Arumugam książę indyjski/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor anonimowy
Tytuł Arumugam książę indyjski
Wydawca Biblioteka Ludowa Karola Miarki
Data wydania 1898
Druk Karol Miarka
Miejsce wyd. Mikołów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ARUMUGAM
KSIĄŻĘ INDYJSKI.





POWIEŚĆ.



Arumugam książę indyjski page003.jpg



MIKOŁÓW.
CZCIONKAMI KAROLA MIARKI.
1898.



1. Choroba i powrót do zdrowia.

W pałacu bogatego i znakomitego księcia indyjskiego Ramy wielki był smutek i przerażenie. Jedyny syn radży (t. j. księcia), którego po długiej bezdzietności gorącemi modłami i hojnemi ofiammi wybłagał u bóstwa Bramy, ciężką złożony był chorobą. Łoże bladego i wychudłego chłopca otaczała liczna służba, chłodząc rozpalone oblicze chorego palmowemi wachlarzami. Tuż przy łożu siedział sam radża i trzymał w ręku gorącą dłoń umierającego dziecka, jak gdyby chciał wstrzymać uciekające życie jego, a łzą zwilżone oko spoczywało z obawą i troską na twarzy chłopczyka, strawionej cierpieniem. Usta księcia szeptały cichą modlitwę do bożyszcza, który jednakowoż głuchy być się zdawał na jego prośby. Z każdą bowiem godziną puls chłopca stawał się coraz słabszym, a z obecnych kapłanów i lekarzy indyjskich nikt nie wątpił, że chory następnej nocy życie zakończy.
W tem zbliżył się cichym krokiem jeden ze sług do radży i skłoniwszy się aż do samej ziemi, szepnął mu do ucha:
„Panie, poskromiciele żmij stoją przede drzwiami, czekając na twe rozkazy.“
Książe przebudził się jakby ze snu ciężkiego i spojrzawszy na sługę, rzekł:
„Niechaj wejdą!“
Po chwili rozwarła się zasłona z ciężkiej materyi, i weszli poskromiciele żmij, padając przed radżą na twarze. Książe zaś wskazując palcem na umierające dziecię, rzekł:
„Patrzcie, dziecię moje umiera na nieznaną chorobę, którą zesłał na nie zły duch. Nie szczędziłem ani modłów, ani ofiar mym bogom Szywie, Wisznu i Bramie, ale ani kapłani nie zdołali go uzdrowić, ani zapisywane przez mych doktorów lekarstwa nic nie skutkują. Czyż możecie zakląć złego ducha, aby odjął od chłopca chorobę?“
„Tak jest Panie,“ odpowiedzieli kuglarze, „dokazać tego możemy; ale duch nie wyleczy naraz twego syna, chyba powoli, stopniowo, i wtedy dopiero, gdy mu złożysz odpowiednią ofiarę ze złota i mleka.“
Z pogardą i powątpiewaniem spojrzeli lekarze na oszustów, którym widocznie nie chodziło o nic innego, jak o sowite łapowe, po którego odebraniu nigdyby się na oczy nie pokazali. Ich sztuka bowiem była czystem oszustwem, i żyli tylko z łatwowierności ziomków. Radża jednak postanowił wszystkich chwycić się środków, aby tylko ocalić życie dziecka, rzucił kuglarzom wór pełen złota i kazał słudze przynieść złotą misę pełną słodkiego mleka, ulubionego napoju wężów.
Po przyniesieniu i postawieniu półmiska na podłodze usiedli dwaj zażegnacze na kobiercu, postawili przed sobą kosze z jadowitemi żmijami i zaczęli z cicha grać na fletach. Na odgłos ich gry żmije lubiące muzykę, wychyliły łby z koszów, poczęły się wkoło oglądać i widłowato rozłupanemi języczkami sięgać po mleko. Potem wydobyły się z koszów, przyczołgały do półmiska i poczęły chciwie chłeptać słodkie mleko. Napoiwszy się do syta, wzniosły ogon do góry i poczęły się w takt poruszać w tę i ową stronę. Wszystkich oczy były zwrócone na żmije i ruchy ich, gdy w tem rozległ się po sali krzyk głośny. Przerażeni obecni spojrzeli na chorego chłopca, który tak głośno wrzasnął, a wytrzeszczywszy oczy i drząc na całem ciele, przypatrywał się tanecznym żmij poruszeniom. Przelękły radża przytulił chłopca do siebie i starał się go uspokoić. Gdy mu się to nie udało, wpół gniewny, wpół przelękły spojrzał na kuglarzy i pytał, co to ma znaczyć. Ci gestem ręki dali znać, aby się zachował spokojnie i poczęli coraz prędzej i głośniej grać na swych fletach, skutkiem czego i żmije coraz szybsze wykonywały ruchy. Chory chłop — czyk jeszcze raz przeraźliwie zakrzyknął, zaczął się miotać i drgać tak gwałtownie, że stojący przy nim lekarze do ucha sobie szeptać poczęli, że już kona.
Przy drugim okrzyku dziecka przestraszone żmije podniosły gniewnie łeb, wydęły gardziele i rzuciły się nagłym skokiem ku łożu chorego. Radża rozjątrzony powstał i kopnięciem nogi odrzucił jadowity gad w kąt sali, mówiąc:
„Przeklęte oszusty, zabijacie mi dziecko, zamiast je uzdrowić. Precz mi z oczu, albo każę was osmagać!“
Na skinienie księcia porwała się służba na bezecnych kuglarzy, ale ci nie czekając pochwycili żmije za ogon i poczęli nimi wywijać ponad głową tak gwałtownie i szybko, że nikt się do nich nie śmiał zbliżyć, poczem spiesznie, porwawszy półmisek i worek z pieniędzmi wymknęli się z pałacu.
Zaledwie wyszli, uspokoił się chłopiec, którego strach przed wężami wprawił był w stan rozdrażnienia. Znużony i wycieńczony padł na łoże i zawarł powieki. Radża tym — czasem wzdychał głęboko i boleśnie, widząc, że nadzieja,jaką pokładał w poskromicielach wężów, całkowicie go zawiodła. Wkrótce przystapił do niego jeden z indyjskich lekarzy, miły starzec z siwuteńką głową i pomacawszy puls chorego) odezwał się do księcia:
„Jeśli książę chcesz ocalić życie syna, przywołaj którego z chrześcijańskich kapłanów. Tym białym duchownym — Żaden wąż zaszkodzić nie może[1], owszem są im posłuszne; już się bowiem kilkakrotnie i u wielu przez lekarzy opuszczonych chorych przekonałem, że posiadają sztukę rzucenia uroku na węża.“
„Jak to,“ odparł zdumiony radża, „nawet wy, czciciele dawnych bóstw naszych, śmiecie mi radzić, abym szukał ratunku u wrogów mej wiary? Czyż Brama mnie za to nie ukarze?”
„Potężny władzco, ” odpowiedział lekarz indyjski, „z pomiędzy wszystkich złych duchów, mających silną władzę i brojących złe na ziemi, jest zapewnie wąż najzawziętszym nieprzyjacielem Bramy i jego wielbicieli. Biali przeto Bramini zachodu, którzy jedyni mają władzę nad wężem, nie mogą być nieprzyjaciołmi Bramy. Jeszcze raz ci przeto radzę, przywołaj jak najprędzej białego Bramina, jeśli nie chcesz, aby ci twój syn umarł skutkiem złości węża. ’“
„Niechże tak będzie,“ zawołał radża, „zawołajcie białego Bramina.“
Po krótkim czasie stanął przy łożu książątka katolicki misyonarz w białej sutannie, z krzyżem na piersiach. Radża wskazał mu chorego i rzekł:
„Biały mężu, syn mój umiera, zatruty tchnieniem ducha wężowego; moi Bramini i poskromiciele wężów nie wiedzą rady na jego chorobę. Słyszałem, że złe duchy są ci posłuszne. Proszę cię więc, zaklnij je, ocal mego jedynaka i ulubieńca.“ Rzekłszy te słowa, nieszczęśliwy ojciec zasłonił twarz dłonią i wybuchnął płaczem rzewliwym.
Wzruszony jego boleścią misyonarz, rzekł: „Książę, poproszę Boga, Stworzyciela nieba i ziemi i jedynego władzcę życia i śmierci, aby pobłogosławić raczył lekom moim i wrócił twemu dziecku zdrowie i życie. “
„Cóż za to żądasz?“ zapytał radża.
„Niczego dla siebie nie żądam,“ odrzekł misyonarz, „Bóg bowiem, który mnie w nie — przebranej łasce uczynił sługą Swoim i dał mi władzę nad złymi duchami, nakazał mi, abym tej władzy, której mi udzielił darmo, używał dla dobra mych bliźnich takie bezpłatnie. Jednej ci jednak udzielę rady, jaką dał Daniel prorok pogańskiemu królowi Nabuchodonozorowi: Dawaj jałmużnę, odzież, i pożywienie ubogim, głodnym i nagim, gromadzącym się przed bramami twego pałacu, a może Bóg odpłaci ci miłosierdziem miłosierdzie, jakie im okażesz.“
Ze zdumieniem spojrzał pogański książę na misyonarza, poczem rozkazał każdemu z biednych, stojącym przy pałacowej bramie, dać po bochenku chleba, srebrnej monecie i jednej szacie. Potem prosił księdza usilnie, aby natychmiast przysposobił dla chorego lekarstwo łagodzące jego cierpienia.
„Czy wierzysz,“ zapytał misyonarz, „że mój Bóg twoje dziecko uzdrowić może?“
Radża wstrzymał się przez chwilkę z odpowiedzią, poczem rzekł stanowczo:
„Tak jest, wierzę, gdyż ten przyjaciel, (przyczem wskazał sędziwego lekarza indyjskiego), który mnie nigdy nie okłamał, zaręczył mi za to.“
„Błogo ci,“ rzekł ksiądz, „jeśli bowiem masz silną wiarę, nic nie jest niepodobnem. “
Potem ukląkł przy chorym chłopcu, wyciągnął stułę, przywdział ją i przytknął jej koniec do głowy dziecka: uczyniwszy nad nim znak krzyża świętego, dotknął ręką czoła dziecka i odmówił tak głośno modlitwę w języku hindustańskim, że go wszyscy zrozumieć mogli.
Za przykładem kapłana ukląkł i radia, skrzyżował ręce na piersiach, a na skinienie jego przyklękła cała służba, Bramini i le — karze, słuchając nabożnie słów modlitwy katolickiego księdza. Po modlitwie otworzył chłopczyk mdłe oczy, a widząc nad sobą schylone łagodne i poważne oblicze misyonarza, wlepił w niego wzrok zdziwiony, potem pochwycił jego dłoń, wzniósł z wysileniem głowę i pocałował go w rękę. Ten widok wzruszył wszystkich obecnych i rozczulił poczciwego misyonarza. Obróciwszy się do sług, polecił im kapłan przynieść soli i wody. Stawiono jedno i drugie przed nim w srebrnych naczyniach, on zaś pobłogosławiwszy jedno i drugie, rzucił cokolwiek święconej soli we wodę, kazał mu ją wypić, w końcu pokropił łoże i całą salę. Po kilku minutach zapadł chłopczyk w sen spokojny i orzeźwiający.
W milczeniu i spokojnie wyszli z komnaty Bramini, lekarze i słudzy; radża zaś ze łzami w oczach chwycił księdza za rękę i zawiódł go do sąsiedniego pokoju. Tam w te do niego odezwał się słowa:
,,Nie okłamano mnie, wy biali księża Chrystusowi macie rzeczywiście władzę nad złym duchem. Teraz wierzę, gdyż widziałem to na własne oczy. Jeżeli mój syn odzyska zdrowie, żądaj, czego chcesz, wszystko ci dam.“
„Mój książę,“ rzecze misyonarz, „już raz ci oświadczyłem, że podarunków nie przyjmuję. Jednego tylko żądam.“
„Cóż takiego?“ zapytał ciekawie radża.
„Abyś synowi, jeśli wyzdrowieje, nie zabronił być wdzięcznym Bogu, który mu przywrócił zdrowie.“
„Wymagasz zatem, abym swemu jedynemu synowi i spadkobiercy pozwolił zostać chrześcijaninem! “
„Nie o to prosiłem, lecz jedynie o to, aby chłopiec wdzięcznym był Bogu, który go wyleczył.“
„Owszem, niechaj mu będzie wdzięcznym, niechaj mu wystawi świątynię, niechaj go nawet i pozna, jeśli tego potrzeba, ale czcicielem niech nigdy nie będzie, gdyż ma być mym następcą i spadkobiercą.”
„A więc przyrzekasz mi, że synowi nie wzbronisz poznać Boga naszego, jeśli takie będzie jego życzenie?“
„Tak jest, przyrzekam.“
„Dobrze więc; będę błagał Boga, aby to życzenie powstało w sercu twego dziecięcia, a ziszczenie tego życzenia będzie moją jedyną nagrodą,“ oświadczył kapłan i pożegnał zdziwionego radżę.
Misyonarz wrócił do klasztoru, zwołał wszystkie dzieci indyjskie, nawrócone na chrześcijaństwo, które do niego chodziły na naukę i opowiedział im to zdarzenie, wzywając je, aby prosiły Boga o zdrowie małego poganina Arumugama i o wzniecenie w nim chęci poznania i umiłowania wiary chrześcijańskiej. Chłopcy poszli zaraz na modlitwę; jedni poklękli przed Najśw. Sakramentem w ołtarzu, drudzy przed posągiem Matki Boskiej w ogrodzie i poczęli gorliwie błagać Najwyższego o zdrowie i nawrócenie Arumugama.
Nazajutrz kazał radża przywołać księdza do pałacu. W drodze zapytał sługę, który mu towarzyszył, jak się ma młody książę.
„O wielki biały Braminie,“ odpowiedział zagadnięty, „lepiej ty to wiesz ode mnie, ty, któremu Bóg udzielił władzy nad złymi duchami. Panicz nasz jest prawie całko — wicie zdrów. Gorączka go opuściła, spał dobrze, a jak się obudził, spojrzał wesoło wkoło siebie, i zapytał, gdzieś się podział. Stary pan kazał swemu zarządcy napisać list, który ci wręczyłem.“
Gdy misyonarz przestąpił progi pałacu, wyszedł radża na spotkanie jego, pozdrowił go z szacunkiem i rzekł: „Wielki Braminie, dziękuję ci. Syn mój wyzdrowiał. Pójdź i patrz.“ To mówiąc, pochwycił księdza za rękę i wprowadził go do pokoju, w którym mały Arumugam siedział na wezgłowiach i z radością ku niemu ręce wyciągał.
„Ojcze!“ zawołał, „wszakże cię tak nazywają czciciele Krzyża? Oswobodziłeś mnie od złego węża, który mnie chciał życia pozbawić i przywróciłeś mi zdrowie. Serdecznie ci dziękuję.“
Kapłan pobłogosławił chłopca i rzekł: „Nie ja cię uzdrowiłem, lecz Bóg mój.“ Potem zapytał misyonarz, czy chory już jadł. „Nie,“ odpowiedział mu radża, „nie chciałem mu nic dać, nie poradziwszy się poprzednio ciebie.“
Ksiądz rozkazał mu przynieść cokolwiek pokarmu, pobłogosławił go i pozwolił się nieco posilić choremu, który przychodził coraz więcej do sił. Radża prosił misyonarza, aby i inne potrawy pobłogosławił i tym sposobem zapobiegł, iżby mu nie za — szkodziły. Kapłan uspokoił księcia, mówiąc: „nie miej obawy, książę, nic mu nie zaszkodzi, bylebyście poprzednio wszystkie potrawy pokropili poświęconą przezemnie woda.“
Usłuchano jego rady. Po kilku dniach Arumugam odzyskał siły, i na wielką pociechę i radość ojca biegał po wszystkich ścieżkach i ustroniach ogrodu, skacząc i śpiewąjąc. Z okna przypatrywał mu się zadu — many radża i pomyślał sobie: „Co za szczęście, że wyzdrowiał; byleby mu się teraz nie zachciało prosić mnie, abym mu pozwolił poznać Boga chrześcijan.“





