe prawdy dla mnie słodzi.

Czyni mnie mędrszym, smutek spędza z duszy,
Boleść przytłumia, czasem łzę osuszy,
Méj spokojności wtedy nic nie wzruszy.
Kiedy co czytam, fajka nic nie szkodzi.

Kiedy co piszę, fajka nic nie szkodzi;
Wtenczas mi jakaś nowa myśl przychodzi,
Serce najtkliwsze uczucia wynurza,
Nędza rozrzewnia, zbrodnia je oburza;
Wtenczas gra dziwnie namiętności burza.
Kiedy co piszę, fajka nic nie szkodzi.

Kiedy się kocham, fajka nic nie szkodzi.
Do serca lubéj, drogi nie zagrodzi.

Choć delikatne damy od niéj stronią,
Moia ją nawet miękką pieści dłonią,
Skoro się brzydzi, to już mniejsza o nią.
Kiedy się kocham, fajka nic nie szkodzi.

Kiedy zasypiam, fajka nic nie szkodzi,
Cudne do głowy mary mi przywodzi.
Widzę iak Polska świetne wznosi czoło,
Jak do swych dzieci śmieje się wesoło,
I na swych zdrajców sieje strach w około.
Kiedy zasypiam, fajka nic nie szkodzi.

Lecz kiedy biję, wtedy fajka szkodzi,
Rzucam ją na bok, bo mi wróg uchodzi.

Gonię go żwawo, ścigam go przez pole,
Łowię, przypieram, strzelam, rąbię, kolę,
I wracam z wieńcem sławy na mém czole
Kiedy się biję, wtedy fajka szkodzi.





7.
ŚWIĘTA HELENA.


Z ciepłéj kryjówki wylazł wąż w sitowie,
I pełzał międy poziomemi krzaki;
Ale go zimno ścisnęło w parowie,
Że ledwie życia okazywał znaki.
Widząc go człowiek przejęty litością,
Ciepłem swych piersi życie mu przywrócił:
Lecz gad bezecny, skoro się ocucił,
Za dobrodziejstwo płacąc niewdzięcznością,
W te same piersi, do których się zwabił,
Utopił żądło, i człowieka zabił.

Jakąż naznaczyć téj podłości cenę?
Maż być okrutną śmiercią nie skarcona?
Nie wartoż nań przekleństw miotać,
Łeb mu skruszyć, pogruchotać?
Nie! lecz go wysłać na Świętą Helenę,
Pod straż jakiego Hudsona.

Wróbel jaskółki był najniższym sługą,
Był jéj służalcem, z pożytkiem dla siebie,
Bił przed nią czołem, i przysięgał długo;
Lecz gdy się dobrze wypasł na jéj chlebie,
Wzniósł hardą głowę gotową na zbrodnie;
I nie tając się z swą podłą niecnotą,

Zmownie z podobną do siebie hołotą,
Ciche jéj gniazdo rozszarpał niegodnie;
I włożyć na nią pęta pełne sromu,
I samowładnie panował w jéj domu.
Jakąż naznaczyć téj podłości cenę?
Maź być okrutną śmiercią nie skarcona?
Niewartoż mu wyrwać dziuba,
Wygnieść oczu, skręcić czuba?
Nie! lecz go wysłać na Świętą Helenę,
Pod straż jakiego Hudsona.

Lew zachorował. Starość nieżyczliwa
Jego potęgi obaliła brzemię;
Na dół obwisła groźna spadła grzywa,
I głowa martwa przytłoczyła ziemię.
W tym nadszedł osioł, co wprzódy umykał

Drząc przerażony głosu jego grzmotem,
Mszcząc się za trwogi, któremi, jak grotem,
Zdala go w lasach król zwierząt przenikał,
Zaczął się pastwić, i w złości niesyty,
Jął go tępemi uderzać kopyty.
Jakąż naznaczyć téj podłości cenę?
Maż być okrutną śmiercią nie skarcona?
Niewartoż go drzeć ze skóry,
Brać na pale i tortury?
Nie! lecz go wysłać na Świętą Helenę,
Pod straż jakiego Hudsona.

Nieszęsny, kogo niewdzięcznik zabije,
Służalec zdradzi, a osioł podepce!

Biedny lew chory! człek co grzeje zmije,
Biedna jaskółka co głaska pochlebcę!
Podły jest wróbel, który broi skrycie,
Osioł, co źwierząt monarhę znieważa,
I wąż, co wziętych dobrodziejstw nie zważa,
I kąsa tego, komu winien życie.

Dzisiaj, o Polsko! sprawa twa zwycięża;
Mów, jak ukarać osła, wróbla, węża?
Jaką naznaczyć ich podłości cenę?
Maż być okrutną śmiercią nie skarcona?
Trzebaż płatać, drzeć im pasy;
Lub ich strzelać iak bekasy?
Nie! lecz ich wysłać na Świętą Helenę,
Pod straż jakiego Hudsona.





