Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 4.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie zastanawiając się nad tem co wyniknąć może, wszyscy pięciu zamknięci w lochu umówili się następnej nocy uciekać. Księżyca nie było, śnieg tylko, który popruszył ziemię, nieco światła dawał, niebo chmurne, zamieć grożąca.
Wcześnie dosyć, aby mieć czas w ciągu nocy przebyć Liman, dostać się na drugi brzeg i ukryć gdzie w jamę, lub wybitej dla dostawania kamienia górze, wybrali się z drżeniem i biciem serca biedni jeńcy. Krata została wyłamaną, a ledwie padła tocząc się z hałasem po skale, gdy każdy chcąc być pierwszym na swobodzie, rzucili się w otwór.
Łańcuchy jedni drugim porozbijali kamieniami, nie bez kalectwa i ran. Ale czem tam rana i ból, gdzie chodzi o oswobodzenie się z takiej niewoli?
Zaledwie wybrawszy się na lód i ubiegłszy kilka kroków od twierdzy, której ciemne mury groźnie sterczały nad głowami zbiegów, postrzegli wszyscy, że ciężej będzie przebyć Liman niż się zdało. Śnieg suchy na lód upadłszy, pozwiewany w kupy, gdzie niegdzie leżał tak grubo, że po pas brnąć w nim trzeba było, gdzie niegdzie zmieciony i z pod jego szklistej śliskości jak szyba, wyciągały się zmarzłe wody Dniestrowe.
Tu i ówdzie, jak się to często trafia na Limanie, lód skutkiem mrozów i zmian powietrza popękał i między dwoma krajami jego, na sążni dwa lub trzy czerniały otwory w których woda szumiała. Te rozpadliny albo bardzo daleko i z wielkim nakładem drogi obchodzić było potrzeba, albo przeskakiwać. Zapędziwszy się z samego początku, dwóch utonęło. Reszta — reszta ostrożniej, ale szła naprzód zawsze, to skacząc,