Zygmuntowskie czasy/Tom IV/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ZYGMUNTOWSKIE CZASY
POWIEŚĆ
z roku 1572
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.

Wydanie nowe, przejrzane i poprawione przez Autora.

Tom IV.

LWÓW.
W księgarni Gubrynowicza i Schmidta
przy placu św. Ducha I. 10.
1873.

WARSZAWA.
W księgarni Michała Glücksberga.

Nakładem Rogosza, Pillera i Gubrynowicza & Schmidta.
Drukiem Kornela Pillera.





I.
SŁUP MĘCZARNI I JAMA WILCZA.

Gdy oczy otworzył, znalazł się więzień w ciemnem i zawartem miejscu, podniósł głowę i nie ujrzał nic, tylko mury wysokie, w górze przecięte kilką wązkich okien, któremi słabe światło bladej nocy wpadało. Ręka jedna go bolała, za tę rękę uczuł się przykutym łańcuchem do słupa podpierającego sklepienie wieży, na której dnie wespół z wielą innemi więźniami leżał. Do koła chrapanie uśpionych, jęki słabych i rannych, krzyki we śnie marzących jeszcze o przebytych katuszach rozlegały się, towarzyszył im jednostajny szum wiatru i pluskanie limanowej wody o mury więzienia. Kilkudziesiąt jeńców jak on na łańcuchy do słupa przykutych, sparci oń, lub wywróceni na ziemię wysłaną kamieniem i potrząśnioną trzciną suchą, leżało. Wszyscy tak byli znękani, tak nieszczęśliwi, że żaden z nich nie miał wejrzenia i politowania dla nowo przybyłego towarzysza. Niedola bowiem, nędza, nękają i zatwardzają człowieka; szczęście robi go czułym i miłosiernym; a choć długo przeciwnie mniemano, dziś wiemy jak dalece to prawda. Ludzie szczęśliwi wstydzą się niejako swojego szczęścia wobec niedoli, i jeśli nie z szlachetniejszych pobudek, to dla tego aby nie patrzali na cierpienie, wesprą je; przeciwnie cierpiący, znękani, odpowiadają na skargi zawsze słowami Gwatymozina: „A jaż na różach jestem?“
Wszyscy towarzysze Nadbożanina zdawali się zupełnie zobojętnieli na nędzę swoją i cudzą. — Ci co usnąć mogli, pomimo chłodu, wilgoci, zaduchy smrodliwej i ran swoich, spali, ci którym sen nie przyszedł na powieki, jęczeli z rozpaczą lub milczeli w odrętwieniu. Żaden się nie pochylił ku budzącemu z bolesnem westchnieniem jeńcowi. Towarzysz tuż na jednym barłogu leżący, popchnął go sobą tylko i obróciwszy głowę na ramię, spojrzał obojętnie, mówiąc pół głosem: Żyje!
— Bodajbym nie żył! ozwał się szlachcic.
— Każdy z nas to codzień powiada, odparł zwracając się i układając do snu niewolnik, ale cóż to pomoże?
To powiedziawszy czy zasnął, czy udawał że spi. Powoli rozwidniać się zaczęło na dnie wieży i okropny widok uderzył oczy Nadbożanina. W koło słupa wyciągnięci na trzcinie, leżeli, siedzieli, drżeli pokurczeni biedni brańce, przykuci jedni za nogi, drudzy za ręce, inni wpół ciała, po większej części obnażeni, odarci, poranieni okropnie, z ranami nieopatrzonemi, nie zawiązanemi, ropiącemi, gnijącemi ohydnie.
Starzec siwy konał z drugiej strony słupa klnąc i wyrzekając.
— Żona, dzieci, wołał — swoi! Wszyscy zapomnieli, nikt nie wykupił. Żona, dzieci — przeklęci! Niech im sprawiedliwość Boża takiemi męki jak moje zapłaci na drugim świecie. Dzieci! nie mam dzieci! nie mam dzieci! przeklęci. Pięć razy posyłałem o wykup. I coraz ciszej wyrzekając, ostygł i skośniał.
Obok leżący tylko głowy podnosili i znowu na trzcinę upadli.
Średnich lat z czarną długą brodą mężczyzna, sparł się na łokciu, popatrzał i śmiejąc się dorzucił:
— Patrzcie! do śmierci rachował na żonę i dzieci!! Potem gorżko westchnąwszy poruszył głową w dłoniach.
Za umierającym obok niego leżeli chorzy, zarażający jedni drugich ranami, których zgnilizna powietrze napełniała, a towarzysze przykuci łańcuchem odsunąć się nawet nie mogli od nich. Jeszcze dalej leżał trup wpół od robactwa stoczony, z którego łańcuch opadł, a nie wyniesiono go ztamtąd. Stosy brudów wałem otaczały słup nieszczęsny, słup męczarni, jak go zwano. O! była to straszliwa męczarnia, której opisać nawet niepodobna. To pobratymstwo choroby i zdrowia, śmierci i życia, zgnilizny i gnojów z młodością, u jednego słupa, w koło którego na długość tylko łańcucha wlec się mogli jeńcy. Raz w dzień jak psom rzucona strawa nędzna, zeschły suchar, woda wpół słona Limanu, nieprzywykłym szkodliwa, a do oddychania powietrze zgniłe, nieprzewiane świeżym powiewem nawet wilgotne, zatęchłe.
Dnie długie bez pracy żadnej, na trzcinie, w zgniliznie, dłuższe jeszcze nocy czarne, a z nikąd słowa pociechy, a nigdy słowa nadziei. Bo w XVI wieku rzadko i to tylko najznakomitszych z niewoli wykupywano. Na jednych składała się Rzplita, drugich okupywali krewni, ale trudności w wyszukaniu jeńców, w dostaniu się na Tatarszczyznę, wszystkich zresztą odstręczały. Rzadki był bardzo przykład ucieczki z niewoli.
Jeńcy zabrani przez Tatarów szli potem na sprzedaż do Turcji, na galery sułtańskie, lub w nadziei okupu gnili w Białogrodzkich wieżach.
Ciężkie i straszne to było życie, prawdziwy czyściec ziemski, piekło doczesne. Każdy wzdychał do śmierci, możniejszych i dostojniejszych tylko trzymano w innych częściach zamku, nieco lepiej żywiąc i obchodząc się z niemi; co się tycze innych, tych przykuwano, karmiono, jak psy chłostano, gdy się zbytecznie miotali, lub zabijano nawet okrutnie.
Wszyscy prawie towarzysze u słupa męczarni byli szlachtą podolską i wołyńską, zabraną już na wojnie, już w wyprawach Ordy; jedni dawniej, drudzy świeżo przykuci. Wychudli, zżółkli, różnili się tylko tem, że niedawno przybyli mieli nadzieję jakąś zawsze, starsi nieszczęściem już żadnej. A srogiego ich losu nie słodziła nawet braterska litość i pomoc wzajemna. Każdy się rwał na swoim łańcuchu i jęczał za siebie, nie patrząc na drugich.
W długie dnie, jeśli który mówić, opowiadać zaczął, płakać nad swoją dolą, to drudzy go zagłuszali brzękiem łańcuchów i zmuszali milczeć, bo cudze nieszczęście przypominało im straty, których gwałtem chcieli zapomnieć. Zewnątrz czy zamek wrzał gotującą się wojną, czy milczał odpoczynkiem, nic nad plusk wody o ściany wieżycy nie dochodziło do uszu zamknionych. A gdy nowy towarzysz kładł się na miejscu niedogniłego trupa w barłog niewoli, nikt go nawet nie spytał o wieści ze swojego świata, o którym wiedzieć nie chciał, nie spodziewając się go już zobaczyć.
Nieco lżejszy był los tych niewolników, których Aga turecki, dowodzący w Białogrodzie, do własnych posług używał, ale takich było kilku tylko szczęśliwszych i choć ich okładano razami, za najlżejszą często wymyśloną winę, nie skarzyli się, bo przynajmniej oddychali powietrzem wolnem i choć w łańcuchach, poruszali się, twarze ludzkie, niebo nad głowami, świat Boży widzieli. Użyci wewnątrz zamku nosili wodę ze źródła nad Limanem w stronie południowej położonego, łamali kamień niedaleko miasta na nowe budowy, palili w łaźni u wejścia zamku znajdującej się itp.
Nadbożanin wyszedłszy z ran swych i niemocy jako jeden z najmłodszych i najsilniejszych, wybrany został w miejscu zmarłego woziwody i okuty w kajdany, jeszcze od krwi jego pordzewiałe. Los ten tak ciężki wydał mu się szczęściem! Zobaczył znowu świat, mógł chodzić, mógł być sam jeden choć chwilę. Na noc tylko zapierano ich kilkunastu razem w loch ciągnący się pod wałem zamkowym i wychodzący kraciastem oknem na Liman z dwóch stron, na którego przeciwnym brzegu, o półtorej mili odległym, bielała mizerna wioszczyna Chadżi-Dere.
Ruch podwórców zamkowych, widok wojsk, dworu, lepsza trochę strawa i nadzieja ucieczki odżywiły jeńca. Całe nocy bezcenne on i towarzysze jego naradzali się tylko, jak uciekać i dokąd? Dokoła ziemia tatarska klinem do morza przytykająca, z jednej strony Liman i Dniestr, a za niemi step zowiący się jeszcze polskim za Zygmunta I., ale za syna jego już powolnie przez Tatar na koczowiska zajęty i owładany. W tę stronę ucieczka była najłatwiejsza, a jednak z tysiącem trudności i niebezpieczeństw połączona. Bo przypuściwszy że półtorej mili Limanu przebyli więźniowie, z drugiej strony nagim stepem zasianym Tatarami przedzierać się było potrzeba ku Uzu, to jest Dnieprowi, do kozaków i stannic polskich nad granicami będących. Step ten wprawdzie gęstemi był przecięty jarami (bałki), ale w jarach koczowali Tatarzy Jedyssańscy, a po nad brzegiem morskim stały wioski tureckie i twierdze.
Pomimo tylu trudności, jeńcy marzyli tylko o swobodzie, która jakkolwiek ucieczką do uzyskania ciężka, nie była jednak bezprzykładną. Ale naprzód jak przebyć Liman? Na łódce, skądże jej dostać? Dniem każda łódka postrzeżona być może od Białogrodu do Chadżi-Dere, a nocą obłąkać się łatwo, wpędzić na tamy piasku, lub wiatrem odegnanym być ku Bugazom (gardłom) Dniestru, ku morzu.
Cała wiosna, lato, jesień, na pracy ciężkiej i nocnych o swobodzie rozmowach ubiegały. Gdy księżyc świecił, zamknięci na noc w lochu, cisnęli się wszyscy do kraciastego okna, patrzeć na Liman, na brzeg drugi, co się zwał, choć już nie był w rzeczy, polskim. Nadeszła zima, zima ciężka, morze na kilkanaście staj od brzegów zamarzło, ściął się i Liman Dniestrowy. Tym sposobem ucieczka była w połowie ułatwiona. Podobieństwo wymknienia się rozżarzyło niewolników, jedni z gwoździ poznajdowanych i kawałków żelaztwa usiłowali porobić narzędzia do rozbicia kajdan, drudzy zbierali ukradkiem żywności i chowali w lochu, gdzie ich na noc zamykano, inni łachmany odzienia i skór baranich dla zasłonienia się od chłodu gotowali. Krata wychodzącego na Liman okna była gruba, gęsta, ale jak najpospoliciej w budowach tureckich drewniana i oddawna przez zamykanych tu nadruszona tak, że jednem stuknieniem ręki wybić ją było można.
Nie zastanawiając się nad tem co wyniknąć może, wszyscy pięciu zamknięci w lochu umówili się następnej nocy uciekać. Księżyca nie było, śnieg tylko, który popruszył ziemię, nieco światła dawał, niebo chmurne, zamieć grożąca.
Wcześnie dosyć, aby mieć czas w ciągu nocy przebyć Liman, dostać się na drugi brzeg i ukryć gdzie w jamę, lub wybitej dla dostawania kamienia górze, wybrali się z drżeniem i biciem serca biedni jeńcy. Krata została wyłamaną, a ledwie padła tocząc się z hałasem po skale, gdy każdy chcąc być pierwszym na swobodzie, rzucili się w otwór.
Łańcuchy jedni drugim porozbijali kamieniami, nie bez kalectwa i ran. Ale czem tam rana i ból, gdzie chodzi o oswobodzenie się z takiej niewoli?
Zaledwie wybrawszy się na lód i ubiegłszy kilka kroków od twierdzy, której ciemne mury groźnie sterczały nad głowami zbiegów, postrzegli wszyscy, że ciężej będzie przebyć Liman niż się zdało. Śnieg suchy na lód upadłszy, pozwiewany w kupy, gdzie niegdzie leżał tak grubo, że po pas brnąć w nim trzeba było, gdzie niegdzie zmieciony i z pod jego szklistej śliskości jak szyba, wyciągały się zmarzłe wody Dniestrowe.
Tu i ówdzie, jak się to często trafia na Limanie, lód skutkiem mrozów i zmian powietrza popękał i między dwoma krajami jego, na sążni dwa lub trzy czerniały otwory w których woda szumiała. Te rozpadliny albo bardzo daleko i z wielkim nakładem drogi obchodzić było potrzeba, albo przeskakiwać. Zapędziwszy się z samego początku, dwóch utonęło. Reszta — reszta ostrożniej, ale szła naprzód zawsze, to skacząc, to obiegając wodę, to brnąc zaspami śniegu, to ślizgając się na lodach obnażonych. Ale trzej zbiegli wkrótce poczęli ustawać i sporzyć o kierunek drogi, jedni chcieli iść w lewo, ku Chadżi-Dere, drudzy w prawu nad morze. W tem zerwała się zawierucha śniegowa i do reszty obłąkała uciekających. Dwaj upadli znużeni na pół Limanu i Nadbożanin sam tylko pozostał. Nie było czasu litować się, namawiać, trzeba było śpieszyć; rzucając ich więc i krzyknąwszy tylko, aby w razie schwytania nazajutrz powiedzieli że utonął, puścił się lodami kierując tak, aby wiatr mieć w prawo zawsze i rachując, że powinien minąć wioskę turecką, a wyjść między morzem a nią na stały ląd. Już miało świtać, gdy po niesłychanych trudach i znużony tak, że ledwie się wlókł szlachcic nasz, stanął na ziemi. Ale nie czas spoczywać, trzeba było wprzód miejsce znaleźć bezpieczne.
Bliskość wioski dawała mu nadzieję odkrycia gdzie łomów kamienia, dla przesiedzenia dnia, jakoż pod wzgórzem na północ, to jest tyłem do morza a otworem do lądu obróconem, wyszukał pieczary, zasypanej na pół śniegiem. Świeże tylko zwierzęce po niej ślady i kilka kropel krwi zdradzały przejście wilka. Ale zwierza nie lękał się tyle Nadbożanin co Tatara.
Właśnie schwyciwszy na stepie koło stożysk w koszarach owcę, wilczyca wciągnęła ją była w jamę swoją, gdy podniosłszy kamień u wejścia szlachcic wpadł tuż za nią. Dwoje tylko oczów błyszczących w ciemności zobaczył, a kierując się niemi, tak silnie ciął kamieniem w głowę zwierze, że ledwie czas mając schwycić go za nogę i zapuścić zęby w ciało, upadło w pół martwe. Lękając się, aby jego krzyku nie posłyszano, zbieg nie pisnął nawet, starał się w milczeniu ścisnąwszy zęby, rozerwać wilczą paszczękę, która się zcięła w skonaniu na jego nodze. Walcząc z bólem i dobywając sił ostatka, dokazał tego nareszcie, padł i spoczął. Krew lała mu się z nogi strumieniem, ale w jego położeniu mało go to obchodziło! Tyle już cierpiał i bez tego! Wytchnąwszy z zaziajania, obwinąwszy nogę, zaszywszy się w najgłębszy kąt pieczary pełnej kości, pierza i podartej skóry zwierząt, Nadbożanin ujrzał obok siebie wilczycy ścierwo i zduszoną owcę. Była to droga zdobycz. Począł obie skóry zdzierać, aby się niemi odziać, a urwawszy zębami mięsa zaduszonej owieczki, zjadł chciwie, napił się śniegu, a chwilę jeszcze powalczywszy ze snem, zmrużył powieki.
I w tej chwili, w której każdy inny człowiek byłby marzył o pogoni, o niewoli, biedny zbieg śnić począł snem swoim zwyczajnym, płynął po Bohu z piosenką. Anna stała na wałach zamkowych i witała go uśmiechem i mówiła mu:
— To było marzenie, chodź ze mną.
A potem szli przez bogate komnaty, ręka w ręku, oko w oku, i wybiegali na ogród, z którego ukazywał on jej słobodę swoją w gaju, ona mu rzekę zakręcającą się w dolinie, gdzie go pierwszy raz ujrzała.
Dwoje świecących oczów zapałały nad głową śpiącego, on się przebudził. To był wilk, który poczuł krew w jamie i zastawszy człowieka najeżył się, nasrożył, dumając jeszcze czy nań się rzucić, czy uciekać. Grzbiet bestji cały nastawił się włosem, wygiął, oczy na wierzch wyszły, język wywieszony, zęby białe z pod sinej wargi świeciły. Nadbożanin ledwie miał czas porwać się na nogi, gdy płowy napastnik już go pochwycił. Walka w tej ciasnej jamie, w której o ostre zewsząd kamienie się tłukli co chwila, tarzając po odartych ścierwach wilczycy i owcy i po wyschłych kościach, walka była okropna i zajadła. Nareszcie schwyciwszy wilka za gardło, pomimo szamotania jego, zdusił Nadbożanin i sam upadł nań wysilony do ostatka. Więcej potłuczony i podrapany, niż ranny, dzięki skórom któremi się świeżo okrył, po godzinnym spoczynku jął się do odarcia wilka. Dzień był wielki, mróz silny, światło dniowe wpadało do jamy przerażające, straszne, bo co chwila zdradzić mogące. Chadżi-Dere, wieś turecka, której w początku nie postrzegł zbiegły, była tak blisko, że głosy mieszkańców dochodziły ukrytego, ryk bydła i beczenie owiec słychać było. Dzień wydał mu się śmiertelnie długi, a zasnąć już nie potrafił, chociaż teraz mógł być bezpieczniejszym od wilków stepowych, gdy się sąsiednia wioska rozbudzać zaczęła.
Nad wieczorem wzdrygnął się szlachcic słysząc zbliżające coraz wyraźniejsze a wyraźniejsze głosy ludzkie i szczekanie psa. Głosy to były dziecięce, swawolne, wesołe. Zastanowiły się niedaleko od pieczary i żywo, tłumne dochodziły wyraźnie uszu ukrytego zbiega. Pies zawył, on usłyszał tupanie blisko, potem ujrzał łeb psa i oczy iskrzące w otworze.
Pomimo nawoływań dzieci, pies uporczywie szczekał na wilcze ścierwa i na człowieka, którego napadł, aż zwabił swawolących do siebie.
Śmielszy, starszy Tatarzyn lat około dziewięciu, wpół nagi pomimo mrozu, kawałkiem kożucha tylko osłoniony, zajrzał, krzyknął i począł wołać towarzyszów. Było ich tyle, że choć dzieciom, obronić się słaby nie mógł, a przytem posiłkujący im pies i bliskość osady tureckiej wszelką wymknienia się mu odbierała nadzieję. Wnet dzieci otoczyły pieczarę, szczując psem nieszczęśliwego, wołając nań, rzucając kamieniami do jamy. Jeden z nich pobiegł do wioski po starszych. W rozpaczy obsadzony tak niespodzianie zbieg, chciał się przebijać, uciekać, ale sił nie miał, podniósł się, nogi mu zadrżały, padł na kamienie. W mgnieniu oka ludzie ze wsi z biczami, z kijmi, z powrozami nadbiegli, wyciągnęli go i popędzili, wśród radosnych odgłosów dzieci do Chadżi-Dere.
Nazajutrz sprzedany przez Turka (do którego pies należał, a raczej na którego podwórzu kości ogryzał), przytroczony do tatarskiego konia, szlachcic szedł stepem ku kujalnickiej bałce, gdzie był auł, mieszkanie jego nowego pana.
W rozdole szerokim i ciągnącym się ku morzu, środkiem którego płynął strumień wąziutki, zakończony ku południowi Limanem, stała wioska tatarska.
Opodal od siebie były namioty z pilści okrągłe, różnej wielkości, szare, tak urządzone, że na wóz włożone i przeniesione z miejsca na miejsce być mogły. U góry klapa na sznurku podnosząca się wypuszczała dym ogniska, kilka słupów w ziemię wbitych budowę tę utrzymywały. Wewnątrz ubogo. Wiadro z wodą z jednej strony drzwi, wiadro z mlekiem kobylem fermentującem z drugiej, środkiem ognisko z Kazanem na żerdziach zawieszonym, do koła siedzenie, trochę broni, kożuchy, worki z mąką, worki z serem, sznury i łyka, ot wszystko; kobiety chociaż u Tatarów, jak w innych wschodniego pochodzenia ludów, były prawie niewolnicami; tu jednak więcej daleko miały swobody, niż u Turków. Wchodziły i wychodziły swobodne bez zasłon, mięszały się do mężczyzn, niekiedy szły na wojnę nawet.
Nadbożanin u nowego pana nieco łagodniej utrzymywany, karmiony tąż strawą co panowie i konie (mąką jaglaną), obracał żarna, nosił wodę i dopełniał innych cięższych posług domowych. Właściciel czekał tylko pory i zręczności do zbycia go.
To była dopiero pierwsza połowa życia niewoli Nadbożanina, który wkrótce potem sprzedany do Stambułu, dziesięć lat spędził na galerach sułtańskich, razem z wielą innemi współbraćmi.
Jednostajnie płynęło życie niewolnika, przykutego do ławki, robiącego wiosłem do zdechu, póki pletnia nadzorcy ostatka sił z wycieńczonego nie wyparła. Nazajutrz toż samo, toż samo zawsze.
Jednym z wypadków ważniejszych życia Nadbożanina było przykucie do jednej ławy obok pochwyconego duchownego, z Polski rodem, który zabrany przez zbójców morskich, sprzedany w Stambule, popadł na galerę, chociaż sił nie miał potemu.
Ksiądz ten zesłany był od Boga, aby umysły ponękanych podniósł, aby ich ożywił nadzieją wyższą i oddawna odrętwiałych do religijnego życia pociechami wiary ku niej nawrócił. Sam pracując z innemi, zamiast jęczeć na rany i pracę, ksiądz Marek cały się wylał na osłodzenie losu współbraciom. Z kolei wymowny, natchniony, pełen uczucia, potem wesół i spokojny, zapałem swym i pogodą duszy podniósł upadłych i zbolałych. Niewolnik, zdawał się nie czuć swej niewoli, tak mocno wierzył w życie drugie, w nagrody za grobem i wlewał to zaufanie w towarzyszów. Schorzały, blizki śmierci, dzielił czas wytchnienia na modlitwę i nauki zbronione.
Jednej nocy księżycowej, pięknej i cichej, galera płynęła po morzu Marmora, gdy Marek upadł na wiosło swoje i z złożonemi rękoma wołać począł:
— W ręce twoje Panie.
Nadzorca spał, najbliższy księdza, nasz szlachcic, rzucił się ku niemu, on konał. Piękna to była śmierć! Tak spokojna, tak zaufana w przebudzenie wesołe, tak niepłacząca świata i oderwana od niego! Z dolin wiatr przynosił woń rozkwitłych jaśminów, tamarysów i akacyj, morze było ciche, fale fosforycznemi blaski migały, galera płynęła powoli, w dali Stambuł bielał na szafirze niebios wysmukłemi minarety swych meczetów i długiemi mury sułtańskiego seraju, na których ciemniały rozsypane drzewa; dalej czarne cyprysy cmentarzy wśród grobowców białych szumiały smutnie. Cicho było, on konał i modlił się.
A obejrzawszy do koła, rzekł słabym do towarzysza głosem:
— Bracie, zachowałem przy sobie papiery, skrypta ważne dla jednej rodziny, umieram, ciało moje wrzucą w morze, weź je, przychowaj, może kiedy szczęśliwszy powrócisz do kraju, oddaj je komu służą, może inny... Niedokończył ks. Marek i skonał. Tak Nadbożanin odziedziczył po nim zwitek papierów, który starannie zachował.
A długie, długie były lata niewoli, postarzał w nich, siły stracił, zgiął się, jednak często zwracając ku rodzinnej stronie wzdychał jeszcze za ojczyzną i śnił że płynął po Bohu, pod wał zamczyska, na którym stała Anna. Pamięć tej chwili życia nie zgasła w nim do ostatka.