2. Proźba Arumugama.

W dniach następujących po odzyskaniu zdrowia Arumugama przychodził misyonarz na usilne prośby radży do pałacu, błogosławił chłopca i gawędził z nim. Opowiadał mu o Europie, leżącej daleko na zachód, gdzie ludzie jeżdżą na przechadzkę końmi, nie wołami jak w Indyach, a w zimie chodzą po zmarzłej wodzie. Radża cieszył się z ciekawości chłopca, a nawet sam się chętnie przysłuchiwał opowiadaniom i opisom kapłana cudzoziemca. Nigdy go jednak nie pozostawiał sam na sam z Arumugamem. Obawiał się bowiem, ażeby misyonarz chłopcu nie przypomniał, o co ma ojca prosić. Jego myśl była taka: „Jeśli biały Bramin jest mężem Bożym, toć Bóg wysłucha modlitwy jego, a moje dziecko spowoduje do prośby, która wyjdzie i jemu i mnie dobre.“
Gdy pewnego dnia misyonarz znowu się obszerniej rozwiódł o osobliwościach Europy, a chłopiec jego opowiadania słuchał z natężoną uwagą i jaśniejącemi oczyma, radża nagle zagadnął syna: „Kochane dziecko, jutro obchodzić będziemy uroczyście twoje wyzdrowienie. Pozwalam ci prosić o to, co cię najwięcej obchodzi, i przyrzekam, że prośby twej wysłucham, jakąkolwiek ona będzie.“ Radża spodziewał się, że chłopiec go poprosi o pozwolenie odbycia podróży po Europie, o której mu takie dziwy opowiadano, i tej prośby byłby chętnie wysłuchał, ponieważ sam miał nie małą ochotę poznać wielką i potężną Anglię, a przytem zwiedzić inne kraje Europy.
Słysząc te słowa księcia począł Arumugam klaskać z radości w dłonie i zawołał: „Drogi ojcze, jednego tylko pragnę; pozwól mi przyłączyć się do białego Bramina i przy nim zamieszkać. Służba nasza powiadała nam, ie kapłan, który mnie wyleczył, ma tutaj w Tryczynapalli wielki dom z pięknymi obrazami i ogrodem, gdzie się chłopcy bawią i uczą wszystkich sztuk i wiadomości kwitnących w Europie. Chciałbym być tak uczonym, jak biali Bramini.“
Słowa te Arumugama mocno zastanowiły radżę; na chwilę zamilknął i spojrzał poważnie i z zadumaniem na syna. Ale chłopiec wołał: „Wszakże mi przyobiecałeś, ojcze, spełnić każde moje życzenie. Powołuję się na twoją obietnicę, dotrzymaj słowa.“ „Niechże będzie, jak chcesz,“ rzekł radża, „com ci przyobiecał, tego dotrzymam, jeśli koniecznie przytem obstajesz. Chcesz Więc mnie, matkę i siostry opuścić? Czyż nie pomyślałeś o tem, jak bolesne mi będzie rozstanie się z tobą?“
„Ojcze,“ odparł chłpiec, ściskając rodzica, „co tydzień będę do ciebie przychodził i powiem ci, czegom się nauczył. Jakąż będzie twoja radość!“
Radża przytulił dziecię do piersi i rzekł rozczulony: „Uczyń, jak mówisz, synu, a te — raz idź do matki i do sióstr i powiedz im, cośmy postanowili.“
Z okrzykiem radości wyszedł chłopiec z komnaty, radża zaś przystąpił do misyonarza i tak się do niego odezwał: „Biały mężu! widzisz, oddaję ci, co mam najdroższego na ziemi. Czy będziesz strzegł moje dziecko od wszystkiego złego, a uczył je dobrego?“
„Przyrzekam ci to, zacny książę,” odpowiedział kapłan.
„Czy przyrzekasz mi także nie nalegać na niego, aby został chrześcijaninem?“ mówił dalej radża, „albowiem pod tym tylko warunkiem powierzam ci syna.“
„Panie,“ odpowiedział misyonarz, „twój syn tego się tylko u mnie uczyć będzie, do czego ma ochotę. Gdyby miał zapragnąć poznać naszą naukę i obyczaje, nie mogę mu tego odmówić, ani zamknąć przed nim drzwi naszego Kościoła, gdy nasz Bóg jest Bogiem całej ludzkości.“
„Dobrze,“ rzecze radża, „wróć więc po niego jutro i zabierz go ze sobą, aby go kształcić w sztukach i umiejętnościach, ale wymawiam sobie, abyś mu pozwolił chodzić do mnie co tydzień.“
„Każdej godziny i każdego dnia może do ciebie wrócić, jeśli taką będzie jego wola,“ odparł misyonarz.
„Dziękuję ci,“ rzekł radża i dodał: „teraz rad jestem, że wyraził tę prośbę. Podróż bowiem do mroźnej Europy byłaby zaszkodziła zdrowiu jego.“
Misyonarz dziękował w duchu Panu Bogu, że natchnął serce chłopca tem życzeniem. Przewidywał bowiem, te ta pogańska rodzina, która w wyleczeniu chłopca z ciężkiej niemocy, już doznała łaski Bożej, dostąpi za sprawą tego dziecka jeszcze większego błogosławieństwa niebios.
Gdy Ojciec Franciszek — takie było bowiem imię misyonarza — wrócił do domu, zwołał wszystkich wychowańców większych i mniejszych i rzekł do nich: „Dzieci, szczerą była wasza modlitwa, zgadnijcie, co się jutro stanie z małym Arumugamem.“
„Zostanie chrześcijaninem,“ zawołało kilku z nich.
„Byłoby to trochę za szybko,“ odpowiedział Ojciec Franciszek, „ale nie ustawajcie w modlitwach, a może i do tego przyjdzie. Jutro będzie waszym współuczniem i kolegą.“
„Hura!“ zakrzykneli wszyscy radośnie, podskakując jak sarny. Skoro się cokolwiek uspokoili, ojciec Franciszek tak dalej mówił: „Słuchajcie pilnie, co wam powiem. Gdy Arumugam jutro przybędzie, przyjmij — cie go serdecznie; ale pamiętajcie, że jest jeszcze małym poganinem i nic nie wie o chrześcijaństwie. Jeżeli przeto odmawiać będzie swoje pogańskie modlitwy i odprawiać swe zabobonne obrzędy, nie śmiejcie się, nie szydźcie z niego. Przecież on temu nie winien, że się urodził bałwochwalcą; bolałoby go wasze szyderstwo i odstręczyłoby go od chrześcijaństwa. Cokolwiek więc czynić będzie, zostawcie go w spokoju. Jeśli zaś was zapyta, jakie mają znaczenie obrazy w domu i w kaplicy, wtedy pouczcie go i opowiadajcie na jego zapytania tak, jak was uczy katechizm. Przedewszystkiem starajcie się modlitwą i dobrym przykładem wyjednać mu łaskę Boga, aby został chrześcijaninem. Czy uczynicie to?“
„Tak, ojcze, chętnie uczynimy czego żą — dasz!“ zawołali wszyscy jednogłośnie.
„Dobrze więc,“ zakończył ojciec Franciszek. „Idźcie przeto i przysposóbcie wszystko na jego przyjęcie; wejdzie on do oddziału średniego; liczy bowiem lat dwanaście. “
„Hura,“ wrzasnął mały Pietrek, żwawy chłopczyna, na którego twarzy szkliła się para ognistych oczu, „wtedy będzie ze mną w jednym oddziale!“
Ojciec Franciszek podniósł palec, pogroził małemu krzykaczowi, a cała rzesza rozproszyła się jak stado wróbli. Jedni pobiegli do swych ław i książek i zaczęli je porządkować; wstyd ich bowiem ogarniał na samą myśl, że mały poganin mógłby zauważyć nieład w ich rzeczach. Drudzy podskoczyli do ogrodu, zrywali kwiaty i gałązki, aby przystroić izdebkę spodziewanego kolegi. Inni wykrawali papę i wypisywali na niej wielkiemi głoskami: „Witaj Arumugamie! “
Imię to mocno ich korciło. „Pfe!“ za — wołał mały, żółtawy Hindus, zadzierając noska, „cóż to za cudackie imię! Brzmi ono tak, jakby wszystkie chude krowy Faraona poczęły razem ryczeć: mu-mu-mu!...“
„Nie!“ zawołał inny, „imię to jest daleko gorsze, jest ono wynalazkiem dyabła, gdyż Arumugam jest pogańskim bałwanem o sześciu twarzach.“
„Szkoda, że nie ma siedmiu twarzy,“ napomknął trzeci, „wtedy bowiem przypominałby siedm grzechów śmiertelnych,“
„Posłuchajcie,“ przemówił jeden z najgłówniejszych malarzy z pędzlem w ustach, „posłuchajcie tylko, trzeba to urządzić inaczej i poganinowi nadać przyzwoite imię.“
„Tak, tak!“ wrzasnęli drudzy. „Jakże było na imię wyleczonemu synowi królika w Ewangielii świętej?“
„Tego wcale niema w Ewangielii,“ odpowiedział malarz.
„I owszem,“ wtrącił jeden z malców, „nazywał się Korneliuszem.“
„Co mi tam gadasz!“ zawołał pierwszy, „był to zupełnie inny setnik.“
„Wszystko jedno,“ odezwał się malec, „Arumumumu powinien otrzymać chrześcijańskie imię. Ale jakie się wziąść do rzeczy?“
„Rzecz prosta,“ odpowiedział malarz. „Ochrzcimy go, to wcale nie trudno, wszak żeśmy się tego niedawno uczyli w katechiźmie. “
„Tak, u wtrącił drugi, „ale chrzcić go nie wolno, chyba w razie ostatecznej potrzeby. “
„Oho,“ zawołał inny, „na to nie trzeba czekać długo. Czarny Pietrek przyprowadzi go swemi psotami do ostateczności.“
„Dajie mi pokój,“ mruczał Piotr, zatrudniony przy swem biórku. Szukał bowiem w swej szufladzie i wyciągał obrazki święte i posążki Matki Boskiej, św. Józefa, św. Piotra i anioła stróża, aby co piękniejszego wybrać i darować Arumugamowi; ale na nieszczęście wszystko było uszkodzone, jednemu świętemu brakło nogi, innemu ramienia itd. Wybór był trudny.
Chłopcy zaczęli się cisnąć do stolika Pietrka, gdy wtem nadszedł ojciec Franciszek. Wszyscy wrócili do swych zajęć, a Piotr zaczerwienił się pod same uszy. Spostrzegł to ks. Franciszek, przystąpił i zapytał go po cichu: „Cóż to robisz Piotrze?“
„Ach, Ojcze Franciszku,“ rzecze chłopiec zawstydzony, patrząc na poniszczone obrazki; „postanowiłem być przyjacielem Arumugamunda, i chciałem mu ofiarować najpiękniejszy z mych posążków, ale wszystko jest połamane.“
„Bardzo dobrze czynisz, Pietrku,“ rzecze O. Franciszek, „ale tymczasowo nie dawaj mu chrześcijańskich obrazków; bo on nie rozumie ich znaczenia i uważałby je za bałwany pogańskie. Ale powiem ci, co możesz uczynić. Powieś tę ładną kropielniczkę w jego komórce. Święcona woda wyleczyła go. Możesz mu powiedzieć, co ta kropielnica znaczy.“
Jak strzała wymknął się chłopiec z izby i wykonał rozkaz księdza. Ks. Franciszek poszedł za nim, zabrał go ze sobą do nowej izdebki Arumugama, wziął go na bok i rzekł: "Pietrku, sądzę, że ci na prawdę chodzi o przyjaźń Arumugama, ale jeśli chcesz z nim przestawać i być mu pożytecznym, winieneś się całkowicie zmienić. Przyrzecz mi pozbyć się dzikości i uporu, nie kłócić się z kolegami, nie psocić im się i spokojnością i pilnością nowemu przyjacielowi dawać dobry przykład. Czy mi to przyrzekasz? w interesie ocalenia duszy młodego poganina?"
„Tak jest, Ojcze Franciszku, przyrzekam i tą razą słowa niezawodnie dotrzymam," odparł Piotr.
O. Franciszek uczynił znak krzyża św. na czole pacholęcia i modlił się w sercu, aby Bóg, działający wielkie rzeczy nawet przez dzieci, skierował dzikie, ale szlachetne serce chłopca do dobrego.
Gdy Piotr wrócił do kolegów i spostrzegł ich szydercze spojrzenia, nie mógł się powstrzymać od przechwałek. "Drwijcie sobie," zawołał z dumą, "nie mazgałem, nie bazgrałem, ani malowałem jak wy, nie wiłem wieńców; ale mimo to zaniósłem, co może być najlepszego, do izdebki Arumugama. "
„Cóż to takiego, pokaż-no!" wołali chłopcy i pobiegli zobaczyć.
Ujrzawszy prześliczną kropielniczkę ze słoniowej kości i błyszczącej muszli perłowej, wrócili przejęci zazdrością i rzekli: „Piotrze nie przechwalaj się; nie byłbyś wpadł na ten pomysł, gdyby cię nie był na niego naprowadził O. Franciszek.“
„Naturalnie,“ rzekł Piotr z uniesieniem. „Usłuchałem rady O. Franciszka. Na przyszłość wszystko uczynię, co on mi powie, bo od dzisiaj będę innym człowiekiem.“
Chłopcy spojrzeli po sobie, jakby odurzeni, a Piotr powrzucał swoje posążki tak nagle do szuflady, że te potraciły resztę rąk i nóg. Na szczęście nikt tego nie widział, bo naraz odezwały się trzy uderzenia dzwonu na kurytarzu. Chłopcy pozbierali swoje sprzęty. Następnego poranka przywdziali swe najlepsze szaty, gdyż w tym bowiem dniu obchodzono przybycie nowego ucznia i miano go uroczyście przyjąć.
W pałacu radży odbył się równocześnie smutny obrzęd rozstania. Zaproszono na obiad wszystkich krewnych i znajomych. Stawili się ochoczo, aby małemu Arumugamowi powinszować odzyskanego zdrowia i obsypać go podarkami. Podczas obiadu oświadczył radża zebranym, że Arumugam oddany zostanie do szkół i wstąpi do kolegium białych księży, aby się wykształcić na uczonego i zdolnego człowieka. Wszyscy mocno się dziwili, niektórzy nawet radzili księciu, aby tego nie czynił. Ale ten przeciął dalsze dyskusye i spory oświadczeniem, że to jest zrządzeniem Bramy i niezmiennem postanowieniem. Arumugam ledwo mógł do — czekać chwili, w której miał rozpocząć nowe życie. Gdy mu wreszcie dał znak ojciec, porwał się od stołu, uściskał matkę i rodzeństwo, oświadczył krewnym serdeczne dzięki, powiedział wszystkim „do zobaczenia“ i wyszedł z ojcem ze sali. Nasamprzód zawiódł radża syna przed domowy ołtarz, na którym stał posąg bożka Rawany z 11 głowami i 20 ramionami, otoczony płonącemi lampami. Skłoniwszy się przed nim, zdjął biały sznur bawełniany z rąk bożyszcza, obwinął nim prawe ramię i pierś Arumugama, przewiązał go pod lewą pachą i w te do chłopca przemówił słowa:
„Synu, noś ten święty sznur Bramy; jest on oznaką twego wysokiego rodu i symbolem twej wiary. Wejdziesz teraz w dom czcicieli Krzyża. Naucz się od nich wiadomości pożytecznych, ale wystrzegaj się ich namów. Gdyby cię chcieli spowodować do ubóstwienia Krzyża, nie czyń tego, gdyż by ci to wyszło na zgubę.“
Arumugam nic z tego nie zrozumiał, co mu ojciec mówił; pojąć nie mógł, czemu ma się wystrzegać misyonarza, w którym pokładał bezwzględne zaufanie. Milczał więc tylko, spoglądając na ojca z pewnem zdziwieniem. Może radża odgadł z oczu chłopca, że jest o wiele za młodym, aby miał zrozumieć jego przestrogę. Uśmiechnął się przeto i rzekł: „nie patrz na mnie z taką obawą i zdziwieniem, chciałem ci tylko powiedzieć, abyś nie został chrześcijaninem, a reszta się znajdzie.“
Po tych słowach zeszli obaj ze schodów i wsiedli na stojącego przed wrotami słonia, który miał ich zanieść do odległego o godzinę drogi kolegium. Towarzyszył im orszak sług, niosący w ozdobnych skrzyniach wyprawę książątka. Mieszkańcy Tryczynapali patrzeli ze zdziwieniem na ten pochód, zmierzający ku domowi misyonarzy.
„Idzie, idzie!“ rozległ się krzyk w szeregach młodzieży, zgromadzonej w przedsionku kolegium, gdy ogromny słoń stanął przed bramą i ukląkł, aby radża z synem wygodnie mogli spuścić się z siodła. Podczas gdy O. Franciszek przyjmował radżę, chłopcy otoczyli Arumugama, witając go radośnie. Potem wprowadzono ojca z synem do ogrodu, gdzie w cienistym przestronnym namiocie przysposobionych było kilka siedzeń. Chłopcy przywitali nowego kolegę śpiewem i muzyką, a Arumugam szepnął ojcu do ucha: „Powiedz ojcze białym Braminom, aby i mnie uczyli muzyki. “ Potem rozpoczęła młodzież grę w piłkę, a Arumugam uwijał się ze śmiechem między nimi i zawarł ze wszystkimi znajomość. Po chwili wsiadł radża na słonia, widocznie zadowolony z tego, co widział, i wrócił do swego pałacu.
Gdy wieczorem Arumugam, znużony grą, przez O. Franciszka zaprowadzony został do swej izdebki, zawołał wesoło: „Ojcze Franciszku, ach, jak szczęśliwy jestem! Ale...“ w tem nagle zadumał się.
„Cóż ci się stało? Powiedz mi! Cóż ci dolega i co cię niepokoi?“ odrzekł misyonarz.
„Czyż to prawda,“ pytał Arumugam, „że chcesz mnie uczynić chrześcijaninem i czcicielem krzyża?“
„Któż ci to powiedział?“ zapytał ze zdziwieniem O. Franciszek.
„Ojciec mnie napominał, abym się nie dał nakłonić do przyjęcia twej wiary,“ od — powiedział dobrodusznie Arumugam.
„Synku,“ rzekł łagodnie ksiądz, „twój ujciec cię dlatego tu oddał, abyś wyszedł na uczciwego człowieka i czegoś się tu na — uczył. Reszta się znajdzie.“
„To samo mówił mi ojciec,“ zauważył Arumugam.
Pobłogosławiwszy chłopca przed udaniem się na spoczynek, pożegnał go O. Franciszek, poszedł do kaplicy, uklęknął przed Przenajświętszm Sakramentem i długo się modlił: „O Jezu, Zbawicielu mój, Panie i Boże! Pobłogosław chłopcu, ojcu i całemu domowi jego, pobłogosław duszom wszystkich dzieci, które mi powierzyłeś, aby Ci poznali, umiłowali i dostąpili kiedyś zbawienia wiecznego.“





