Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 4.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Aga turecki, dowodzący w Białogrodzie, do własnych posług używał, ale takich było kilku tylko szczęśliwszych i choć ich okładano razami, za najlżejszą często wymyśloną winę, nie skarzyli się, bo przynajmniej oddychali powietrzem wolnem i choć w łańcuchach, poruszali się, twarze ludzkie, niebo nad głowami, świat Boży widzieli. Użyci wewnątrz zamku nosili wodę ze źródła nad Limanem w stronie południowej położonego, łamali kamień niedaleko miasta na nowe budowy, palili w łaźni u wejścia zamku znajdującej się itp.
Nadbożanin wyszedłszy z ran swych i niemocy jako jeden z najmłodszych i najsilniejszych, wybrany został w miejscu zmarłego woziwody i okuty w kajdany, jeszcze od krwi jego pordzewiałe. Los ten tak ciężki wydał mu się szczęściem! Zobaczył znowu świat, mógł chodzić, mógł być sam jeden choć chwilę. Na noc tylko zapierano ich kilkunastu razem w loch ciągnący się pod wałem zamkowym i wychodzący kraciastem oknem na Liman z dwóch stron, na którego przeciwnym brzegu, o półtorej mili odległym, bielała mizerna wioszczyna Chadżi-Dere.
Ruch podwórców zamkowych, widok wojsk, dworu, lepsza trochę strawa i nadzieja ucieczki odżywiły jeńca. Całe nocy bezcenne on i towarzysze jego naradzali się tylko, jak uciekać i dokąd? Dokoła ziemia tatarska klinem do morza przytykająca, z jednej strony Liman i Dniestr, a za niemi step zowiący się jeszcze polskim za Zygmunta I., ale za syna jego już powolnie przez Tatar na koczowiska zajęty i owładany. W tę stronę ucieczka była najłatwiejsza, a jednak z tysiącem trudności i niebezpieczeństw połączona. Bo przypuściwszy że półtorej mili Limann przebyli więźniowie, z dru-