II.
POWRÓT DO RODZINY.

Mamyż opisywać rozciągłe, utrapione dni niewoli, które lat kilkanaście życia zabrały człowiekowi, co miał odwagę cierpienia bez jęku, a nie potrafił pojąć, by chrześcjanin odjął sobie życie dobrowolnie, i tak podle z placu boju uciekał? Nie, nie, dosyć i tak czarnych nici w tej plecionce naszej, dosyć; a dla tych co celu obrazów nie dojrzą, pewnie nawet zanadto.
Znękany pracą i prędko łamiącą najpotężniejsze siły młodości niewolą — nasz Nadbożanin, myślał już że mu przeznaczono skończyć życie na obcej ziemi. Jak innym i jemu nareszcie przyszło to rozpaczliwe przekonanie niemożności ucieczki i wykupu — nie prędko, po wyczerpaniu wszystkich oszukujących nadziei.
W tem z galery puszczony, sprzedany dostał się do Adrianopolu naprzód, potem znowu na Budżak, z wysłanym tam na dowództwo do Białogrodu Seraskierem. Nie było już ludzi, co by pamiętali dawną jego ucieczkę do Chadżi-Dere, nie strzeżono go nawet pilniej nad innych, nie podejrzewając o myśl oswobodzenia; zwłaszcza że Seraskier lekką mu wyznaczył pracę i łagodnie z nim obchodzić się kazał, myśląc że litościwie traktowany łatwo się da zbisurmanić.
W nim na widok miejsc bliższych już ojczyzny, zda się o krok tylko od niej odległych, żywo zabiło serce. Niepomyślna ucieczka pierwsza nie zraziła go, zapragnął spróbować drugi raz, co raz już nie udało mu się. Ale teraz lepiej osnuł swój plan i głębiej nad nim pomyślał, nie chciał wspólników, bo obawiał się zdrajców, ufając że sam sobie wystarczy.
Niepodobieństwo zbieżenia inaczej za Liman, i przebycia go inaczej jak po lodach, wstrzymało go do zimy. Dostał sobie strój tatarski, umiał języka tyle, że mógł ujść za Dżambułata, twarz ogorzała i zmieniona, nie wzbudzała podejrzenia. O konia nietrudno mu było. Tymczasem na pogranicze do Bałty wysyłano Agę, mającego tam leżeć na nieustannej straży od Polski. Dziwnym trafem niewolnik Seraskiera dostał się w podarku jednemu Adze. To go zbliżyło jeszcze do ojczyzny, którą prawie z nowej siedziby mógł widzieć, mógł jej powietrzem oddychać. Nie wzbudzał podejrzenia wcale, bo powiadał zawsze że jest z dalekiego kraju i na oko zdawał się godzić z swym losem.
Gdy przebywszy step pusty, aułami tylko Tatarów Jedyssańców po bałkach koczujących przecięty, stanęli nad Kodymą. Nadbożanin ujrzał swoje rodzone Podole i zadrżał. Zginąć lub wrócić do kraju, rzekł w duchu, zginąć lub tam się dostać!
Bałta naówczas była mizerną turecką wioszczyną, z tej strony Kodymy, pod stopami gór rozciągnioną. Z przeciwnej nie było jeszcze żadnej osady i puste tylko gdzie niegdzie lasami obrosłe, wznosiły się wzgórza zielone. Znacznie później dopiero na pograniczu tem powstało miasteczko przeciw tureckiego zbudowane. Ale wówczas sami Turcy i Tatarzy zajmowali Bałtą, kilkanaście zniszczonych chałup w dolinie nad Kodymą. Kilka ośmioskrzydłowych wiatraków (zwyczajnych w Turcji), jeden lichy gliną wylepiony minarecik i meczet słomą poszyty, dom Agi nieco porządniejszy, mizerny Bazar składały całe miasteczko, a raczej osadę. Było to tylko stanowisko straży, zarówno dla bezpieczeństwa od Polski, jak dla utrzymania Tatarów na wodzy urządzone. Turcy bowiem w Budżaku, Tyhiniu i Akkerman; w Uzu, Oczaków i twierdzę Chadżi-Bejską trzymali; w Krymie zamki swojem wojskiem i dowódzcami obsadzali. Tym sposobem zapewnili sobie władzę nad Tatarami i ciągłą na nich baczność mieć mogli.
Ujrzawszy się na pograniczu Podola, wązką tylko rzeczką oddzielonym od kraju swego, Nadbożanin uczuł takie wezbranie gwałtownego pragnienia swobody, że długo wytrzymać i rozważnie do ucieczki przygotować się nie mógł. Nie jadł, nie spał dnie całe, gdy nie miał wyznaczonego zatrudnienia, siedział pod górą patrząc na polską stronę. A jednak gdy już się do ucieczki zabierał, pokazało się tysiąc nieprzewidzianych trudności. W nocy pilnowano go, w dzień niepodobna się było wyrwać; Aga sroższy od Seraskiera lubił swoich niewolników katować, i ciągle znęcać się nad niemi, ciągle ich mieć pod ręką. Rozpacz zaczynała przejmować wygnańca. Jednej nocy w pół nagi, bez przygotowania, postrzegłszy możność wymknienia się, wyłamał drewnianą kratę okna, przelazł mur podwórza, rzucił się w rzekę i puścił pędem w stronę rodzinną. Biegł dopóki mu sił stało, polami, lasy, rozdołami, bez spoczynku; ciągle się obawiał pogoni, ciągle ją słyszał za sobą; a pierwsza wieś którą zobaczył, pierwszy krzyż cerkwi, dojrzany w jarze, powitał padając na twarz, bijąc czołem, płacząc jak dziecko.
Był na swojej ziemi! swobodny!
Piękne Podole! ale dla tego, kto po kilkunastu leciach wygnania, niewoli, złamany, zgięty powraca do kraju w którym się urodził, jakże jeszcze stokroć piękniejsze! Jak żywo szlachcicowi przypomniało się wszystko ubiegłe. Pierwszy sen na ziemi swojej ukazał mu znowu łódkę na Bohu, Annę na wałach zamku. Lecz gdzie ta nieodzyskana przeszłość!
Nie u wszystkich wiarę i politowanie znalazł zbieg. Jedni głowami kiwali słysząc jego opowiadanie o ucieczce z tureckiej osady, drudzy dość obojętnie przyjmowali ten wypadek; nikt mu o dawnych znajomych nic powiedzieć nie potrafił.
Odziany przez litościwą starą wdowę, zaopatrzony trochę na drogę, pospieszył przez Nesterwar[1], gdzie naówczas licha mieścina pod skrzydłem zameczku obronnego wyciągała się ku Bracławiu i Winnicy. Kto teraz widział Podole, żyzne, kwitnące sadami, złotemi łany okryte, zasiane wsiami co się w stawach błyszczących przeglądają, nie może mieć wyobrażenia kraju w owych czasach, gdy sąsiedztwo tatarskie wystawiało go na ciągłe pożogi i wyludnienia. Lepianki w pół do ziemi przytulone stojące między opalonemi słupy starych popalonych domostw, ogorzałe drzewa, gdzie niegdzie kawał pola wydarty i zasiany, bez nadziei zbioru; wsie rzadkie, zameczki po wzgórzach nad wodą, a to wszystko lasami i zaroślami poprzecinane, taki był obraz pięknego Podola.
Kiedy od stepu wzniosły się chmary ptastwa, powiał wicher tumanami dymów, kiedy spodziewano się Tatar w gości, naówczas cała ludność cisnęła się do zamków, w lasy i pieczary. Ale często i te ich nie potrafiły obronić od napastnika. Często ryk bydła, dym ogniska wydawał tajemne schronienie ludu, który napadniony niespodzianie w lesie, dymami wypędzony z pieczar, ginął na miejscu lub szedł w niewolę. Zamki tylko ostawały się zwykle, bo zamki rzadko napastywali Tatarzy, nie mając do tego ani czasu, ani ochoty walczyć.
Nadbożanin znalazł Podole swoje pięknem mimo śladów opustoszenia niedawnego, mimo pustych rozłogów szeroko się ciągnących i tej woni pustyni i pożaru, która długo cięży nad zwojowanym krajem. Ale idąc do swoich z sercem przepełnionem uczuciami, z pragnieniem znalezienia braci, okrutnie się zawiódł. Gdzie się spodziewał niejako rodzinę powitać, zastał tylko obojętnych ludzi, co na niego z ciekawością lub nieufnością patrzali.
Sam obcy między swemi, nigdzie ręki przyjacielskiej, nigdzie politowania, nigdzie radości.
Od dworu do dworu, od wioski do wioski wlokąc się szlachcic o kiju przeszedł okolice Tulczyna, zobaczył stary Bracław i zapłakał nad Bohem, który mu przypomniał młodość.
Boh płynął jak dawniej, wioska kwitła nad nim, ludzie tylko się zmienili, zdrętwieli. Napróżno rozpytywał o Annę, o swoją słobodę, nikt mu nic powiedzieć o nich nie umiał, poszedł dalej. Biło a biło mu serce, gdy ujrzał na pagórku nad Bohem białe mury grodu, któren znał tak dobrze. Był ranek, dzwony na ranne nabożeństwo wołały, gdy wychodząc z zarośli, stanął przeciw promu wiodącego Bohem do Winnicy. Tu bardziej jeszcze wzruszony niż kiedykolwiek, wszedł w miasto, a otwarty znalazłszy kościół powlókł się do niego i upadł na kolana w kruchcie. Patrzał na przechodzących i jednej znajomej twarzy! nikogo. Poglądano nań z podziwieniem zimnem, z ciekawością obojętną. Prawie bezprzytomny z wychodzącemi z kościoła się wytoczył, stanął, obejrzał, przypomniał znajomego i rozpytawszy o jego mieszkanie, poszedł. Nie było w domu.
Drugi przyjął go, wysłuchał, płakał nawet: ale widząc tak odartym, tak biednym prędko uszedł, lękając się, aby nie wymagał pomocy. Coraz bardziej zrozpaczony, nie ociągając się już dłużej w mieście, brzegiem Bohu poszedł do swojej słobody; sto razy zastanawiał się w znajomych a tak mało zmienionych miejscach.
Nareszcie ujrzał zameczek i usiadł na ziemi, bo nie miał odwagi pytać, zbliżyć się; tak żywo teraz niepowrotna przypomniała mu się przeszłość. Po długiej walce z sobą stanął u wrot jego.
Nic a nic się tu nie zmieniło, tylko drzewa trochę podrosły, tylko mury się porysowały, tylko chmiele gęściej okrywały palisady, trawa bujniejsza rosła na wałach. Zdaje się, wczoraj dopiero ztąd wyszedł.
Ale zameczek stał pusty, załoga w nim nieliczna. Spytał o księżnę, nikt mu o niej powiedzieć nie umiał: jedni utrzymywali że była na Rusi, drudzy że w Krakowie, a mówili o niej z pewną jakąś niespokojnością, wahaniem. Poszedł spojrzeć na wały, na wiśniowe drzewa wyglądające ku rzece, gdzie stawała Anna, a potem z sercem rozdartem puścić się ku swojej słobodzie.
Któż nie wie jak łatwo, jak mocno serce się przywiązuje do kawałka ziemi, któren człowiek nazywał swoim? Cóż dopiero gdy po długiem oddaleniu, po przebytych nieszczęściach, znowu się do niego dostanie. W gaju nie opodal od Bohu, na pagórku, stała słobódka szlachcica. I tu żadnej, żadnej zmiany! Postrzegł wśród gęstych drzew za dąbrową swój domek biały, z słomianym dachem, z otaczającą go pasieką, z przytykającym doń ogrodem.
Wszystko jak dawniej, jakby od wczora dopiero rzucone.
Przez otwarte na pole wieśnice, u których siedziała mała dziewczynka, wszedł w dziedziniec. Któż nie pamięta w Homerowych śpiewach tego cudnego miejsca, gdy Ulisses nie poznany od wszystkich, przez wszystkich zaparty, od psa tylko starego za pana uznany zostaje, od starego psa konającego na śmietniku. O! często wierny stary pies zawstydza ludzi pamięcią i wdzięcznością. Ale tu i psa nie było co by poznał dawnego pana.
Brzuchaty szlachcic w białym kitlu płóciennym, w kapeluszu słomianym siedział na ławce w ganku, psy rzuciły się na podróżnego, odwołano je. On płakał i płacząc usiadł na wschodach, napróżno oczy zwracał na przechodzących, na gromadzących się w koło, nikogo znajomego.
— Jakto? więc, rzekł w rozpaczy, nikogo! nikogo, co by mnie poznał! nikogo co by powitał pana?
— Pana! hę? zawołał szlachcic wstając, jak to pana? hę? albo co?
— Piętnaście lat temu, ozwał się przybyły, poszliśmy na Tatar z księciem Sołomereckim, ciężką przebyłem u niewiernych niewolę! A za powrotem nawet jednej twarzy znajomej, jednej ręki przyjaźnej co by moją dłoń uścisnęła!
— Byłbyś więc Waćpan — spytał szlachcic.
— Nie pamiętacie Czuryły? rzekł do otaczających oswobodzony.
Wieśniacy i słudzy popatrzali się na siebie, poszeptali, pokiwali głowami.
— Piętnaście lat! to kawałek czasu.
— Nie ma więc nikogo?
— Już to po trochu wszyscy przypominamy, ale poznać. —
— To nie on, rzekł ktoś z tłumu.
— Trzeba Marty zawołać.
A Marta była dawniej gospodynią w słobodzie, ale teraz tak zestarzała, oślepła, że się z chaty swoich wnuków już nie wywlokła.
Szlachcic ruszał ramiony stojąc w ganku widocznie niespokojny; nadeszła żona jego, dwoje małych dzieci, dworscy. Otoczyli wszyscy biedaka, różnie się i dziwując i wątpiąc o prawdzie jego opowiadania.
— A mój brat? spytał Czuryło.
— A! brat! to to brat, pan Wencesław!
— Brat mój, co się z nim stało?
— A umarł, odrzekł spokojnie szlachcic i właśnie po nim okupiłem ten kawałek ziemi.
Czuryło zamyślił się gorżko.
— I jeśli myślicie procesować, dodał łykając niespokojnie ślinę nowy dziedzic.
— O! bądźcie o to spokojni, odparł Czuryło, nie mam ani woli, ani sposobu do tego. Chciałem tylko zobaczyć słobodę moją i pójdę dalej.
— Dokąd? rzekł cicho szlachcic, zawsze niespokojny.
— W świat, przed siebie.
Nim starą Martę przywiedli, żona szlachcica podała pić i jeść Czuryle; ale głodnemu i spragnionemu innego pokarmu było potrzeba.
Przyszła naostatek staruszka, wiedziona przez odarte wnuczątko, kijem się podpierając i coś marmocząc pod nosem.
Czuryło wstał.
— O! ona mnie nie pozna! ona ślepa.
— Czyj to głos? spytała zastanawiając się Marta.
— Marto Wołynko, zawołał Czuryło, nie przypomnisz sobie dawnego pana?
— To Czuryło! podnosząc nagle głowę zakrzyczała nagle ślepa. To on! głos jego. A zkąd wy paneczku?
— Z niewoli tatarskiej.
— Na krzyż pański, piętnaście lat, i oczy moje zgasłe już cię nie zobaczą, ale cię poznałam, poznałam po głosie. To ty dobry paneczku?
I rozpłakała się. Szlachcic gryząc wąsy stał w ganku ciągle, poglądał na żonę, kręcił głową niespokojnie.
— Gdzie Marcjan twój syn?
— Siedzi w pasiece.
— On mnie pozna, zawołał dawny dziedzic, ja go rozpytam, pozwólcie przyjść Marcjanowi.
Dość nie rad całemu wypadkowi posłał szlachcic po Marcjana, który o kuli się przywlókł z pasieki, porzuciwszy swój warsztat tkacki. Do razu poznał, przypomniał pana i padł mu do nóg, poczęli oba płakać przypominając sobie dawne czasy.
Pozwolono przenocować w kuchni panu Czuryle, a nowy dziedzic widocznie nie rad przybycia dawnego dziedzica, dał mu dość wyraźnie do zrozumienia, że rad by go wyprawić co najprędzej.
Sam też Czuryło nie myślał tu bawić, a że przed wyprawą zakopał był w ogrodzie nieco grosza, chciał tylko swoje dobyć i iść dalej, pilnowano go jednak nie wiadomo dla czego tak ściśle, że do ogrodu w nocy wyjść nie mógł. Nazajutrz obdarzywszy, pozbył się niemiłego gościa szlachcic, który całą noc spędził w nieprzyjemnych przeczuciach procesu, nie wiem dla czego, tak mu strasznego.
Pan Czuryło poszedł do pasieki do Marcjana i pozostał tam dzień następujący, a w nocy z pomocą pasiecznika wdrapał się do ogrodu, gdzie pod bzowemi krzaki zakopany był jego garnek i butelka. W garnku nie tknięte pieniądze, w butelce zasmolonej papiery swoje znalazł, a nagrodziwszy poczciwemu wieśniakowi puścił się w dalszą drogę.
Dopytawszy o Sołomereckich, że ich na Rusi wołyńskiej szukać należało, ciągnął tam. Ale i tu księżnej nie było. Słyszał tylko o prześladowaniu jakiemu uległa, o dziecku które znikło i o wyjeździe jej do Krakowa.
Poszedł do Krakowa. Po drodze opowiadając się jako Litownik; (tak zwano więźniów z niewoli wyzwolonych), przyjmowany mniej więcej litościwie wszędzie żebrał, zostawując swój grosz na nieprzewidziany raz.
Oprócz swoich papierów dobytych na słobodzie, niósł także powierzone na galerze papiery owego księdza zmarłego w Stambule, których nie miał czasu i ciekawości przepatrywać, obiecując sobie w Krakowie dowiedzieć o rodzinę, dla której służyły.
Przybył do Krakowa Czuryło i opowiedziawszy się wedle zwyczaju w gospodzie Bractwa Miłosierdzia, jako Litownik, z łańcucha okruchem, począł ulice stolicy przebiegać.
Nie potrzebujemy dodawać, że żebrak spotkany u drzwi księcia przez Annę, przesiadujący koło jej domu, był Czuryło.
Odarty, zmieniony, zawsze się spodziewał że prędzej później poznany zostanie.
Napróżno! Sam się nastręczać i przypominać wzdragając, czekał, ale księżna sobą i dzieckiem zajęta, czy zapomniała Nadbożanina, czy tak był zmieniony, zdawała się nic sobie nie przypominać.
Była i druga osoba w Krakowie, do której napróżno także zbliżał się oswobodzony. Stary Czuryło kilka razy rzucił mu jałmużnę z westchnieniem, nic więcej. A jednak był to syn jego, ale syn którego starzec dawno się zaparł, o którym zapomniał, syn urodzony wkrótce po ślubie, słabe dziecię siedmio-miesięczne, nieuznane przez ojca, opłakane przez niewinną matkę, przypłacone jej życiem.
Drugi raz potem żonaty, stary Czuryło drugiego miał syna, na niego zlał całe przywiązanie, ale śmierć nie tylko jego, ale z nim i wnuki mu odjęła. Pozostał sam jeden, nie raz już w tem osieroceniu wspominając coraz częściej pierwsze dziecię odrzucone, odepchnięte i jak sądził przepadłe w boju. Towarzysze bowiem wyprawy Sołomereckiego opowiadali, że Czuryło zginął mężnie się potykując.
Boleśnie było wracającemu do kraju nikogo w nim dla siebie nie znaleść, ale boleśniej jeszcze ocierać się codzień o dom Anny, co go nie poznała, o ojca, który go zapomniał. Długo walczył z sobą, ale przemógł smutek dręczący, potrzeba odzyskania swoich. Już miał się dać poznać ojcu, gdy wypadkiem znajdując się nie daleko gospody, gdzie umawiano się o porwanie młodego Sołomereckiego, zdało mu się, że ojciec należał także do spisku.
Bez wahania oznajmił o tem księżnie, ale strapiony odkryciem, nie zbliżył się do ojca.
Jałmużną żyjąc, dnie całe pod domem Anny z oczyma w okna jej wlepionemi siedząc, pędził tak długie dnie smutne Czuryło. Ani nadziei, ani nadziei być poznanym! Kilka razy mówił z Anną, ona patrzała na niego i nic jej, ani głos, ani twarz nie przypomniała dawniej tak dobrze znanego człowieka.
W takiem położeniu rozpacz by porwała była każdego; i w końcu ścisnęła też serce znękanego, który nie tłumacząc sobie co z tego wyniknąć może, i jak ostatek nadziei utracić łatwo, jednego wieczora wcisnął się w uliczkę na której mieszkał ojciec jego.
W pobliżu kościoła stary Czuryło obrał był sobie ubogie mieszkanie, w którem sam jeden czas pędził. Jedną stronę nie wielkiego domu zajmowali gospodarze u których się stołował, drugą, dwie izdebki, stary.
Największy porządek panował w tych małych, wybielonych, wymytych i zawsze świeżych komnatkach. Okna ich błyszczały jasnemi szyby, podłogi wysypane świeżym piaskiem żółtym, ściany wytarte z najlżejszego pyłu. W pierwszej izdebce piec zielony z przypieckiem do siedzenia ciepłego, kilka krzeseł skórą obitych, ława szeroka z kilimkiem, stół na nogach wykręcanych, zegar w kącie, krucyfiks na oknie, obraz Najświętszej Panny Częstochowskiej na ścianie. W drugiej mniejszej łóżko księże, wązkie, twarde, skrzynia okuta żelazem, szabla z gromnicą i wiankiem święconym nad głowami na makacie, stara rusznica w kącie, torba borsucza na kołku, książka od nabożeństwa u łóżka. A każdy sprzęt tak czysty, tak otarty, świecący, jakby nowy i wczoraj dopiero postawiony; na starych nie znać zużycia, nie widać wieku; każda rzecz w swojem miejscu nieodmiennie, nieporuszenie.
I życie starca jak jego mieszkanie jednostajne, metodyczne, dniem do dnia podobne.
Zbliżając się do domu, w którym miał się jeden z najważniejszych wypadków życia rozstrzygnąć, żebrak na chwilę tylko zaląkł się, zapragnął stanowczą chwilę oddalić, potem nabrał odwagi i posunął ku wejściu.
Pana Czuryły nie było, wedle zwyczaju modlił się jeszcze w blizkim kościele. Żebrak usiadł na wschodach, oczekiwał nań. Około południa ujrzał zmierzającego z namarszczoną brwią ku domowi. Zbliżając się postrzegł stary siedzącego żebraka, wlepił weń oczy i dobywszy kaletki, pośpieszył rzucić grosz.
Litownik powstał brząkając łańcuchem, podziękował, ale nie ustąpił.
— Idź z Bogiem, rzekł mu Czuryło.
— Nie za jałmużną przyszedłem do was, odpowiedział żebrak.
Siwe brwi starca namarszczyły się.
— Czego chcesz? spytał.
— Pozwólcie mi wejść.
Zastanowił się chwilę ojciec, dobył klucza na rzemyku i toczonym wałeczku uczepionego, otworzył powoli mieszkanie i zimno rzekł wprowadzając Litownika:
— Otrzyj nogi na słomiance.
Te słowa w takiej chwili ścisnęły za serce nieszczęśliwego. Zachwiał się, oparł o drzwi, stał w milczeniu.
— No, mów-że czego chcesz? rzekł Czuryło stawiając laskę na miejscu zwyczajnem, wieszając czapkę na przeznaczonym jej kołku.
Syn nie wiedział jak począć.
— Spokojne życie! spokojne! szepnął po chwili, powiedzcie mi panie Łowczy nigdy wam...
— Zkąd wiesz o mnie? zapytał niespokojnie stary.
— Zkąd! Dawno, dawno was znam.
— Ty! mnie! Jak się zowiesz?
— Dowiecie się. Ale powiedzcie mi wprzód, czy w tem spokojnem życiu nigdy nie przychodzi wam zgryzota do serca, ciężkie jakie na głowę wspomnienie?
— Co ma znaczyć to pytanie? zawołał ostro i po swojemu chmurząc się stary, dziwnie bowiem uderzyło go to pytanie, które przypadkiem trafiało na ranę ukrytą. Czuryło na wspomnienie żony i pierwszego syna doznawał nie raz niepokoju duszy, uznawał się względem nich winnym, a przywodząc na pamięć anielską łagodność, dobroć, niewinność dziecinną kobiety, której struł życie popędliwem i nieusprawiedliwionem podejrzeniem, bolał nad przeszłością.
— Co ma znaczyć to pytanie? powtórzył.
— Nigdy nie pożałowałeś Heleny i jej syna?
— Heleny! jej syna! wykrzyknął starzec odchodząc od przytomności. Co to jest? co to jest? Ktoś ty?
— Kto? widzisz, biedny człowiek, co lat wiele wycierpiał w niewoli, co ostatek życia na swoją przywlókł ziemię.
— Zkąd wiesz? Kto ci powiedział? Dla czego? Starzec gubił się w domysłach, nie mogąc wpaść na jedyny prawdziwy.
— Kto jestem? odpowiedział Litownik, syn Heleny.
— Syn Heleny! o Boże, mój syn! zawołał starzec. Lecz w tej chwili gdy się miał rzucić już ku niemu, ta myśl stara, to podejrzenie zabójcze o niewierności żony, znowu go oburzyło. Cofnął się, schmurzył.
— Wiedziałem, że tak mnie powitasz, ojcze. Ale starzec walczył i zwalczył uczucie, niegodne siebie, rzucił się ku synowi, wołając:
— Przebacz mi! przebacz!
— Niech ona przebaczy, ja nic nie mam do darowania ci ojcze!
O! słodki był uścisk ojcowski dla wygnańca, co lat kilkanaście nie kosztował uścisku żadnego, nie słyszał słowa przyjaźni, przywiązania.
Wnet stary usadowił syna i zaprzątnął się nim, a choć chwilami jeszcze niewygasłe uczucie jadło mu serce, mógł już je zwalczyć, zwyciężył.
Długie opowiadanie wypadków wyżej opisanych zajęło dnia resztę. Stary Czuryło płakał, rzucał się i klął niewiernych, noc zastała ich jeszcze rozmawiających.
— Ojcze mój, rzekł nareszcie syn, dla czego powiedz mi należałeś do porwania syna księżnej?
— Ja? niespokojnie marszcząc się zawołał stary, ja? Kto ci to powiedział?
— Widziałem cię umawiającego się.
Czuryło widocznie się pomięszał.
— Ani słowa o tem, rzekł, później wszystko się wytłumaczy, wyjaśni.
Gdy to mówił syn, widział na twarzy starca taki niepokój, taką trwogę, że najdziksze podejrzenia przeszły mu po głowie.
— Wszystko się wyświeci, dodał Czuryło, a teraz nie pytaj.
— I zwrócił rozmowę, ale resztę wieczora widoczna dręczyła go niespokojność.
Nazajutrz zrzucił nareszcie odzienie żebraka i łańcuch Litownika oswobodzony. Skromne szlacheckie odzienie zastąpiło łachmany.
Nowa suknia zmieniła go zupełnie i pomimo niezatartych śladów, które na wieki zostawia cierpienie, Czuryło ukazał się w niej czem był: średniego wieku, ogorzałym, z wpadłemi oczyma i policzki, mężczyzną — postawy szlachetnej, miny trochę dumnej.
— Czy pozna mnie choć teraz? mówił do siebie, czy pozna?
— Moje dziecko, rzekł stary wzdychając, nie ma niewdzięczniejszej pamięci nad kobiecą, niewierniejszej nad książęcą, nie spodziewaj się tego!
Opalone lice oswobodzonego pobladło, ale nic nie rzekł na to.