3. Pięć lat pomiędzy chrześcijanami.

Gdy Arumugam nazajutrz się obudził, zawołał na pół senny dawnym zwyczajem: „Samie, przynieśno mi wody!“ Gdy mu nikt nie odpowiadał, otworzył oczy i przypomniał sobie, że nie jest w pałacu ojca, lecz w kolegium. Zaśmiawszy się wesoło, wyskoczył z łóżka, umył się i ubrał. Chciał właśnie wyjść z izby i pójść do O. Franciszka, gdy w tem padł wzrok jego na śliczną kropielniczkę przymocowaną do ściany. Oglądał ją na wszystkie strony, ale nie mógł odgadnąć jej przeznaczenia. W pałacu ojca widział w kilku pokojach srebrne i marmurowe fontanny, z których tryskała woda chłodząca powietrze i używana do pomywania rąk. Ale ta perłowa muszla była tak drobną, że ledwie można było palce w niej umaczać. Jeszcze więcej łamał sobie głowę nad tem, co znaczy figura umieszczona po za muszlą, wyrzeźbiona ze słoniowej kości. Przedstawiała ona mężczyznę w ubiorze kapłańskim, który w miednicy mył sobie ręce; po za nim wznosił się przedsionek oparty na kolumnach i kopuła wspaniałej świątyni.
Gdy Arumugam oglądał ten mały wyrób artysty, otworzyły się drzwi i wszedł O. Franciszek. Arumugam poskoczył ku niemu i przywitał go temi słowy: "Dzień dobry!" Poczem zapytał go: "Ojcze, na co ta woda w muszelce, i co znaczy ten obraz?"
„Synu," rzekł misyonarz, "w tej skorupce jest święcona woda, którą cię pokropiłem, gdy byłeś chorym. Używamy jej codziennie, aby się ustrzedz od zasadzek węża."
Skoro chłopiec usłyszał te słowa, zdjął kropielnicę ze ściany i tak szybko wodę wypił, że O. Franciszek nie mógł się wstrzymać od śmiechu.
„Czemuż się śmiejesz?" zapytał zdziwiony Arumugam.
„Dla tego," odpowiedział kaplan, "ponieważ tej wody w ten sposób nie używamy; kropimy się nią i to wystarcza."
„Ale któż jest ten człowiek ze słoniowej kości?" pytal dalej Arumugam.
„Wyjaśni ci to," rzeki misyonarz, "twój nowy kolega Piesio, gdyż on ci tę kropielnicę podarował; on cię też oprowadzi po domu, pokaże i objaśni ci wszystko."
„Czy to ten dziki Pietrek," zapytał Arumugam, "którego powszechnie tak nazywają chłopcy?"
„Tak jest,“ odparł misyonarz, „czyś z nim już zawarł znajomość?“
„O, już wczoraj zaprzyjaźniliśmy się ze sobą,“ zawołał Arumugam.
„Tem lepiej,“ odpowiedział ksiądz, „chodź teraz na śniadanie, a ja później każę przyjść Pietrkowi. “
Po śniadaniu oprowadzał „dziki Pietrek“ pogańskiego kolegę po domu, pokazał mu wszystkie pokoje szkolne, salę muzyczną i lokal przeznaczony do gier i ćwiczeń gim — nastycznych. Arumugam wytężył słuch i wzrok i zadawał tyle pytań towarzyszowi, że ten ledwie mógł na wszystkie odpowiedzieć. W sali muzycznej popróbował klawiszy fortepianowych i skrzypcy, poczem oświadczył: „Chciałbym się nauczyć gry. Pietrku, czy umiesz grać?“
„Nie,“ odparł zawstydzony Piesio. „Ojciec Franciszek powiada, że nie mam zdatności na muzyka, gdyż niszczę wszystkie narzędzia muzyczne.“
Odtąd chodzili chłopcy ze sobą w milczeniu i zeszli do ogrodu. W samym jego krańcu stał posąg:Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus na ramieniu, otoczony kwitnącemi liliami i różami. Piotr wskazał go Arumugamowi,: mówiąc: „Patrz, to jest Matka Boska!“
„Jakaż to piękna niewiasta!“ rzekł Arumugam. „O wiele piękniejsza od naszych bożyszcz. Czy to jest bogini?“
„Bynajmniej,“ odpowiedział Piotr, „boginią nie jest, ale największą świętą w niebie i Matką Pana Jezusa, który przywdział po — stać człowieczą, aby nas zbawić.“
„Powiedz mi,“ zagadnął mały poganin, „co to za brzydkie wężysko, na którym Marya stoi? Czy Ona lubi węże?“
„Wcale nie,“ odparł Piotr, „wężem jest szatan kusiciel, który czycha na ludzi i nakłania ich do grzechu, aby ich strącić do piekła. Matka Boża zmiażdżyła łeb węża, jak widzisz. Zaszkodzić on nam nie może, jeśli błagać będziemy Matkę Jezusa o pomoc.“
„Uczynię to,“ rzekł szybko Arumugam, „ale czyż ona mi pomoże, kiedy jestem Hindusem i niechrześcijaninem?“
„Jak najpewniej,“ zawołał Piotr, „nie odmawia nikomu pomocy, kto się do Niej udaje.“
„W takim razie jest Ona o wiele lepszą i potężniejszą od Bramy,“ odrzekł zamyślony Arumugam. „Brama bowiem nie ma władzy nad wężami i nie wszystkim pomaga. Ale przypomina mi się, co mi oświadczył Ojciec Franciszek, że darowałeś mi piękną muszlę ze święconą wodą. Dziękuję ci, Piotrze; powiedz tylko, co znaczy mężczyzna ze słoniowej kości z wysoką czapką na głowie!“
„Jestto kapłan żydowski. Wszakże wiesz może, że religia żydowska była poprzedniczką i wzorem wiary chrześcijaństwa, a jak żydowscy kapłani musieli przed ofiarą ręce umywać, tak i my przed pracą i modlitwą czyścimy wodą święconą duszę z plam i ze zmaz. Mów tylko zawsze: w imię Ojca, i Syna i Ducha świętego; oczyść mnie Boże, krwią Swego Syna od wszelkiego grzechu i uchroń mnie od niebezpieczeństw grożących ciału i duszy.“
„Jakiż przy tem,“ pytał Arumugam, „czy — nisz znak na sobie ręką?“
„Jest to znak Krzyża świętego,“ szepnął z cicha Piotr. „Uważąj, trzeba to tak czynić.“ Pochwyciwszy Arumugama za rękę przytknął ją do czoła, piersi i ramion. „Tak, powtórz to jeszcze,“ dodał. W tem zadzwoniono, a Piotr zawołał: „Pójdź, już czas do szkoły.“
Pędem pospieszyli nowi przyjaciele przez ogród i weszli na schody, gdzie ich oczekiwał O. Franciszek, aby Arumugamowi wy — znaczyć ostatnie miejsce w klasie. Misyonarz namyślił się przez chwilę, wreszcie posadził nowego ucznia obok „dzikiego Pietrka.“ Ten zaczerwienił się z radości, a gdy Ojciec Franciszek się przeżegnał, aby odmówić modlitwę przed nauką, potrącił Pietrek swego sąsiada i szepnął mu: „Arumugamie, czyń to, co ja.“
Arumugam spojrzał na niego i złożył ręce na piersiach. Uczynił też i znak Krzyżaświętego, ale w roztargnieniu w pół prawicą, w pół lewicą. Chłopcy na tylnych ławach poczęli szeptać w radości: „Już się żegna, z pewnością będzie z niego chrześcijanin. “
„Tak jest,“ rzekł jeden z malców, „ale żegna się obiema rękoma, a to nic nie znaczy.“
„Ach, nie bredź lada czego!“ odmruknęli inni, a O. Franciszek musiał spojrzeniem nakazać milczenie.
Podczas nauki historyi biblijnej przysłuchiwał się Arumugam z tak natężoną uwagą, ie O. Franciszek serdecznie się cieszył.
Pierwszy tydzień minął Arumugamowi wśród zajęć, modlitw i gier tak szybko i wesoło, jakby jakie święto. Gdy radża w końcu tygodnia przybył na słoniu do kolegium, aby syna na kilka godzin sprowadzić do domu, Arumugam rzucił się z głośnym wykrzykiem w jego ramiona i zawołał:
„Ojcze, ojcze, jakże szczęśliwym jestem! Dziękuję ci, żeś mnie oddał do kolegium. Wystaw sobie, że już mam dwunastu przyjaciół, a może i więcej; gdyż wszyscy okazują mi serdeczną życzliwość. Kocham ich też daleko więcej, niż mego głupkowatego kuzyna Dobrę, który mi niedawno zdarł ze szyi naszyjnik z perłami dlatego, że był piękniejszy. Tego moi nowi koledzy nie czynią. Są wszyscy dla mnie uprzejmi. Ale ojcze, zapomniałem zapytać cię, jak się masz, czy zdrowe siostry, i młode słoniątko? Ojcze, nie umiem ci opisać, jak się czuję szczęśliwym.“
Radża śmiał się serdecznie z potoku słów syna i rzekł: „Trzeba ci przyznać, chłopcze, tak szybko szczebiocesz, iż nie mogę wcale przyjść do słowa.“
„Ojcze,” mówił Arumugam, „uczymy się i milczeć co dzień od 8 — 12 z rana, po południu zaś od 2-4, i od 5-7,“ (t.j. podczas nauki).
„A wieczorem,“ wtrącił radża z uśmiechem, „od 8 do 8 z rana,“ (podczas snu.)
„Wcale nie,“ rzekł Arumugam, potrząsając poważnie głową, „tak późno nie wstajemy, bo nie otrzymalibyśmy śniadania. Ojciec Franciszek mówi, że kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje.“
„Miło mi to słyszeć,“ mówił radża, ale powiedzie mi teraz, czegoś się już dotychczas nauczył!“
„Dwa razy dwa cztery, trzy razy trzy dziewięć, cztery razy cztery szesnaście, pięć razy pięć dwadzieścia pięć, sześć razy sześć trzydzieści sześć,“ krzyczał Arumugam coraz głośniej, wyciągając dziesięć palcy i zakończył: „dziesięć razy dziesięć jest sto.“
„A do licha chłopcze, umiesz już więcej odemnie!“ zawołał radża.
„Więcej nawet, niż mój głupi kuzynek Dobra,“ dodał Arumugam z pewnym odcieniem dumy. „Umiem już cokolwiek po angielsku: „My father is good, my mother is good, and my sisters are good, and I am also very good.“
Radża się śmiał, ale naraz spoważniawszy, zapytał syna: „Powiedz mi teraz Arumugamie, czy cię już uczono religii chrześcijańskiej i czy cię zaprowadzono na nabożeństwo?“
„Ani myśli!“ szepnął z cicha Arumugam. „Do kościoła wolno tylko chrześcijanom chodzić. Podsłuchiwałem pode drzwiami. Nie masz pojęcia, ojczulku, jak pięknie uczniowie śpiewają, ale cóż mi z tego? Nic nie rozumiałem. Potem wszyscy się głośno modlą. Wystaw sobie ojcze, co za dziwactwo! Chrześcijanie modlą się, aby Królestwo niebieskie zstąpiło na ziemię, a potem proszą o chleb powszedni; ale o inne potrawy, lepsze od chleba wcale nie proszą. Czyż to nie niedorzeczność?“
Radża się śmiał, aż mu łzy w oczach stanęły.
Potem chłopiec tak dalej mówił: „Ojcze, chrześcijanie są bardzo zadłużeni, więcej może od radży Barody, o którym niedawno wspominałeś, że ma więcej długów niż włosów na głowie.“
„Oho,“ zawołał zdziwiony radża, „jakże się o tem dowiedziałeś?“
„Z pacierza ich,“ rzekł chłopiec, „zdaje mi si, iż proszą Boga, aby ich długi popłacił.“
„Przestań chłopcze, bo umrę ze śmiechu,“ zawołał radża.
„Nie śmiej się ojczulku, bo niema z czego,“ rzekł Arumugam. „Tak jest rzeczywiście. Wiem ja jeszcze coś, ale nie powiem nikomu.“
„Ojcu przecież powiedzieć możesz.“ „Powiem, ale ty nie gadaj o tem nikomu,“ rzecze Arumugam, podniósłszy palec do góry.
„Nie,“ przyrzekł radża, „cóż to takiego?“
„Widzę, że chrześcijanie chorują na brzydką i wielce niebezpieczną chorobę.“
„Cóż to takiego?“ zawołał przerażony radża. „Czyż w kolegium grasuje zaraza?“
„Nie,“ odpowiedział Arumugam, „nie w samem tylko kolegium. Ojciec Franciszek miał niedawno kazanie. Słyszałem pode drzwiami, jak mówił, że wszyscy mają niebezpieczną chorobę, tak zwany grzech pierworodny. Ale czemuż się znowu śmiejesz, ojcze? Nie śmiejże się, bo mówię prawdę; wszyscy cierpią na grzech pierworodny i dlatego też pewnie szczepią małe dzieci.“
Gdy radża ciągle jeszcze trząsł się od śmiechu, Arumugam się uraził i uczuł w sobie wstyd, pomiarkowawszy, że powiedział jakieś głupstwo. Ale jeszcze więcej się zawstydził, gdy ojciec w domu powiedział wszystko, co mu chłopiec powiedział, wobec krewnych, i ci takie śmiać się poczeli. Biednemu Arumugamowi zepsuła się cała uciecha. Postanowił odtąd nie opowiadać, co się dzieje w szkole. Ojciec zaś odzyskał całkowitą spokojność, tak rozumując: „jeżeli chrześcijanie uczą chłopca takich niedorzeczności, nie ma obawy, aby kiedyś został chrześcijaninem.“ Sam zaś postanowił nie przyznać się do tego, że się tego lękał.
Było to rzeczywistem zrządzeniem Bożem, że odtąd Arumugam taił się ze swojem obznajmieniem się z nauką wiary. Gdy bowiem później poznał całą piękność i prawdę nauki Chrystusowej i pełnił jej przykazania, nigdy o tem w domu nie mówił, a skoro go pytano, dawał odpowiedzi wymijające, aby nie być wystawionym na śmiech. Te pierwsze odwiedziny domu miały i ten dobry skutek, że Arumugam z chęcią wracał do O. Franciszka i kolegów, gdzie go nikt nie wyśmiewał. Tu się czuł szczęśliwym i zadowolonym, uczył się pilnie, postępował w nauce i zyskiwał co — raz większą miłość i poważanie. Gdy w końcu roku szkolnego, przy wydzielaniu premii,uzyskał pierwszą nagrodę, radża dumny z takiego syna postanowił nie odbierać chłopca ze szkoły, póki jej całkowicie nie ukończy.