8.
CENZURA I NOWOSIELCÓW.


Wybornie Cenzura
Rymuie do skóra,
Jak Nowosielców
Do wisielców.
To niedawno straszne imie
Już dostało po swym rymie;
I w serdecznéj za grzech skrusze,
W narodowéj zawierusze,
Opłakawszy ksiąk swych pułki,
Dziś piecze bułki[3].

A Szanowny Nowosielców,
(Kłopot! zawsze rym wisielców)!
Co umknąwszy z zawieruchy
Buntownicze karci duchy,
Laur otrzyma, niech nie żyję,
Nie na skronie, lecz na szyję.
I wtedy będzie olbrzymem,
Jak zostanie swoim rymem.
Co się przewlekło,
To nie uciekło.





9.
DO PANNY M. H.
Od jéj przyjaciół F. K., i A. S.


Przy robotce lub zabawie,
Jeżeli Pani ukradkiem
Będzie miała czas,
Racz Pani o nas łaskawie
Czy umyślnie, czy przypadkiem,
Wspomnieć choćby raz.
Jeśli z anielską słodyczą
Zadzwonisz na fortepjanie,
I urocze szczęścia chwilki
Goniąc jak złote motylki,
Dłoń twa z biegłością zwodniczą
Grzmiące tony wydostanie,
Wspomniéj sobie: tak im w boiu,
Kiedy brodzą we krwi zdroiu,
Piorunowe spiże ryczą!

Jeśli twe niebiańskie oczy
Słodki, luby sen przytłoczy,
I boskiém złudzi marzeniem,
Nim uśniesz, wspomnij z westchnieniem:
Tak ich oba przytoczyła
Ciężka na wieki mogiła!

Wtedy... wtedy... bez niechęci,
Gdy zalegniem w głębi grobu,
Twoie oko niech poświęci
Jedną łezkę, dla nas obu!





10.
ADRESS DO BOGA.


Wiekuisty, wielki Boże,
Nieskończony w swoiéj chwale,
Powiedz, jeśli to być może,
Czego od nas chcą Moskale?
Wlazłszy tu ze swą nawałą
Robią dziwy pełne sromu:
Czy się tak im podobało
Gospodarstwo w cudzym domu?

Opiekunie uciśnionych,
Osłodź naszych nieszczęść brzemię;
Zgrają łotrów odurzonych
Car zatopił naszą ziemię.

Za co? po co? kto go prosił
By wiódł w Polsce boje krwawe?
Jeszcze dumnie świata głosił
Że ma z nami słuszną sprawę.

Jeśli ludem tyran władnie,
Cóż w obronie jego stawa!
Stwórco niebios! wiesz dokładnie
Czy jest słuszna jego sprawa?
Po cóż jeszcze walczy z nami,
Znanym przodków swoich śladem,
I swemi manifestami
Sypie na nas jakby gradem.

A już tyleśmy go razy
I wybili i wygnali;
On się do nas, szląc ukazy,
Z kacapami gwałtem wali.
Że się bijem o swobody,
To mu się nie zmieści w głowie;

A chcąc w nasze wleźć zagrody,
Sprawę naszą buntem zowie.

Carów niemiał ród nasz stary,
Panowali nam Królowie;
Były wprawdzie u nas Cary,
W Gostyninie, nie w Krakowie
Panie! niech Twa łaska święta
Zniszczy błąd w nim oczywisty;
Niech się przecie upamięta,
I niech da nam pokój czysty.





11.
FENIX
do A. S....


Znasz Fenixa przyjacielu?
Ptak ten oczyma złotemi
Niewidziany od lat wielu,
Zajaśniał na Lecha ziemi.

Dawniéj, przed wieków tysiącem
Sam sobie stosik uścielał,
Płonął; lecz blasków swych słońcem
Co rok w koło dumnie strzelał.

U nas, jak raz się w popiele
Zagrzebał Fenix ten drogi,
Zniknął; minęło lat wiele! —
Popioł ten zniszczyły wrogi!


Lecz jeszcze iskra w nim żyła,
Co chciała błysnąć dla świata;
Żadna nie zmogła jéj siła,
I Fenix w Polsce dziś lata.

Co za roskosz, za swoboda!
Zdaje się że swém wejrzeniem
Pieści nas Astreja młoda,
Że dzień tchnie różowém tchnieniem.

Przyjacielu! daj mi słowo,
Że twe ramie wspólnie z mojem
Wesprze wolność dla nas nową,
Zleje nas chwil błogich zdrojem;

Że jak słuszna Polakowi,
Słuchać będziesz zemsty głosu,
I samemu Fenixowi
Nie dozwolisz złożyć stosu.