III.
GŁÓD I MÓR.

Rankiem wiosennym pięciu podróżnych zbliżali się ku Wilnu. Było to w r. 1572, w chwili właśnie, gdy litewska stolica ledwie po strasznym morze i głodzie przychodzić do siebie zaczynała.
Powietrze które z niej wygnało Zygmunta Augusta w roku przeszłym, jeszcze słabe wprawdzie i zmniejszone, grasowało. Okropna ta klęska zostawiła po sobie długo nie zatarte ślady i dłuższą jeszcze straszliwą pamięć kary Bożej. Świetne Wilno Augustowe, to miejsce zwane rozkoszy jego kuźnią, tyle pamiętne sercu, okryte było żałobą.
Przed rokiem jeszcze żyło ono, życiem ulubieńców królewskich, wesołe, jasne, huczne, ludne, bo do stu tysięcy mieszkańców liczące. Zewsząd napływali doń rzemieślnicy, szlachta, panowie, zbiegali się ludzie, chcący swobodnie zarobić na życie. Od lat wielu opuszczone już przez poprzedników Zygmunta dla Krakowa, za młodości jego, pobytem Augusta ożywione naprzód zostało. Tu mieszkał on krótko z Elżbietą, tu poznał Barbarę, tu spędził krótkie szczęście swoje, tu ją pochował wołając, że niewdzięczna Polska kości jej mieć nie będzie!
Pamiątki przywiązały go do tego miasta na zawsze, Wilno odtąd stało mu się ulubionym pobytem, ukochanem schronieniem. O krok od zamku był grób Barbary, a choć wesele brzmiało nie raz na Krzywym grodzie, przebijać je musiało wspomnienie dwóch zmarłych kobiet, zawsze przytomnych pamięci królewskiej. Za panowania Augusta czarodziejsko wzniosła się Litwy stolica. Zamek opuszczony na Swintoroha, rozszerzył się, zajął domy sąsiednie i wystarczyć nie mógł mieszkańcom. Do niego przylgnęły puszkarnie, obok poczęły się wznosić mury kościoła nowego Św. Barbary, przeznaczonego na grób Elżbiecie i Radziwiłłównie. Zamek dolny więcej naówczas obszernością swoją niż wspaniałością zastanawiał. Kilka ogromnych dziedzińców otoczonych gmachami o trzech, dwóch i jednem piętrze zalegały przestrzeń wielką, łącząc się z katedralnym kościołem, z górnym zamkiem i zamkową ulicą. Po nad dachy Krzywego grodu wystawała wysoko latarnia na wieżycy, świecąca żeglującym na Wilii, stroma góra z arsenałem i gruzami kościoła św. Marcina stanowiła tło obrazu. Dalej ciemniały wzgórze Trzykrzyżskie i zarośla Antokolla.
Wielkie komnaty zamkowe teraz już stały pustką, dwór z nich uciekł, kilkunastu sług i straży pilnowali tylko zamku. Nic w nim wewnątrz uderzającego, prócz biblioteki królewskiej i czarnej sali. Czarna sala, o której pisze Górnicki, na pamiątkę zapewne żalu po stracie Barbary pociągniona suknem tego koloru, była upodobanem Augustowi mieszkaniem, jak czarna suknia upodobanym jego ubiorem. Któż nie widzi, porównywając to z jego ostatnich lat rozpustą, że rozpacz niepohamowana wpędziła go w tę przepaść, dała na ręce Sokołom (tak zwał kobiety) i skróciła mu życie. W czarnej sali za całą ozdobę były dwa obrazy, portret Elżbiety i Barbary, naprzeciw siebie. Obie młode, obie z uśmiechem słodkim, obie smutnego oblicza, obie zgasłe bez czasu, obie zabite ręką Bony.
Teraz i biblioteka i Czarna sala i ulubione puszkarnie Augusta — wszystko pustowało.
Bo pustką było Wilno całe.
Niedawno żywe ulice, rynek, przedmieścia stolicy, która odznaczała się tem między miasty polsko-litewskiemi, że w niej najrozmaitsza ukazywała się ludność, martwe stały. Domy kupców ruskich, kupców niemieckich, sklepy Ormian i Turków, kramy żydowstwa zaparte żelaznemi drągi, zamknięte. Na ratuszu kilku tylko burmistrzów, we wrotach bezsilne straże. Rok temu nazad widziałeś tu najdziwniejsze twarze, najosobliwsze stroje, Turków, Ormian, Greków, Tatarów, Żydów, Rusinów, Polaków, Litwę, wszystkie wyznania i wiary ocierały się o siebie. Piątek muzułmanie, sobotę izraelici, niedzielę chrześcjanie święcili, wszystkie języki sąsiednich krajów mogłeś usłyszeć w mieście, teraz cicho, cicho i ledwie kiedy niekiedy dzwon kościelny woła na modlitwę pozostałych i powróconych miastu mieszkańców.
Podróżni wjeżdżający od Ostrej bramy, zatrzymani zostali przez straż naprzód, która pod przewodnictwem burmistrza rozpatrzyła ich papiery, dla dojścia czy nie jechali z zapowietrzonego miejsca. Chociaż Wilno zniszczone już było przez mór, lękano się jeszcze powrotu jego i wznowienia z nową siłą. Przebywszy wrota w których paliła się przed obrazem okiennicami zamkniętym lampa, podróżni wjechali w ulicę. Straszny i dziwny obraz oczy ich uderzył. Domy zdawały się nie zamieszkane, wrota ich pozamykane, okiennice dolnych piątr zaparte. Gdzie niegdzie wyłamane drzwi, wybite zapory, ukazywały ruinę i zniszczenie wewnątrz, jakby po świeżym rabunku, rozrzucone tam i sam sprzęty pokruszone leżały. Wśród ulic, pod gankami kamienic, wygasłe ogniska obrzucone kośćmi zastygły, zostawiwszy na murach sąsiednich czarne okopcone po sobie ślady. Kupy śmiecia, brudów, słomy i kałuże błotniste zawalały przejazd.
Z wzdrgnieniem cofnęli się podróżni przed trupami. Nie można bowiem było wszystkich posprzątać i leżały dotąd nagie, sine, konwulsyjnie pokurczone ciała pomarłych z powietrza i głodu. Niektóre poczwarnie chude zdały się skeletami, bo napróżno głodne tłumy ludu, który się rzucił z okolic przebojem na Wilno, sądząc że się tu wykarmi; napróżno żarły ścierwa, gryzły kości i korę drzew, niedostatek był taki, że wszyscy prawie wymarli. Mór dokonywał tego, co głód nie przeżył. Mieszczanie, urzędnicy, duchowni zakonnicy nawet, musieli uciekać z miasta, a na ich miejsce nagie, rozpasane rozpaczą, wpadły chmury błąkających się po kraju ogłodzonych. W jednej chwili puste domy były odbite, co w nich znaleziono wywleczone, spalone dla ogrzania, zgryzione zębami konających. Po pustych podwórzach widziano kupy upojonych głodem ludzi, w około ogniów na których płonęły drogie sprzęty i bogate szaty. Jedni oszaleli, skakali i krzyczeli, drudzy konali w boleściach, deptani nieludzko, inni śmieli się sami do siebie i zbliżającej śmierci.
Ale wkrótce wrzawa grobowa ludu napływającego do Wilna ustawać poczęła, głód się powiększył, mór wzmógł, trupy secinami zawalały ulice, domy, podwórza, krużganki kościołów, cmentarze. Codziennie wozy ogromne wyrzucały za bramy trupów, codziennie było ich pełno, codzień mniej ludu, który się rozpierzchał lub wymierał. Nareszcie puste zostało Wilno. Gdy nasi podróżni zajechali tu, już tylko reszty moru dogorywały, a grobowa cisza zastąpiła piekielne wrzaski. Ale ślady świeżej przeszłości były żywe jeszcze. Te ciała zmarłych opowiadały straszliwą historją klęski, co kilkadziesiąt tysięcy ludu zniszczyła. Tam matka tuląca dziecię do piersi i w uścisku skośniała, tam starzec zębami trzymający drzewo, które chciał gryźć w głodnej rozpaczy, tam bój dwóch szalonych o ogryzek kości, skończony śmiercią obudwu.
W obliczu niebezpieczeństwa tego, nie było kto by śmiał z nim walczyć lub tamę położyć myślał. Jeden, jeden tylko brat zakonu świeżo wprowadzonego do Wilna na walkę z reformą, jezuita Łukasz Krassowski, pozostał ratować dusze, gdy ciał nie było można. Słuchając spowiedzi zapowietrzonych nędzarzy, sam się zaraził i umarł. Męczennik! Gdy mór ustawać począł i lud zalewający miasto, śmierć wyżarła, powrócili wylęknieni urzędnicy i nieco porządku. Ale ludność rozbiegła i handel nie ośmieliły się jeszcze zajrzeć do miasta.
Wielka też to była murów pustynia. Kościoły w większej części zaparte, ratusz milczący, rynek pusty, tam i sam szczątki pożarów, zniszczeń, ślady śmierci. A środkiem ulic powolnie wlekące się wozy, pełne trupa.
Mniej daleko straszny jest plac boju. Tam wrzawa przynajmniej, tam życie jeszcze obok zgonu i zniszczenia, tam zapał i siła; tu cisza przeraźliwa, zapowiadająca zda się koniec świata.
Pobledli podróżni przebiegając ulicę wiodącą od Ostrych wrót ku zamkowi. Wszędzie jedno a coraz tylko odmiennie się przedstawiając ich spotykało. Zniszczenie i śmierć. Wywabione koni tententem, kilka głów wyjrzały z okien ukradkami z postrachem i skryły się prędko. Św. Jański kościół i naprzeciw niego stojący zbór ewangelicki, oba były puste. Im bliżej zamku tem mniej spotykali trupów i wypalonych domostw. Tu zda się jakieś jeszcze poszanowanie, czy straż pilniejsza przystępu broniła, pusto tylko było. Z domu Halabardników wyglądały kilka wychudłych, zżółkłych przerażeniem twarzy strażników.
— Co za klęska! jakie zmiany! — zawołał jeden z podróżnych. — Trudno poznać to przed chwilą jeszcze tak żywe, tak ludne, tak piękne miasto.
Młody chłopak jadący z czterema innemi odwracał oczy.
— Przerażające ślady zniszczenia!
— Żywej duszy po domach, kościoły zamknięte. Widzicie ten stos przypartych do ściany i do siebie, zapewne dla rozgrzania się ludzi? Wszyscy pomarli!
— To ludność wileńska? spytał chłopiec.
— Nie, odparł jeden z towarzyszących mu, to zbiegli z całego kraju ogłodzeni, co tu ratunku szukali, a śmierć znaleźli. Byłem jeszcze w Wilnie, gdy mór się poczynał, wszyscy kupcy i mieszczanie, oprócz najuboższego tłumu żydowstwa, pouciekali z miasta.
— Zastaną pustkę i domy zrabowane.
— Któż to myślał o rabunku? komu się mógł on przydać?
— O! zawsze się znajdą chciwi, nawet godziną przed skonaniem; a wielu też nie o zbogacenie, ale o ogrzanie tylko chodziło. Biedni palili księgami! rzekł wskazując na niedogaski stosu.
W milczeniu posuwali się dalej.
— Ale nie masz-że już niebezpieczeństwa? spytał chłopak.
— Nie, nie ma, lud wymarł, a lud to go z głodem i sobą przyniósł. Niestało go, powróci da Bóg życie. Macie w tem dowód, kiedy pan wojewoda Narewski (podlaski) do Wilna się udał. Nie jechałby bez potrzeby w ogień.
— Zapewne, dodał drugi, kiedy o nim posłyszą i drudzy powrócą.
— Już i burmistrzowie po bramach i zmarłych przecie zwożą karami na przedmieścia i gdzie niegdzie taki człek żywy się pokaże, a powiadają, że prócz tłumu tego co wymarło, wprzódy nikogo nie było.
— Księża nawet wyjechali, dodał drugi.
W tem się zastanowili u wrót zamkowych, z których blady, drżący, nie młody już mężczyzna bojaźliwie przeciw nim wystąpił.
— A zkąd to Pan Bóg prowadzi?
— Z Krakowa!
— Ho! a zdrowi tam?
— Wszędzie dzięki Bogu, prócz w Wilnie.
— Straszna klęska, odpowiedział wrotny, ledwie tę klęskę przebyłem. Co za życie, co za życie!
— I Bóg was uchował?
— Cudem! cudem! A co oczy moje widziały, tego żaden język nie wypowie.
Podróżni zatrzymali się.
— Toście tylko zapewne widzieli co i my po ulicach.
— A! to tylko ostatki! wzdychając rzekł wrotny. Z wierzchołka wrót, drżący, co chwila obawiając się napaści, ukrywając się od oczu, poglądałem kilka miesięcy, a mnie się zdaje że wieków kilka, na te nieopisane okropności.
— Czemżeście żyli?
— Trochą sucharów, odrobiną wody, którą po kilku tygodni zmienić nie było można. Bo jak wyjść? Rozszarpano by! A potem zaraza! Zdawało się że to nie ludzie ale dzikie zwierzęta, bez pamięci na Boga, na siebie, na śmierć! Nie było rodziny, nie było przyjaźni, był głód tylko. Jeden anioł w czarnej sukni na tysiące szatanów.
— Co za anioł? spytał chłopiec.
— Ksiądz! nowego zakonu, on chodził z wodą, z chlebem i Bożem ciałem od gromady do gromady. A często chwytano go, szarpano, wywracano, bito; często o bochenek suchy walczyły całe seciny ludzi, rozbijając się, goniąc z wrzaskiem po ulicach. Z wierzchu mojej bramy poglądałem na to drżąc, zdawało mi się, że niepodobna abym widok taki mógł przeżyć. A teraz gdy się wszystko dzięki Bogu skończyło, jeszcze gdy zasnę, słyszę te wrzaski pospólstwa, widzę te łuny pożarów. Ciężkie to brzemię na starą głowę takie wspomnienie, dodał wzdychając, można rozum utracić.
Podróżni posunęli się dalej, ale ich wrotny pytać począł:
— A król Jegomość?
— Był w Tykocinie, w Knyszynie teraz.
— Zdrów?
— Jak zawsze.
— Niech go Bóg chowa. Dokądże jedziecie?
— Na Antokol.
— Do kogo? tam tak pusto jak tu!
— Wojewoda Narewski Sapieha przybył do swego pałacu i zajął go.
— Już? zaprawdę odważny.
— A na zamku, nikogo?
— O! było nas dosyć, ale jedni powymierali, drudzy poszaleli i pouciekali ze strachu, teraz powoli przybywają, będą się potem przechwalali, jakby dotrzymali placu. A dalipan, rzekł stary wrotny zamkowy, łatwiej w boju dotrzymać niż w takim ukropie. Przecież dzięki Bogu, ludzkie twarze już się pokazują!
To mówiąc wszedł nazad, widząc oddalających się podróżnych. Ci posunęli się dalej po nad Wilją ku Antokolowi. Na Łabędzim ostrowiu nie było łabędzi Augustowych, głodni je pochwytali, w Zwierzyńcu na Wierszupce zabito zwierz wszystek; wszędzie ślady przejścia tego potoku morowego, niedogarki ognisk, barłogi opuszczone, kości białe. Okolica spustoszona jak po srogiej wojnie. Szopka w której starodawny kościół Ś. Piotra się mieścił z krzyżykiem na dachu, oszczędzona przecie jako miejsce święte, plebanja zaparta, bo proboszcz wyniósł się do Niemęczyna.
W drzewach za kościołem i plebanją ujrzeli podróżni nasi murowany dom wojewody podlaskiego Fryderyka Sapiehy. Ale nim się do niego dostali, zastanowili naprzeciw kościołka i starszy rzekł do chłopięcia:
— Wiecie, dla czegośmy was wywiedli z Krakowa i wierzycie nareszcie, że pan Czuryło i my z nim wespół czyniący, nie jesteśmy zausznikami nieprzyjaciela, ale obrońcami waszemi?
— Tak jest, wiem, wierzę — dziękuję, odparł Staś Sołomerecki, (on to był bowiem), ale powiedzcie mi proszę, dla czegoż matka moja o tem nie wie, czemu to nie z jej wolą, czemu pisać nawet?....
— Mości książę, odrzekł starszy, lękając się o was, matka gotowa była wyrzec się wszystkiego dla ocalenia. Gdyby wiedziała gdzie jesteście, postrach mógłby ją zmusić do wydania tajemnicy. Lepiej żeby opłakawszy chwilę, mogła się później bezpieczeństwem pocieszyć. Dla niej to zarówno jak dla was uczyniono.
Widzicie że w takim razie tajemnica jest konieczną, tajemnica to nawet na dworze Sapiehy.
— Ależ sam wojewoda?
— Sam wojewoda o wszystkiem wiedzieć musi, dodał starszy, to koniecznie, ale nikt więcej. Będziecie nosić imię obce, nieznane, i tu zdaje się Sołomerecki wyszukać was nie potrafi i gdyby nawet znalazł, opieka okryje was silna.
— Lecz czy zechce?
— Mamy silne listy instancjonalne. Tymczasem posłane prośby do Rzymu będą miały czas wrócić zrezolwowane, a wy nauczycie się tu rycerskiego rzemiosła przy znakomitym mężu, który szablą i piórem służył krajowi.
— Jedźmy, rzekł drugi.
— Pamiętajcie, dorzucił starszy, tajemnica dla wszystkich, jedno nie zdradzi was i nowych niepokojów, nowych niebezpieczeństw naprowadzić może. A tutaj nie znajdziecie kto by was tak skutecznie obronił.