∗             ∗

Minęło lat pięć. W tym czasie wyrósł Arumugm na krzepkiego i dorodnego młodzieńca i tak wielkie uczynił postępy we wszystkich naukach, ze gubernator angielski powinszował radży tak dobrze wykształconego syna i obiecał wyjednać mu wysoki urząd w zarządzie Indyi, skoro tylko złoży egzamin. Ale Arumugam wykierował się na coś więcej, aniżeli tylko na dobrego i wykształconego ucznia, był bowiem zacnym i cnotliwym młodzieńcem. Winien to był łasce, jaka w duszy jego działała od pierwszego dnia wstąpienia do kolegium. Rychło on odgadł, że wiara chrześcijańska jest jedynie prawdziwą. Pewnego dnia prosił O. Franciszka o pozwolenie przypatrzenia się katolickiemu nabożeństwu w kaplicy. Ksiądz odpowiedział mu:

„Synu, nie mogę ci wzbronić, jeśli tego pragniesz, ale zapytaj poprzednio ojca!“ Arumugam tego nie uczynił, lecz poszedł na własną odpowiedzialność na Mszę i kazanie; wiedział bowiem, że ojciec natychmiast by go odebrał z kolegium, czego się przedewszystkiem obawiał. Dopóki był młodszym, uczył go przyjaciel Piotr prawd Wiary św., gdy z wiekiem stał się pojętniejszym, brał książki traktujące o chrześcijaństwie z biblioteki i sam się uczył.
O. Franciszek sam się dziwił, jak potężniedziała łaska w sercu tego nieochrzconego i niewinnego poganina; Arumugam był bowiem wzorem czystości dziecięcej, pokory, posłuszeństwa, skromności, a mianowicie miłosierdzia względem ubogich. Ilekroć ujrzał żebraka na ulicy, biegł do O. Franciszka i prosił o pozwolenie udzielenia mu jałmużny. Wszystko, co posiadał, chciał porozdawać, tak iż ksiądz musiał go czasem napomnieć, aby nie przekraczał granic szczodrobliwości.
Pewnego razu ujrzał przed gmachem szkólnym syna biednego roznosiciela wody, który zaopatrywał kolegium codziennie w świeży napój. Biedaczek ten był przepasany lichą chuściną około bioder i stał z gołą głową na skwarnem słońcu. Arumugam pobiegł do swej izdebki, porwał spodzienki, surducik i słomiany kapelusz i rzucił mu to oknem pod nogi. Chłopczyna spojrzał do góry i podziękował za dobrodziejstwo. Nie poprzestał na tem ojciec chłopca i pobiegł do O. Franciszka, aby i temu oświadczyć swą wdzięczność. O. Franciszek odgadł natychmiast, kto to uczynił i rzekł do rozwoziciela wody, członka najniższej wzgardzonej kasty Pariasów:
„Poczciwy człecze, ten dar pochodzi od syna radży; módlcie się za niego, gdyż jest jeszcze poganinem.“
Jak wiernie wykonywał Arumugam przepisy Kościoła św., smucił się jednak, że nie mógł razem z drugimi przystępować do Sakramentów św. Gdy skończył lat 17, przyszedł do O. Franciszka i zapytał go:
„Ojcze, cóż powinienem czynić, ażeby dostąpić Chrztu świętego.
Wzruszony do żywego kapłan, przeczuwał, że zbliża się stanowcza dla chłopca godzina i rzekł ze łzami w oczach:
„Kochany synu, jeśli chcesz wyznawać Chrystusa i przyjąć Chrzest św., trzeba ci się zwierzyć z tem ojcu, a potem...” Tu utknął kapłan; zrozumiał go Arumugam i dokończył: na potem — wszystko stracić.“
To rzekłszy, wyszedł Arumugam do kaplicy, gdzie długo klęczał przed ołtarzem zatopiony w modlitwie. O. Franciszek pomyślał sobie z boleścią: „Biedny młodzieńcze! Żebracze dziecię możnaby spokojnie ochrzcić, a niktby temu się nie oparł. Ty — syn księcia, musisz drogo okupić chrzest, szczęście i swobodę wiary.” Takie było istotne położenie rzeczy. Gdyby Arumugam dał się ochrzcić, wyparłaby go się cała rodzina i cała kasta, straciłby majątek i wszystko, co może stanowić powab dla serca młodzieńczego. Trudna to była walka, Arumugam chodził dni kilka smutny i osowiały. Wtem zaszło zdarzenie, które za łaską Bożą stanowczo wpłynęło na dalsze jego losy.





4. Dobry uczynek i jego następstwa.

Zbliżyła się chwila, w której Arumugam miał kolegium opuścić. Pewnego dnia zaprosił go mistrz muzyki Winfried, pobożny Anglik, aby wespół z nim poszedł odwiedzić chorego. Winfried utworzył był towarzystwo św. Wincentego, mające na celu wspieranie ubogich. Znając usposobienie młodego księcia, pomyślał sobie, że dzieła miłosierdzia najprędzej wyjednają Arumugamowi łaskę nawrócenia. Zapytał przeto chłopca:
„Czybyś nie miał ochoty pójść ze mną do chorego?“
„Cóż to za chory?“
„Jest to biedny Parias,“ odpowiedział Winfried, wiedząc, że według uprzedzeń pogańskich nic wolno synowi radży mieć jakiejkolwiek styczności ze wzgardzoną kastą Pariasów.
„Parias!“ zawołał z przestrachem Arumugam, „czy nie wiesz, co mnie czeka, skoro się o tem dowie ktoś z mych krewnych, albo ojciec?“
„Coście uczynili jednemu z mych najniższych braci, to uczyniliście mnie,“ odrzekł mistrz muzyki.
Arumugam spuścił wzrok i mocno się zadumał. Wtem przywlokła się biedna staruszka i błagała go na miłość Pana Jezusa o jałmużnę. Arumugam dał jej parę groszy, a staruszka rzekła: „Bóg zapłać. Niech cię Pan Bóg błogosławi i wszystkie drogi twoje.“ Usłyszawszy te słowa, rzekł Arumugam do Winfrieda: „Idę z tobą, bo odebrałem błogosławieństwo na drogę.“
„W milczeniu szli obaj na przedmieście. Muzyk stanął przed nędzną, na pół zapadłą lepianką i rzekł: „Tu mieszka największy nędzarz, jakiego dotąd poznałem.“
Arumugam wstąpił szybko w progi chaty i ujrzał woziwodę szkólnego i jego syna. Ale i ci poznali swego dobroczyńcę, a woziwoda zdumiony zawołał:
„Jak to? Syn radży raczy odwiedzić mnie biedaka? Niechaj Bóg ci odpłaci szlachetny uczynek, zacny książę!“
„Paniczku,“ zawołała chora żona woziwody, leżąca na słomiance, „czy ty jesteś synem radży? Czyś został chrześcijaninem?“
„Nie poczciwa kobiecino,“ odparł zarumieniony Arumugam, „jeszcze nie jestem chrześcijaninem, ale pragnę nim zostać.“ Młodzieniec pocieszył biedaków i zachęcał ich do ufności w Bogu, rozmawiał łagodnie z dziećmi, przyodzianemi w podarte i dziurawe łachmany, i cisnącemi się w kąt. Najstarszy chłopiec, którego Arumugam niedawno obdarzył, patrzał na niego z iskrzącemi od radości oczyma. Przy pożegnaniu wyjął Arnmugam sakiewkę z pieniędzmi i dając ją biednej kobiecie, rzekł: „Módlcie się za mnie do Boga o łaskę, abym wszystko porzucił, a przyjął Chrzest św. II
„Wiemci ja, Panie, że tobie to przychodzi trudniej, aniżeli nam, bo ty przez to wyrzekasz się wszystkiego. Ale póki żyć będę, prosić będę Boga, ażeby ci udzielił szczęścia już tu na ziemi i stokrotnie ci to wynagrodził, czego się dla Niego wyrzeczesz.“
Arumugam podał wszystkim rękę na pożegnanie i obiecał ich znowu odwiedzić; potem wyszedł razem z muzykiem.
Zaledwie stanął na ulicy, wydał okrzyk przerażenia i zdumienia. Ujrzał bowiem siedzącego na słoniu swego ojca, który otoczony sług orszakiem, wybierał się na polowanie. Stojący w progu chaty Winfried miał tyle czasu, iż mógł się ukryć, gdy radża gromkim głosem się odezwał:
„Ty żeś to Arumugamie? Skąd się tu wziąłeś w tej psiej jamie Pariasa!“
Gdy blady jak trup i drzący Arumugam milczał, zakrzyknął radża: „Domyślam się, co się dzieje. Chodź tu do mnie!“
Arumugam wsiadł na słonia, radża kazał, nawrócić i w powrocie do pałacu wrzasnął na syna:
„Coś tu czynił, nieszczęsny?“
„Byłem u biednego z jałmużną,“ odparł Arumugam.
„Aha, odgaduję, co się święci. Brama w samą porę mię tu przyprowadził, aby zapobiedz nieszczęściu. Czy wie o tem O. Franciszek, którego niech Brama ukarze, że odwiedzasz Pariasów!“
„Nie,“ odrzekł Arumugam, „poszedłem z własnej woli i bez jego wiedzy.“
„Szczęście dla niego,“ krzyczał radża, „gdyż zaklinam się na Wiszuu i Sziwę, „że byłbym kazał podpalić jego kolegium na wszystkich czterech rogach.“
„Ojcze!“ zawołał chłopiec, spojrzawszy na niego wzrokiem błagalnym.
„Tak to?“ wrzeszczał radża, „a zatem chodzi ci więcej o dobro tego tałatajstwa chrześcijańskiego, aniżeli o szczęście ojca? Poczekajno, popamiętam ci to.“
To rzekłszy, zamilkł rozgoryczony książę, zamilkł i Arumugam, ale wewnątrz błagał Boga:
„Panie niech się stanie wola Twoja; Twoje to zrządzenie, iż działając dobrze 46 na chwałę Twoją, popadłem w nieszczęście. Ale wszystko pokornie przyjmę z Twej ręki, co na mnie zesłać raczysz.“
Niezadługo stanął orszak cały, ku powszechnemu zdziwieniu pozostałej w domu służby, w dziedzińcu pałacowym. Radża nie posiadał się z gniewu; porwawszy za fuzyę, zastrzelił swego najlepszego charta angielskiego i zwróciwszy się do syna, krzyczał: „To samo ciebie czeka, skoro wykonasz to, coś zamierzył.“ Potem wszedł na schody, każąc Arugumamowi iść za sobą. Wszedłszy na piętro, zamknął się w swym gabinecie. Dopiero wieczorem ochłonął cokolwiek z gniewu, zawołał syna i starał się w dobry sposób dopiąć swego celu. Arumugam poprzednio przepędził na klęczkach kilka godzin i prosił gorąco Boga, aby ojciec w rozjątrzeniu nie dopuścił się jakiego krwawego czynu. Gdy widział wchodzącego radzę, złożył błagalnie ręce. Tymczasem książę pohamowawszy uniesienie, nie wyrzekł złego słówka; owszem uściskał syna i tak się do niego odezwał:
„Kocham cię serdecznie, i dla tego dzisiaj rano zapomniałem się do tego stopnia; obawiałem się bowiem, ażeby twój niedorzeczny postępek nie przyprawił cię o utratę szczęścia. Arumugamie, miły chłopcze, nie płacz, nie lękaj się niczego ; o to cię tylko proszę, abyś był rozsądnym i nie robił głupstw, jak dzisiaj rano.“
„Ojcze,“ rzekł spokojnie Arumugam, „nie było to głupstwo; uczyniłem to z przekonania; mocno bowiem wierzę w Jezusa Chrystusa, i muszę zostać chrześcijaninem.“
„Co bredzisz chłopcze?“ odparł radża, „zakrawa to jakoś na szaleństwo. Proszę cię na wszystkie bogi, nie gadaj tego nikomu; bo gdy się dowiedzą o tem twoi kuzyni, te zgłodniałe pasożyty, ta hołota, to niezawodnie wniosą o to, aby cię wykluczyć z kasty rodzinnej i objąć po mnie spadek. Wtedy ty będziesz żebrakiem, a ja nędzarzem.“
„Ojcze,“ odpowiedział Arumugam, „mnie trzeba wszystko opuścić, a pójść za prawdą, którą poznałem.“
„Głupstwa bajesz,“ wołał zniecierpliwiony radża; każda religia, każdy bóg z razu pięknie wygląda, ale gdy się lepiej przypatrzysz, są to czcze, dyabelskie mamidła. II
„Nie ojczuszku,“ odpowiedział Arumugam śmiało i odważnie. „Pan Jezus jest prawdziwym Bogiem, a Jego Ewangelia prawdziwą wiarą; to wiem, w to wierzę, to czuję w mem sercu.“
„Skądże wiesz o tem?“ zapytał radża, bledniejąc.
„Wiem, bo pięć lat obeznawałem się gruntownie z nauką Chrystusa i pięć lat modliłem się do Boga o łaskę poznania jej dokładnego.“
Radża spojrzał na syna wylękły i osłupiały i jak szalony wybiegł z komnaty.
Nie wiedział, jak sobie poradzić. Był u niego w służbie Hindus, imieniem Manuar, pełniący obowiązki nadwornego ochmistrza, człowiek mądry i doświadczony. Tego przywołał do siebie i przedstawił mu smutne następstwa, jakie mógłby pociągnąć za sobą krok Arumugama.,.Książę,“ rzekł Manuar, oddawszy mu nizki pokłon; „domyślałem się, iż do tego przyjdzie, gdy oddawałeś syna księdzu chrześcijańskiemu. Ach, czemuś wtedy nie posłuchał mej rady? Teraz proszę cię, nie postępuj gwałtownie i pospiesznie. Czas więcej działa na postanowienia młodzieży, aniżeli jawny opór. Wyślij Arumugama w dalekie strony, aby się nie stykał z chrześcijanami. Wypraw go np. do Ceylonu i oddaj go do szkoły Bonzów, zostającej pod sterem sławnego Suami — Widyadyszy; pobyt u tego świątobliwego męża oczyści twego syna od skaz, jakiemi się splugawił dzisiaj przez pobyt w chacie Paryasa. u
„Mądrze mówisz, Manuarze, a rada twoja jest zdrową, u zawołał radża. „Ale któż mi chłopca zawiezie do Ceylonu?“
„Zostaw to zostającemu pod moimi rozkazami Knagorowi. Pochodzi on z niższej kasty, ale jest bystry i tobie całkowicie oddany.“
„Niechże tak będzie,“ rzekł radża. „Ja sam go dowiozę aż do morza. II
O północy przebudził książę chłopca. Wystraszony i na pół senny młodzian obejrzał się wkoło, a radża tak się do niego odezwał: “ Wstań, synu, i prędko się ubierz; trzeba nam natychmiast wyjeżdżać.“ Gdy Arumugam spojrzał na niego wzrokiem pytającym i pełnym wyrzutów, książę tak dalej prawił: „Zaklinam cię, nie wzbraniaj się być mi posłusznym. Pojedziemy razem do klasztoru Braminów. Tam poznaj wprzód gruntownie wiarę ojców, zanim się bezmyślnie chwycisz nowej. Wywieść cię trzeba, póki nie ucichną krzyki i szkandale z powodu dzisiejszego twego postąpienia. Jeśli po dwóch latach pobytu u mądrego Suami — Widyadyszy obstawać będziesz przy swym zamiarze, wtedy idź, gdzie chcesz, i czyń, co ci się podoba.“ Zimne te słowa ojca przeszyły serce chłopca jakby mieczem; ale spokojnie zeszedł z ojcem ze schodów. Na dziedzińcu dosiadł radża słonia, ochmistrz osadził Arumugama na siodle, Knagor umieścił się na siedzeniu przedniem i ruszono w drogę nocną porą. Dokąd? Tego Arumugam nie wiedział. Spoglądał tylko na chmurne i ciemne niebo i westchnął w głębi duszy: „Najświętsza Panno, bądź mi gwiazdą przewodnią na tej ciemnej i smutnej drodze. “
Tymczasem doniósł Winfried O. Franciszkowi o fatalnem spotkaniu się Arumugama z księciem. Ten złożył ręce, spojrzał na krucyfiks i zawołał: „Biedny chłopcze, do tego więc przyszło? Niestety, z dawna to przewidywałem. “
„Ależ Ojcze Franciszku,“ zawołał Winfried, „jakżeż możesz to znieść tak spokojnie? Wszystko trzeba czynić, aby wydobyć Arumugama z rąk jego pogańskich krewnych.“
„Ani myśleć o tem!“ rzekł stanowczo kapłan, „walkę tę winien on sam przebyć za pomocą Boską. Wmięszanie się nasze pogorszyłoby sprawę. Zresztą nic mu nie grozi, póki jest w ręku ojca. Ale modlić, modlić nam się trzeba gorąco za Arumugama; jedna tylko modlitwa pomódz mu może.“
Gdy Winfried wieczorem od O. Franciszka odchodził, spotkał biednego Paryasa, którego z Arumugamem odwiedził. Woziwoda skinął na niego i rzekł: „Panie, księcia, przyjaciela waszego, dzisiaj uprowadzono. Tomasz mój syn, którego znacie, nosi wodę do stajni radży. Widząc gniewne oblicze księcia, gdy ujrzał swego syna na mym progu, poleciłem Tomaszowi, aby starał się wywiedzieć, co się stanie z synem radży. W tej chwili doniesiono mi, ze siodłają słonia i że radża chce wywieść swego syna tej nocy.“
„Dokąd?“ zapytał Winfried. „Trzeba nam wiedzieć, dokąd, ażebyśmy w razie potrzeby mogli Arumugamowi pospieszyć z pomocą. “
„Jeszcze nie wiemy dokąd. Ale nie troszczcie się panowie. Mój Tomasz gotów iść w ogień za swego dobroczyńcę; jest on chybki, jak gazela, a wierny, jak złoto. Pobieży za nimi, jeśli trzeba, i opowie nam, jakie są zamiary radży.“