12.
DO MOIÉJ PRZYSZŁÉJ KOCHANKI.


Nieznam cię, mój Ideale,
Nieznam... nie widziałem jeszcze!...
Lecz pozwól mi, niech w zapale
Blaskiem twych ponęt umysł móy popieszczę.
Tak; ja cię nieznam: lecz duszy méj oczy
Już znają wdzięk twój uroczy.
Noc czarna drzymie w twém oku,
Włos hebanowy z twego czoła spływa,
Uśmiéch przelotny na ustach swawoli:
W duszy litość dla niedoli,
A w sercu, pełna uroku
Młoda niewinność spoczywa.

Ty, co się różą nadziemską roskwitasz,
Kochanko moja! czy mnie, ktom jest, pytasz?

Powiem. Znasz ty nieme góry,
Których naśnieżone szczyty
Rostrącają lotne chmury,
I bodzą niebios błękity?
Znasz Wezuwijusz, co zdala
Grzmiącym ziemię trwoży wzrokiem?
W którym się ogień zapala,
I huczy lawy potokiem?

Nieme góry, samoluby!
Którym obca wspólna sprawa;
Którym gnuśny pokój luby,
I złoto za wszystko stawa.
Wezuwijusz... jam jest, droga!
We mnie widzisz ognie wrzące,
Widzisz serce zemstą tchnące
Na widok wroga!


Walka na śmierć, straszna, mściwa!
Do szeregów dziś mnie wzywa!
Za wolność, którą okrutnie
Dziki wróg okuł w kajdany,
Spiesząc, w locie niewstrzymany,
Chwytam miecz, a rzucam lutnię.
Droga! życz mi szczęsnéj doli;
Życz, niech ojczyzna walcząca
Tłumy swych wrogów rostrąca,
I zatrze hańbę niewoli!
Jeśli zwiodłszy bój straszliwy
Krwią ich zbroczę oręż mściwy,
Wtedy, kto jestem, nie spytasz;
Lecz obróńcę twéj swobody,
Wznosząc głos twych uczuć młody
Złotym uśmiéchem przywitasz:
Jeżeli zaś poledz muszę,
Niech twe usta koralowe
Łając me losy surowe,
Zmówią pacierz za mą duszę!





13.
POLSKA.


Nilu spiekłego mieszkańce,
Precz krokodyle! precz! precz!
Ciemne z nad Newy pohańce,
Polski pogromi was miecz!

Na żółtych piaskach lew drzymał swobodny,
Co strasznych wkoło tysiąc klęsk siał;
Poważny zawsze, i zawsze łagodny;
Przed jego gniewem nieraz świat drżał.
Krokodyl w bagnach spłodzony,
Widząc sen jego, więc wnet
W złości wysunął swe szpony,
I lwu poskoczył na grzbiet.


Król zwierząt zdradnym zbudzony napadem
Straszliwy cisnął oczu swych lot;
Okrutną walkę z bezecnym zwiódł gadem,
I wpół go rozdarł... jego dziś grzmot
Świat cały słyszy zdaleka.
Precz krokodyle! precz! precz!
Zgraje z nad Newy! was czeka
Straszny Lechitów dziś miecz.

Ojczyzno droga! powstajesz z mogiły,
Krokodyl ginie... synów twych kat!
Zawiści, zdrady, nie zgniotą cię siły,
Dziś widzisz połysk starych twych lat.
Cieszcie się mężów popioły,
Coście dźwigali ten dom,
W który złe nieprzyjacioły
Chciały wnieść hańbę i srom.


Przepadły razem!... Cóż widzę zdumiały?
Czy bóstwo jakie łudzi mój wzrok?
Wkrąg sieje złotych promieni swych strzały,
A przed niém pierzcha nocy złéj mrok!
Nasza to bracia ojczyzna!
Nasza dźwignęła ją dłoń,
Piękna, wesoła i żyzna,
Tryumf uwieńcza jéj skroń.

Podajmy sobie niecofne ramiona,
Niech zmartwychwstały świetny jéj dzień
Północnym kirem tłumiony nie skona,
I wiecznie przed nią pierszcha zły cień!





14.
MIECZ I LUTNIA.


Umilkły struny; wkoło cicho, głucho,
Sam szczęk oręża odzywa się zdala;
Natężam oczy, i nadstawiam ucho...
Jakiż to pożar serce me rospala?
Czy ożył w piersiach świetny bój Grochowa?
Spieszę... wylatam... lutnio! bądź mi zdrowa.

Tyś mnie lekkiemi czarodziejko, skrzydły
Wiodłaś z roskoszą w lube marzeń kraje;
Tam, gdzie złotemi umysł malowidły
Złudzony, młode widzi wkoło raje.
Dziś nikną mary... żyje bój Grochowa,
Ty z rąk wypadasz... lutnio! bądź mi zdrowa.





  1. Pułk ten został rozbity przez naszych Ułanów, w pamiętnéj walce pod Pragą d. 25. Lutego 1831. r. właśnie tego dnia Moskale koniecznie chcieli pić czaj w Warszawie.
  2. 29. Listopada, Ś. Saturnina.
  3. Jeden z Cenzorów został dozorcą piekarni w koszarach pierwszych dni rewolucyi.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Franciszek Kowalski.