Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 4.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zbieg nie pisnął nawet, starał się w milczeniu ścisnąwszy zęby, rozerwać wilczą paszczękę, która się zcięła w skonaniu na jego nodze. Walcząc z bólem i dobywając sił ostatka, dokazał tego nareszcie, padł i spoczął. Krew lała mu się z nogi strumieniem, ale w jego położeniu mało go to obchodziło! Tyle już cierpiał i bez tego! Wytchnąwszy z zaziajania, obwinąwszy nogę, zaszywszy się w najgłębszy kąt pieczary pełnej kości, pierza i podartej skóry zwierząt, Nadbożanin ujrzał obok siebie wilczycy ścierwo i zduszoną owcę. Była to droga zdobycz. Począł obie skóry zdzierać, aby się niemi odziać, a urwawszy zębami mięsa zaduszonej owieczki, zjadł chciwie, napił się śniegu, a chwilę jeszcze powalczywszy ze snem, zmrużył powieki.
I w tej chwili, w której każdy inny człowiek byłby marzył o pogoni, o niewoli, biedny zbieg śnić począł snem swoim zwyczajnym, płynął po Bohu z piosenką. Anna stała na wałach zamkowych i witała go uśmiechem i mówiła mu:
— To było marzenie, chodź ze mną.
A potem szli przez bogate komnaty, ręka w ręku, oko w okn, i wybiegali na ogród, z którego ukazywał on jej słobodę swoją w gaju, ona mu rzekę zakręcającą się w dolinie, gdzie go pierwszy raz ujrzała.
Dwoje świecących oczów zapałały nad głową śpiącego, on się przebudził. To był wilk, który poczuł krew w jamie i zastawszy człowieka najeżył się, nasrożył, dumając jeszcze czy nań się rzucić, czy uciekać. Grzbiet bestji cały uastawił się włosem, wygiął, oczy na wierzch wyszły, język wywieszony, zęby białe z pod sinej wargi świeciły. Nadbożanin ledwie miał czas