IV.
SAPIEHOWIE.

Chociaż pospolicie Litwę i Polskę już w XVI. wieku wyobrażają sobie prawie jednym co do obyczajów, języka i fizjonomji powierzchownej, co do wewnętrznych urządzeń krajem; wcielenie tej prowincji moralne, po tylokrotnych unjach, nie było jeszcze dopełnione jak później, a wiele różnic stanowczych kraj Polski od Litwy odcechowywało.
Dzikszą jeszcze pomimo trzech wieków upłynionych była Litwa, obyczaje ostrzejsze, przepych dopiero wszczynać się począł i to po dworach magnatów tylko, których królewski dwór uczył wytworu. Radziwiłłowie pierwsi wzbici dumą z królewskiego połączenia, z książęcych tytułów i niezliczonych łask Augusta, dali przykład zbytku. Ale nikt w początkach nie chciał i nie mógł naśladować. Pańskie fortuny w Litwie i tutaj rzadsze; nawet książęta krwi Jagiellońskiej, Olgerdowe rozrodzone potomstwo, nie mieli rozległych majętności. Nie uczuto też jeszcze tak głęboko potrzeby przepychu. Szlachta żyła całkiem po prostu, skromnie, ubogo i w pół dziko prawie; budowy drewniane po większej części okrywały Litwę, sioła jej z chat nizkich i dymnych złożone do lasów przyparte, lud ubogi, pracowity, uciśniony kryły. Wygody życia nie ceniono, kraj potrzebom swym wystarczał, a sąsiednie miasta tylko i bogatsi zdobywali się na zagraniczne wyroby. Wieśniak okrywał się swojej roboty suknem, kożuchem, płótnem, obówiem; wóz jego nie miał nic żelaznego.
Szlachcic niemajętny mało się różnił od wieśniaka; żona jego i córki w domowych chodziły tkaninach, on sam krajowem okrywał się suknem, pasem fabryki domowej podciągał; jadł co mu urodziła ziemia, pił miód pszczół swoich i piwo własnego waru. Wiódł życie ustronne, ciche, pracowite i na wpół dzikie.
Samotne to życie rodziło wprawdzie przesądów wiele, wad wiele, ale obfitowało także w cnoty — zaciszu i prostocie właściwe. Gościnność, otwartość wielka, męztwo, zapasami ciągłemi z naturą i ludźmi rozwinięte, odznaczały Litwina. Mówił nie wytwornie, umiał nie wiele, i to co wpoił ojciec, czego nauczyło doświadczenie; ale dla obcych i nieszczęśliwych wylany, dla swoich sprawiedliwy choć nie zawsze łagodny, prawy we wszystkiem; za szorstkość płacił poczciwością.
W Polsce więcej daleko znała szlachta swoją przewagę, siłę i godność, w Litwie lękliwie jeszcze używała swych przywilejów. Szlachcic polski na zjeździe pod Lwowem za Zygmunta I. zagroził panom szablą, litewski nie pomyślałby nawet o tem, tak szanował swoich książąt i magnatów, z starego nałogu. Pokorniejszy od polskiego szlachcica, gdy go do żywego dotknięto, Litwin krzywdy nie umiał darować, mścił się do ostatka, karał zabójstwy, krwią mazał posłuszny temu pogańskiemu jeszcze zabytkowi — uczucia zemsty, której prawna kara zaspokoić nie mogła dostatecznie. Nie udawał się też do prawa chyba rzadko i niechętnie, wolał sobie sam wymierzyć sprawiedliwość.
Z poddanym — bliżej go będąc, może mniej srogo obchodził się szlachcic litewski, nie przywykł go jeszcze uważać za bydlę, bo niedawno razem z wieśniakiem podlegał nieograniczonej władzy panującego. Ta władza, jakkolwiek umiarkowana znacznie nadanemi prawy, jeszcze w Litwie zawsze była większa niż w Polsce za ostatniego Jagiełły.
Jak życie było proste na Litwie, tak gospodarstwo zaniedbane i dzikie. Uprawa roli nie dawała korzyści, siano więc prawie tylko tyle ile spotrzebować miano; dochody stanowiły miody, woski, skóry i t. p. Ale potrzeby też były małe i łatwo zaspokoić się dające, nie szukano przyjemności innych nad łatwe i pod ręką będące. Myśliwstwo po ogromnych lasach rozrywkę razem i korzyść przynosiło, gospodarstwo było zatrudnieniem i zabawą: wieczorna pogadanka u komina kończyła dnie spokojne, a wywalona wichrem barć w lesie, nieraz stanowiła przedmiot rozmów długich i pełnych zajęcia rozpraw. Niedźwiedź co przeszedł z lasu, łoś co się ukazał u stogów, był wypadkiem wielkiej wagi, wspomnieniem na długo.
Spokój Litwy, w którym ona spała szczęśliwa, zamąciły wkrótce wypadki. Walka z Polską o Podole i Wołyń, którą podsycali możni, potem sprawa unji, tylu mająca nieprzyjaciół, potem nareszcie reforma.
W ledwie nawróconej Litwie, gdzie przywiązanie do nowej wiary nie mogło być jeszcze wielkie, gdzie dwa i tak już wyznania walczyły z sobą; a lud kłaniał się po lasach bałwanom i czcił dotąd drzewa i węże, reforma wpadająca z gorącem pragnieniem nawracania, z wrzaskliwym zapałem, musiała głów wiele obłąkać. Oświecenie nie mogło być jeszcze tak upowszechnione aby zapobiegło złemu. Ci co się uczyć chcieli, (a było ich nie wiele) musieli szukać nauki w Krakowie lub Pradze, bogatsi w Lipsku i Padwie. Reszta nie pojmowała należycie wiary, i dla tego łatwo, łatwiej niż w Polsce odwieść się od niej dała, za małe uznając wielkie i stanowcze różnice.
W jednej chwili Wilno z katolickiego stało się prawie reformowanem, kościoły nieważone i opuszczone; magnaci pociągnęli za sobą szlachtę ślepą i idącą za ich przykładem, pod ich powagą. Senat wkrótce litewski tylko kilku liczył katolików, reszta albo była greckiego obrządku, albo przyjęła reformę. Na Żmudzi duchowni katolicy znikli, w stolicy wznosiły się zbory, na Łukiszkach, na Rybnym końcu, przeciw św. Jana. Nikt nie myślał radzić, a król obojętnie na to patrzał. Tymczasem Radziwiłłowie koryfeowie reformy szczepili ją wszelkiemi sposoby, sypiąc pieniędzmi, łudząc popularnością lub protekcją swoją. Duchowieństwo padło na duchu całkowicie. Wtenczas to Hozjus z biskupem Walerjanem wprowadzili zakon jezuitów, a pierwszy męczennik Krassowski zapowiedział wielkie losy stowarzyszeniu, co liczyło między członkami swemi ludzi tak bohatersko pogardzających śmiercią.
Lecz wnijdźmy do pałacu Antokolskiego, gdzie wojewoda podlaski Fryderyk Sapieha, świeżo przybyły, przyjmował pokrewnego Pawła, kasztelana kijowskiego. Wielka tu różnica od dworu Firlejów, Tarłów, Zborowskich, co się uczyli przepychu za granicą i wrócili bardziej cudzoziemcami niż Polakami. Na dworze jak na twarzy Pawła kasztelana Kijowskiego i Fryderyka wojewody Podlaskiego, jak w mowie ich znać starych Litwinów, ludzi odrębną na sobie zupełnie powłokę noszących. Oba bowiem, jeden pobytem w Rusi moskiewskiej, drugi poselstwy do Moskwy, nabrali coś obyczajów tamtejszych, stroju nawet i miny; choć oba dobrowolnie tam żyć nie chcieli. Otaczający dwór ze szlachty rusko-litewskiej złożony, nie wytwornie strojny, nie szczebiocący układnie, wyglądałby dziko przy Firlejowych lub Łaskiego dworakach. Barczysty to lud, chmurnych wejrzeń, potężnych rąk, zawsze do szabli gotów, nieustraszony i nie ważący słów swoich na szali grzeczności i tak zwanej wówczas polityki.
Barwa szara okrywała dworskich, koni ich mierzyny, siodła skórzane, pasy ze skóry palonej, szable w żelaznych pochwach, kołpaki futrzane na głowach; a suknie panów i sług staroświeckim jeszcze krojem. Włoskiego tu nie zobaczy się ubioru, tak zwyczajnego w Polsce, ani hiszpańskich płaszczów, ani węgierskich maszkarnych przebierań; ale delje długie, kontusze po kostki ciemne, opończe szare. Klejnotów też nie ma wiele na pokaz, a ma je kto, to chowa od wielkiego święta.
Izby tego domu Sapieżyńskiego (gdyż naówczas pałacem go jeszcze zwać nie było można) nie wszędzie nawet obite były, po większej części nagie i pobielane tylko. Za cały sprzęt w nich ławy dębowe i jesionowe stoły, krzesła proste, piece kaflowe; w oknach szyby małe ołowiem oprawne, od tyłów nawet pęcherzem pozaciągane, podłogi sosnowe, potrzęsione jedliną, łoża twarde.
Ozdobą w nich oręże porozwieszane, szable krzywe, nie ze wszystkiem jeszcze zarzucone łuki z kołczanami pąsowemi, rzędy na konie świecące, kulbaki sadzone, dywdyki szyte, skóry niedźwiedzie, rysi i lisów.
Obyczaje dworu surowe, poważne, męzkie. Włoskie zwyczaje miękkie, galanterja, muzyka, trefne pieśni, skoki i słówka nie przyjęły się na Litwie. Ze zgrozą widział lud maszkary wileńskie Augusta i jego zniewieściałość. Kobiety usunione prawie od towarzystwa męzkiego, utrzymywane dość surowo, ani same się psuć, ani mężczyzn niewieścić czasu i zręczności nie miały.
Przędły kądziel, tkały płótno, szyły w krośnach i słuchały rodziców i mężów. Spiewać i mówić o miłości uważało się za rzecz sromotną i nieprzyzwoitą mężczyznie, a sprośną dla kobiety. A jednak przywiązanie stadeł były wieczne, były trwałe i nieporuszone, małżeństwa połączone świętym węzłem.
W komnacie bardzo po prostu przybranej, na dębowej ławie siedzieli Paweł kasztelan i Fryderyk wojewoda; oba starcy prawie, ale zdrowi jeszcze i silni, oba wzrostu słusznego, twarzy rumianej, z zarosłemi brody i wąsami. Oblicze ich było poważne, surowe, męzkie, takie właśnie jakie widujemy na starych obrazach.
Paweł był starszy, siwy i nieco przygięty, Fryderyk rzeźwiejszy i żywszy.
— Jakież tedy wieści z Knyszyna? — zapytał Paweł wojewodę.
— Złe, zawsze złe — odrzekł wstając i przechadzając się z niecierpliwością wojewoda. — Ciż sami otaczają go co otaczali; taż sama obojętność i bezczynność. E! do sto kaduków zniewieściał nam, zbabiał ze wszystkiem. A szkoda, szkoda, bo serce złote. Włochy tylko go zepsuli.
Kasztelan westchnął.
— I nie jego jednego, rzekł, ale pono wielu, ale bodaj nie na długo i nie na wszystkich puścili jad w obyczaje. Ktoby to poznał dziś stary lud polski i litewski, co się wstydził dawniej tego pokryjomu zrobić, z czego dziś chełpi w oczy świata. Abominacja! Ale gdy powietrze ustało, król by wrócić powinien?
— W Tykocinie mór go dognał, wyjechał do Knyszyna. Bóg wie.
— Giżanka z nim?
— I ona i jej poplecznicy, Mniszkowska kupka. A piszą że panowie senatorowie i inni przystępu nie mają, że skarby wielkie wywożą a wywożą.
— Myśleć by o tem senatorom, gdy król nie myśli.
— Jegoć to.
— Ależ użytek z tych poczciwych zbiorów niegodny.
Oba westchnęli i zadumali się.
W tem wszedł starszy dworzanin wojewody i oznajmił o przyjeździe nieznajomych jakichś ludzi, którzy sam na sam z panem wojewodą widzieć się chcieli.
— Tu ich wezwać, rzekł Sapieha, nie mam tajemnic dla pana brata.
— Ale oni mieć je mogą, odparł kasztelan wstając i chcąc wynijść, wojewoda go nie puścił.
Stanisław Sołomerecki ze starszym towarzyszem podróży weszli do izby, skłonili się nisko, a podali listy swoje Sapiezie. Spojrzeli na chłopię co u proga stało, potem po sobie, a wojewoda zawołać kazał kogoś do przeczytania listów.
— Za łaskawem pozwoleniem, rzekł towarzysz księcia, gdybyście raczyli sami te listy przejrzeć i w tem jest przyczyna.
Wojewoda rozerwał sznurki i zbliżywszy się do okna począł czytać.
Głębokie panowało milczenie. Odczytawszy, nie chcąc zapewne mieć nic skrytego dla kasztelana podał mu otwarte pisma wojewoda, a sam postąpił do Sołomereckiego.
— Pozdrawiam was, rzekł, u mnie otwartem sercem przyjmuję i pozostać proszę. Zapewnie po Firlejewskim dworze nie zasmakuje wam litewska dzicz, jak ją tam w Polsce zowią.
— Bardzo krótko byłem u pana wojewody, rzekł Sołomerecki, a dawne moje życie....
— Po części to już wiemy, przerwał wojewoda, spróbowaliście biedy. Ta nigdy człowiekowi nie zaszkodzi. Twardnieje w niej jak żelazo rozpalone w wodzie, próbuje się jak w ogniu złoto.
— I uczy losowi nie ufać, dodał kasztelan. Jam także wygnaniec i cierpiał nie mało, a nigdym nie żalił się na to. I owszem.
— I ja się nie użalam, cicho dorzucił Sołomerecki, dla matki tylko to mnie boli.
— Pobożne dziecko Bóg błogosławi.
— Jakie imię nosić będziesz? spytał wojewoda, bo widzę że własnego nie możesz.
— Jakie się wam panie wojewodo zda.
Stary pomyślał gładząc brodę i odpowiedział:
— To wszystko jedno, daję wam do wyboru.
— Zwałem się będąc żakiem w Krakowie Maciejem Skowronkiem.
— To przynajmniej Skowroński!
— Niech będzie jak się wam podoba, panie wojewodo.
— Zawołać mi Grydy! — klasnął w dłonie Sapieha.
Po chwilce wszedł żądany. Był to olbrzymiego prawie wzrostu człowiek, barczysty, silny, już szpakowaciejący, rumiany, z krótko ostrzyżonym włosem, ogoloną brodą i ogromnym wąsem. Ubrany w obcisły kaftan łosi i kontusz szary, buty czarne długie, nóż za pasem, czapka w ręku lisia z wierzchem aksamitnym.
Gryda był starszym marszałkiem nad dworem wojewody.
— To jest pan Skowroński, polecony mi wielce — rzekł Sapieha — biorę go na swój dwór, będziecie mieli oko na niego pilne.
— Dopilnuję — rzekł Gryda spoglądając surowo w chłopca.
— Tylko łagodnie Grydo, bo to musi być jak z lica widać trochę pieszczone.
— No! no! my go tu Jaśny Panie odpieścim, zmężnieje u nas i odejdzie mu ta bladość.
Wojewoda się przyśmiechnął.
— Łagodnie mój Grydo.
— A już kiedy pan wojewoda rozkaże.
— Wielce mi polecony jedynak.
— Tego mu nie winszuję — gburowato odrzekł marszałek. — Z jedynaka, to wiadomo panie wojewodo...
— Ale nie w waszych rękach.
— A juściż, nie dałbym tak wyrość. Stanisław pobladł nieco, ale zwróciwszy łagodne wejrzenie na marszałka, pomimo jego postawy i odgróżek, postrzegł łatwo, że nie tak był straszny, jak za strasznego chciał uchodzić.
Opatrzywszy Sołomereckiego w pieniądze, odzienie i poleciwszy od siebie marszałkowi, towarzysze jego podróży, tegoż dnia prawie niewidząc się z nim, odjechali. Znowu więc sam jeden pozostał wśród obcych i nowych postaci. Całkiem jednak różny to był świat młodzieży od dwóch widzianych i poznanych przez niego wprzódy.
Dwór Sapiehy wojennego ducha i zatrudnień nadewszystko, składał się z dworzan do rycerskiego sposobiących rzemiosła. Co u pana Firleja wytchnieniem tylko i niejako zabawką było, to tu zajmowało wszelkie godziny i za cel uważane było. Jak dzień, poczynano od modlitwy, wojewoda już katolik trzymał przy sobie kapelana i codziennie z całym swym dworem słuchał mszy świętej w kaplicy domowej lub podróżnej. Niekiedy w drodze stawiano ołtarz pod umyślnie rozbitym namiotem.
Po bardzo skromnem śniadaniu, które jak obiad składały proste narodowe potrawy, obficie podane, wszyscy szli do zatrudnień. Jedni toczyli końmi, drudzy bili się w szable, inni strzelali do tarczy z łuków i rusznic; wyłączywszy tych, których posyłano gdzie, za sprawą jaką, z listem i t. p.; obiad poprzedzony modlitwą trwał krótko, po nim powtarzały się ranne zatrudnienia, wieczerza, modlitwa znowu i to razem odbyta w czasie gdy po kościołach dzwonią na Anioł Pański, zamykały dzień. Wcześnie kładli się wszyscy spać. Nie znano tu co kości, co gra, śpiew i inna nad rycerską zabawa. Nic pieszczonego i miękczącego nie było w obyczajach dworu, kobiety usunione i oddzielone zupełnie.
Gryda rządził dworem wojewody. Jak ogromny, barczystej postaci i słów srogich, tak był słaby i miękki człowiek. Nie żeby brak mu było odwagi, bo tej dał dowody na placu bitwy nie jednej, ale łatwo się przekonywać dawał, łatwo złagodzić.
A że w oczach jego nad tę dobroć i łagodność ukrywaną, nic nie mogło być sromotniejszego, Gryda udawał gbura i złośnika, upartego i ciężkiego człowieka. Nieustannie gniewał się niby, srożył, groził, marszczył i łajał. Dworzanie co go znali, często nadużywali nawet drażniąc poczciwego Litwina dowiedzionej cierpliwości, nic się go bowiem nie lękali. Dla nowych ludzi, marszałek mógł się wydawać piekielnym złośnikiem i nie pohamowanym prześladowcą, bo słowy w istocie takim był, ale nigdy uczynkiem.
Takim właśnie zdał się Sołomereckiemu, który słysząc jak go napominano o łagodność, wyobraził sobie, że wpadł w ręce nielitościwego oprawcy. Towarzysze umyślnie go w tym błędzie utrzymywali, udając bojaźń sami, a Gryda znowu groził mu nieustannie, dowiedziawszy się że jedynak i ciesząc się wrażeniem jakie uczynił na Stanisławie.
Do korespondencji jeden tylko był duchowny na dworze wojewody, który razem kapelana obowiązki sprawiał, kancelarji żadnej.
Wkrótce razem z Pawłem kasztelanem kijowskim, Fryderyk z Wilna ruszył obawiając się jeszcze powietrza, do dóbr Rożańskich. Podróż odbywała się powolnie i poważnie, w miasteczkach stawano po klasztorach, po wsiach u szlachty, która Sapiehów podejmowała z uszanowaniem i radością. Nigdy ta rodzina nie była popularną, ale dawniej im mniej się zniżyła, tem szacowano ją bardziej, poważano więcej.
W Rożanie nowe życie się rozpoczęło, łowów i dalekich wycieczek. Wojewoda smakował w lasach, lubił prawie niewygody i pomimo podeszłego wieku, mawiał że to hartuje. To też nie nowina mu było przepędzić noc pod gołem niebem, na kożuchu, albo w chacie leśnego lub bartnika. Sołomerecki musiał się zaprawić pod takim panem do niewygód, do męzkiego życia, do szabli, konia i niebezpieczeństwa.
Raz z Rożanej wyjechał wojewoda na dziki w lasy nad Jasiołdą się ciągnące. Wcześnie przygotowano szałasy, zwieziono żywność i zegnano ludzi do Berezowego błota. Spodziewano się i dzików i łosi. Wojewoda niechcąc wejść na pałatkę dla niego sporządzoną, stanął koło pieńka na ziemi. Nie daleko na strzał od niego postawiono Sołomereckiego. Rozjuszony dzik już się miał rzucić na wojewodę, który wystrzelił swoją rusznicę na głuszca, nie spodziewając się już grubego zwierza, gdy Stanisław odważnie wycelowawszy położył go trupem. Kula wprawdzie świsnęła koło ucha Sapiezie, lecąc na odyńca, ale wieprz się zwalił. Ten mały na pozór wypadek zjednał serce wojewody Sołomereckiemu. Pocałował go w głowę na miejscu i rzekł przy wszystkich:
— Zuch jesteś moje dziecko, chociaż o włos nie obroniłeś dzika odemnie, bo mi kula przesła mimo uszów.
Odtąd ze szczególną pieczołowitością czuwał wojewoda nad Sołomereckim, sam wskazywał mu zajęcia, sam codzień wypytywał o zatrudnienia, sam częstokroć naglądał nawet na niego.
— Będzie z niego człowiek, mówił do Grydy.
— Pan wojewoda łagodnością swoją go psujesz, odpowiadał marszałek. Żeby to tak na moją wolę go dać, dopiero bym go wykrzesał!
— Cóżbyś zrobił? — spytał Sapieha.
— Siekłbym bez litości!
— Gdyby cię nie wstrzymywać, rzekł śmiejąc się ukradkiem wojewoda.
— Dopierobym ich wytresował! ale tą łagodnością. I kiwnął głową.
— Gubię ich? nie prawdaż? spytał Sapieha.
— Tego J. W. Panie nie powiem, ale to człowieka miękczy, a mężczyzna powinien być jak kamień.
— Jak ty jesteś?
— Nie pochlebiając sobie.
— Straszliwie się ciebie boją twoi podwładni.
— Drżą na widok! zawołał Gryda. O! bo wiedzą że nie daruję! Już co moje serce, to się z zajęczem nie bratało, nie skobieciło.
Wojewoda, który wiedział jakę to przyjemność sprawia roli Grydzie, gdy się chwali z twardości i srogości charakteru swego, dał mu pokój.
Nie będziemy opisywali dłużej pobytu kilkomiesięcznego Stanisława Sołomereckiego na dworze Sapiehy. Wiele on na nim zyskał ze wszystkich względów pod okiem wojewody. Brakujących mu najbardziej rycerskich obyczajów tu nabył; a chociaż umiał bardzo nie wiele, Sapieha nie uznał potrzebnem, aby się uczył więcej.
On powiadał zawsze:
— Szlachcic lepiej szablą powinien pisać niż piórkiem. Niech mu głowę otworzą, katechizmu nauczą, Boga chwalić, rządcę obrachować, a będzie z niego. Więcej nauki robi zarozumiałym, niewieści, miękczy i jeszcze czasem (co najgorsza) do kacerstwa doprowadza. Nauka jak sól dobra kiedy jej nie wiele. Nauka rozumu nie daje, dodawał.
Gdy się to dzieje w Litwie, książę Sołomerecki w Krakowie usiłuje dowiedzieć się o synowcu. Ale napróżno wysyła na Ruś, bezskutecznie grozi matce i nareszcie wyjeżdża rozżarty w przekonaniu, że ona go ukryć musiała.
Na drodze spotyka się z jednym ze czterech szlachty, który z polecenia Czuryły odwieźli byli Stanisława na dwór Sapieżyński.
Był to Łęczycanin, wielki przyjaciel dzbanka, wielki wielbiciel butla, gotów sam się sprzedać za wesołą pohulankę. Właśnie podróżny jego grosz całkiem był wyszedł, towarzysze nie mogąc mu na każdym noclegu i popasie dotrzymać, opuścili go i on sam pozostał. Siedział na przyzbie gospody rozmyślając co sprzedać, czy zapaśny kontusz, czy dosyć niepotrzebną opończę. Z tych dwojga uznawszy zbyteczniejszym kontusz, który dwom pokoleniom mnogie lata wysłużył, wywołał żyda i począł targ.
Chociaż szlachcic doskonale udawał że mu na ujuczonym koniu kontusz w tłumoku wadzi, że się go pozbywa dla ulżenia szkapie, żyd nie w ciemię bity, poznał potrzebę i począł od tego że kupić nie chciał. Naturalnie, wkrótce potem kontusz został sprzedany za pół ceny, choć sukno dwubarwiste, grube i nieznoszone, a Łęczycanin nasz smoktał z kufelka, rozmyślając poważnie.
Dwór księcia Sołomereckiego całkiem cudzoziemską fozą, z pazikami, z biegunami, w krezach, w bufach, kusych płaszczach zajechał przed gospodę. Sam książę jechał rydwanem, za nim pod kapami szły konie podwodne. Ale w całym tym przepychu nie wiem jak a jednak wyraźnie przeglądał niedostatek. Gdzie niegdzie dziura, tam i sam łata, gęsto plam, sznurek w miejscu skór, ćwieki miasto mosiężnych odpadłych ozdób, konie chude, ludzie niesforni, wszystko zdradzało niebogatego podpanka. Żyd nawet poznał się na tem, ale nie Łęczycanin, który podpojony już podwójnie utratą kontusza i wziętym trunkiem, wyobraził sobie, że się spotkał najmniej z Radziwiłłem lub Ostrogskim.
Jedyna porządniejsza izdebina zajęta była przez szlachcica i jego kulbakę z jukami. Słudzy Sołomereckiego chcieli go bez wielkiej ceremonji wyrzucić, gdy sam książę nadszedł i będąc w jakiemś szczególnem usposobieniu, Łęczycanina nazwawszy panem bratem, prosił go aby pozostał.
Szlachcic rumiany jak jabłko, z kuflem w ręku stał przy ścianie tak uszczęśliwiony przemówieniem pańskiem, że dał by się był za nieznajomego porąbać, chociaż nie wiedział nic więcej nad to, że to był książę. Myślał jak powiedziałem, że Radziwiłł lub Ostrogski. Trunek usposabiał go do otwartości, grzeczne obejście do wylania serdecznego i na pierwsze zapytanie Sołomereckiego, począł mu najszczerzej opowiadać wszystko, chociaż poleconą miał tajemnicę.
— Zkądże WMość powracasz, czy dokąd jedziesz?
— Powiem M. ks. Mości, odparł szlachcic z radosnym uśmiechem, to cała historja, rzekłszy prawdę.
— No? i ciekawa?
— Rzekłszy prawdę, jak z książki.
— Opowiedźcież no mi to.
— Ha! ale to tajemnica, zawołał Łęczycanin podnosząc rękę do góry. Arkan Mości książę.
— Proszę, obojętnie wrzucił siadając Sołomerecki. Szlachcic ciągle stał przy ścianie z kufelkiem swoim w ręku.
— Jeźli W. ks. Mość jesteś ciekawy, a raczysz mi dać słowo, że nikomu, ale to nikomu w świecie, rzekłszy prawdę.
— No, no, nikomu. I cóż to?
Sufficit. Tak było. Poczynam, rzekłszy prawdę, od początku.
— To najbezpieczniej, tym sposobem trafi się najpewniej do końca. Cóż dalej?
— Święte słowa W. ks. Mości. Jak to ślicznie powiedziano. Sto lat księciu Jegomości!!
Książę kłaniającemu się uśmiechnął.
— Siedziałem u pani Krzaczkowej. Z pozwoleniem W. ks. Mości, rzekłszy prawdę, wątpię, abyś W. ks. Mość wiedzieć mógł nawet o Krzaczkowej; ale to jest w Krakowie najsławniejsza gospoda, alias prawdę rzekłszy szynk. Tandem uczciwi ludzie do niego oczęszczają. Organista nawet od P. Marji, et alii honoratiores. Siedziałem tedy u Krzaczkowej (Marzec u niej wyśmienity), gdy szlachcic pewien, (imię jego zataję, imię bowiem tajemnica), wchodzi i mówi mi coś tak mniej więcej praeter propter. Chcesz Waść zarobić grosza i cudzym kosztem podróż odbyć?
Ja, jako nigdy uczciwego nie odmawiałem zarobku, tak i tu też. Mówię mu:
— Prawdę rzekłszy — zgoda, pomówmy ono o warunki, a tymczasem niech dadzą piwa. I on prawda kazał dać piwa, ale sam nie pił. Cóż się tedy dzieje? proponuje mi, razem z innemi trzema szlachtą, porwać pewnego chłopczyka.
Sołomerecki zerwał się z ławy i powstał.
— Co to jest W. ks. Mości, może wody? albo piwa? spytał szlachcic.
— Nic to, nic, mówcie dalej, rzekł książę miarkując się i siadając, bardzo ciekawa jakaś historja.
— Istotnie, nie pochlebiając sobie, rzekłszy prawdę.
— Ale dalej.
— Idę dalej M. książe, porwać mówi chłopczyka, żaczka czy tam co, i uwieść w pewne miejsce. Ja mówię, a co za to? On mi to to, to owo, nareszcie umówiliśmy się o miejsce, czas i warunki. I prawda kazał dać znowu piwa, którego nie pił, tylko ja. Nazajutrz, w samą noc Bożego Narodzenia.
— Z wilii na pierwszy dzień? spytał nie mogąc się pohamować książę.
— Tak, tak, porwaliśmy go i uwieźli.
— Dokąd?
— Proszę tylko słuchać! Chłopiec z początku się komosił, ale ten szlachcic coś mu powiedział i tak udobruchał że pojechał. A trzeba W. ks. Mości wiedzieć, że to nie lada chłopię! Wielkiego rodu. I myśmy go uwieźli od jakiegoś prześladowania jak powiadali.
— Ale gdzieżeście go uwieźli? rzekł książe.
— W tem, Arkan M. książe.
— A za garniec miodu powiesz mi? rzekł pogardliwie książe.
Szlachcic się obruszył niesłychanie.
— Ja!! Z przeproszeniem W. ks. Mości, prawdę rzekłszy, za królestwo tego świata tajemnicy nie powiem!
— To bardzo uczciwie i szlachetnie, rzekł książe miarkując się; ale w tem szepnął coś do sługi i wniesiono garniec miodu. Dawszy się wprzód dobrze prosić Łęczycanin począł pić, pijąc wyznał że dziecko wywieźli do Litwy, ale więcej ani słowa. Naleganie jednak i widoczna niespokojność księcia nie uszła oka pijanego, zaczął coś lamentować, domyślać się że głupstwo zrobił i udając potrzebę spoczynku, wyniósł kulbakę i juki do sieni, osiodłał konia, obejrzał się i uciekł.





