Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 4.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


tłumu żydowstwa, pouciekali z miasta.
— Zastaną pustkę i domy zrabowane.
— Któż to myślał o rabunku? komu się mógł on przydać?
— O! zawsze się znajdą chciwi, nawet godziną przed skonaniem; a wielu też nie o zbogacenie, ale o ogrzanie tylko chodziło. Biedni palili księgami! rzekł wskazując na niedogaski stosu.
W milczeniu posuwali się dalej.
— Ale nie masz-że już niebezpieczeństwa? spytał chłopak.
— Nie, nie ma, lud wymarł, a lud to go z głodem i sobą przyniósł. Niestało go, powróci da Bóg życie. Macie w tem dowód, kiedy pan wojewoda Narewski (podlaski) do Wilna się udał. Nie jechałby bez potrzeby w ogień.
— Zapewne, dodał drugi, kiedy o nim posłyszą i drudzy powrócą.
— Już i burmistrzowie po bramach i zmarłych przecie zwożą karami na przedmieścia i gdzie niegdzie taki człek żywy się pokaże, a powiadają, że prócz tłumu tego co wymarło, wprzódy nikogo nie było.
— Księża nawet wyjechali, dodał drugi.
W tem się zastanowili u wrót zamkowych, z których blady, drżący, nie młody już mężczyzna bojaźliwie przeciw nim wystąpił.
— A zkąd to Pan Bóg prowadzi?
— Z Krakowa!
— Ho! a zdrowi tam?
— Wszędzie dzięki Bogu, prócz w Wilnie.
— Straszna klęska, odpowiedział wrotny, ledwie tę klęskę przebyłem. Co za życie, co za życie!