Zygmuntowskie czasy/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ZYGMUNTOWSKIE CZASY
POWIEŚĆ
z roku 1572
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.

Wydanie nowe, przejrzane i poprawione przez Autora.

Tom I.

LWÓW.
W księgarni Gubrynowicza i Schmidta
przy placu św. Ducha I. 10.
1873.

WARSZAWA.
W księgarni Michała Glücksberga.

Nakładem Rogosza, Pillera i Gubrynowicza & Schmidta.
Drukiem Kornela Pillera.






Zygmuntowskie czasy, napisane zostały w r. 1845, a zatem dwadzieścia i osiem lat temu — więcej niż ćwierć wieku. — Było to studium historyczne z XVI. wieku, wplecione w powieść, które więcej kosztowało poszukiwań i zbieraniny materjałów — niż może jest warte. Ci co powiadają, że napisanie choćby historycznej powieści jest rzeczą lekką i łatwą, gdyby sobie zadali pracy prześledzenia pochodzenia tych okruszyn, z jakich się składają Zygmuntowskie czasy — może by nieco sąd swój raczyli odmienić.
Oprócz ksiąg, autor użył do sta obrazów Podola, Jedyssanu i Budżaku stepów, okolic naddniestrzańskich i t. p. — wrażeń i studjów umyślnie w tym celu odbytej podróży. — Fantazja podjęła się wysnuć te sznury któremi się tu wiążą epizody w jedną całość. — Nie do nas należy sądzić, czyśmy z zadania wywiązali się szczęśliwie. Skłonniejsi bylibyśmy do zaprzeczenia temu, niż do upierania się przy zdaniu przeciwnem. To pewna, że gdziekolwiek historja wchodzi do powieści, z poszanowaniem prawdy i najdrobniejszych jej szczegółów jest przedstawioną. Mnóstwo dziś zapomnianych podań i zwyczajów z książek i ustnych tradycyj miejscowych zaczerpniętych, wplotło się w ten różnobarwny wątek... Życie w XVI. w. daleko barwniejsze, butniejsze, wyrazistsze było niż dzisiaj — autor ani się sadził na jaskrawość, ani miał prawo ją tłumić, gdzie była w pierwowzorze. — Może to właśnie iż osnute były na tle czysto polskiem i średniowiecznem, sprawiło, iż Zygmuntowskie czasy nie były, o ile wiemy tłumaczonemi, poważniejsza ich nieco treść, uszczupliła im czytelników tak, że oprócz wydania 1846, innego nie miały. Dzisiejsze więc wydanie jest drugiem i rzecz prawie nową, choć w formie czuć zapewne jej ćwierć wiekowe przeleżenie... Dawne to dzieje i dla nas dziś — książka jest już własnych czasów dawnych, młodych, szczęśliwszych wspomnieniem.
Puszczamy ją w świat, bez żadnych zmian i przerobień, znajdując niewłaściwem takie przetwarzanie dokonanej źle czy dobrze i wydanej już raz książki; choćbyśmy może dziś inaczej zużytkowali materjał obfity jaki ona zawiera... Lecz byłaby to już jakaś praca zbiorowa dwóch wcale innych ludzi... między którymi owe dwadzieścia osiem lat wielką stanowią różnicę. Ani wiemy, który z nich wart więcej... i któremu by przyznać należało prawo, poprawiania drugiego... Zatem, jaką się zrodziła w roku 1845, taką niech idzie książka do nowego już pokolenia...

Drezno
dnia 1. Maja 1873.
J. I. Kraszewski.
I.
GOMÓŁKA I GROSZ JAŁMUŻNY.