V.
CZURYŁOWIE.

My powrócimy do Krakowa znowu, gdzie pan Czuryło z synem idą do księżnej. Dodajmy że Anna o stosunkach pokrewieństwa tak blizkiego dwóch Czuryłów zupełnie dawniej nie wiedziała. Dziecko opuszczone i zaparte nie miało nawet miejsca w wspomnieniach starca; syn nigdy o swej rodzinie jej nie mówił. Gdy się więc we dwóch ukazali u księżnej, z przybycia ich razem nic wnosić nie mogła.
Było południe, Anna tylko co powróciła z kościoła; oznajmiono pana Czuryłę. Pomimo podejrzenia jakie miała na niego z powodu przestrogi żebraka, księżna nie śmiała przypuszczać aby stary wierny sługa mógł ją zdradzić.
Przyjęła go więc prawie jak zwykle. Starzec z promieniejącą twarzą wszedł do komnaty uśmiechając się tajemniczo; pokłonił Annie wedle zwyczaju i wskazując syna, który pobladł i drżał spoglądając na księżnę, rzekł:
— Przyprowadzam W. ks. Mości mojego syna. Anna podniosła oczy, zastanowiła je na nieznajomym długo, zdawała się coś przypominać niewyraźnie, zarumieniła mimowoli i spuściła głowę.
— Biedny, zawołał Czuryło, przecierpiał wiele w niewoli tatarskiej, trudno go nawet poznać, tak się odmienił. Z młodego chłopaka prawie starzec.
— W niewoli! smutnie powtórzyła Anna. I długożeście zostawali w niej?
— Kilkanaście lat — M. księżno.
Na głos pana Czuryły znowu oczy nań podniosła, wlepiła uważnie i jakby odpędzając wspomnienie dziwnie powracające, dodała:
— A jakżeście z niej wyszli? wykupieni?
— Uciekłem M. księżno! O! ciężka była i niewola i ucieczka i powrót do swoich. Napróżno szukałem kto by mnie poznał, ojcu nawet przypomnieć się sam musiałem: w domu, w okolicy, wszyscy prawie zabyli dawnego znajomego, niektórzy go zaparli, inni wierzyć mu nie chcieli.
— W domu? spytała niespokojna widocznie Anna, gdzieżeście wprzódy mieszkali?
— Na Podolu.
Księżna pomięszana obróciła się do starego Czuryły.
— Nigdyście mi nie wspominali o synu.
— Byłem niesprawiedliwy względem matki jego, względem niego. Bóg mnie pokarał i odebrał drugie dziecko. Teraz dopiero upamiętałem się, ale po czasie.
— Jakim sposobem wzięty zostałeś w niewolę? spytała rzucając nań ukradkowe spojrzenie.
— Byłem na wyprawie jednej nad Dniestrem, gdzie inni poginęli, jam nawet śmierci nie znalazł, tylko ciężką niewolę.
— Dawno?
— Latam nawet pogubił, odrzekł smutnie Czuryło, kilkanaście. Byłem potem w Budżaku, w Konstantynopolu, Adrjanopolu, więźniem na łańcuchu u ławy galery, w pracy, w poniewierce, w chorobach; uciekający, łapany, bity jak zwierz, pogardzony jako zwierze. Nareszcie dostawszy się na pogranicze nad Kodymą uciekłem.
— Z kim byliście nad Dniestrem, na tej wyprawie? spytała hamując się Anna.
Stary Czuryło poglądał to na syna, to na księżnę, serce mu biło młotem, jak dawno już, jak za młodych lat, oczekiwał rozwiązania z niepokojem i trwogą.
— Z księciem panem.
— Z moim mężem? spytała rumieniąc się Anna.
— Tak jest.
Znowu rzuciła nań wejrzenie, silne, pełne zapytań i nadziei. Czuryło ledwie mógł się pohamować.
— Gdzieście mieszkali wprzódy? na Podolu mówicie, ale w której stronie?
— Nie daleko Winnicy, rzekł Czuryło.
Anna zapominając się zupełnie ze łzami w oczach, drżąca, poczęła się w niego wpatrywać, i z krzykiem zawołała zrywając się z siedzenia:
— To on! to on!
Naówczas szczęśliwy tym dowodem niespodziewanej pamięci, Czuryło rzucił się przed nią na kolana, ale słowa wymówić nie mógł, płakał, Anna padła na krzesło we łzach cała.
Stary nie wiedział co począć.
— Tak to ja, to ja jestem, rzekł nareszcie Nadbożanin, i niech dzięki będą W. ks. Mości, żeście starego sługę swego poznali. Ta chwila nagrodziła mi niewolę tatarską, męki lat długich, wszystko!
— Być-że to może? być-że to może? przerwała Anna. To nie sen? to wy? I mogliżeście mnie poznać?
— Poznałem W. ks. Mość od razu, gdym prosił u niej jałmużny u drzwi ks. Sołomereckiego, ale wówczas nie byłem poznany, ani później gdym siadywał pod tym domem długo.
— Jak to? ten żebrak, litownik?
— To ja byłem.
— Ja was poznać nie mogłam.
— Nic dziwnego! Jam was poznał, bo te lata co mnie przybiły, zgniotły, W. ks. Mości płynęły cicho, spokojnie.
— O! nie mówcie tego, nie wiecie. Nic nie wiecie! Te lata i dla mnie przeszły ciężkie zostawując ślady. Moje dziecko, wy wiecie los mego dziecięcia! Wydarte, porwane znowu.
I płakać poczęła.
Stary Czuryło przechadzał się niespokojnie po komnacie, usiłując napróżno pohamować szarpiące go uczucie.
— Nadzieja w Bogu! dodał cicho.
— W jednym Bogu! powtórzyła księżna, jakby z wymówką.
— I w waszych przyjaciołach, dodał młodszy z zapałem. Znajdziemy go, powrócim W. ks. Mości, ja sam, ja, pójdę i nie ukażę się, chyba z nim.
— Niech wam Bóg płaci! Wy nie wiecie jak kocham syna. Stracić go! Jedyną pociechę, której dzieciństwa widzieć nie mogłam, którą wypieścić nie było mi wolno. Życie tak krótkie, straszno pomyśleć, że upłynie mi samej jednej, zawsze tylko w tęsknych nadziejach za dzieckiem, we łzach.
Stary kręcił się poruszony do żywego.
— A wolała byś, dodał cicho, wolała byś W. ks Mość, aby był tu i został może pochwycony?
— Wszakże i tak schwycony został, z podziwieniem odparła księżna.
— Tak! tak! Ale kto wie?
— Co chcecie powiedzieć?
— Hm! Ja tego nie wiem, już nic nie wiem, ale jednak, miarkuję. Książę Sołomerecki gniewny, niespokojny, nie ma go więc w rękach swoich. Wyjechał z Krakowa odgrażając się i furjując. Więc ks. Stanisław nie jest w jego ręku. Ja myślę.
— Ale gdzież być może?
— Ja nie wiem, dodał Czuryło ruszając ramionami ale może kto z przyjaciół go uchował, ukrył.
— Z przyjaciół? z podziwieniem zawołała Anna. Na Boga, mój stary Czuryło, tracicie przytomność. Gdyby przyjaciel, czybym ja o tem mogła nie wiedzieć?
— Ja nic nie wiem, ale ja tak miarkuję, mówił stary, że nie powiedzianoby W. ks. Mości, naprzód dla tego, aby się przypadkiem nie wydała.
— Ja! moje dziecko! własne dziecko!
— Mimowolnie! pomięszany rzekł starzec.
— Zresztą mój dobry Czuryło, czyżby przyjaciel chciał mnie tak dręczyć?
Szlachcic poprawił kontusza, a raczej go szarpnął na sobie.
— Ja nic nie wiem, odparł, ale miarkuję, że, nareszcie kto wie? Wyjdzie to na lepsze.
— Daj Boże! z westchnieniem zawołała Anna.
— A jeżeli może się tylko to zrobić, ja odkryję księcia, ja! Dziś, zaraz jadę i nie wrócę aż z nim!
Stary spojrzał na syna z nieukontentowaniem.
— Gdyby był w Krakowie, to mu tysiąc niebezpieczeństw by groziło. Książę...
— Wszak mówiliście że wyjechał? przerwała Anna.
— Dopiero wczoraj, widziałem jego orszak cudzoziemskiego autoramentu i dziurawe łokcie dworzan, dodał wzgardliwie szlachcic.
Anna rzuciła nań wejrzenie surowe, jakby mu przypomniała, że to był jej krewny, a jakkolwiek występny i nieprzyjaciel, nosił nazwisko jej dziecka. Stary się pomiarkował.
— Bądź W. ks. Mość spokojna, rzekł z cicha.
— Jak chcecie, abym o niego spokojną być mogła?
— Na mnie się spuśćcie.
— Na mnie, przerwał syn, ja go wynajdę. Czuryło ręką machnął niecierpliwie.
— Jakem szlachcic i stary sługa W. ks. Mości, rzekł kładąc prawą na piersi.
— Przyjaciel, poprawiła go księżna.
— Ręczę, że księciu nic w tej chwili nie zagraża, bądźcie spokojni.
— Zkądże o tem wiecie? żywo mu przerwała Anna, porównywając jego słowa w umyśle z przestrogą syna, więc wiedzielibyście?
— Nic, nic nie wiem! zawołał uparty szlachcic, ale spodziewam się — czuję.
— Więc tylko na wiarę, nadziei — przeczuć, zaręczacie mi?
— Dość W. ks. Mości, że zaręczam.
— Nie, nie dość, przerwała Anna, musicie mi powiedzieć.
— Ojcze, zawołał syn, jeźli wiecie co?
— Nic nie wiem, nic, odfuknął stary.
— To być nie może! wy coś wiecie!
— Wiem, nie wiem, rzekł Czuryło osaczony, niespokojny, nie wiedząc jak sobie dać rady, a niechcąc się wygadać, a powiedzieć nie mogę.
— Na Boga! matce! matce! zawołała księżna składając ręce.
— Ale ja nic nie wiem.
— Mój dobry stary Czuryło, ty nigdy nie umiałeś fałszu wyrzec tak, abyś się nie zarumienił i nie wydał go. I teraz ty mnie zwodzisz, ty wiesz. Miałżebyś okrucieństwo, taić przed udręczoną matką?
Stary związany, zmięszany, pod wejrzeniem księżnej i syna zmilkł, potarł czoło, stęknął.
— To bo to nieszczęście, szepnął, nigdy nie mogę utrzymać tajemnicy. Licho mi nadało w to się wdawać, kołyś ne pip, ne ubiraj sia w ryzy.
— Na Boga was zaklinam!
— No, no, cicho tylko, mógłby kto posłyszeć. Cóż robić!
— Ty wiesz gdzie on jest?
— Wiem, szepnął stary, ale nie powiem; tego to taki nie powiem.
— Któż go porwał?
— Ja! rzekł Czuryło, ja!
— Ty?
— Dla czego?
— Abyś W. ks. Mość, straszona przez brata, nie mogła, nie mając w ręku dziecka, wyrzec się dla ocalenia mu życia, nazwiska ojca i całej przyszłości, do czego byłaś już gotowa.
Księżna osłupiała.
— O! poczciwy stary przyjaciel. Ty! powtórz mi, tyś go uwiózł?
— I nie chciałem nic W. ks. Mości mówić, aby się to przypadkiem nie rozniosło. Ale bądźcie o dziecko spokojni. Ono jest w pewnem, bezpiecznem miejscu.
— Dzięki niech będą Bogu, zawołała Anna, i to pewno? to pewno?
— Jak mnie W. ks. Mość żywym widzisz.
Gdy to mówił pan Czuryło, ulica zatętniała, zatoczył się rydwan i wnet u drzwi dał się słyszeć głos naglący, głos znany księcia Sołomereckiego, który w gniewie sługi rozpychając, bieżał do komnaty.
— To on! z przestrachem zakrzyczała księżna, to on. Mówiliście że wyjechał!
— Sam widziałem. Chyba powrócił!
Drzwi się otworzyły z trzaskiem i Sołomerecki wpadł do komnaty, srogi, gniewny, dumny, trzęsący się z wzruszenia.
— Pani siostro! zakrzyczał na progu, przyszedłem wam oznajmić.
Anna zbladła rzuciła się w krzesło.
Młodszy Czuryło z zaiskrzonemi oczyma stanął jakby gotów do walki, mierząc oczyma nieprzyjaciela.
— Oznajmić wam, że wiem wszystko! Czuryło stary zatrząsł się, zsiniał.
— Co wiecie? słabo spytała Anna.
— Syn wasz! podrzutek ten! w Litwie!
— Myśleliście że się to udane porwanie ukryje przedemną, ale nie. Wczoraj dowiedziałem się o wszystkiem, jutro rozsyłam, jutro sam jadę za nim. Wiecie moje warunki?
— Ale ich nie przyjmie, szepnął stary Czuryło.
— Milczeć! zawołał książę, do niej mówię nie do was. I wpatrując się w starca dodał: Wyście machinowali to porwanie! wiem, wiem! Poznaję was z opisu.
Księżna milczała, młody Czuryło za ojca i nią zastawił się.
— Pozwolisz sobie W. ks. Mość odpowiedzieć, rzekł, że są warunki, nad których przyjęcie lepsza jeszcze śmierć.
— Do was nie mówię, krzyknął Sołomerecki.
— Ale ja mówię do was! zawołał płomieniejąc szlachcic.
— Kto jesteście? spytał porywczo.
— Kto? szlachcic równy wam kniaziu.
— Równy mnie?
— A może lepszy! dodał gorżko Czuryło, bo na niczyje nie czychałem życie, a swoje nastawić gotowem.
— M. księżno, burząc się wołał książę, czy długo słudzy wasi będą mnie bezcześcić?
— Słudzy! ja niczyim sługą nie jestem.
— A któż, kto jesteś? wpatrując się szydersko rzekł Sołomerecki, może ulubieniec ks. Jejmości? I zaśmiał się szatańsko, bo postrzegł, że Czuryło i Anna oboje się pomięszali.
— O! to niegodne! nieludzkie! prześladować słabą kobietę, zawołała, nachodzić jej dom i urągać nieszczęściu bezbronnej.
— Bezbronnej! nie, rzekł Czuryło, W. ks. Mość uczyniłeś mi cześć nazywając ulubieńcem. Nie zasłużyłem na to imie, bom prawie nieznajomy, ale pragnę jeźli nie ulubieńcem, stanąć przynajmniej obrońcą.
— Przeciw mnie! zaśmiał się dumnie, prostując Sołomerecki, przeciw mnie!!
— Przeciw W. ks. Mości.
— Chyba przeciw sługom moim, równym a może lepszym od ciebie!
I zmierzył go wzrokiem tak wzgardliwym, że Czuryło, kładąc rękę na szabli, postąpił z ściśnionemi zęby ku księciu jakby go chciał wyzywać lub porwać się nawet na niego.
Ojciec pohamował syna i odwodząc za rękę, rzekł:
— W. ks. Mość chcesz więc koniecznie czyjejś krwi?
— Was wszystkich gdyby można! wykrzyknął Sołomerecki, godnych wspólników mojej miłej pani siostry. Tak krwi, chłosty do krwi.
I silnie trzaskając drzwiami wyszedł rzuciwszy na księżnę wejrzenie gniewu, pogardy i pogróżek pełne.
Czuryło chciał się rzucić za nim, ale go księżna wstrzymała płacząc.
— O! niech idzie, niech idzie, nie wstrzymujcie go, dajcie mu pokój. Nie pozbawiajcie mnie ostatnich przyjaciół. On i was gotów — Brat! brat! dodała, a! czemuż przynajmniej nie obcy!!
W tej chwili rydwan księcia przesunął się mimo okien, a on wyglądając z niego, rzucił jeszcze okiem na siedzącą u okna Annę. Zadrżała spotkawszy groźne jego wejrzenie i znowu mocniej płakała.
— Ale zkąd-że wiedzieć może! rzekł niespokojnie stary, to przechodzi moje pojęcie. Wszystko tak ułożone było tajemnie, tak ostrożnie, ludzie użyci...
— Wydać musieli.
— To być nie może, zawołał stary, ale, dla wszystkiego pójdę się dowiedzieć. Jeźli książę wie cokolwiek, potrafiemy na to poradzić, przeniesiemy go gdzieindziej, aż papiery nadejdą z Rzymu przez nuncjaturę żądane, wedle obietnicy pana kasztelana.
— To nic nie pomoże, odparła Anna, czyż nie widzicie, że nic go nie przekona, że przekonany nawet, tajemnie zawsze by go pozbyć się pragnął?
— Nie sądzę, znuży go ta próżna i niczem później niedająca usprawiedliwić się walka.
— Jego! czyż nie wiecie, że mu o majątek chodzi więcej niż o wszystko? A jednak jam mu go dawała.
— Potrzeba go się pozbyć, rzekł w tej chwili młodszy Czuryło, inaczej to się skończyć nie może.
— To mówiąc rzucił znaczące spojrzenie na ojca i zdawało się, że uknuł jakiś zamiar, któren mu pilno było przyprowadzić do skutku, bo się rzucił ku drzwiom.
— Co myślicie? co mówisz? zawołała księżna.
— Nie ma innego sposobu, pozbyć się go potrzeba, powtórzył Czuryło.
— Ale to być nie może!
— O! może, pani, zaręczam.
Anna pobladła.
— Wybyście chcieli?
— Nic prościejszego, zabić go.
— Wy?
— Ja! szczęśliwy będę, jeźli mi się to uda.
— Ale wy, wy zginiecie sami, on silny, on otoczony, on ostrożny.
— Zginąć mogę i chcę. Na cóż się teraz przydało moje życie, dodał smutnie. Zobaczyłem kogom chciał widzieć, wyczerpałem najgorsze i najlepsze, nie mam się czego spodziewać i na co się szczędzić.
— Dla ojca, dla... I księżna pomięszana zamilkła. Na Boga! mówiła po chwili, porzućcie tę myśl niegodną was. Skazić się zabójstwem.
— Nie, Mości księżno, ukarać tylko prześladowcę waszego.
— Karać nie do was należy.
— A któż go ukarze?
— Zostawcie to królowi i Bogu, dla mnie dość uczynicie gdy mnie, a raczej tylko dziecko moje zagrożone ochronicie od niego.
— Chodźmy ojcze, rzekł młodszy, nam potrzeba dojść zkąd książę wie, chodźmy. Chwili nie mamy do stracenia.
I rzucając Annę poruszoną zjawieniem dawno opłakanego człowieka, groźbami księcia, wieścią wydobytą nareszcie od pana Czuryły; ojciec i syn poszli szybko w miasto umawiając się, jakim sposobem dalej poczynać sobie mieli.
Stary głowę łamał, jak znaleść swych wspólników, o których prócz jednego naczelnego, nie wiedział; pewny zaś był, że nie on wydał tajemnicę.
Ponieważ przez nikogo o reszcie dowiedzieć się nie mógł, tylko przez Krzysztofa Pieniążka, pospieszył więc do niego.
Powiedzmy tymczasem, kto był pan Krzysztof Pieniążek. Chociaż z rodziny dawniej mieszczańskiej, dochrapał się ojciec jego szlachectwa, które zresztą wielu mieszczan krakowskich otrzymało (i dlatego to w Paprockim tyle kart wydartych gdzie spis Rajców Krakowa), przylepił do starych Odrowążów, kupił wioskę w okolicy i rzuciwszy handel, począł żyć wystawnie, bratać z wyższemi od siebie; i jak to zawsze bywa, opłacać trzeba było poufałość szlachty wielkiemi ofiary. Jedni brali pieniądze, drudzy kazali się za to karmić i poić, a pan Pieniążek zebrany uczciwą pracą ojca i dziada majątek, puścił przez ręce mniemanych przyjaciół. Drogo opłaciwszy stosunki, drożej mu jeszcze przyszło okupić ożenienie z wdową pięknego imienia wprawdzie, ale wielce podszarzanej sławy. Synem tej wdowy był pan Krzysztof. Dumna kobieta uciskała męża i wyciągając go na życie kosztowne, wystawne, do reszty zrujnowała. Pan Pieniążek umarł naprzód z żalu, że dziecku które kochał nad życie, losu zapewnić nie mógł: wdowa drugi raz rzuciła i syna i imię wzięte, a zabrawszy klejnoty, sprzęt droższy i co było kosztowniejszego, uciekła z Włochem doktorem za granicę. Sierota pan Krzysztof wychował się żakiem, poprzysięgając nienawiść rodzinie swej matki od której opuszczony został i pogardzony, służył potem za granicą wojskowo w Węgrzech i Holandji. Powróciwszy, po bracie ojcowskim bezpotomnie zmarłym odziedziczył maleńką kamieniczkę i osiadł w Krakowie. Tu żył z niewielkiego dochodu posiadłości i różnych spraw, do których po prostu mówiąc najmował się. Pożyczał on ręki i szabli, ale zawsze dobrej tylko sprawie: podejmował się posyłek ważnych i tajemnych i t. p. Nigdy jednak inaczej (bo to kładł za pierwszy warunek), aż przekonawszy się najdokładniej, że nic podejrzanego, nic niepoczciwego nie kryło się w powierzonem mu zatrudnieniu.
Kamieniczka pana Pieniążka wznosiła się między dwoma ogromnemi domostwy. Plac przez nią zajęty widocznie dawniej oddzielać tylko musiał dwie budowy; później przy powiększającej się ludności zajęty został dopiero. Wąska a wysoka kamienica z spiczastą schodkowaną facjatką, miała trzy piętra nad poziom i okienko w poddaszu: obok otaczających ją, wydawała się jak wieżyczka. Sklepik zajmował dół, kupiec pierwsze piętro, ubogi mieszczanin drugie, kobiety jakieś wielce podejrzane trzecie, a w poddaszu umieścił się sam pan Krzysztof. Szkoda mówić, żeby mu tam miało być wygodnie; bo mijając to, że do niego leźć było potrzeba po długich, po kręconych, ciemnych, wązkich i coraz bardziej stromych schodkach; całe mieszkanie składały dwie ciupki. Jedna z oknem na ulicę w facjacie, nizka i tylko w środku wyprostować się dająca, bo boki spuścisty dach ucinał, druga z okienkiem w dachu małem, pęcherzem zaciągniętem, za skład służąca.
Pierwsza zawierała łóżeczko jak żłobek wyleżane, skórą i kołdrą pokryte, z poduszką czarną skórzanną i makatką wytartą. Na niej dwie pary ogromnych pistoletów w mosiądz oprawnych, rusznica, szabla, szpady i t. p. aż do tureckiego noża. Na stoliczku lichtarz z łojówką, szklanka, butelka, grzebyk do włosów i forma do lania kul. Na krzesłach słomą wybitych, odzienie porozrzucane bez ładu, dalej dzban nadtłuczony, miska podobna, kilka par butów i u drzwi skrzynka nie domknięta.
W pośrodku izby pierwszej siedział pan Krzysztof, naprawując sam rozprutą suknię i śpiewając wesoło, gdy pan Czuryło zdyszany, zapukał do drzwi.
— Drzwi i serce otworem! proszę, rzekł zwracając się i igłę w zęby biorąc gospodarz.
Weszli, jednem wejrzeniem zmierzył ich pan Pieniążek i podsuwając krzesła, sam zająwszy miejsce na łożu, wesoło powitał.
— Cóż tam szanownego pryncypała sprowadza? zapytał. Ot widzicie, zajmuję się krawiectwem choć szlachcic, ale nie za pieniądze, tylko dla własnej uciechy, tandem to nie powinno klejnotu mi kalać.
— Zapewne, rzekł pan Czuryło.
— Nigdym nie mógł zrozumieć, co to ma do szlachectwa i poczciwości (bo to u mnie wszystko jedno), że kto pracuje ręką?
— Mego syna wam polecam, przerwał stary.
— A cieszę się mocno! ale go pierwszy raz widzę, nie wiedziałem nawet.
— Z tatarskiej niewoli wraca.
— O! do sto katów, nie dziw że pożółkł. Koninę jadł a kobylem mlekiem popijał!
— Wiecie, tajemniczo szepnął Czuryło, że nie pojmuję jak wszystko się wydało.
— Co? to być nie może! zawołał Krzysztof rzucając odzienie z niecierpliwością, to być nie może!
— Jakem poczciw. Dziś książe powrócił, na drodze musiał się dowiedzieć, że go wywieziono do Litwy. Ale od kogo?
— Nie rozumiem, klnę się częścią że nie pojmuję. Za towarzyszów ręczę, a na oku ich wiodąc do samego Krakowa przywiodłem.
— Kiedyście wrócili?
— Trzy dni temu.
— Wszyscy?
— Czekajcie! A jestem w domu, Łęczycanin się na chwilę pozostał był i opóźnił, ale wczoraj powrócił. Nikt inny jak on. Spił się jak bela.
I ze zgrozą podnosząc pięść dodał:
— Przysięgam, że go więcej nie użyję, niech z głodu zdycha i co chce robi.
To mówiąc pobiegł do drzwiczek od drugiej izdebki, schylił się w nich we dwoje i począł wołać:
— No, wstawaj i chodź tu — słyszysz?
— Hę? idę, idę, odrzekł mu głos stłumiony, prawdę rzekłszy, nie wyspałem się jeszcze, ale idę.
I wnet prawie we drzwiach ukazał się dosyć skromnie, bo w nieodbitem tylko odzieniu, Łęczycanin przecierając oczy i drapiąc głowę.
— A co? spytał wodząc do koła wejrzenie jeszcze spiące.
— Mów prawdę! głośno zaryczał Pieniążek, a nie, to cię z okna tego na ulicę precz wyrzucę, — mów prawdę.
— Ale jakąż? bo dalipan niewiem czego chcesz. Mam sto wielkich prawd do powiedzenia, poczynając od najogromniejszej względem doskonałości Marcu u pani Krzaczkowej.
— Tu nie o kpiny idzie, mospanie, ale o zdradę!
— O zdradę! No, cóż to jest? pytajcie.
— Wyście zdradzili, wydali.
— Ja! ja! ze zgrozą cofając się załamawszy ręce, rzekł szlachcic. Pudendum, horrendum! Ja!
— Ty, bo nikt inny nie mógł, chyba ty zapiwszy się.
— Ja! co? kiedy? komu?
— Nie spotkałeś się z nikim w drodze, przyzostawszy za nami?
Szlachcic pstryknął palcami i kiwnął głową, jakby rzekł: Teraz wiem.
— No! no! rozumiem!
— A, widzisz.
— A, zobaczycie, że nic się nie stało, spokojnie odparł Łęczycanin, dajcież mi no gadać.
— Mów, a prawdę, rzekł pan Krzysztof.
— Otóż to tak było: Drugiego dnia, kiedy mi koń zakulał, jadę ja sobie powoli i zajeżdżam do karczmy.
— Tegom się spodziewał.
— A gdzie chcecie, abym zajeżdżał? Dosyć że zajeżdżam, goły zupełnie i do tego koń zmęczony, ciężkie juki.
— Patrzajcie, to już kłamstwo.
— Ciężkie, obstaję przy tem, i tak ciężące, że musiałem kontusz mój stary, pamiątkę po ojcu, dla ulżenia mu sprzedać.
— I kupiłeś piwa?
— No! a cóż robić miałem? Złe to było prawda, ale jakie było, takie musiałem przyjąć. Nie było rady, siadam i piję. Aż tu rumot, turkot, strach! zajeżdża jakiś magnat, pan, książe.
— Otóż jest, rzekł Czuryło.
— Tak jest, książe, dodał szlachcic, ale to nie koniec. Słudzy jego chcą mnie rugować gwałtownie z izby, opieram się, on sam Serenissimus czy Celsissimus nadchodzi, i łagodnie, powolnie, każe mi się zostać. Ja dla sług, aby im okazać com za jeden, zostaję ze swoim kufelkiem. Wszczyna się rozmowa.
— I wszystko wydane! rzekł Czuryło smutnie.
— Poczekajcie no, jeszcze nie. Pyta mnie zkąd ja, kto ja. Powiadam, dziwna to historja i poczynam mu opowiadać.
— Tak! niegodny! zdradzać, zawołał Krzysztof z oburzeniem, zdradzać!
— Ale nie, mówię mu, bez nazwisk i miejsc. On mnie pytać poczyna, ja się trzymam ut decet. Nalega i powiada: Powiesz za garniec miodu? Tem mnie obraził! Rzeknę mu: Ani za królestwo świata. On to chwali i każe dać miodu, ale tak mnie napiera, tak napiera, że djabeł wie jak wygaduję się z Litwą.
— I z wszystkiem?
— Jakem szlachcic, nie! Ale postrzegłszy że kręto, język się plącze od miodu, bojąc aby mi czego więcej z pod serca nie wydłubał: za kulbakę, za juki, niby spać, a zabrawszy się, na szkapę, w nogi.
— Nic nie powiedziałeś więcej?
— Cóż to? myślicie, z dumą rzekł Łęczycanin, żem gotów przedać się! ha, mosanie, to krzywda, to dyshonor, za to mi odpowiecie. Nigdym nikogo nie zdradził!
— Ależ się taki bardzo nie potrzebnie wygadał.
— Ludzka rzecz, a języka w porę powstrzymałem. Za te podejrzenia winniście mi...
— Garniec piwa, dorzucił pan Krzysztof.
— Przynajmniej Marcu — i to od Krzaczkowej.
Pan Czuryło trochę uspokojony zgodził się na indemnizacją, i szybko wyszedł.





