Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 4.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


to obiegając wodę, to brnąc zaspami śniegu, to ślizgając się na lodach obnażonych. Ale trzej zbiegli wkrótce poczęli ustawać i sporzyć o kierunek drogi, jedni chcieli iść w lewo, ku Chadżi-Dere, drudzy w prawu nad morze. W tem zerwała się zawierucha śniegowa i do reszty obłąkała uciekających. Dwaj upadli znużeni na pół Limanu i Nadbożanin sam tylko pozostał. Nie było czasu litować się, namawiać, trzeba było śpieszyć; rzucając ich więc i krzyknąwszy tylko, aby w razie schwytania nazajutrz powiedzieli że utonął, puścił się lodami kierując tak, aby wiatr mieć w prawo zawsze i rachując, że powinien minąć wioskę turecką, a wyjść między morzem a nią na stały ląd. Już miało świtać, gdy po niesłychanych trudach i znużony tak, że ledwie się wlókł szlachcic nasz, stanął na ziemi. Ale nie czas spoczywać, trzeba było wprzód miejce znaleźć bezpieczne.
Bliskość wioski dawała mu nadzieję odkrycia gdzie łomów kamienia, dla przesiedzenia dnia, jakoż pod wzgórzem na północ, to jest tyłem do morza a otworem do lądu obróconem, wyszukał pieczary, zasypanej na pół śniegiem. Świeże tylko zwierzęce po niej ślady i kilka kropel krwi zdradzały przejście wilka. Ale zwierza nie lękał się tyle Nadbożanin co Tatara.
Właśnie schwyciwszy na stepie koło stożysk w koszarach owcę, wilczyca wciągnęła ją była w jamę swoją, gdy podniosłszy kamień u wejścia szlachcic wpadł tuż za nią. Dwoje tylko oczów błyszczących w ciemności zobaczył, a kierując się niemi, tak silnie ciął kamieniem w głowę zwierze, że ledwie czas mając schwycić go za nogę i zapuścić zęby w ciało, upadło w pół martwe. Lękając się, aby jego krzyku nie posłyszano,