Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 4.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


— I Bóg was uchował?
— Cudem! cudem! A co oczy moje widziały, tego żaden język nie wypowie.
Podróżni zatrzymali się.
— Toście tylko zapewne widzieli co i my po ulicach.
— A! to tylko ostatki! wzdychając rzekł wrotny. Z wierzchołka wrót, drżący, co chwila obawiając się napaści, ukrywając się od oczu, poglądałem kilka miesięcy, a mnie się zdaje że wieków kilka, na te nieopisane okropności.
— Czemżeście żyli?
— Trochą sucharów, odrobiną wody, którą po kilku tygodni zmienić nie było można. Bo jak wyjść? Rozszarpano by! A potem zaraza! Zdawało się że to nie ludzie ale dzikie zwierzęta, bez pamięci na Boga, na siebie, na śmierć! Nie było rodziny, nie było przyjaźni, był głód tylko. Jeden anioł w czarnej sukni na tysiące szatanów.
— Co za anioł? spytał chłopiec.
— Ksiądz! nowego zakonu, on chodził z wodą, z chlebem i Bożem ciałem od gromady do gromady. A często chwytano go, szarpano, wywracano, bito; często o bochenek suchy walczyły całe seciny ludzi, rozbijając się, goniąc z wrzaskiem po ulicach. Z wierzchu mojej bramy poglądałem na to drżąc, zdawało mi się, że niepodobna abym widok taki mógł przeżyć. A teraz gdy się wszystko dzięki Bogu skończyło, jeszcze gdy zasnę, słyszę te wrzaski pospólstwa, widzę te łuny pożarów. Ciężkie to brzemię na starą głowę takie wspomnienie, dodał wzdychając, można rozum utracić.
Podróżni posunęli się dalej, ale ich wrotny pytać począł:
— A król Jegomość?