VI.
GRONOVIUS I DURAN.

Gdy Czuryłowie wchodzili do kamieniczki pana Pieniążka, w tym samym prawie czasie zatoczył się powóz Sołomereckiego przed wrota, zastanowił, i chmurny książe, osłaniając płaszczem, wszedł w ciasny dziedzińczyk. Widocznie szukał kogoś, obejrzał się do koła, parsknął ze wzgardą i wszedł na wschody wiodące do mieszkania pana Krzysztofa. Opowiadanie Łęczycanina miało się ku końcowi, gdy Sołomerecki zbliżał się ku drzwiom. Tu spotkał chłopaka, odarte dziecię posługujące Pieniążkowi.
— Gdzie tu mieszka, spytał, Gronovius?
— Grenobisz? Tu nie ma żadnego Grenobisza.
— Stary, łysy, siwy, cudzoziemiec, doktor.
— Na tyle mieszka doktor, ale nie Grenobisz, ten się jeszcze gorzej nazywa, bo Duran.
— A! Duranus! Gdzie? na tyłach? Prowadź mnie do niego.
— Ja! nie mam czasu, skrobiąc się sparłszy na poręczu wschodów, rzekł Jacuś.
— Wszak nic nie robisz?
— Ej! skrobię się! obojętnie mruknął chłopak.
— Grosz ci dam!
Chłopiec zdjął łachman czapki, przesadził poręcz, skoczył na wschody i potoczył się w dół jak kula, śpiewając piosenkę.
Sołomerecki zastał go na dole siedzącego na ostatnim wschodzie i świszczącego przeraźliwie.
Pan Czuryło z synem właśnie także schodzili, gdy głos księcia, znany im, bo świeżo słyszany, doszedł ich z dołu.
— O! już tu jest! rzekł młodszy, pewnie szuka Łęczycanina.
Zeszli szybko w cichości, ale gdy go mieli dognać, książe właśnie zawrócił się w dziedziniec za Jacusiem do Gronoviusa i Durana.
— Dokąd poszedł? spytał młodszy.
— Zdaje się, że do tych czortów czarnoksiężników.
— Jakich?
— Dwóch przeklętych Niemców, których pan podkomorzy koronny sprowadził dla doktorstwa, alchemii i nie wiem tam jakich praktyk tajemnych.
Tak było w istocie, Gronovius i Duranus byli nadwornemi pana Mniszcha, który ich pod ten czas odesłał do Krakowa. Jeden z nich na przemiany towarzyszył prawie zawsze podkomorzemu i jeździł za dworem królewskim z nim razem. Oni z Egidem, któregośmy wyżej widzieli, posługiwali w różnych razach Mniszchom i Giżance. Nie zapominajmy, że jak wszyscy wówczas, tak i król wierzył we wróżki, w czary, magią i czarnoksiężników, że się radził astrologów wieszczbiarzy, a nawet prostych bab, jak Budzikowa i Korycka.
Nim z Sołomereckim wejdziem do Gronoviusa i Durana, musimy uprzedzić czytelników, że wierny swemu czasowi książe podzielał zaślepienie wszystkich względem czarnoksiężników i magii. Wyczerpawszy wszystkie sposoby szkodzenia bratowej i bratankowi, Sołomerecki gniewny, rzucał się do ostatniego, szedł pomocy żądać od mniemanych wszystko widzących i wszystko mogących Gronoviusa i Durana.
Ci dwaj zajmowali na tyle kamieniczki pana Pieniążka mieszkanie dolne i piwnicę. Dawniej ono służyło za szynkownią, i dla tego wejście do lochu było z wnętrza. Urządzając swoje laboratorjum wybrali sobie umyślnie dwaj czarnoksiężnicy to miejsce, jako ukryte i dla nich wygodne.
Maleńkie drzwiczki w grubym murze wykute wiodły do tej tajemniczej ciemnej i nizko sklepionej pracowni. Sowa wypchana z rozczepierzonemi skrzydły u wejścia, oznajmowała mieszkanie Gronoviusa i Durana.
Duża izba urządzona była tak widocznie, aby uczynić wrażenie na wchodzących. Z dwóch wązkich okien, patrzących w ciasną uliczkę, jedno osłonione było czarnem suknem, drugie mało co wpuszczało światła. W pośrodku nizki, na grubych nogach wyciągał się stół, cały pokryty księgami, pismami, kawałkami drzewa, wosku, horoskopami, kwadraty astrologicznemi, kośćmi i t. p. Zegar i głowa drewniana straszna, rodzaj terafim, zajmowały środek stołu. Na ścianach wisiały wypchane zwierzęta różne, kości mammutowe, suknie wyszyte w znaki niebieskie i tajemnicze cyfry.
Dalej na pułkach słoje z monstrami w spirytusach, flaszki, gliniane kufle i hlaki, garnki, kolby szklanne do alchemicznych doświadczeń rozrzucone były. Na lewo wielki kapturem pokryty komin, przypierał do alchemicznego piecyka, na teraz zagasłego. Mnóstwo ziół schły porozwieszane i porozrzucane.
Słabe światło okna jednego powiększało jeszcze dziwaczność tej izby, nie dając dojrzeć niczego dokładnie: głowa tylko, którą zwać będziem terafim, kościotrup w kącie, mumia w swych powijaczach w drugim, wyglądały z cieniów.
Dwóch ludzi znajdowali się w pośrodku za stołem. Jeden maleńki, garbaty, łysy, z rudą brodą i okiem jednem zagasłem, zmrużonem, drugi poważny, piękny, słusznego wzrostu, dumnej postawy, w czarnej sukni z łańcuchem na szyi.
Mały zwał się Duran, słuszny Gronovius. Znać było że pierwszy był nie jako pomocnikiem tylko i anima damnata drugiego; chociaż w twarzy Gronoviusa, pięknej i na pozór nawet szlachetnej, w oczach jego zmrużonych, wargach przyciętych sarkastycznie, czytać było można, że i bez pomocnika chytry cudzoziemiec byłby się obszedł; sam by potrafił sobie wystarczyć.
Gronovius zajęty był pisaniem listu, Duranus rysował kwadrat magiczny napełniony liczbami, które naprzemian kreślił czarno, niebiesko i czerwono.
— Mistrzu, ozwał się chwilką przed nadejściem księcia poczwarny karzeł, szydersko, złośliwie, jak wam się zdaje, król JM. rad będzie swojemu kwadratowi?
— Nie przeszkadzaj mi pisać.
— A gdybym koniecznie chciał przeszkadzać? dodał złośliwy karzeł.
— W takim razie powiedz mi, to wcześnie przestanę.
— Nie, nie, pisz, chciałem tylko sprobować twojej cierpliwości.
— Nadużywasz jej Duran oddawna.
— Do prawdy?
I to mówiąc, jednem okiem, ale ognistem i kolącem spojrzał na Gronoviusa. No, no, pisz, pisz. Wprawdzie, oprócz kwadrata królewskiego, miałem z wami i o czem innem do pomówienia.
Tu umyślnie zawiesił.
— No, to mów, słucham, pewnie o wielkiem dziele?
— A o czem-że by innem?
— Myślę właśnie, o słonecznej wodzie.
— Znalazłeś co nowego?
— Zdaje mi się.
— Formułę nową, sprobujemy jej dzisiaj, wchodzi do tego elixir Aristaci i balsam merkuryjalny, wąż ukrzyżowany (siarczan złota) i księżyc.
— To nieszczęście że wąż będzie dużo kosztował, a wszystkie dotąd próby daremne.
— Cicho! na cóż to powtarzać tak głośno? alboż nie zostało nam tysiąc jeszcze prób, w ostatku zaś wyrocznia terafim, która powie, jak piękne robi się złoto i kamień filozoficzny?
— Zapewne, odparł Gronovius, ale twój terafim milczy jak pień.
— Bo też to nie jest prawdziwy Androides, ani Terafim. Wiesz co potrzeba do prawdziwego?
Gronovius się wzdrygnął.
— Cóż to! w proporcję wielkości wynalazku! dodał złośliwy Duran śmiejąc się. Jedno dziecię!
— Krew, zabójstwo.
— E! e! dajcież mi pokój ze skrupułami nie w porę. Wszystko to głupstwo. Bylebym tylko dostał co potrzeba. Pierworodne dziecię, głowę pierworodnego, rozkłutą dobrze, wytartą oliwą i solą ammonjacką. Otoczym ją świecami, podłożym złotą blaszkę pod język z imieniem demona wyrytym na niej, a powie nam co zechcemy.[2]
Na te właśnie słowa nadszedł książe, który do drzwi zapukawszy, ukazał się nagle, zszedł dwa stopnie w dół i stanął przed Gronoviusem wychodzącym na jego przyjęcie.
— Doktor Gronovius?
— Ja jestem!
Książę spojrzał na Durana, który niewstając zwrócił oko na niego i mierzył go niem bacznie.
— A to? spytał.
— Mój towarzysz, Duran.
— Do usług, mruknął karzeł. Co rozkażecie?
— Chciałbym pomówić tajemnie.
Gronovius powstał, drzwi zaryglował i skinąwszy na Durana, otworzył drzwi lochu, do którego wprosił księcia. Loch urządzony był na posłuchalnią, gdyż głośna nawet w nim rozmowa dosłyszaną być nie mogła. Wilgotne jego ściany okrywał papier zapisany znakami, figurami, linjami, lampa płonęła od sklepienia zwieszona, maleńki stolik z trupią głową w pośrodku, trochę gratów po kątach.
Gronovius podał zydel księciu, sam siadł w krześle. Duran ukazał się na wschodach w cieniu.
— Słucham.
— Rzecz taka: — Jest dziecię, które zgubić chcę.
— Dziecię?
— Chłopiec piętnastoletni.
— Cóż dalej?
— Dziecię to chcą udać za syna mojego brata, ja chcę aby nie żyło.
— Rozumiem, rzekł Gronovius, ale my się nie podejmujemy gubić ludzi, tylko im, ile nasza umiejętność dozwala, pomagać.
— Ja was też nie proszę o zgubienie dziecięcia.
— Więc o cóż, M. książę?
— Zkąd wiecie, kto jestem? czerwieniąc się spytał Sołomerecki, który żywo powstał na te słowa.
— Ja wszystko wiem, zimno odparł Gronovius.
— Więc wiecie także czego od was chcę?
— Chcecie wiedzieć, gdzie się to dziecko znajduje.
— Tak jest, nieśmielej już odpowiedział Sołomerecki, trąc ręką po czole.
— I nic więcej? wlepiając weń oczy rzekł Gronovius.
— Trucizny, wyrzekł tak cicho książe, że czarnoksiężnik raczej się domyśleć niż dosłyszeć musiał.
To mówiąc położył na stoliku woreczek z pieniędzmi. Gronovius schował go do kieszeni.
— Chodźmy na górę, zawołał, postaramy się zadość uczynić waszemu żądaniu. Duranus spiesznie poskoczył na krzesło i udał bardzo zajętego pracą, tak że się nawet nie odwrócił gdy weszli.
— Duranus, zawołał Gronovius — ten — wskazał na księcia, chce wiedzieć, gdzie się podziewa dziecko, o którem w tej chwili myśli.
— Wnet, odrzekł Duran, schwytując się i wymierzając oko na Sołomereckiego, powiedźcież mi naprzód, jakiej chcecie wróżby?
— Jakiej? alboż wiem, byle mi powiedziała czego żądam.
— Jest mnóstwo sposobów dojścia prawdy. Wywołaniem umarłych, tłumaczeniem snów, obserwacją gwiazd i konstellacji, aeromancją, pyromancją, hydromancją, rhabdomancją, ksilomancją i kleidomancją i innemi.
— Ja tam nic nie wiem, dumnie odparł książe, wróżcie jak chcecie, bylebyście mi powiedzieli gdzie jest.
— Wywołaniem umarłych? spytał Duran myśląc że zastraszy.
— Jak się wam podoba, zimno rzekł Sołomerecki.
— Albo za pomocą tej głowy, to jest Teraphim?
— Jak chcecie.
Gronovius i Duran spojrzeniem zdawali się naradzać, następnie ostatni obnażył ręce po łokcie, zdjął drewnianą głowę, ustawił ją na podłodze, zakreślił koło, wziął rószczkę, natarł się jakąś maścią ze słoika dobytą i począł biegając szeptać.
Książe stał niemy, zdziwiony i pomięszany. Duran szybko miotając się mówił, jakiś głos zdawał się mu z za okna, to z lochu, to z góry na przemian dopowiadać słowy nie zrozumiałemi, głucho. Ile razy książe głos ten dziwny, stłumiony posłyszał, obracał się to tam, to tam, ale nigdzie nie mógł dojrzeć zkądby pochodził. Gronovius oparty o stół patrzał obojętnie.
Duran wybiegawszy się dobrze, stanął wreszcie i rzekł kładnąc laskę. Skończone, wiem teraz wszystko.
— Słucham was.
Karzeł zdjął srebrną tackę ze stołu i podstawił ją księciu, mówiąc:
— Dla terafim! co ofiarujecie dla terafim?
Garstka pieniędzy brzękła na tacce.
— Pytajcie mnie, rzekł Duran.
— Gdzie on jest?
— W Litwie, odpowiedział karzeł.
— Mianowicie?
— Na dworze Sapiehy wojewody Podlaskiego.
— Kto go tam zawiózł?
— Czterech szlachty, na czele jej Krzysztof Pieniążek.
— Z czyjego rozkazu?
— Nieznajomego szlachcica.
— Jego imię?
— Głowa nie wie.
Książe się zamyślił. Dobrze, rzekł, a teraz reszta.
Gronovius mruknął na Durana. Ten podstawił drabinkę do półki, rozgarnął słoje, wyszukał flaszki z czerwoną jakąś mieszaniną, nalał z niej kilka kropel w maleńką bańkę, tak zrobioną, że mogła być zawieszona na sznurku i noszona na szyi, a potem podał ją księciu.
— Tylko tyle?
— Aż nadto wystarczające, odpowiedział Gronovius.
Sołomerecki schował podaną sobie flaszeczkę za suknię, pochodził po izbie, jakby się chciał uspokoić, wskazał ręką na drzwi, które mu Duran odemknął i powoli wyszedł.
Jacuś stał na drodze i świstał.
— A co paniczu? dostałeś lubczyku? spytał przedrwiewając; mówią że oni lubczyk przedają, hę? Czy to prawda?
Popchnięty w milczeniu, odskoczył na kilka kroków, zdjął czapkę i pokazując język, dodał niby żegnając:
— Nogi całuję, Lubczyka.
Ledwie się drzwi zamknęły, gdy Czuryło pukać do nich począł i wszedł z synem niespokojny.
Dwaj czarnoksiężnicy naradzali się nad czemś w pośrodku izby, Gronovius wyszedł naprzód.
— Chcę z wami pomówić na osobności. Wskazał na drzwi lochu, do którego on, syn i Gronovius weszli. Duran stanął na wschodkach.
— Wiecie kto od was wyszedł? rzekł Czuryło nie dobrze pokrywając niepokój, którego doznawał w tem miejscu dla niego straszliwem.
— To do was nie należy.
— Owszem za tem idę.
— W tem tajemnicy nie ma, Sołomerecki był u was.
— Być może, ja osób nie znam, nie wiem.
— Pytał was o bratanka.
— Nie pamiętam.
— Daliście mu flaszeczkę, którą wychodząc zgubił.
Gronovius pomięszał się niewymownie na widok bańki, zabełkotał, wstał i rzucił wejrzenie ku Duranowi.
— Ta bańka, mówił stary dalej, zawiera truciznę dla bratanka.
— Nie wiem, ona nie odemnie.
— O tem się później przekonamy, mówił Czuryło usiłując udawać odwagę, której mu wielce brakło.
— Ale czego wy chcecie od nas, zapytał poważnie Gronovius. Jeśli straszyć, uprzedzam was, że mnie się lękają, a ja się nikogo nie boję.
— Być może, jednak. Pozwólcie mi ułożyć się z wami.
— O co chcecie, ale mi nie groźcie.
— Powiedźcie mi czego od was chciał ten co wyszedł?
— Wszak wiecie.
— Domyślam się tylko.
— Domyślacie się może słusznie.
— Powiedzieliście mu gdzie jest bratanek?
— Powiedzieliśmy o co pytał. Dajcie nam tę bańkę — proszę, dodał, wyciągając rękę, może ona wzbudzić podejrzenia, obmowy i chociaż nie odemnie wyszła.
— Od was.
— Nie, wszelako choćby dla ciekawości mieć bym ją pragnął.
— Oddam wam ją, powiedźcie mi, czego on przychodził. Tu pan Czuryło dostał sakiewki, wyjął trochę pieniędzy i położył na stole.
— Oddacie mi bańkę?
— Przyrzekłem.
Głos z góry pochodzący, stłumiony i straszny, wyrzekł z wielkiem przerażeniem pp. Czuryłów obu:
— Pytał i odpowiedziano mu: Dziecię jest u Sapiehy.
Gronovius nie zdziwił się wcale głosowi, zsunął pieniądze, zabrał bańkę, a nim mieli czas wynijść, zaczęto silnie bić we drzwi. Czuryłowie byli już na wschodach, Gronovius pospieszył naprzód, Duran odryglował.
— Zgubiłem bańkę, rzekł głos ze drzwi.
— Wiem, odpowiedział Duran i nie będziecie mieli drugiej.
— Płacę, zawołał wchodzący.
Czuryłowie poznawszy głos, zatrzymali się w lochu, Gronovius pospieszył do drzwi, poszeptał coś i wszystko ucichło.
Książe odszedł.
Szlachta nie wiele pojmując co się w koło niej działo, wyszła powoli do pierwszej izby. Turkot powozu zapowiedział odjazd księcia.
Zaledwie dobyli się z mieszkania dwóch czarnoksiężników, u wejścia spotkali mnóstwo osób ciągnących się tutaj, kobiety zakwefione, panów z nasuniętemi na głowy czapkami, mieszczan, młode dziewice. Jedni pukali do drzwi, drudzy oczekiwali kolei, chroniąc się w ciemnych kątach kamienicy i unikając siebie.
Między temi poznał p. Czuryło, panią Janowę zubożałą kupcowę, która obok Marcinowej stragan miała, Agatę powiernicę księżnej, p. Pudłowskiego senjora bursy, znacznego między wielą swoją połamaną figurką, żyda Hahngolda przechadzającego się w ciemnej galerji i mierzącego okiem wchodzących i wychodzących.
Wszyscy niespokojnie poglądali na drzwi pracowni Durana i czekali kolei. Pan Krzysztof schodził z Łęczycaninem ze wschodów, spojrzał na sowę i zawołał:
— Utrapieńcy! ot co ludu czeka na ich rady i wróżby. Gdyby mi tak pięknie za mieszkanie nie płacili, nigdybym ich tu nie trzymał! A w nocy jak poczną smażyć, to śmierdzi na cały dom, tak że wszyscy moi sąsiedzi się skarzą. Osobliwsza, czem oni tak smrodzić mogą, bo te zapachy do niczego niepodobne.
— A wiecie że i ja byłem u nich, rzekł Łęczycanin.
— No! a tyż tam po co?
— Radziłem się na nogę.
— Cóż ci dali?
— Plaster bardzo skuteczny, a jacy grzeczni, częstowali piwem, niezłe nawet, gawędziliśmy długo. Prawda że ten mniejszy trochę brzydki, ale co skuteczny to skuteczny człowiek! Noga się zgoiła za trzy dni.
— Czy tylko nie wyśpiewałeś im czego?
— Za kogoż mnie to macie?
I zeszli razem w ulicę, kierując się do blizkiej garkuchni.





