Strona:Arumugam książę indyjski.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


robotnikami, czyby mnie nie chciał zabrać za palacza do kotła parowego. Ten obejrzał mnie z razu od stóp do głów, jak gdyby chciał ocenić me siły i zapytał: "Dokądże cię mam zabrać?"
„To mi obojętne," odparłem, "bylebym tylko miał co jeść, bo tutaj zarobek trudny."
„Zobaczymy, co umiesz: naprzód pomagaj nosić węgle, a później ci powiem, czy możesz z nami jechać.“
Robiłem, co mógłem; biegałem tam i tu, i zabierałem tyle węgli naraz, ile tylko podobna było udźwignąć. Po godzinie ukończyła się praca, a dozórca rzecze:
„Jedź z nami, ale trzeba ci będzie pozostać przy składzie węgli!"
Ucieszyłem się mocno i zeszedłem na spód okrętu do mych obowiązków. Nasamprzód przybił parowiec do brzegu w Dżaffnie. Wyglądałem ciekawie przez lukę, czy Arumugam nie wysiądzie na ląd, ale wyładowano tylko kilka beczek. Potem szła dalej jazda do Kolombo. Gdyśmy tam przybili do brzegu, prosiłem gorąco Anioła Stróża, aby mi pomógł zemknąć, gdyby Arumugam miał w miejscu pozostać. Widząc ze swej kryjówki Arumugama i Knagora idących przez pomost, przechodziłem śmiertelne strachy, nie wiedząc, jak się wydostać. Wpełzłem po schodach na pokład i oglądałem się bacznie.