5. List z Ceylonu.

Dwa miesiące upłynęły od dnia, w którym Arumugam odwiedził biednego Paryasa i w nocy tajnie z Tryczynapalli wywieziony został. Następnego poranka doniósł woziwoda O. Frauciszkowi o nagłym wyjeździe księcia, dodając, że Tomasz poszedł w ślad słonia i da znać, co radża ze synem począł. Ale dzień upływał po dniu, a wiadomość o Arumugamie nie przychodziła. Po kilku dniach wrócił radża na słoniu, ale nikt nie wiedział, gdzie syna zostawił.
O. Franciszek, Winfried i inni chrześcijanscy przyjaciele Arumugama byli bardzo niespokojni i podwoili swe modły. Już nie — którzy poczęli tracić nadzieję, wtem nadszedł niespodzianie list z Ceylonu. List ten pisany był przez jednego z misyonarzy do Ojca Franciszka i mocno go zadziwił. Zawołał natychmiast do kolegium Winfrieda i wozi — wodę i powiedział im, jaka jest treść pisma.
Misyonarz z Ceylonu doniósł O. Franciszkowi, że przed kilku dniami odwiedził go chłopiec chrześcijański z Tryczynapalli, imieniem Tomasz, syn woziwody. Chłopiec ten był strudzony długą podróżą i tak pokaleczone miał nogi, ze ledwie mógł ustać. Odzyskawszy cokolwiek siły, opowiedział mu dziwną historyą o synu jedynaku radży Tryczynapalskiego. Historya ta nie zdaje się być wymysłem, gdyż rzeczywiście przybył do klasztoru Bonzow Suami-Widyadyszy młody książę z Tryczynapalli. Ten Tomasz prosił misyonarza, aby jak najspieszniej pisał do O. Franciszka i uspokoił ojca jego woziwodę, Winfrieda i innych przyjaciół względem losu młodego księcia. Chłopiec ten misyonarzowi tak opowiadał dzieje swej podróży:
„Wieczorem dnia owego, w którym młody książę moją chorą matkę odwiedził, zaczaiłem się w pałacu radży, wiedząc, że zakładano siodło na słonia. Około północy wyprowadzono zwierzę ze stajni; radża, Arumugam i podwładny urzędnik Knagor siedli na niego. Słyszałem, jak książę mówił: „Do Negapatam !“ i szybko jak gazela pobiegłem manowcami naprzód. Pierwszego i drugiego dnia żwawo pędziłem za nimi, ale trzeciego nogi mi mdleć poczęły, i nie byłbym za zwierzęciem zdążył, gdyby mi nie była zesłała pomocy Matka Boska, do której się gorąco modlić począłem. Nadjechał bowiem Anglik w lekkim koczyku, przyczepiłem się z tyłu i stanąłem nieomal równocześnie z radżą w nadmorskiem mieście Negapatam. Straciłem z oczu słonia, i już się obawiałem, że nie ujrzę młodego księcia, aż tu naraz widzę go w porcie żegnającego się z ojcem i wsiadającego na statek parowy.
„Byłbym chętnie go powitał, ale nie śmiałem się pokazać, aby mnie Knagor nie poznał. Z drugiej strony lękałem się, abym nie stracił śladu, wsiadłszy na inny statek. Błagałem swego Anioła Stróża, aby mi pomógł dostać się na parowiec. Gdym stał tak zadumany, spostrzegłem, że wielu posługaczy w małych koszykach znoszą węgle na spód okrętu. Przyszło mi coś na myśl. Szybko pochwyciłem koszyk i pytałem posługaczy, czy pozwolą mi pomódz w znoszeniu węgli. Robotnicy chętnie się na to zgodzili. Gdym stanął na pokładzie parowca, zapytałem marynarza mającego dozór nad robotnikami, czyby mnie nie chciał zabrać za palacza do kotła parowego. Ten obejrzał mnie z razu od stóp do głów, jak gdyby chciał ocenić me siły i zapytał: "Dokądże cię mam zabrać?"
„To mi obojętne," odparłem, "bylebym tylko miał co jeść, bo tutaj zarobek trudny."
„Zobaczymy, co umiesz: naprzód pomagaj nosić węgle, a później ci powiem, czy możesz z nami jechać.“
Robiłem, co mógłem; biegałem tam i tu, i zabierałem tyle węgli naraz, ile tylko podobna było udźwignąć. Po godzinie ukończyła się praca, a dozórca rzecze:
„Jedź z nami, ale trzeba ci będzie pozostać przy składzie węgli!"
Ucieszyłem się mocno i zeszedłem na spód okrętu do mych obowiązków. Nasamprzód przybił parowiec do brzegu w Dżaffnie. Wyglądałem ciekawie przez lukę, czy Arumugam nie wysiądzie na ląd, ale wyładowano tylko kilka beczek. Potem szła dalej jazda do Kolombo. Gdyśmy tam przybili do brzegu, prosiłem gorąco Anioła Stróża, aby mi pomógł zemknąć, gdyby Arumugam miał w miejscu pozostać. Widząc ze swej kryjówki Arumugama i Knagora idących przez pomost, przechodziłem śmiertelne strachy, nie wiedząc, jak się wydostać. Wpełzłem po schodach na pokład i oglądałem się bacznie.
Wszyscy byli zatrudnieni przy pomoście. Gdy tak rozmyślałem, co począć, widzi mnie sternik i woła:
„Chłopcze, pomóż wydobywać kistyiskrzynie, nie zaszkodzi ci odetchnąć świeżem powietrzem. “
„Jakby na zawołanie anioła poskoczyłem łem ochoczo i wziąłem na plecy sporą skrzynkę. Złożywszy ją na brzegu, pobiegłem co tchu do miasta i straciłem się w tłumie ludu.“.
„Pędząc tak z pospiechem i obawą przez głóvne ulice Kolomho, zacząłem się zastanawać, jakby się spotkać z Arumugamem. W zaufaniu do Anioła Stróża i w obawie, aby mnie nie szukali i nie pojmali majtkowie, wybiegłem z miasta, wszedłem na wzgórze i rzuciłem się na ziemię, aby spoczać w cieniu drzewa. Wtem widzę idącego ulicą słonia, poznaję Knagora i młodego księcia. Ledwiem nie zakrzyknął z radości. Poszedłem z daleka za podróżnymi. Po kilku godzinach stanęliśmy przed wielkim kasztorem Braminów w górzystej okolicy, gdzie Knagor kazał stanąć i zeskoczył z siodła. Widziałem, jak go przyjmował przełożony, stary Bramin.“
„Teraz wiedziałem, gdzie jest miejsce pobytu czyli więzienie biednego radżputa (młodego księcia;) chodziło tylko o to, jakby się nim potajemnie widzieć. Ukryłem się w poblizkiem krzaku i patrzałem na furtkę klasztorną. Po dwóch godzinach wyszedł Knagor w towarzystwie starego Bramina, wsiadł na słonia i odjechał. Ucieszyłem się mocno, gdyż z jego strony nie potrzebowałem się odtąd niczego obawiać. Obszedłem wkoło cały gmach i otaczające go mury, aby się przekonać, czy nie ma jakiego tajnego wejścia, ale nie znalazłem."
„Do tylnej części ogrodu przytykał jednak lasek palmowy. Wspiąłem się na jedno z najwyższych drzew, skąd miałem widok na cały ogród. Nie zawiodły mnie oczekiwania moje. Nie minęło pół godziny, gdy się młody książę pokazał z sędziwym przełożonym klasztoru na jednej z ścieżek ogrodowych. Już go pozbawiono szat książęcych i przyodziano w długą białą branińską sutanę. Gdy przechodzili w odległości może 20 kroków około mego posterunku, patrzałem na nich z naprężoną uwagą. Stary Bramin rozmawiał z radżputem łagodnie, ale nie dosłyszałem co do niego mówił. Arumugam kroczył obok niego w posępnem milczeniu i ze spuszczoną głową. Po niejakim czasie przełożony wrócił do kasztom i zostawił radżputa samego. Zacekałem cierpliwie, póki się książę do mnie zbliżył, potem zawołałem głośno i wyraźnie: „Tryczynapalli, Tryczynapalli!“
Gdy radżputa uszu doszła nazwa rodzinnego miasta, zadrgnął, obrócił się i spojrzał w tę stronę, gdzie ja siedziałem ukryty. Jeszcze raz krzyknąłem: „Tryczynapalli, Tryczynapalli!“
Wtedy spiesznym krokiem i w tak wielkiem rozdraźnieniu przybiegł, że zdjęła mnie obawa, aby mnie i siebie nie zdradził, gdyby go miano na oku. Gdy stanął tak blisko, iż mnie mógł dosłyszeć, przemówiłem do niego o wiele ciszej:
„Radzpucie Arumugamie, zaklinali cię, przechadzaj się powoli; jestem Tomaszem, synem roznosiciela wody.“
Wtedy załamał ręce i rzekł pół z płaczem, pół ze śmiechem:
„Tomaszu, poczciwa duszo, skąd się tu wziąłeś?
Wysłał mnie na zwiady pan Winfried,“ odpowiedziałem, „pobiegłem w ślad za tobą, drogi dobroczyńco, aby się dowiedzieć, gdzie cię radża umieści.“
„Dziękuję ci,“ zawołał Arumugam chodząc po ścieżce.
„Radżpucie,“ mówiłem, „jeśli chcesz uciekać, pomyślę, jakby ci dopomódz do ucieczki. “
Ale biedak potrząsnął smutnie głową i z westchnieniem szepnął: „Nie, nie, uciekać nie mogę, bo przyobiecałem ojcu dopóty pozostać, póki nie obeznam się z nauką Braminów i póki po mnie sam nie przyjedzie, aby mnie zabrać do domu.“
„Ale jakże to będzie, gdy cię zaczną karać i zechcą cię kusić do złego?“zawołałem.
„Na to się nie odważą,“ odpowiedział, „Knagor surowo im tego zakazał w mej przytomności, gdyż oświadczyłem mu, ze zemknę natychmiast, skoro mnie będą chcieli zmusić do czegoś, co się sprzeciwia przekonaniu i sumieniu memu. Ale posłuchaj no Tomaszu; pozostań tu jeszcze z kilka dni i powróć pojutrze albo dnia następnego, wtedy ci powiem, jak się ze mną obchodzić będą“
„I owszem,“ odparłem, „tymczasem bądź zdrów, radżpucie, niech cię Pan Bóg ma w Swej świętej opiece!“
„I ciebie, poczciwy chłopcze; niech będzie pochwalony Jezus Chrystus,“ rzekł radżput i wrócił do klasztoru.
„Na wieki wieków,“ odpowiedziałem i ukryłem się w gąszczu gałęzi.
„Zlazłem dopiero z drzewa, gdy noc zapadła i zebrałem kilka sztuk owoców, leżących na ziemi tuż przy murze ogrodowym.“.
„Tak żyłem przez trzy dni w gęstwinie leśnej, strzegąc się, aby mnie kto nie zobaczył.“.
„Czwartego dnia wlazłem jeszcze przed wschodem ońca na drzewo przytykające do muru, czekając na radżputa. Zaledwie się rozjaśniło, wyszedł do ogrodu i powolnym krokiem, jakby od niechcenia, zbliżył się do mej kryjówki. Przywitawszy mnie, rzekł:
„Tomaszu, powiedz mym przyjaciołom w Tryczynapalli, a mianowicie Ojcu Franciszkowi, żeby się o mnie nie frasowali. Bramini obchodzą się ze mną grzecznie i uprzejmie i nie zmuszają mnie wcale do brania udziału w swem bałwochwalczem nabożeństwie. Moim jedynym obowiązkiem jest słuchać codziennie po kilka godzin ich wykładu religii Bramińskiej, poczem dysputują ze mną o prawdach i nauce religii chrześcijańskiej. Ale nie przywiodą mnie do odstępstwa, powiedz to mym przyjaciołom. A teraz, Tomku, wracaj i pozdrów wszystkich odemnie, a mianowicie twego ojca. Oby ci Bóg to zapłacił, że nie uląkłeś się niebezpieczeństw i trudów podróży, idąc w ślad za mną. Bądź zdrów!“
„Musieliśmy się rozstać, gdyż wyszło z klasztoru kilku Braminów, zbliżając się ku nam powolnym krokiem. Teraz dopiero gdy spuściłem się z drzewa i dopiąłem celu mej podróży, owładło mnie takie znużenie, że myślałem, iż przypłacę to życiem. Zaledwie mogłem zawlec się do wybrzeża i doszedłem schorzały do wsi, zamieszkałej przez biednych chrześcijan, trudniących się połowem pereł. Poznałem w nich braci współwierców, gdyż żegnali się przed pracą i po pracy. Ci zawiedli mnie do ciebie, kochany Ojcze; proszę cię teraz, abyś napisał list do Tryczynapalli i doniósł o wszystkiem co, ci powiedziałem.“