VII.
PAPIERY.

W mieszkaniu księcia Sołomereckiego nowe przygotowania do podróży, słudzy wszyscy na nogach, konie wyprowadzając siodłają, zaprzęgają, a zgraja żydów lichwiarzy, pijawek czarnych, kręci się w dziedzińcach. Książe zawsze potrzebny pieniędzy, przywykły tak do wystawnego i marnotrawnego życia, że odmienić go już nie mógł; w gorączkowem tem zniecierpliwieniu oddaje ostatnie klejnoty w zastaw, pamiątki po ojcu, pamiątki po matce. Chmara żydów ciśnie się do izby, gdzie starszy dworzanin zawiera te wstydliwe i upokarzające umowy. Jedni rozpychają drugich, kłócą, bo każdy chce zyskać; dają się bić, bezcześcić, łajać, a nie ustępują.
Książe, z obojętnością wielkiego pana nie patrzy, nie dowiaduje się nawet; wydobywa klejnoty, spoziera na nie bez łzy w oku, bez żalu, i oddaje, obelgami obsypując lichwiarzy, których sam wezwał. Potrzeba mu pieniędzy na drogę, ostatnie sposoby dostania ich wyczerpał, przyjaciele pożyczać nie chcą; udał się do żydów.
W kąciku Kampsor Hahngold rozpatruje kutas pereł i pierścień z szafirem; dalej drugi waży srebrną złocistą nalewkę z miednicą. Na dworzanach księcia czyni to wrażenie niemiłe, szepcą między sobą, oglądają się, wahają.
— Słuchaj Miklasiu, mówił starszy jeden do młodzika w zielonej barwie, coś tu się u nas źle święci. Ostatki żydzi biorą.
— A co nam do tego.
— I bardzo Miklasiu! To pachnie ruiną i nędzą, ostatki! a potem może i chleba zabraknąć. Trzeba o sobie myśleć.
— Ja myślę, że jeszcze pora, nic nie nagli, będzie miał pieniądze.
— A! będzie, ale czy to te pieniądze wystarczą na długo? Żydowski grosz, to się rozłazi prędko, rzekłbyś że się spieszy powracać do nich nazad. I za te kutasiki nie wiele go dostanie, bo żyd inaczej jak połowy wartości nie da.
— A więc cóż?
— Trzeba o sobie myśleć. Ja podobno konia wziąwszy i jurgieltu zapomniawszy, drapnę szukać innego pana.
— Powiedz-że i mnie, kiedy, to i ja z tobą. Inny, podsłuchawszy rozmowy, przysunął się.
— Nie spieszcie się, panowie bracia, fortuna jeszcze się do nas obrócić może. To jest casus ekstraordynaryjny, wygramy bitwę z księżną Jejmością i będziemy bogaci.
— Jeżeli wygramy.
— To nie ulega wątpliwości.
Obcy jakiś wsunął się między dworzan.
— Panowie bracia, należycie do dworu księcia Sołomereckiego?
— Tak jest.
— A nie życzylibyście sobie odmienić pana?
— Czemuż nie, jeżeliby się co dobrego nadarzyło.
— Wyśmienitego, nadarzyć się może.
— Cóż takiego?
— Księżna Sołomerecka potrzebuje dworzan dla siebie i syna, podwójny jurgielt da i barwę, a kto wie, co dalej. Za wierne usługi. U niej obietnica święta i jest z czego otrzymać.
Starszy się oburzył.
— Księżna! nieprzyjaciółka pańska.
— Ba! mości panowie, a cóż wam uczyniła?
— I bardzo wiele, z jej przyczyny nasz książę goły tak, że jurgieltu zapłacić nie ma z czego, a na drogę klejnoty zastawia.
— Któż mu winien, wszak księżna Jejmość dawała mu majątek, gdyby tylko chciał jej dziecka nie prześladować.
— I nie przyjął?
— Ani chciał słuchać. A przytem księżna swoim dworzanom mogła by dać jakąś gratyfikacją, co by załatało ten nie wypłacony jurgielt.
— Doprawdy?
— Ja myślę.
— Wy od niej jesteście?
— Nie, proszony tylko o wyszukanie. Myślałem że widząc co się tu dzieje, zechcecie może zapewnić sobie bezpieczniejszą przyszłość.
Dworzanie poczęli z sobą umawiać się.
Wieść jak błyskawica przeleciała między niemi; starsi, za niemi młodsi poczęli wahać się; a gdy raz przypuścili możność porzucenia księcia, myśl ta coraz się wszelkiemi okolicznościami utwierdzała. Niektórzy pozabierawszy swoje szkapy ze stajni, wybierali się jechać.
Starszy złapał ich we wrotach.
— Dokąd mości panowie? dokąd?
— Nie ma tu już co robić pono, jedziemy szukać służby.
Jak tylko jeden odważył się to wyrzec, reszta poszła za nim. Nieznajomy czekał z obojętną twarzą niedaleko wrót. Starszy pobiegł do księcia.
— Dwór W. ks. Mości, zawołał zdyszany, dworzanie...
— Co się stało?
— Odjeżdżają.
— Jak? dokąd?
— Rzucają służbę.
— Z jakiego powodu? To być nie może.
— Bóg wie, zapewne zlękli się dzisiejszej rannej z żydami sprawy.
— Podli! rzekł bledniejąc Sołomerecki dumnie, niech jadą na złamanie karku! Nie wstrzymywać ich, zapłacić jurgielt ostatniemi.
I zaciął zęby, oczy mu się zaiskrzyły, padł na krzesło blady.
— Słyszysz W. Mość? ostatkami im zapłacić, nie chcę ich teraz, znajdę innych, nie chcę gdyby mnie na klęczkach prosili. W tem jest czyjaś podmowa. Idź.
Starszy wyszedł i nawołując wyjeżdżających z podwórza:
— Mości panowie bracia, rzekł, za pozwoleniem. Książe Jegomość kazał mi wam jurgielt opłacić na was i na konie, proszę do mnie.
Ta niespodziewana wiadomość zachwiała dworzany, porzucali konie, poszli odbierać pieniądze, kilku sądząc że się omylili i wstydząc swojego kroku chcieli pozostać. Starszy oznajmił że ma polecenie odprawić ich. Inni wierni księciu nie myśleli nawet o odjeździe; ale takich kilku tylko pozostało, reszta wysunęła się za wrota z nieznajomym, który ich poprowadził z sobą, szepnąwszy coś Hahngoldowi. Żyd pobladł, zamamrotał coś do drugich żydów, a lichwiarze w oka mgnieniu porzuciwszy jeszcze nie otaksowane klejnoty i nie chcąc już w żadną wchodzić umowę ustąpili.
Starszy pobiegł do księcia.
— M. książe, żydzi traktować nie chcą.
— Co się im stało?
— Nie pojmuję! nie rozumiem, poszeptali coś z sobą, porzucili umowy i poszli.
— Wszyscy?
— Wszyscy. Książę osłupiał.
— W tem jest jakaś sprawa szatańska. Pieniędzy! pieniędzy i jechać! Muszę spieszyć, oni to dziecko przekleństwa uwiozą znowu! Do Litwy, do Litwy. Rób W. Mość co chcesz, a dostań mi pieniędzy.
— Nie wiem co mam robić, nie pozostało nic, gdy żydzi odmawiają.
— Innych wezwać.
— Było ich przed chwilą więcej niż potrzeba, teraz nie ma ani jednego.
— Ale z jakiegoż powodu?
— Nie pojmuję.
— Może warunki?
— Ja nie podawałem żadnych, wedle dyspozycji W. ks. Mości godziłem się na proponowane przez nich.
— Cóż ich odstręczyło? to coś jest.
— Jest, ale niepojętego!
Książe uderzył o stół pięścią.
— Wyjeżdżać! zawołał.
— Ale to niepodobieństwo!
— Wyjeżdżać mówię!
— Dworzanie uszli.
— Mniejsza o to, wyjeżdżać, wyjeżdżać!
— Nie ma pieniędzy.
— Wystarczy tych co są.
— Opłacone za rozkazem W. ks. Mości jurgielta.
— Wszystko wyszło?
— Do grosza, nawet dla dwóch zabrakło.
— Sprzedaj Wpan co chcesz. Wyjeżdżać, muszę dziś wyjechać.
— Ale cóż sprzedamy?
— Zastaw Wpan duszę, krzyknął książe w gniewie, a dostań pieniędzy; potem rzucił się do papieru i pióra, prędko napisał słów kilka do Piotra Zborowskiego i kazał wysłać dworzanina do niego.
Gdy się to dzieje, zrozpaczony i zniecierpliwiony książe przechadza się po izbie kroki wielkiemi, głowa mu płonie, miesza się, klnie, niepokoi. Sto razy pyta czy nie wrócił posłaniec od Zborowskich. Nareszcie przyjechał.
— Przywiózł pieniądze?
— List tylko!
Nieczytając, rzucił go na podłogę, oczy mu się roziskrzyły, zapaliły, zęby zgrzytnęły.
— Przyjaciele, zawołał, przyjaciele, niech ich szatan zdusi!! Rodzaj gorączki, rodzaj obłąkania opanowywa go, nie wie co począć.
— Wyjeżdżać! woła, wyjeżdżać! konie, powóz, sprzęty, sprzedać wszystko, pojedziemy we dwóch, we trzech a wyjeżdżać, wyjeżdżać!
Nie mniejsza niespokojność w gospodzie księżnej i u pp. Czuryłów, ta o synu zwątpiła, chce posyłać za nim; ci namawiają się co począć, młodszy wybiera się sam w drogę. On to odmówił dworzan księcia i przyjął ich dla Anny, sądząc że tym sposobem wstrzyma wyjazd jego, on szepnął żydom słowo czarodziejskie, które wstrzymało pieniądze. Ale i to nie pomogło zupełnie.
— Potrzeba go uprzedzić, rzekł młody Czuryło, jest nas kilku, wszystko gotowe, jedziemy, a nim książe przybędzie na dwór Sapiehy, już tam Stanisława nie zastanie.
To mówiąc, począł sposobić do drogi. Stary pomagał mu sam.
Z tłomoczka wypadł zwitek papierów zasmolonych długiem noszeniem po wierzchu, czerwonym sznurkiem jedwabiu związanych.
— Co to jest? spytał stary.
— A! to jeszcze pamiątka mojej niewoli.
— Jaka?
— Wiosłując na galerze tureckiej pod Stambułem, miałem za towarzysza i sąsiada biednego księdza przez zbójców morskich zabranego. Ten umierając oddał mi papiery jakieś, zaleciwszy abym za powrotem do kraju komu należeć będą przesłał, mają bowiem posługiwać jakiejś rodzinie naszej. Ksiądz był Polak podobno, lub przynajmniej długim pobytem u nas spolaczały. Wracał z Rzymu, gdy go pochwycili zbójcy.
— Widziałeś te papiery? spytał stary.
— W niewoli musiałem ukrywać i przepatrzyć nie miałem czasu, wróciwszy nadto byłem sobą zajęty; miałem to kiedyś uczynić później.
— Zobaczmy lepiej zaraz, przerwał stary, uderzony myślą jakąś szczególną.
— Zobaczcie ojcze, ja pośpieszę się w drogę wybierać.
Stary usiadł, rozwiązał sznurki, rzucił okiem, nagle wykrzyknął:
— Jezu! Marja! Co za zrządzenie!
— Co to jest?
— Ty nie wiesz?
— Nic nie wiem.
— Papiery ks. Hausera! papiery Sołomereckich! Ksiądz powracający z Rzymu to był on!
— Kto taki?
— Ksiądz wysłany przez nich, dla legalizacji małżeństwa księżnej. Wygrana! wygrana! zwyciężyliśmy!
— Nie pojmuję. Cóż to są za papiery?
— Wszystko skończone, tryumfujem, rzekł stary chwytając czapkę i laskę. Chodźmy do księżnej, do księżnej.
I zdyszany Czuryło, nie mogąc pohamować swej radości, schwycił się na pierwszego konia jakiego mógł znaleźć pod ręką, poleciał.
Księżna Anna tylko co powróciła z kościoła, smutna słuchała opowiadania sługi, który o odmówieniu dworzan przez młodego Czuryłę, o spóźnionym wyjeździe księcia zdawał jej sprawę. Spostrzegłszy Czuryłów obu z twarzą rozjaśnioną przybywających, nie wiedziała co myśleć.
— Czemu nie w drodze? spytała, on wyjeżdża.
— Nie wyjedzie jeszcze tak rychło, odrzekł młodszy.
— A tymczasem dobrą nowinę W. ks. Mości przynosim.
— Jakąż? co się stało?
— Wielki i ważny a najmniej spodziewany, nigdy nieprzewidziany wypadek.
— Na Boga, cóż może być takiego?
— Papiery ks. Hausera.
— Znalazły się? zawołała księżna podbiegając.
— Najosobliwszym trafem, mój syn...
— Odzyskał je, jakim sposobem?
— Będąc w niewoli, był towarzyszem księdza Hausera, zmarłego jak się pokazuje na galerze tureckiej. Konając polecił papiery memu synowi. Ten ich nawet nie patrzał dotąd. Dziś, gdyśmy się w drogę wybierali, wypadły.
Spytałem, przejrzałem je. Oto są.
Księżna Anna płakała z radości.
— O! to opatrzność Boża nad nami!
— Ale, dodała po chwilce, potrzeba księcia wstrzymać, to nic nie pomoże. Co począć z niemi?
Czuryło namyślał się chwilę.
— Radziłbym W. ks. Mości, rzekł, udać się z niemi do Firleja, pozwać księcia przed sąd arbitrów, aby przy świadkach zmuszony był niezbitemi dowody uznać wasze małżeństwo i dziecię z niego urodzone. Spieszcie tylko aby nie wyjechał.
Natychmiast księżna Anna kazała zajechać kolasce, siadła i udała się do Firleja.
Zastała go, że to było rano jeszcze, w komnatach żony. Dziwny to był widok, starca cudzoziemskim strojem wykwintnie ubranego, siwego już i dobrze podstarzałego, obok świeżej i młodej małżonki.
Była to, jakieśmy rzekli wyżej, trzecia już żona kasztelana, Mniszchówna z domu, lat ledwie podówczas dwadzieścia licząca. Bogata, strojna, siedziała z mężem panem u stołu, na którym ostatnie kasztelana dziecię bawiło się wielkiem piórem strusiem.
Stary kasztelan z uśmiechem poglądał na tę latorośl swego domu, a w jego wejrzeniu znać było dumy o przyszłości dziecięcia.
Księżna oznajmiona weszła.
— Cóż sprowadza miłą W. ks. Mość u mnie przytomność? spytał kasztelan.
— Szczęśliwy traf i prośba, odpowiedziała Anna.
— Bardzom rad, jeżeli jej w czem usłużyć potrafię, odparł kasztelan, mam bowiem na sumieniu zawiedzione W. ks. M. nadzieje względem dziecięcia, któregom się opieki podjął.
— Nic się złego nie stało, moi to przyjaciele z Krakowa go wywieźli potajemnie, bez mojej wiadomości, obawiając się napaści księcia.
— Doprawdy? I gdzie się dziecię znajduje?
— Na dworze Fryderyka Sapiehy.
Firlej zagryzł usta trochę nie rad, ale prędko wracając do grzeczności uprzedniej i uśmiechu, spytał:
— W czemże W. ks. Mości użytecznym jeszcze być mogę?
— Cała moja nadzieja na was, papiery o które starałam się przez nuncjaturę już są w mojem ręku.
— Jakto? ktoś skuteczniej odemnie wyjednał je?
— Nie, oryginalne papiery ks. Hausera znalazły się dziwnym trafem. Towarzysz niewoli jego w Turcji, wyzwolony przywiózł je. Oto są. Błagam was, wezwijcie do siebie księcia, arbitrów, niech ludzie widzą, niech sądzą, niech się to wszystko nareszcie bez mego wstydu zakończy.
Kasztelan spoglądał na podane papiery, przerzucił je wstając.
— Będzie, rzekł, jak pragniecie, jutro wezwę do siebie wszystkich znajdujących się w Krakowie panów braci senatorów i znakomitszą szlachtę, wezwę księcia, aby zmuszony był w obliczu ich uznać bratanka i później retraktacji nie mógł już uczynić. Bądźcie spokojni. Cieszę się waszą pomyślnością z duszy i serca.
— Ale książe jest na wyjezdnem, goni w Litwę za biednem dziecięciem mojem, nie wiem czy go wstrzymać potraficie.
— Sądzę, że potrafię, rzekł dumnie Firlej. Wnet poszlę do niego dworzanina z wezwaniem na dzień jutrzejszy, nie pisząc dla czego, a rozstawię moich ludzi, aby go z oka nie spuszczali i w razie upornej woli wyjazdu, wszelkiemi sposoby wstrzymali.
— Jakże wyrażę moją wdzięczność?
— O! to ja powinienem dziękować, żeście mnie na tę poczciwą usługę wybrali. Bądźcie spokojni, rozpiszę wnet listy.
Dworzanie i paziowie kasztelańscy stojący w bocznej komnacie, natychmiast wezwani rozbiegli się po znajdujących w Krakowie panach senatorach, zapraszając ich dla ważnej sprawy na jutro. List z kancelarji kasztelana wezwał księcia Sołomereckiego także.
Książe jeszcze się burzył opóźnionym wyjazdem swoim, gdy mu oddano pod pieczęcią Firlejowską grzeczne zaproszenie na dzień jutrzejszy; list nie wyrażał celu zgromadzenia, wymieniając tylko że na niem znajdować się mieli znakomitsi przytomni w Krakowie panowie bracia.
Sołomerecki rzucił go z początku obojętnie, ale dworzanin Firlejowski wymagał odpowiedzi koniecznie nalegając.
Namyślał się książe. Nadzieja spotkania się u kasztelana ze znajomymi, którzy pieniądzmi wesprzeć mogli, skłoniła go udać się. Jeden dzień opóźnienia, rzekł w duchu, nagrodzę pośpiechem w podróży.
Dał więc odpowiedź że się stawi i będzie. Rozstawieni ludzie mieli go przez cały ten dzień nie spuszczać z oka.
Rozpisane listy na wszystkie strony posłane zostały, pp. Zborowskim nawet (jako przyjaciołom Sołomereckiego). A Łaskiemu, ks. Uchańskiemu, biskupowi Karnkowskiemu, kilku kanonikom krakowskim i innym pp. senatorom i szlachcie.
Gubiono się w domysłach nad celem tego zjazdu, przypisując mu znaczenie całkiem polityczne. Ciekawość, to uczucie tak silnie nawet najpoważniejszemi, najsurowszemi władające ludźmi, skłoniła wszystkich do stawienia się u kasztelana. Nawet panowie Zborowscy, otwarci nieprzyjaciele jego, nie odmówili swego przybycia, sądząc, że ważne publiczne sprawy traktować się miały, a niechcąc by co bez nich postanowiono. Wieści o słabości króla, wcześnie gotująca się już nowego elekcja, intrygi dworu francuskiego i kardynała Commendoniego, nie czekające śmierci Augusta, dawały temu zjazdowi wszelkie podobieństwo do politycznej narady.
Tymczasem księżna, która także kazała śledzić kroki swego nieprzyjaciela, dowiedziała się z radością że wstrzymał swój wyjazd. Czuryło odłożył podróż na dni kilka, dwóch tylko jeden za drugim do Sapiehy wyprawując gońców z poleceniem młodemu księciu, aby się za odebraniem ich co najrychlej ukryć pospieszył.
Szczęśliwe wynalezienie papierów udowadniających małżeństwo niezbicie, nie mogło wszakże zupełnie uspokoić księżnę Annę o przyszłość syna. Stryj uznawszy go, będąc do tego oczewistością niezbitych dowodów przymuszony, mógł jednakże prześladować i czyhać nań później jeszcze. Położenie jego majątkowe, grożący mu niedostatek, rozprószone resztki fortuny, przywodząc do rozpaczy, naturalnie wzbudzać musiały myśl pozbycia się Stanisława i tak już oddawna w nim wzrastającą.
Czuła to księżna, a bardziej jeszcze oba Czuryłowie, zwłaszcza młodszy, który wylawszy się cały na usługi Annie, coraz bardziej gruntował się w zamiarze pozbycia księcia jakimkolwiek sposobem. Życie człowieka zdawało mu się małą ofiarą w miarę spokojności, którą księżnie i synowi jej zapewnić miało.
Nazajutrz około południa poczty panów polskich, kolasy biskupów, rydwany, konni, dworscy, paziowie, słudzy zajęli dziedziniec Firlejewskiego domu. Co chwila przybywali nowi, niektórzy nawet nie zaproszeni, ale ciekawi i pod różnemi pozory, chcący uczestniczyć w tem, jak się im zdawało, zgromadzeniu celem narady o rzeczy publicznej. Firlej uśmiechał się po cichu z omyłki wszystkich.
Wielkie sale napełniały się dygnitarzami, senatory, duchowieństwem, szlachtą.
Był to obraz wspaniały i wielki.
Szlachetnych i poważnych obliczów ludzie, po większej części podżyli już lub starzy, w strojach tak malowniczych, pięknych i bogatych, zasiadali krzesła w wielkiej sali pałacowej, ozdobnej w najbogatszy sprzęt, cały za granicą nabyty i dziwnie harmonijną jedność składający. Od sklepień, których ostrza wypukłe były złocone, zwieszały się sznury złote z nanizanemi jajami strusiów. Ściany obite karmazynową w wypukłe złociste kwiaty materją, w ramach złocistych kilka zdobiły obrazów. Były to portrety królowej Bony, króla Zygmunta Augusta, ostatniej żony jego i kilku Firlejów, piękny obraz Matki Bożej z dziecięciem Jezus starej szkoły włoskiej, z wiszącą przed nim złocistą lampą, zdobił główną ścianę, między dwoma oknami długiemi, wązkiemi, gotycko wyrabianemi.
Sprzęt pokryty był adamaszkiem karmazynowym, stoły, siedzenia białe ze złotem. Na wytwornych w kątach poustawianych szafach błyszczały florenckie sztucznie wyrabiane, kształtów wdzięcznych naczynia, posążki, puhary, szkła i osobliwości zamorskie. Wielki zegar po cichu szeptał w kącie, stojąc na wielce ozdobnej podstawie.
Zgromadzeni panowie kupkami podzieliwszy się, rozprawiali po cichu lub głośno o nowinach z Knyszyna, o kardynale, o jego namowach do wojny z Turcją, o wyprawach na Wołoszczyznę i t. p.
Firlej wysławszy syna, wymówił się od przybycia i dotąd nieukazał. Ciekawość posunięta była do najwyższego stopnia, tem bardziej, że nikt zaspokoić jej nie mógł. Same tylko domysły krążyły, jedne dziwaczniejsze od drugich.
Osobno trzech Zborowskich, otoczeni przyjaciołmi swemi, rzucając kose wejrzenia na Firlejowych druhów, poszeptywali złośliwe czyniąc uwagi.
— Patrzcie, co za przepych! — mówił Piotr do Andrzeja, nie darmo powiadają, że Firlej na królestwo patrzy i królewskiego tylko zgonu czeka, aby się z tem otwarcie wydać. Kto by to rzekł niedawnemi czasy, kiedy jeszcze Firlejowie nosili ogony królowej Jejmości.
— Kto pożyje zobaczy! odparł Andrzej.
Z wielkiej chmury bywa mały deszcz zwykle. Spadnie ta wielkość przybyszów maleńkim deszczem.
— I skończy na błocie, dodał ktoś inny. Wszyscy się rozśmieli.
— Patrzcie, rzekł Piotr, wskazując na Uchańskiego, co za polityk! Jaka układność, jakie wyrachowane postępowanie z katolikami i nami, jakie westchnienia gorące nad upadkiem wiary, jakie uśmiechy ostre i obosieczne, gdy mowa o nas. A jednak był czas żeśmy go szczerze za swego rachowali.
— Ja i dziś przy tem obstaję, zawołał inny z boku. Niech się tylko powiedzie nam, a będzie z nami.
— A gdy się noga ośliznie?
— Pierwszy wyklnie.
— Śliski rachunek na takim człowieku.
— A bez niego obejść się niepodobna.
W rozmaitych kątach sali rozmaicie też rozprawiano, domyślano się, czyniono uwagi, nie było wszakże, pomimo ożywionej rozmowy, tego bezporządnego, tłumnego gwaru, jaki dziś każde liczniejsze znamionuje zgromadzenie.
Wszyscy utrzymywali powagę osobistą imienia swego i urzędu. Najwięksi nieprzyjaciele, zamiast okazywania niechęci zimną grzecznością, poważną utrzymywali surowość oblicza. Powitania były wyrachowanego i wyszukanego stopniowania, rozmowy wstrzemięźliwe, obejście pełne rozwagi. Każdy trzymał na wodzy: słowa, twarz, ruchy. Spojrzawszy na to zgromadzenie najznakomitszych mężów, rzekłbyś z twarzy szlachetnych, z wytwornych ubiorów, z powagi ich, senat jakiego państwa, zabierający się roztrząsać ważne sprawy krajowe.
Jednemi drzwiami wszedł na salę książe Sołomerecki, którego pociągnęli ku sobie Zborowscy, drugiemi kasztelan Firlej.
Książe skromnie ubrany, zawsze z tą dumną postawą, z tem wejrzeniem wzgardliwem, głową podniesioną, wargą zaciętą, nosił jednak w twarzy ślady świeżego cierpienia, trosk i gryzącej go niespokojności. Gęste marszczki, zwiastuny bezsennych gorączkowych dumań, porysowały mu blade policzki i czoło. Kasztelan miał oblicze pogodne, jasne i wesołe, ubrany wytwornie, z młodzieńczą prawie troskliwością o siebie, wymuskany, uśmiechający i wszedł witając swych gości z kolei, ze zwitkiem papierów pod ręką.
Po pierwszych kilku słowach przeproszenia, po ściśnieniu rąk, pokłonach, zapytaniach o zdrowie, o familje i t. p. kasztelan wznosząc zwitek, sprosił znaczniejszych wymieniając ich po nazwisku do stołu, na którym rozłożył papiery.
Ciekawość rosła, wesołe oblicze Firleja chmurzyło czoło Zborowskim, pytali się siebie wszyscy, co to ma znaczyć?
— Zkąd ta wesołość i dla czego?
Między wezwanemi do stołu byli pp. Zborowscy; nieco udobruchani, zbliżyli się, gotowi wszakże opierać kasztelanowi, jeśliby chodziło tylko o coś przyszłość obchodzącego. Już oni naówczas ufni w pomoc kardynała, osnuwali swój zamiar pochwycenia przemocą starca Krakowa, wyrywając go z rąk Firlejowi.
— Nie dla żadnej sprawy publicznej, począł złośliwie uśmiechnąwszy się kasztelan, dozwoliłem sobie wezwać tu panów i miłych braci.
— A to coś osobliwego! dla swojej więc zabawki! mruknął Zborowski stawiąc marsa. Patrzaj go, już na króla zakrawa!
— Ale są, mówił dalej Firlej, sprawy prywatne, które czasem do ważności publicznych się zbliżają, obchodzą wszystkich lub obchodzić powinny. Niezgody familijne, prześladowania wzajemne osób krwią blisko połączonych, są klęską, której szczęśliwy kto zapobiedz może. Właśnie jedna to z podobnych okoliczności zmusiła mnie, prosić wszystkich tu przytomnych za sędziów i pośredników. Sprawa to nie moja, ale mojej opiece oddana, wywięzuję się z opieki nad sierotą.
Zadziwienie coraz się powiększało, a Firlej ukazując na papiery, tak mówił dalej:
— Rodzina zacna ks. Sołomereckich.
Książe pobladł i oczy mu zajaśniały.
— Rodzina zacna ks. Sołomereckich znajduje się właśnie w smutnem położeniu, z którego pragnąc wynijść wdowa i sierota, wzywają sądu i sprawiedliwości naszej.
— Nie rozumiem aby kto miał prawo mieszać się do tego, co między mną a siostrą być może, przerwał zbliżając się książe, nie uznaję nad sobą żadnego sądu. W tej sprawie ja sam, i ja sam jeden, jako głowa rodu stanowię.
— Zdacie się przecie, rzekł zwracając ku niemu z grzecznością Firlej, na zdanie przytomnych nas, ludzi nieinteresowanych, bezstronnych i życzących dobrze zarówno wam jak księżnej JMości.
— Pozwólcież mi przynajmniej podstępnie przed ten Areopag zapozwanemu, samemu swoją sprawę wyłożyć, dumnie zawołał książe.
— Z największą chęcią, słuchamy was, odpowiedział Firlej, prosiemy.
Książe postąpił jeszcze bliżej i sparłszy się o stół, tak mówić począł:
— Wiadomo tu zgromadzonym, lub niewiadomo być może, iż ojciec mój nad córką brata swego Anną miał opiekę. Ja byłem wysłany naówczas za granicę, gdziem we dworach cesarza Ferdynanda i innych książąt i panów niemieckich rycerskiej sprawie się przypatrywał. Za powrotem moim do kraju ojca już nie zastałem, brata mego nie znalazłem w życiu, siostra na dworze królowej matki. Ale cóż, siostra ta z dziecięciem, które powiada być mi bratankiem, utrzymując że zaślubioną została bratu memu; gdy dowodów małżeństwa tego nie ma żadnych, gdy dziecię podstawione widocznie a cała ta powieść stworzona, aby zakryć jakieś przewinienie i dom nasz zbezcześcić, wprowadzając weń cudzą krew, na którą spada najlepsza część majętności naszych. Małżeństwa tego mniemanego dowodów nie ma i być nie mogą, dziecię nieprawe. Ratując poczciwe imie nasze, chciałem podrzutka tego oddalić.
— Lecz, dorzucił Firlej, gdyby małżeństwo udowodnione zostało niezbicie?
— To być nie może.
— To jest, zawołał kasztelan. Oto dowody z Rzymu przywiezione. Niech arbitrowie sądzą je i powiedzą, zostaje li najmniejsza wątpliwość. Gdyż, dodał, w razie wątpliwości ja sam połączyłbym się z wami i podzielił szlachetne oburzenie przeciw matce dziecięcia.
To mówiąc, Firlej podał papiery ks. Uchańskiemu, Karnkowskiemu, którzy je z uwagą rozpatrzywszy, podali w kolej.
— Niech-że ja widzę te dowody! zakrzyczał niecierpliwie Sołomerecki. Zkąd one? muszą być podrobione, to być nie może, ja ich nie uznaję.
— Uznacie gdy tylko przejrzeć zechcecie, rzekł podając mu je Łaski, przekonacie się sami.
Wszystkich oczy zwróciły się na księcia, który z złością widoczną porwawszy papiery miął je w ręku, ozierał, czytał, a nareszcie rzucił.
— Tak, rzekł z gniewem, dowody są, to dziecię jest dzieckiem mego brata. Być może, być może! Uznaję.
— A zatem, dodał Firlej, wszelkie prześladowanie ze strony W. ks. M., dotąd usprawiedliwione, ustać powinno. Co więcej, zdałoby się nam, żebyś W. ks. M. biedną siostrę pokrzywdzoną i zapoznaną tak długo, powinien —
— Co chcecie mówić? zapytał burzliwie Sołomerecki.
— Należałoby się pojednać.
— Ja, z nią!! zawołał książe, nigdy!
— Cóż przeciw niej macie? spytali kilku.
— Co! zostawcie to mnie, odpowiedział. Nic nie mam! nic! nic! ale przepraszać ją, przejednywać mnie! Ja! wy mnie nie znacie.
— Owszem jako szlachetnego męża, jako człowieka, który sądził się w obowiązku strzedz nieskazitelności imienia swego, ale dziś.
— Dziś jam przekonany! osądzony! śmiejąc się gniewnie rzekł Sołomerecki, tak, w oczach wszystkich was, winny.
Pani bratowa chciała moje upokorzenie uczynić publicznem: i tego jej nie daruję.
— To ja uczyniłem, rzekł Firlej, ona nie chciała, jam doradził, jeśli jest wina, to moja; ale żądałem by dziecię to nie przez was jednych, ale dla uspokojenia waszego w obliczu wszystkich uznane zostało tak, jak je wprzódy uznał pan nasz król JM.
— Król JM., odparł Sołomerecki, mógł je uznać dla starej z księżną znajomości. Ona tak przypomina twarzą Radziwiłłównę!
Wszyscy oniemieli, on śmiał się złośliwie.
— Uznajecie więc, rzekł Firlej, małżeństwo brata i dziecię jego?
— Muszę, a więc uznaję, choć w gruncie wiem co myślę o tem! Tak, uznaję — żądacie, zgoda.
— My żądamy tylko szczerego przekonania waszego. Rozpatrzcie dowody lub polećcie je rozpatrzeć komu.
Papiery z kolei przechodziły z rąk do rąk i wszyscy musieli je przyjąć za ważne.
— Jakkolwiekbądź, dodał Firlej, ja obstaję przy chęci pojednania was, owszem polecenia wam dziecięcia, które odtąd staje pod opieką waszą.
Zrzućcie z serca długie podejrzenia i niechęci.
W tem otwarły się drzwi i wprowadzona przez Firlejową, ukazała się w żałobnej sukni blada księżna Anna.
Sołomerecki cofnął się, wziął czapkę i posunął ku drzwiom, cały w gniewie jeszcze, kasztelan go powolnie zatrzymał.
— Mości książe, rzekł, pozwólcie się przejednać, zapomnijcie przeszłości.
— Chcecie abym do dna przygotowany mi przez was wstyd wypił?
— Jest-li to wstyd, uznać swoją omyłkę?
— Bracie! zawołała postępując księżna, bracie, po tylu latach czyż nie przebaczysz mi jeszcze! mnie com zniosła z twej przyczyny tyle, dziecku, którego pieszczot wyrzec się musiałam dla ciebie — książe.
— Dziecko uznałem, małżeństwo ważne, rzekł chmurno brat, czego odemnie możecie więcej żądać? Wstyd mój postawiliście wysoko, aby go wszyscy widzieli, pożądaliście okryć mnie w oczach świata sromotą. Zrobiliście czego pragnęli, dokonali, cieszcie się ale nie żądajcie nic więcej i nie nazywajcie mnie bratem.
Księżna stanęła, on się odwrócił znowu do drzwi, duchowni poczęli go tamować i umawiać, opierał się.
— Nigdy, nigdy, rzekł. Zrobiłem wszystko czego było potrzeba, więcej, nigdy.
— Mój syn, zawołała Anna, ja w jego imieniu, chcemy ten dzień dla nas wielki uświęcić pamiątką, proszę was przyjmijcie od nas ten dar.
— Dar! od was! Jeszcze jedna sromota do zniesienia, ja nie potrzebuję niczego od was! niczego! Rozumiecie?
I podany przez Annę papier rozdzierając, zdeptał go nogami, plunął nań z pogardą.
Ten nieugięty upor napróżno starali się przełamać przytomni, zdawało się że coraz bardziej rozżarty uwagami ich, prośbami, łagodnością księżnej, wpadł w zajadlejszą zawziętość.
Zborowscy, przyjaciele, odstąpili nawet zaciętego, i wkrótce sam jeden u drzwi pozostawszy rzucił się z nich gwałtownie, uciekając bezprzytomny, oszalony. Dopadł swych koni w podwórzu i popędził zgrzytając zębami.





VIII.
J.

Już miał wysiadłszy z kolasy wnijść na próg swego domu książe, gdy zastępujący mu drogę mężczyzna stanął we drzwiach tak, że przejście zaparł.
— Precz z drogi! zawołał popychając gwałtownie Sołomerecki.
Nieznajomy okryty płaszczem po oczy, nie odstąpił i kroku, sparł się nogami o uszak, głową o drugi, rozkrzyżował, nie ruszył.
— Precz! precz! powtórzył popychając go silniej książe i odwracając do sług.
— Słówko, Mości książe.
— Czego ten chce odemnie?
— Nie przejdziesz W. ks. Mość, póki nie pomówisz ze mną.
— Któż ty jesteś?
Młodszy Czuryło, (on to bowiem był) odpowiedział z przyciskiem.
— Przyjaciel księżnej pani.
— Czegoż chcesz? na życie moje zastawiłeś się tu?
— To być może.
— Więc bierz je, zakrzyczał Sołomerecki.
— Nie tak M. książe jak myślicie. Nie odrzucam ofiary, ale nadstawiam swoje za wasze.
— Ty! za moje! nowa obelga — sługa!
— Nie jestem sługą niczyim — szlachcic i wam równy.
— Mnie równy! Mnie równi są tylko Radziwiłłowie i Ostrogscy, hołyszu.
Za tą odpowiedzią, silny policzek Czuryły wślad dał się słyszeć.
Niepodobna opisać zajadłości z jaką książe rzucił się krzycząc na szlachcica, nie miał czasu dobyć szabli z gołą ręką, wściekły puścił się nań, porwał go wpół i rzucając o ziemię, nogami zdeptał.
Kilku dworzan, zdaleka w milczeniu poglądali na ten bój dziwaczny. Czuryło podniósł się w mgnieniu oka z dobytą szablą, książe swoją z pochew wyrwawszy, przypierał go do ściany wązkiego przejścia, w którem się znajdowali.
Zacięta walka rozpoczęła się.
Szable obcinały i szczerbiły co chwila, suknie padały na nich w kawałki porąbane, krew ciekła, a oni nie ustawali. Czuryło zbity upadkiem, w pierwszej zaraz chwili ranny, bił się jednak mężnie; księciu dodawało sił wspomnienie świeżej, krwią chyba zatrzeć się mogącej obelgi.
Kilka chwil w tem półcieniu migały tylko szable, słychać było zdyszany oddech walczących, uderzenia broni i wykrzyki urywane. Nikt nie śmiał wmięszać się między nich, Czuryło oglądał się, bo czuł jak słabiał.
— Do mnie! moi! zakrzyczał.
— To zasadzka! wołał Sołomerecki, to zdradziecki podstęp bratowej!
Nadbiegł Pieniążek z Łęczycaninem, ale tych wstrzymywali we drzwiach z dobytemi szablami stojący dworzanie książęcy. Tymczasem osłabiony szlachcic, usiłując co prędzej skończyć, ostatka dobywając sił, ciął raz po razu księcia, który szybkości uderzeń nie mogąc się zasłonić, przechylił się nareszcie i upadł pośliznąwszy na wznak.
Czuryło przeciął mu głowę i prawie w tej samej chwili pochylił się sam, oparł o ścianę i mdlejącym głosem zawołał:
— Ratujcie!
Usłyszawszy padającego, dworzanie posunęli się w korytarz, za niemi Pieniążek i Łęczycanin, który wołał:
— O! o! nawarzyliśmy pięknego piwa!
Widząc pana we krwi broczącego, rozjuszeni ludzie nastąpili z szablami na omdlałego zabójcę i byli by go rozsiekali w sztuki, gdyby nie oparli się im dwaj pomocnicy. Pieniążek walczył, gdy Łęczycanin usiłował na ramiona Czuryłę wziąść.
Ale byliby temu nie dali rady, gdyby nie przybycie starego ojca, który dowiedziawszy się o wyjściu syna, niespokojny, przeczuwając z jego mowy zasadzkę, pospieszył na miejsce.
Okropny widok zabitego księcia i wpół żywego, bo ledwie znaki życia dającego Czuryły, obłąkał starca. Rzucił się na oślep, siekąc pana Pieniążka i Łęczycanina, wziąwszy ich za nieprzyjaciół.
Ledwie go pohamowano przecie i opierając się sługom księcia, uniesiono trupa z domu. W płaszczu pana Pieniążka wyciągnięty, z zamkniętemi oczyma, zbroczony krwią obrońca księżnej zdawał się dogorywać. Niekiedy tylko konwulsyjne drgania dowodziły jeszcze w nim życia. Za niosącemi ciało szedł ojciec spłakany, z załamanemi rękoma, z suchą powieką, w odzieniu potarganem, sam ranny lekko i okrwawiony cały.
Dworzanie księcia Sołomereckiego podnieśli pana i położyli w pierwszej izbie na łożu. Jeden z nich pospieszył po felczera żyda w pobliżu mieszkającego.
Ten nadbiegł, ale wziąwszy puls, przyłożywszy rękę do serca, zwierciadło do ust, pokiwał tylko głową.
— Po co ja tu? on zabity, rzekł obojętnie.
— Zabity! powtórzyli ludzie spoglądając na siebie, piekielna myśl przeleciała im głowy. Rzucili się do domu, zabierając co jeszcze pozostało, co kto mógł pochwycić, wywodząc konie, zabierając suknie, klejnoty, wszystko. Jeden tylko stary sługa opierał się temu rabunkowi okropnemu w obliczu pana martwego, skrwawionego i sinego, leżącego w pustej izbie, ogołoconej ze wszystkiego. Ale jeden przeciw wszystkim nic nie mógł; z rozpaczą biegał od jednego do drugiego, zaklinał, prosił, groził, łajał, nic nie pomagało, odpychali go, a w ostatku zamknęli na klucz w ostatniej izbie. Potem zajadle spiesząc, waśniąc się, krzycząc, gromadząc, ładując tłómoki, jeden po drugim dosiadali koni w podwórcu i uciekali.
Obraz to był dziwnych i przerażających barw. Ten trup cały we krwi i ranach, w nagiej izbie, ta hałastra rabująca pozostałość: zimna, obojętna, chciwa, wynosząca się z pospiechem; ten ostatni, jedyny sługa wierny, zamknięty i w rozpaczy rwący sobie włosy z głowy, dobijający się do drzwi, wołający pomocy z okna, którego kraty obejmował sinemi rękoma.
A w ulicy niedaleko drugi orszak żałobny, syn na płaszczu niesiony, ojciec idący za nim w rozpaczy, bezprzytomny jak pijany, słaniający się i zataczający od muru do muru. Jeszcze nie doszli byli do mieszkania p. Czuryły, gdy kolasa księżnej i jej ludzie, wracając od kasztelana Firleja, spotkali się z panem Pieniążkiem i Łęczycaninem, niosącemi rannego.
Księżna Anna poznała starego Czuryłę i niespokojna kazała wstrzymać konie.
— Co to jest? co się wam stało? zawołała.
Na dźwięk tego głosu, ranny otworzył oczy, ujrzał Annę i podnosząc się na ręku wybełkotał sił ostatkiem:
— Zabity, bądź spokojna o syna, zabity.
— Kto zabity? kto?
— Kogoś zabił, jakiegoś księcia! rzekł Łęczycanin, bo stary Czuryło nic nie widział i nie słyszał.
— Panie Łowczy, zawołała księżna, na Boga powiedzcie mi co to jest?
Stary głowę podniósł, popatrzał obłąkanym wzrokiem do koła.
— Syn mój, rzekł, syn.
— Kto go ranił?
— Bił się z księciem.
— Z księciem, a książe?
— Nie wiem, bezprzytomny, zabity.
— Książe zabity?
Anna nie mogła pojąć tych wypadków, tak szybko po sobie następujących; w głowie jej się mięszało. Rozesłała swoich sług szukać lekarza dla Czuryły, sama nie wiedziała czy jechać do siebie, do nich, czy do księcia. Wreszcie wskazała sługom do domu. Ciało ponieśli dalej, gdyż młodszy Czuryło znowu omdlał i potrzebował spiesznego ratunku.
Pan Pieniążek zajął się natychmiast wszystkiem; widząc ojca w takim stanie, że raczej sam pomocy wymagał i opieki, niżeli by ją mógł dać komu.
A że bliżej znajdowała się kamienica pana Krzysztofa, tam więc zawrócono się z Czuryłą, i złożono go u Gronoviusa. Lekarz zajął się pilnie rannym, z pomocą Durana obmył rany, opatrzył je, zalał balsamem i zaleciwszy cichość i spoczynek, dozwolił do wieczora pozostawić u siebie. Stary ojciec płakał chwytając ręce lekarzy naprzemian i pytając ich bez ustanku:
— Będzie żył? czy wyżyje?
— Wedle wszelkiego podobieństwa, odparł Gronovius, rany nie są niebezpieczne, nie ma żadnej ważnej; ale liczne cięcia, utrata krwi wielka. Spokojności, czasu! Stary złożył ręce i siadł spokojniejszy w głowach synowskiego posłania.
Tymczasem księżna posłała do mieszkania brata, potem do Czuryłów, nareszcie oznajmując o wypadku do kasztelana.
Doniesiono jej, że książe nie żyje, reszta sprzętów i co było z nim rozszarpano, dwór się cały rozbiegł. Natychmiast posłani dworscy księżnej, zamówieni duchowni, i obmyślano wszystko, co do przystojnego pogrzebu potrzebnem być mogło.
Kapnicy już przybyli wprzódy, czuwali dokoła ciała; urząd zaś szukał zabójcy i rozesłał chwytać zbiegłych rabusiów. Należało co najrychlej uwieźć p. Czuryłę, ale to było niepodobnem, z powodu ciężkich ran jego.





IX.
ZAKOŃCZENIE.

Zbliżamy się do końca naszej powieści, nie pozostaje nam tylko kilka słów jeszcze powiedzieć o losie osób, któreśmy w ciągu jej poznali.
Z pomocą kasztelana i starosty Firleja wynalezieni i zatrzymani zostali dworzanie zbiegli księcia, ich świadectwo, choć nie ze wszystkiem uniewinniło pana Czuryłę, okazało się, że chciał walki, że do niej wyzwał obelgą wprawdzie, ale sam na sam walcząc uczciwie; ranny niebezpiecznie w pojedyńczej walce, nie w zasadzce, położył Sołomereckiego. Ukryty u Gronoviusa i Durana, przyszedłszy do siebie, wywieziony został na Ruś przez ojca, który się na zawsze także z Krakowa oddalił.
Książe Stanisław nic nie wiedząc o tych wypadkach, bawił ciągle na Litwie u Sapiehów; przybycie matki, która uspokojona o niego pospieszyła połączyć się z dziecięciem, wróciło mu swobodę, nazwisko i postawiło go na właściwym stopniu. Pamiętny opieki Sapiehów, z wdzięcznością porzucił ich dwór, udając się na Ruś, zkąd później wyjechał wedle zwyczaju za granicę, dla spędzenia młodości na dworach cudzoziemskich, na gonitwach, turniejach i dobrowolnych wyprawach wojennych.
Los jego przyszły nam nie wiadomy.
W rok po opisanych wypadkach, księżna Anna z podziwieniem powszechnem oblekła suknię zakonną; nikt nie mógł pojąć powodu tego poświęcenia, lecz szeptano po cichu, że ofiarowała rękę swoją obrońcy i przyjacielowi młodości, a ten ją z szlachetną bezinteresownością, jako nagrodę, której godzien nie był, odrzucił.
Co się później stało z nim? nie wiemy także. Pochowawszy ojca, puścił się w świat; służył zapewne ochotnikiem za granicą, gdyż w kraju nie słyszano już o nim.
Pani Marcinowa z panią Janową siedziały długo: jedna w zielonym swoim straganie, druga w budce nie malowanej, na Rynku Krakowskim. Marcinowa wydała córkę za bogatego mieszkańca i kupca, a nareszcie podstarzawszy przeniosła się do córki, pomagając jej tylko w zarządzie domowym. Pani Janowa uzbierawszy pieniędzy, kupiła kamienicę i doczekała słodkiej zemsty urągania swoim prześladowcom, przepychem ciężko wprzód zapracowanym.
Pudłowski, Senjor, całe życie robił skrzydła i nigdy dokończyć ich nie mógł; zawsze były albo za małe dla podniesienia człowieka, albo za wielkie do podźwignienia przez niego.
Hahngold zniknął wkrótce z Krakowa, zostawując po sobie pamięć na długo u żaków, których oszukał w ostatnich wypłatach daniny pobieranej na ich korzyść u żydów.
Urwis nad wszelkie spodziewanie wyszedł na człowieka i zasiadał z wielkim applauzem w Magistracie Krakowskim, gdzie się mianowicie dowcipem i przebiegłością a szybkością sądu odznaczał.
Lagus zgnił w barłogu jakimś.
Pleban Zębociński umarł jak żył świętobliwie, przeżywszy długie jeszcze lata w spokojnem swojem zaciszu. Napróżno ofiarowano mu kanonije i urzędy, on je z pokorą odrzucił, błagając, by go od parafian nie odłączano. Organista znalazł śmierć na dnie kufla, w któren tak ciekawie zaglądać lubił.
Pan Krzysztof Pieniążek zaciągnął się później do wojska i służył długi czas w Inflantach i przeciw Moskwie. Łęczycanin upodobawszy wielce Marzec u Krzaczkowej, uczęszczał nań bardzo długo. Sławny ten Marzec przyprawił go nareszcie o wielkie strapienia w życiu. Niestety! najczęściej giniemy od przyjaciół naszych. Rozpowiemy jak się to stało.
W początkach skutki napoju były na oko pożądane i szczęśliwe. Szlachcic wzdymał się, żył, rumieniał, lice jego czerwieniało, nos także. Po niejakim czasie rumianość przechodzić zaczęła w siność, otyłość w zdęcie; piękne barwy nosa wyrastającemi na nim skaziły się brodawkami. Nogi ociężały mu i pobrzękły, praca stała utrapieniem, bo ani chodzić, ani ubrać się sam, ani na koń siąść nie mógł, ani wreszcie szablą zamachnąć zręcznie, jak to dawniej bywało. Z trwogą poglądał na rosnący brzuch, który mu pod gardło coraz bardziej podchodził, pas wprzódy kilka kroć obstający, teraz ledwie na półtora obwinienia wystarczał, suknie pękały i groziły sprawieniem nowych.
Najgorzej że nie było za co. Koń, kulbaka, zapasne kontusze i żupany posprzedawane zostały z kolei i poprzepijane u Krzaczkowej. Czerwone buty nawet zastawione Kurdybanikowi, w kuflu utopione nareszcie.
Jeszcze nieco grosza pozostało do przepicia, gdy fatalne wypadki u Krzaczkowej zaszły. Niespodziewanie, nieprzewidzianie, niepojęcie, nagle Marzec tak pogorszał, tak się zepsuł, że go pić już szlachcicowi nie wypadało. Poszedł do drugiej szynkowni, i tam to samo, do trzeciej, to samo; obszedł Kraków, Kazimierz, Stradom, wszędzie Marzec zepsuty, kwaśny, niegodny wielkiego imienia swego, niegodny! Cieńkusz, lura, bezeceństwo!
Widząc to szlachcic ręce załamał i oddał się czarnej rozpaczy. Żyć nie mógł na świecie, smutnie począł przepowiadać jego blizki koniec, poglądał obojętnem okiem do koła, płakał, aż nareszcie umarł. Przykro nam wyznać, że pogrzeb jego był mniej niż skromny. Trumna tego zasłużonego człowieka z czterech sosnowych desek zbita, nie malowana, na wozie wieziona; za wozem nikogo. Stary dziad, baba i kilku pobożnych kapników.
Pozostałości Łęczycanina, składające się z dzbanka nadtłuczonego, szklanki rozbitej, dwóch koszul podartych i batożka, pamiątki zachowanej od sprzedaży konia i kulbaki, rozchwytane zostały niegodnie po jego zgonie. Rodzina ani puścizny, ani nawet wieści o śmierci krewnego nie otrzymała.
I koniec. Tak jest, koniec nareszcie. Nie powiemy wam wzorem starożytnych, plaudite cives, bo to by było i zbyt zarozumiale i nadto pogańsko, i wolemy staropolskim krojem, jak gospodarz gościom po obiedzie, z ukłonem pokornym szepnąć:
Wybaczcie!!

KONIEC.

Przypisy

  1. Później Tulczyn.
  2. Wszystkie szczegóły czarnoksięzkie są historyczne, podobne praktyki dopełniały się.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.