∗             ∗

„Takie jest sprawozdanie Paryasa młodego,“ pisał misyonarz ceyloński.
„Nie miejcie obawy o księcia. Ja sam o tem pomyślę, co wypada czynić. Jest to próba, na którą go Pan Bóg wystawił. Módlcie się, aby z tej walki wyszedł zwycięzko.“
Gdy O. Franciszek przeczytał przyjaciołom list z Ceylonu, wszystkich ogarnęło wielkie wzruszenie. Poszli społem do kaplicy, aby się pomodlić na intencyę Arumugama, poczciwego Tomka i zacnego misyonarza z Ceylonu.





6. Pomiędzy bałwochwalcami.

O. Franciszek wysłał list do misyonarza ceylońskiego, który mu udzielił wiadomości o Arumugamie i Tomaszku i polecił księcia wraz z paryasowem pacholęciem opiece i troskliwości tego kapłana. Tego nawet nie było potrzeba, gdyż misyonarzem był ojciec Kolumban, pobożny mnich zakonu Benedyktynów, zajmujący się troskliwie losem Arumugama i Tomasza. Gdy Tomek cokolwiek odzyskał siły, zaprowadził O. Kolumbana ku klasztorowi Braminów i udało im się widzieć potajemnie Arumugama i dodać mu ducha. Tomasz pragnął serdecznie namówić. swego dobroczyńcę do ucieczki, i możeby nie było tak trudno dotrzeć do morza i na łódce rybackiej wymknąć się z. Ceylonu. Ale O. Kolumban słusznie zauważył:
„Na cóżby się to zdało? Jeśli Arumugam wróci do Tryczynapalli i zamieszka w domu O. Franciszka, to radża każe go przymusowo odstawić do swego pałacu i użyje gorszych sposobów, aby mu wybić z głowy ochotę do chrześcijaństwa. O wiele lepiej przysłużymy się Arumugamowi tutaj. Wszakże sam powiedział, że Bramini go nie zmuszają do bałwochwalstwa. Zaczekajmy przeto, a skoro się przekonamy, że jego przekonanie i stałość w zasadach wystawione będą na niebezpieczeństwo, wtedy będzie czas pomyśleć o ułatwieniu mu jego ucieczki.“
To rozumowanie przemawiało do przekonania Tomasza. Lubo żałował młodego księcia, który w pierwszych miesiącach swej niewoli tęsknił do O. Franciszka i swych chrześcijańskich. przyjaciół, to w tajnych schadzkach usilnie go napominał, ażeby cierpliwie wytrwał i powtórzył mu powyżej przytoczone słowa O Kolumbana. Niezadługo też nadszedł list O. Franciszka, zawierający te same rady.
„Zostań,“ mówił nauczyciel Arumugama, „te dwa lata u Braminów, jeśli cię nie będą nakłaniać do bałwochwalstwa. Staraj się szczerze poznać pisma i naukę bramińską, ich wiarę i obrzędy, ażebyś później tem dobitniej zdołał wykazać całą ich niedorzeczność. Módl się gorąco do Matki Boskiej i twego anioła opiekuńczego, a nie przyjdzie ci nigdy na myśl wyrzec się Chrystusa i uwierzyć w przesądy Braminów.“
To pismo O. Franciszka dodało Arumugamowi wiele otuchy. Nie czuł też tak dotkliwie swego osamotnienia, gdyż w pewnych dniach przybywał pod mur ogrodowy wierny Tomek, przynosił mu potajemnie nabożne książki, które go utwierdzały w wierze. Przez niego też przysłał mu O. Kolumban swe pozdrowienie i przestrogi.
Tak minął rok cały. Każdego dnia musiał Arumugam słuchać po kilka godzin wykładów Suami-Wadżadyszy. Suami siadał zwykle na krześle europejskiem, podarunkiem jakiegoś Anglika. Po bokach jego stawało czterech sług w bogatych jedwabnych szatach z laskami w ręku; na dwóch stołach marmurowych stawiano potrawy i napoje. Uczniowie Wadżadyszy otaczali swego nauczyciela przybrani w skromne białe suknie bawełniane i słuchali uważnie jego słów. Dwaj najmłodsi musieli odczytywać różne ustępy z pism dawnych Braminów, a Suami objaśniał po każdym ustępie miejsce odczytane. Gdy słońce stanęło tak wysoko, iż cień przyległej palmy równo się naokoło pnia rozłożył, Suami klasnął w dłonie. Wtedy chwytała służba wielki czerwony parasol jedwabny i odprowadzała uroczyście wraz z uczniami starca do chłodnych komnat, które zamieszkiwał.
Nieraz musiał Arumugam parsknąć śmiechem serdecznym, słuchając głupstw, jakie plótł starzec; po największej części czuł jednak w głębi duszy oburzenie i pojąć nie mógł, jak człowiek rozsądny mógł bez zarumienienia popisywać się z takiemi bredniami, a cóż dopiero w nie wierzyć. Z początku patrzano na jego uśmiech z zimną krwią; wkrótce jednak zagorzalsi bałwochwalcy poczęli mu okazywać niechęć i odrazę. Krzywo na niego patrzano, a może niejeden z tych fanatyków nie byłby się utrzymał od krwawej zemsty, gdyby nie wyraźny zakaz Suamiego, który mawiał: „Jest to syn bogatego i potężnego radży Tryczynapalskiego, a ja zaręczyłem mu głową, że chłopcu nic się tu złego nie stanie. Nikt go nie przymusi, ażeby we wszystko uwierzył, co się podaje ogółowi jako artykuł wiary. Byleby tylko nie został chrześcijaninem, to niechaj sobie wierzy lub nie wierzy według swego upodobania.“
Tak prawił stary Bramin wobec swych uczniów, a ci przestali Arumugama nudzić swemi dysputami o bałwanach indyjskich, poprzestając jedynie na zaczepkach i zarzutach czynionych wierze Chrystusowej. Młodzieńcowi łatwo było niejeden z tych zarzutów zwycięzko odeprzeć; ale jeśli św. Franciszek Ksawery opowiada, że nieraz mu trudno przychodziło zbić zarzuty Bonzów, toć nie trzeba się dziwić, że i Arumugam czasem był w kłopocie o odpowiedź. Na to tylko czychali jego przeciwnicy, aby go wyszydzić i wyśmiać. Pomimo tego nie oddał się zwątpieniu, gdyż codzień modlił się do Matki Boskiej o dar wiary. Gdy Tomasz zbliżył się do muru, wtedy Arumugam pisał na palmowym liście zarzuty Braminów, których nie umiał zbić, a po kilku dniach przynosił mu Tomek odpowiedź O. Kolumbana. Hindusowie umieją na liściu palmowym ryć głoski, i w tej sztuce ćwiczyli się też i uczniowie Wadżadyszy. Ilekroć więc otrzymał odpowiedź O. Kolumbana, zbijał Suamiego i jego uczniów na wielkie ich zmartwienie. W końu jednak pomiarkowali, skąd książę czerpie tę mądrość. Rozciągnęli nad nim czujną straż i nie pozwolili mu samotnie przechadzać się po ogrodzie.
Łatwo odgadnąć, jak to martwiło Arumugama. Odcięto mu bowiem wszelką drogę zasięgania rady u przyjaciół i czerpania u nich pociechy. Jeszcze brakło dziesięć miesięcy do pory, w której miał przestać być uczniem Suamiego. W tem naraz niespodziany wypadek nadał inny obrót kolejom życia jego. Mistrz muzyki Winfried już od dawna pragnął odwiedzić swego młodego przyjaciela i korzystając z wakacyi szkólnych wybrał się w drogę na Ceylon. Przyłączył się do niego dziki Pietrek, dawny współuczeń księcia, który tymczasowo złożył był egzamin i liczył na posadę w rządzie angielskim. Winfrieda, jako Anglika, wpuszczono do klasztoru Braminów, nie czyniono też trudności i Pietrkowi, który uchodził za lokaja muzyka. Pokazano przybyszom ogród, kurytarze, krużganki i pagodę z bożyszczami. Arumugam nie pokazał się na oczy; Suami bowiem kazał go mieć pod strażą i wzbraniał mu iść do gości, gdyż odwiedziny te zdawały mu się cokolwiek podejrzane. Piotr oglądał się długo za przyjacielem, aż nareszcie zapytał, czy nie ma syna radży Tryczynapalli. Dano mu odpowiedź przeczącą. W tem usłyszał naraz, jak go wołano po imieniu z poza okna zakratowanego trzciną bambusową. Arumugam spostrzegł był przybyszów, idących przez dziedziniec i domagał się usilnie, aby go do nich puszczono. Powstał stąd hałas; Piotr, który był wielkim gorączką, chciał księcia gwałtem oswobodzić mimo przestróg i uporu Winfrieda. Łatwo odgadnąć, co stąd wynikło. Pochwycono gości i nim się spostrzegli, za drzwi ich gwałtem wyrzucono. Pietrek sierdził się, miotał i bił w czoło. Jego bowiem popędliwość udaremniła cel urządzonej przez Winfrieda wycieczki. Arumugam popadł w jeszcze większy smutek, a jednak Pan Bóg tak mądrze wszystkiem pokierował, że skutek i następstwa tego wypadku wyszły mu na dobre.
Arumugam żądał stanowczo od Suamiego, aby mu pozwolił rozmówić się z przybyłymi. Suami nie przychylił się do jego żądania. Smutek jego zamienił się w gniew, a rozjątrzenie jego wzrosło, gdy żaki Bramińskie zaczęły wydrwiwać jego przyjaźń z prostym i zwyczajnym sługą. Biedny książę ledwie się zdołał pohamować w swym gniewie.
W tem zaczął jeden z Braminów szydzić z religii chrześcijańskiej, a nawet ośmielił się bluźnić przeciw Najświętszej Pannie. Tego już było za wiele. Oburzony książę krzyknął Da Bramina:
„Psi synu, nie twoje to słowa. Mówi przez ciebie szatan, piekielny twój pan, za co mu należytą dam zapłatę.“ To rzekłszy, pochwycił spory kamień i uderzył nim w wielki posąg Bramy, przed którym właśnie obaj się byli zatrzymali. Kamień ugodził w samo oblicze bałwana i roztrzaskał potworną twarz jego na drobne kawałki. Powstały straszne okrzyki i biadania. Wszyscy rzucili się na Arumugama, już błysnęły noże po nad głową jego, już gotów na śmierć polecał się Najświętszej Pannie, gdy wtem Suami przypadł i z trudnością go wydobył z pod rąk wściekłych oprawców. Niezwłocznie jednak kazał go związać i wtrącić do wiezienia.
W dni tym fatalnym ukazała się wieczorem przed klasztorem zamknięta lektyka i czterech tragarzy Hindusów przed bramą klasztorną. Gdy zapadł zmierzch, otworzono zamkniętą bramę. Wyszedł z niej stary Suami z Arumugamem w otoczeniu silnych mężczyzn. Suami wsiadł do palankinu; księcia wsunięto do lektyki przemocą i zamknięto drzwiczki jej.
„Do Kolombo“ wrzasnął przewodnik, i pospiesznym pędem pobiegli tragarze z zamkniętym palankinem w stronę morza.





7. Nowa próba.

Zanim przyjaciele Arumngama, korzystając z gościnności O. Kolumbana, dowiedzieli się o powyżej wspomnianych wypadkach, zanim wpadli na ślad znikłego nagle młodzieńca, nadeszła z Trycznapalli listowna wiadomość, że książę wrócił do pałacu ojca. Suami zdecydował się odwieść ojcu syna, powątpiewając, czy spowoduje kiedykolwiek chłopca do wyrzeczenia się wiary w Chrystusa. Spotkanie radży ze synem nie było wesołem; ale Arumugam nie uląkł się gniewu ojca i silnie obstawał przy zamiarze przyjęcia Chrztu św. Oświadczenie swoje zakończył temi słowy:.
„Dotrzymałem słowa i obeznałem się z religią Bramy. Teraz dotrzymaj i ty słowa i pozwól mi posłuchać głosu serca i pójść za swem przekonaniem.“
To mówiąc wyszedł z komnaty, poszedł do swego pokoju i ukląkł, aby podziękować Bogu za to, że go natchnął łaską jawnego wyznawania swej wiary wobec ojca.
Skoro się tylko oddalił, przełożony Braminów w te słowa odezwał się do radży:
„Książę, widzisz, że jad cudzoziemskiej nauki zbyt głęboko wpoił się w serce twego syna. Sądzę, że ani prośby, ani groźby nie zdołają wyrwać tego chwastu z jego duszy. Jedna tylko na to jest rada: popróbuj chłopca zachęcić do światowych rozrywek i obudzić w nim zamiłowanie rozkoszy zmysłowych; niechaj zasmakuje w wirze zabaw. Jeżeli ci się to uda, to wkrótce przestanie myśleć o zmianie wiary. Gdyby i to nie pomogło, wtedy miej go za straconego!“ Radża uważnie go słuchał, a skoro Bramin mówić przestał, spojrzał na niego wzrokiem badawczym; zdawało mu się bowiem. jakoby Bramin mu radził chłopca do złego namawiać. Wzdrygnął się na to w głębi duszy i z obojętnością i chłodno Braminowi odparł:
„Potrzebuję czasu do namysłu. Nie trudź się przeto, Braminie, i przyjmij odemnie podzięki za troskliwość okazywaną dotychczas memu synowi.“ To rzekłszy, wręczył mu rulon złota na odnowienie strzaskanego bałwana i pożegnał go.
Rad, że się skończyła ta fatalna sprawa, wrócił Bramin do klasztoru. Radża zaś zadumał się, co ma z Arumugamem począć. Z początku myślał go wysłać do Anglii, aby go rozerwać i odłączyć od chrześcijańskich przyjaciół. Wkrótce atoli przypomniał sobie, iż nie byłoby to skutecznem lekarstwem, gdyż pobyt w kraju chrześcijańskim mógłby chłopca utwierdzić w powziętym zamiarze. W końcu zastanowił się nad ostatnią radą Bramina; ale oburzony rzekł do siebie:
„Nigdy nic będę namawiał dziecka do tego, co jest złem i niemoralnem; jest to rada szatańska. Niechaj raczej zostanie chrześcijaninem, lecz poczciwym i dobrym. Pozwolę mu się rozerwać, bo rozrywka mu będzie potrzebną po tych utrapieniach i mozołach. Pobudzę w nim dumę i będę go miał na oku, aby się nie zepsuł, a nade — wszystko pilnie uważać będę, aby nie przestawał z chrześcijaninami. “
Zadowolniony z siebie i planu swego, pobiegł radża do syna, uściskał go serdecznie, i rzekł:
„Kochany Arumugamie, wybij sobie z głowy tę głupią sprawę klasztorną. Gdybym był odgadł, jacy to obłudnicy ci popi Bramińscy, nigdybym cię do nich nie był posłał. Posłuchaj mnie teraz. Widzę, że masz charakter męski i niezachwiany, i mocno się z tego cieszę. Pozwalam ci też żyć w mym domu po chrześcijańsku i modlić się, jak ci się żywnie podoba. O jedno cię tylko proszę. Jeśli kochasz ojca, unikaj wszelkich szkandalów i plotek, zwlecz swe nawrócenie, dopóki nie załatwię sprawy z twymi podstępnymi kuzynami.“ Na te słowa zmieszał się Arumugam, nie wiedząc, co nato ma odpowiedzieć. Radża nieczekając odpowiedzi, rzekł:
„Pójdź teraz ze mną, i pozwól nam się ucieszyć z twego powrotu.“
Odtąd było jedynem staraniem radży, wyprawiać festyn po festynie, bal po balu, zabawę po zabawie. Niejednokrotnie chciał Arumugam odwiedzić O. Franciszka, ale za każdą razą umiał radża temu zapobiedz, tak że książę w wirze zabaw nie mógł przyjść do przytomności. Na jego cześć wyprawiano walki zwierząt, widowiska, polowania; a z nim samym obchodzono się niejak z młodzieńcem, lecz jak z dorosłym i samodzielnym mężczyzną. Arumugam nie wyrzekał się wiary i niepokalał czystości obyczajów, modlił się w swej komnacie rano i wieczorem, nie zapomniał nigdy o różańcu, czasem czuł się nawet w sercu smutnym i samotnym między poganami i przyznawał, że cały ten przepych i okazałość jest tylko ułudą i marnością; ale czując w sobie męską naturę, jeździł, polował i oddawał się ćwiczeniom ciała. Grzechów, nikczemności i podłości unikał, jak węŻów jadowitych; a gdzie u obcych książąt wykonywano tańce lub niemoralne widowiska, tam wstawał i pod lada pozorem wychodził ze sali, tak iż zepsuci i najlekkomyślniejsi panicze nie mogli mu odmówić swego szacunku.
To było tarczą jego niewinności. Natomiast inne mu groziło niebezpieczeństwo. Widząc bowiem, jaki wpływ wywiera na innych, i przychodząc do przekonania, o ile przewyższa rówienników wiadomościami, bystrością rozumu i siłą charakteru, wpadał czasem na myśl, czyby chrześcijanom i pogańskim uczestnikom zabaw nie był pożyteczniejszym, gdyby przyjęcie chrztu jeszcze na kilka lat odłożył, póki nie otrzyma wyższej posady w zarządzie kraju i nie pozyska większej wziętości u ziomków i namiestnika angielskiego. Mając to na myśli, pisał raz do O. Franciszka i przedłożył mu tę sprawę do rozstrzygnienia; ale ojciec Franciszek nie odpisywał, gdyż radża był zniszczył list syna. Tak więc wahał się młodzieniec, nie wiedząc co czynić. Codzień się wprawdzie jeszcze modlił, ale zarazem coraz większe znajdował upodobanie w zabawach i marzeniach, jakie mu nasuwała jego duma. O. Franciszek i inni jego przyjaciele mieli o niego coraz większą obawę, a gdy pewnego dnia na pięknym biegunie w orszaku myśliwych przejeżdżał koło kolegium, rzekł O. Franciszek do Winfrieda:

„Nasz przyjaciel przebywa teraz cięższą próbę, aniżeli pomiędzy Braminami na wyspie Ceylon.“




8. Stanowcza godzina.

I znów minął rok. Arumugam wyrósł szybko na krzepkiego młodzieńca i liczył lat dziewiętnaście. Bawił właśnie wraz z ojcem w dobrach pewnego radży, zaprzyjaźnionego z jego rodziną. Pewnego dnia przybyło do pałacu dwóch mistrzów muzycznych, prosząc o pozwolenie popisania się przed panem domu i jego rodziną ze swą w grze biegłością. Książę mocno się ucieszył, że będzie mógł swym gościom nową sprawić przyjemność i zapytał ich, czy przy obiedzie zechcą posłuchać gry Anglików. „Czemu nie!“ zawołał wesoło Arumugam. „Namiętnie lubię muzykę.“ „Dzielę twój gust,“ dodał jego ojciec, „nadewszystko lubię muzykę indyjską, ale nie zawadzi dla urozmaicenia posłuchać brząkaniny Anglików.“ — Ani syn, ani ojciec nie domyślał się, kogo ujrzą przy tej sposobności. Gdy panowie zasiedli do stołu, weszli dwaj muzycy, i oddawszy gospodarzowi i jego gościom głęboki pokłon, rozpoczęli niezwłocznie koncert. Jeden z nich, rosły i silny mężczyzna, grał na harfie, a młody jego towarzysz na skrzypcach. Rozmawiający przy stole z sąsiadem Arumugam nie zwrócił z początku uwagi na przybyłych muzyków; ale zaledwie starszy muzyk się odezwał, Arumugam zadrgnął, spojrzał ze zdumieniem na przybysza i poznał — Winfrieda i dzikiego Pietrka, wiernego przyjaciela. Z trudnością udało mu się utaić wewnętrzne wzruszenie. Z natężoną uwagą słuchał tekstu, jaki śpiewał Winfried, domyślając się, że ten w pieśni wygłosi radosną jaką wiadomość, i nie omylił się w swych domniemywaniach. Przedmiotem pieśni była tęsknota Jakóba za straconym synem Józefem; a autorem tej pieśni był sam Winfried. Pojmował Arumugam znaczenie pieśni i domyślał się, że pod postacią Jakóba kryje się O. Franciszek, ubolewający nad utratą Arumugama. Naraz przeszedł Winfried do weselnych melodyi i zanucił z Pietrkiem hymn tryumfalny, opiewający powrót Józefa i widzenie się jego z Jakóbem. Gdy śpiewacy zamilkli, wynagrodziły ich żywe oklaski; Arumugam powitał, zbliżył się do nich i rzekł:
„Panowie, piękną jest pieśń wasza. Ja sam zajmuję się tedy owedy muzyką i był — bym wam wdzięcznym, gdybyście mi chcieli dać odpis tej pieśni.“
„Książę,“ rzekł Wiufried z pokłonem, „wielki to dla mnie zaszczyt, że mogę ci się tą drobnostką przysłużyć.“ To mówiąc, wręczył młodzieńcowi pięknie oprawny zeszyt pieśni, mrugając oczyma, aby go odebrał. Arumugam przyjął podarunek, przeczuwając, że zawierać będzie albo list, albo wiadomość jaką. Potem ściągnął z palca pierścień i dając go Winfriedowi, rzekł;
„Przyjmij tę drobnostkę jako dowód mej wdzięczności,“ a cicho dodał: „jako rękojmię, że ojciec Franciszek odzyska swego syna.“
W oczach obu muzyków zabłysła radość i wdzięczność, zanucili pieśń wesołą, a Arumugam wrócił do stołu. Dopiero późno wieczorem powstali biesiadnicy od obiadu i zasiedli pod werandą, aby użyć wieczornego chłodu. Muzyków uraczono i hojnie wynagrodzono. Arumugam zbliżył się ponownie do nich, a korzystając ze sposobności szepnał mu Winfried:
„W oprawie zbioru pieśni, znajdziesz wszystko, czego ci potrzeba; bierz przeto i czytaj; mówię, jak św. Augustyn.“ Potem oddalił sie Winfried i wrócił z Piotrem do Tryczynapalli.
Gdy dwaj wierni przyjaciele w ciemnej nocy wracali z modlitwą na ustach, w pałacu radży wszystko pogrążone było w śnie głębokim. W jednej tylko izdebce widać było mdłe światełko. Arumugam siedział przy stole, otworzył zeszyt z pieśniami i wydobył z pod owiniętej papierem oprawy złożony liścik z napisem: „Bierz i czytaj!“ Usłuchał przeto rady i zatopił się w czytaniu. Im więcej się rozczytywał, tem więcej zapominał o świecie; oczy jego zapełniały się łzami, pierś Jego wznosiła się i opadała, serce biło żywo. Wkrótce zwinął list, wstał z krzesła, padł na kolana, i zawołał:
„O Boże, dzięki Ci składam serdeczne. Tyś mi wskazał drogę; pójdę nią niezawodnie.“
Pismo, które wywołało w nim tak nagłe wzruszenie, zawierało krótki, lecz budujący opis życia młodzieńca Hindusowego, który opuścił strony rodzinne, aby się dać ochrzcić, ale potem przez krewnych schwytany i uwięziony wszelkich doznawał udręczeń od nich, którzy go chcieli zmusić, aby się wyparł Chrystusa.
Przez cały rok cierpiał młody wyznawca najrozmaitsze męki i dokuczliwości, aż nareszcie Bóg się nad nim ulitował i wyswobodził go z rąk srogich nieprzyjaciół, zabierając go do swej chwały. Ten opis stałości, cierpliwości, wytrwałości i poświęcenia młodego męczennika uczynił na Arumugamie niezatarte wrażenie. Mimowolnie powtarzał słowa krwawego świadka, wyrzeczone przezeń przed śmiercią: „Niepodobna służyć dwom panom na raz. Nie mogę należeć do Chrystusa, a przytem do świata i swej pogańskiej rodziny. Kto więcej miłuje ojca, matkę i mienie, aniżeli Pana i Zbawiciela swego, ten nie godzien być jego synem. Jakkolwiek mi to trudno przychodzi, i cokolwiek stąd nastąpi, winienem pójść za głosem Ducha św. — Ale jak? Czy mam się zwierzyć ojcu? Nie, ani myśleć o tem, aby on na to zezwolił. Nic mi przeto nie pozostaje, jak ucieczka.“ — To rzekłszy, ukląkł Arumugam i błagał Boga o siłę wykonania swego zamiaru i napisał pospiesznie pożegnalny list do ojca.
Gdy dnieć poczęło, wszyscy goście radży zaczęli się sposobić do polowania na antylopy, które się miało odbyć na poblizkiej równinie za pomocą oswojonych leopardów. Arumugam wybrał najlepszego rumaka i przyłączył się do orszaku myśliwych. W gęstwinie odłączył się od towarzyszy, i ruszył pędem drogą wiodącą do Tryczynapalli. Doznawszy ulgi w sercu, dziękował Bogu za to, że mu pomógł zerwać więzy pętające dotychczas jego duszę. Spostrzeżono jego nieobecność na łowach, pytano, gdzie się podział, a niektórzy z myśliwych nie taili się z obawą, że może napadł i rozszarpał go w zaroślach tygrys. Ponieważ nikt go nie odnalazł, cały orszak wrócił stroskany do domu. Arumugama ojciec dorozumiewał się, co się stało i powziął podejrzenie przeciw przybyłym w dniu poprzednim muzykom, że syna jego ze sobą uprowadzili. Gdy wrócił do sypialni i przeczytał pożegnalny list młodzieńca, wydał okrzyk przestrachu, padł bezsilny na krzesło, zakrył twarz rękoma i wołał z wyrazem boleści na twarzy: „Uciekł, uciekł, utraciłem go na zawsze!“ W tem rozwarły się drzwi, wpadli do komnaty kuzynowie Arumugama, bawiący w pałacu na wizycie i zapytali, gdzie się podział Arumugam.
„Nie wiem,“ odrzekł stroskany rodzic.
„Ale my wiemy“ wrzasnęli w złości kuzynowie, niechętni oddawna Arumugamowi, „tak, my to dobrze wiemy: pojechał do białych popów w Tryczanapalli, aby się dać ochrzcić. Patrz cośmy w sypialni jego znaleźli. Jest to życie i śmierć Hindusa odstępcy, który także uciekł, aby się dać ochrzcić. Poszedł on w ślady jego; niechże mu się tak stanie, jak owemu odszczepieńcowi. Jeżeli spotkamy tych dwóch mniemanych muzyków, którzy twego syna do ucieczki namówili, damy im sowitą zapłatę. Ale przedewszystkiem nam powiedz, co teraz myślisz czynić?
„Pędźcie za nim co tchu,“ rzekł radża w rozpaczy, „i wracajcie z nim. Użyjcie gwałtu, jeśli potrzeba, ale nieodbierajcie mu życia, i nie dajcie mu się ochrzcić!“
„Dobrze, dobrze!“ zawołali oburzeni kuzynowie, dopadli koni i udali się w pogoń za zbiegiem.
Ale Ammugam wyprzedził ich o kilka godzin i okryty pyłem przybył w nocy do O. Franciszka.
„Ojcze!“ zawołał, ściskając sędziwego nauczyciela, „ojcze, otóż masz swego syna; ale błagam cię, udziel mi natychmiast Chrztu świętego, gdyż pędzą w ślad za mną i wszystkiego użyją moi krewni, aby mnie w swą moc dostać.“
Ojciec Franciszek zawołał: „Synaczku mój, czy wiesz, co cię czeka, jeżeli zostaniesz chrześcijaninem?“
„Tak jest, ojcze! wiem, i gotów jestem cierpieć i umrzeć za wiarę, jeśli inaczej być nie może!“ odparł Arumugam.
Nie ociągał się też dłużej O. Franciszek. Na godzinę przed zwykłym czasem obudzono wszystkich wychowańców zakładu. Jakże się zdumieli i cieszyli, gdy w kaplicy stanął przed nimi O. Franciszek, prowadząc za rękę Arumugama i rzekł:
„Kochane chłopcy, widzicie przed sobą Arumugama, o którego nawrócenie, tak gorące modły zasyłaliście do nieba. Żąda on teraz Chrztu św. Módlcie się zań, bo teraz może go czekać ciężka walka.“
Gdy O. Franciszek zapytał księcia: „Synu, jakież ci mam nadać imię przy chrzcie?“ odpowiedział Arumugam:
„Pragnę nazwać się Janem i być ulubionym uczniem Chrystusa.“
Winfried, który dowiedziawszy się o pojawieniu się Arumugama przybiegł szybko, jako i dziki Pietrek, byli jego ojcami chrzestnymi. Gdy ten głosem donośnym i ze szczerem przejęciem wypowiedział wyznanie wiary i wyrzekł się szatana, świata i pokus jego, O. Franciszek tak się rozczulił, że ledwie mógł wymówić formuły obrzędu świętego. Po Mszy św. zebrali się świadkowie chrztu na skromne śniadanie. Na twarzach wszystkich przebijała się szczera radość, ale w oczekiwaniu tego, co jeszcze mogło nastąpić, zachowywali zarazem głębokie milczenie.





9. Z nawałnicy do portu.

Tymczasem pogoń za Arumugamem stanęła w Tryczynapalli. Ścigający go wiedzieli, że nie dokąd inąd uciekł, jak do kolegium. Kazali przeto gmach otoczyć ze wszech stron i sposobili się do napaści, gdyby Arumugam miał wyjść na dwór; tymczasowo jednak ukrywali się i zachowywali głębokie milczenie, aby się nie zdradzić. Późno wieczorem dowiedzieli się od jednego ze służby, że Arumugam przechadza się samotnie po ogrodzie. Rzeczywiście korzystał książę z ciemności, aby zaczerpnąć cokolwiek świeżego powietrza, pomodlić się przed posągiem Matki Bożej, stojącym na samym krańcu ogrodu i błagać Ją o macierzyńską opiekę. Gdy klęczał zapatrzony w oblicze świętej Dziewicy, uczuł się objętym silnemi ramiony i powalonym na ziemię. Chciał wołać o pomoc, ale zatkano mu usta chustką. Potem spętano mu ręce i nogi, przeniesiono go cichutko przez mur ogrodowy i wrzucono do stojącego na pogotowiu palankinu. Jeźdzcy dosiedli koni, tragarze wzięli nosze na ramiona, i wszyscy najciemniejszemi ulicami wyszli niepostrzeżeni z miasta.
O. Franciszek długo czekał tego wieczora na Arumugama, który mu przyrzekł opowiedzieć wypadki z lat ostatnich swego życia. Gdy młodzian długo nie wracał, zaniepokoił się kapłan, i począł chodzić po ogrodzie i szukać młodego księcia. Ale daremne były jego poszukiwania, daremne wołanie:
„Janie, Janie!“ Gdy się zbliżył do figury Matki Boskiej, uderzył go widok zdeptanych krzewów i powywracanych donic z kwiatami. Zdjął go strach śmiertelny; pospieszył do domu, przywołał kilku ludzi i z latarnią wrócił na to samo miejsce.
Tu spostrzeżono liczne ślady stóp i domyślano się, że Arumugama gwałtem porwano. Rozległ się po kurytarzach okrzyk przerażenia, gdy się smutna wiadomość rozeszła. O. Franciszek płakał jak dziecko; zewsząd zbiegli się do niego wychowańcy, wołając:
„Ojcze, idźmy do kaplicy i błagajmy Boga o ratunek i uspokojenie naszego smutku!“
„Owszem dzieci, uczyńmy to!“ Nasamprzód jednakże rozesłał O. Franciszek na wsze strony służbę, aby starała się dowiedzieć, jaką się drogą rabusie puścili. Potem wszedł do kaplicy, rzucił się z całą dziatwą na kolana przed obrazem ukrzyżowanego i szlochając wołał:
„Zbawicielu, ocal przyjaciela naszego i brata. Nie daj mu zginąć z rąk wrogów! Jezu, przywróć mu wolność!“
Takie zasyłał jęki do nieba a z nim wszyscy wychowańcy. Po kolei odmawiali różaniec, a po nim litanię do Najświętszej Panny i Imienia Jezus.
Gdy po północy jeszcze ich nie doszła wieść o porwanym, chciał O. Franciszek cokolwiek posilić strapioną dziatwę; ale wszyscy zawołali jednomyślnie:
„Nie, ojcze, nie, jeść nie będziemy, ale módlmy się, nie ustawajmy w modlitwie!“
Wytrwali na modłach aż do samego rana. Wkrótce też powrócili parobcy ze smutna wiadomością, że żaden z nich nie wpadł na ślady spawców niegodziwej zasadzki. Smutek i zwątpienie ogarnęło serca wszystkich. Ojciec Franciszek począł się zastanawiać, czyby nie należało zawiadomić namiestnika o tem gwałtownem najściu kolegium i napadzie na ogród, jako też zażądać jego pomocy i wdania się w tę sprawę.
Wtem usłyszano silne dzwonienie u fórty szkólnej. Stał przy niej stary woziwoda z synem. Obaj byli strudzeni i zdyszeni.
„Ojcze,“ odezwał się stary woziwoda głosem drzącym ze wzruszenia, „znaleźliśmy go! Syn mój wie, gdzie się znajduje Arumugam i kto go porwał.“
„Na miłość Boga,“ krzyknął O. Franciszek, „gadaj że chłopcze, gdzie jest nasz ulubieniec?“
Z wybladłą twarzą i smutkiem, siląc się ochłonąć z przerażenia, zaczął chłopiec pospiesznie i urywkowo opowiadać.
„Czcigodny Ojcze, przy murze ogrodowym spostrzegłem ślady krwi; szedłem daleko, bardzo daleko poza miasto, może z jakie dwie mile. Ze starej, na pół rozwalonej pagody dochodziły mnie przeróżne głosy i biadania; zbliżam się i widzę Arumugama przywiązanego do słupa; otaczali go zbrojni, chłostali go po gołych plecach kijami i batami, bili go po głowie tak mocno, że krew się z niego lała i jęczał z bólu. Słyszałem, jak go pytano o imię i nazwisko, a on im na to odpowiadał:
„Z łaski Bożej zowię się Janem!“ Wtedy ponawiali niemiłosiernie biczowanie znowu pytali:
„Ktoś ty taki?“ na co im znowu odpowiadał:
„Zrządzeniem miłosierdzia Bożego jestem ckrześcijaninem.“ I znów go chłostali i znęcali się nad nim, krzycząc:
„Nie prawda, zowiesz się Arumugamom i jesteś radżą, który się przeniewierzył bogom Hindusów. Jeśli nie wyrzeczesz się Chrystusa, nie dożyjesz dnia jutrzejszego.“ On zaś wołał! “
Wolę dać życie, aniżeli wyrzec się Jezusa i postradać łaskę Jego.“ Ojcze, serce mi pękało, gdym to słyszał i widział, ale aniół opiekuńczy szepnął mi, abym pospieszył do O. Franciszka i błagał go o ratunek. Usłuchałem rady Jego i otóż mnie macie!“
O. Franciszek słuchał z naprężoną uwagą opowiadania malca. Stojący tuż przy nim Pietrek zacisnął pięści i krzyknął z rozognionym wzrokiem:
„O. Franciszku, daj nam broń i wyślij wszystkie sługi Twoje, a ocalimy go!“
O. Franciszek ochłonąwszy z przestrachu i uspokoiwszy się nieco, rzekł:
„Nie, nie nasze to zadanie, dzieci. Namiestnik angielski winien mu przywrócić wolność. Chódźcie ze mną do niego!“
Wybrał się więc O. Franciszek z Winfriedem, Piotrem i synem woziwody, jako naocznymi świadkami do pałacu namiestnika angielskiego i poprosił o posłuchanie, mówiąc, że rzecz jest nagła i dotyczy napaści i morderczego zamachu. Wpuszczono go natychmiast do sali poczekalnej. Stanąwszy przed namiestnikiem, odezwał się O. Franciszek głosem drzącym od wzruszenia:
„Błagam o pomoc Mylordzie, ale spieszną. Książę Arumugam, syn radży, który przyjął chrześcijaństwo, porwany został z mego kolegium dzisiajszej nocy, a wrogowie okrutnic się nad nim pastwią. Na tę wiadomość zapłonęło gniewem oblicze namiestnika, lecz pohamowawszy oburzenie, zapytał szybko:
„Czy to prawda? Któż to widział?“ Na te słowa wystąpił syn woziwody i w krótkich słowach poświadczył, iż widział to na własne oczy. Skoro tylko wymienił miejsce, dokąd wrogowie Arumugama zawiedli księcia, namiestnik silnie zadzwonił. Wchodzacemu adjutantowi dał zaraz nakaz, aby z rotą jeźdźców pospieszył na miejsce, księcia uwolnił, a jego uwodzicieli dostawił żywych czy martwych. Dodano mu syna woziwody jako przewodnika. Gdy rota, której namiestnik z okna polecił jak największy pospiech i oględność, w galopie ruszyła, gubernator zwrócił się do O.:Franciszka i rzekł:
„Przewielebny ojcze, powiedzże mi, jak się to stało. Znam księcia osobiście i nie było mi tajno, że ma chęć zostać chrześcijaninem, ale nie wiedziałem że już przyjął chrzest, ani też myślałem, że pokona wszystkie trudności.“
Ojciec Franciszek opowiedział namiestnikowi historyę Arumugama, począwszy od dnia, w którym go przywołano do chorego księcia, aż do dnia dzisiajszego. Namiestnik słuchał jego opowiadania z naprężoną uwagą i zadawał mu liczne pytania. Gdy się O. Franciszek wraz z towarzyszami zabierał do odejścia, namiestnik wezwał go, aby zaczekał, póki wysłane wojsko z księciem nie powróci.
Po dwóch godzinach oczekiwania usłyszano tentent koni. Wszyscy pobiegli do okna i widzieli Arumugama siedzącego w objęciach jeźdzca siedzącego na koniu. Służba zesadziwszy księcia z rumaka, wprowadziła go na schody, a kilku towarzyszy, niegodziwych kuzynów Arumugama, przyprowadzono skrępowanych powrozami. Namiestnik oczekiwał przybyłych z zaciśniętem ustami. Najprzód pobiegł na przywitanie Arumugama; bladego, osłabionego upływem krwi i licznych ran złożono na kanapie. Namiestnik przywołał lekarza i zapytał go, czy nie istnieje obawa o życie księcia.“
Doktór obejrzał starannie chorego i oświadczył, że przy należytem pielęgnowaniu i odpowiedniej kuracyi niczego się obawiać nie potrzeba, rany jednakże wywołają febrę, a ta mogłaby być niebezpieczną. Na dalsze zapytania namiestnika oświadczył Arumugam wyraźnie wobec wszystkich zgromadzonych:
„Przyjąłem Chrzest św., jako chrześcijanin żyć i umrzeć pragnę.“
Namiestnik odpowiedział na to: „Książę jesteś pod moją opieką. Wy zaś,“ dodał, zwróciwszy się do skrępowanych rabusiów, „wy tu stoicie przed trybunałem jako rozbójnicy. mordercy i najezdnicy.“
„Uczyniliśmy to na rokaz radży, ojca Arumugama, a ojcu przysługuje prawo życia i śmierci nad synem,“ rzekł jeden ze związanych.
Słysząc to Arumugam, podźwignął się z wysiłkiem z kanapy i zwróciwszy się do namiestnika, rzekł:
„Szlachetny panie, jeśli ci ludzie i zbiegli ich hersztowie uczynili to z polecenia ojca mego, błagam cię, puść ich na wolność i zechciej całą nie miłą tę sprawę umorzyć. Dreszcze mnie przechodzą na samą myśl, iżby mój ojciec miał stawać przed sądem i być skazanym na karę. Proszę cię o tę jedyną łaskę, puść ich.“
Namiestnik długo się namyślał, co mu czynić wypada, jako stróżowi sprawiedliwości. Ściśle rzecz rozważając, było jego obowiazkiem surowo ukarać gwałt zadany Arumugamowi. Ponieważ jednak właściwi sprawcy ohydnego zamachu zemknęli, ponieważ nie godziło się ze względów politycznych postąpić zbyt surowo ani z potężnymi krewnymi radży, ani z nim samym, aby ich jeszcze więcej nie jątrzyć, przyszedł namiestnik do przekonania, iż więcej się nowemu chrześcijaninowi przysłuży, jeżeli się do jego prośby przychyli.
Kazał przeto zdjąć z nich więzy i puścić ich na wolność, a zgromiwszy ich surowo, rzekł:
„Idźcie do radży, pana waszego i oświadczcie mu, że wskutek prośb syna przebaczam jemu i kuzynom jego, ale jeśli jeszcze raz dopuścicie się gwałtu, wtedy odpowie mi on i cały dom jego; gdyż odtąd pozostawać będzie książę pod moją i królowej angielskiej szczególną i troskliwą opieką.“
Zbrodniarze oddalili się ze wstydem, a Arumugam składał namiestnikowi gorące podzięki ze łzami w oczach. Kilka dni jeszcze pozostał w pałacu namiestnika, potem na własne życzenie przeniesiono go do kolegium O.Franciszka, gdzie niezadługo całkowicie zdrowie odzyskał. Gdy się rozeszła po mieście wieść o jego wyzdrowieniu, zaszedł wypadek, który wywołał jeszcze większe zdziwienie.
W licznym orszaku, przybrany w szaty żałobne, stanął radża, ojciec Jana, ze wszystkimi krewnymi, przyjaciołmi i całą służbą przed bramą gmachu szkólnego. Poprosił odźwiernego o pozwolenie widzenia się i rozmowy z Arumugamem. O. Franciszek mocno się wystraszył, lękając się o nowy zamach na wolność ukochanego ucznia. Wyszedł przeto na spotkanie radży i oświadczył, iż nie może udzielić pozwolenia na żądaną rozmowę. Ale radża przyznał się z żalem i skruchą do winy i błagał, aby mu oddano jedynaka. O. Franciszek był mocno wzruszony i nie wiedział, co począć. W tem otwierają się drzwi, staje w progu Jan blady i drżący z osłabienia. Uderzony jego widokiem, zawołał radża z boleścią:
„Kochany synu mój, wróć do mnie i przebacz mi! Zbłądziłem i zawiniłam z miłości ku tobie.“
Jan pobladł jeszcze bardziej i zachwiał się na widok ojca. Po chwili jednak oprzytomniał i rzekł spokojnie i poważnie:
„Przebaczam ci ojcze, a nawet miłuję cię, jako twe dziecię, teraz jeszcze więcej, jak przedtem; ale od dnia dzisiajszego należę do Boga, którego służbie się poświęciłem. Żegnam cię i błagam, staraj się o ocalenie twej duszy, abyśmy się kiedyś widzieć mogli w królestwie niebieskiem.“
Rzekłszy to głosem drżącym od wzruszenia, odwrócił się, aby ukryć łzy i wyszedł ze sali.
Arumugam, nieugięty książę, czyli — jak się odtąd nazywał — Jan, pozostał odtąd przy O. Franciszku i pod jego umiejętnym i troskliwym sterem kształcił się na przyszłego głosiciela prawd Ewangielii świętej. Zrzekł się dobrowolnie wszelkich przywilejów swego wysokiego urodzenia i mawiał do O. Franciszka:
„O jedyną tylko łaskę błagam niebios za tę drobną ofiarę, to jest, aby Wszechmocny udzielił memu sędziwemu ojcu łaskę nawrócenia się.”

„Ja zaś,“ dodał O. Franciszek, „mam niezłomną nadzieję, synu, że Pan Bóg twej prośby łaskawie wysłuchać raczy, i o to Go w mych codziennych modłach usilnie prosić będę.“



Przypisy

  1. Jest upowszechnionem między hindusami mniemanie, że odkąd księża i zakonnicy katoliccy przebywają w Indyach, żaden z nich dotychczas nie został ukąszonym przez jadowitą żmiję.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: anonimowy.