Chłodnym rankiem jesiennym, Kraków spoczywał jeszcze we mgłach, które nad nim zawisły jak szara wielka opona, gdy młody podróżny zbliżał się ku niemu gościńcem od Rusi wiodącym. Już ukazały się wieże białe i czarne dachy nastrzępione kominami, chorągiewki i gotyckie facjatki kamienic, już dolatywał uszu dźwięk rozkołysanych dzwonów, rozmaitemi głosy wołających na modlitwę, już zaczynało blade i zimne słońce wrześniowe wybijać się z za chmur i tumanów, gdy ciężkie westchnienie wyrwało się z piersi jego, rzucił kij i sakwę podróżną, a sam usiadł, a raczej ze znużenia czy trwogi, padł na ziemię. Oczy jego zwróciły się na miasto, stanęły nieruchome, zaszły łzami, potem spuściły ku ziemi i smutnie pokryły powieką.
I kto wie co w tej chwili działo się w duszy, drgało w sercu? to pewna, że nie jedna myśl ciężka przeleciała przez głowę, nie jedno uczucie zatrzęsło piersią. — I jemuż to płakać? jemuż myśleć tak głęboko. To dziecina jeszcze, której rówiennicy biegają po łąkach za motylem, za bąkami i śmieją się wesoło tarzając na zielonej murawie. — Dziecina, ale ją nieszczęście, czy cud i łaska Boża, uczyniły młodzieńcem przed laty. Widać z tych łzawych mgłą zaszłych oczów, że już myśli, z czoła sfałdowanego, że cierpiał, z bladego lica, że mu i odrobina życia już zaszła goryczą.
A tak młody jeszcze, tak młody? Nie wiem czy dożył czternastu lat, czy zaczął piętnaście. Cienki, chudy, słabowity, blady na twarzy, drobnych rąk, maleńkich nóg chłopczyk, z siwemi dużemi oczyma, jasnym na ramionach włosem i uśmiechającemi się smutnie usteczkami. W rysach jego jest coś przypominającego kobietę, coś nie męskiego, bojaźliwego, cierpiącego.
Na nim granatowy czekmanik wyszarzany, koszulka z grubego szarego płótna, pod szyją wstążeczką czerwoną związana; na głowie czapeczka maleńka sukienna. Para butów wisi na kiju, który niesie na plecach, razem z lekkim podróżnym węzełkiem.
Jak gdyby się zląkł miasta, upadł na pagórku, zakrył twarz rękoma i płacze gorzko, a niekiedy podnosi oczy, popatrzy i znowu je chowa w dłonie.
A na gościńcu gwar, ruch, bo gdy się miasto ze dniem obudzi, z okolicy spieszą nakarmić olbrzyma — stolicę, i każdy niesie datek na zaspokojenie głodu jego. Tam fury siana, owsa, zboża, dalej wozy z powiązanemi bydlęty, stada owiec na rzeź pędzone, wieśniacy pojedyńczo, ten z nabiałem, ten z kurką, tamten z wiankiem grzybów, z trochą jarzyny, z garnuszkiem masła, z zawiędłym sérkiem! — Na gościńcu gwarno, pył się podnosi kłębami, śpiewy, powitania, rozmowy rozlegają się wesołe, a Kraków coraz głośniej dzwoni, we dwadzieścia, we czterdzieści, w sto dzwonów kościelnych.
I wsłuchawszy się zdaleka w te pomięszane głosy spiżowych ptaków, co tak wesoło teraz, tak dźwięcznie śpiewają, zdaje ci się, że słyszysz rozmowę jakąś pełną tajemnic, dziwaczną, w pół pobożną, w pół szyderską; zdaje ci się, że chwytasz słowa tego języka niepojętego, który tak daleko rozlega się po świecie, a co chwila inaczej, a coraz rozmaiciej. Niekiedy smutnie jęczy, to płacze, to znów wesoło śpiewa, to coś poważnie mówi, to powolnie rozpowiada, to cię drażni urywanemi pół słówkami.
Aż ode dźwięku dzwonów, rozbiły się mgły wiszące nad miastem, porwał je wiater i poniósł kędyś daleko! słońce zajaśniało blade, czyste i pozłociło kopuły, krzyże, dachy, chorągiewki i zielone drzew wierzchy i czerwone wieżyczki bram i murów. Chłopiec podniósł oczy, ujrzał ten nowy widok przed sobą i zgarnąwszy z głowy czapeczkę, ukląkł, przeżegnał się, począł modlić; łzy mu się toczyły po twarzy jak krople rosy, aż smutno było spojrzeć.
I choć ukląkł na pagórku o podal trochę od drogi, przecież nie jeden jadący do miasta, zapatrzył się na niego, widząc go zwróconym twarzą ku Krakowowi, spojrzał nań, czy tam jakiego cudownego zjawiska nie zobaczy, potem na chłopca znowu, potem ruszył ramionami i szedł dalej. Nie jedna kobieta dłużej się zatrzymała, westchnęła, a odchodząc, kilka razy zwróciła głowę, zobaczyć czy się jeszcze modli. On się modlił i płakał ciągle.
Dwie przekupki wyjechały za miasto, żeby taniej dostać czego im było potrzeba do straganów. Wprawdzie ówczesne urządzenia zakazywały wyskakiwać tak na drogi i żywność wykupywać, ale kiedyż to słuchają co do słowa urządzeń? Zawsze się od nich wykręcają ludzie, tłumacząc to tem, to owem, a jest to coś także nawet miłego w przestąpieniu zakazu, w strachu co w szyję pędzi i w zwyciężeniu trudności i niebezpieczeństwa. Tego zapewne nie szukają przekupki za miastem, ale są których i to goni.
Nasze dwie przekupki, pani Marcinowa i pani Janowa, szły drogą, targując jaja i masło u przechodzących, już nawet jedna i druga, miały ich sporo w fartuchach, gdy ujrzały chłopczyka co jeszcze klęczał i modlił się ze złożonemi rękoma.
— Patrzajcie-no jejmość...
— Abo niosą jaja?
— Ej! co mi tam wasze jaja, a toć to tam na pagórku ktoś klęczy i modli się...
— Ho! a gdzie?
— Ot, na prawo.
— A! do kata! prawda! A ot i stara baba niesie garnek, pewnie z masłem.
— Patrzajcie-no bo, na te prześliczne chłopie. Jezu, co to za ładne niebożątko! Jak mi Pan Bóg miły, aniołeczek, jeno mu skrzydeł braknie!
— A ot jaja, pani Marcinowa.
— Wzięło by ich licho! Patrzajcie-no, czego on się tak zamodlił, a łzy mu na oczętach błyszczą?
— Kto go tam wie!... chodźmy lepiej do masła.
— Patrzajcie-no...
— Chodźcie bo potargować...
— Ale bo wy kumo niezważacie!
— Modli się, to się modli — niech mu tam Bóg da wszystko dobre, a my do jaj i do masła, bo dalipan nadejdzie kto... albo...
— Dalipan kumo, aniołeczek...
— Nie chcecie?
— Targujcie sami!
— To dopomóżcież mi.
— Ot, zaraz; a no podejdę i popatrzę, wszakci tu on płacze, trzeba się popytać, zobaczyć, może go jaka krzywda spotkała...
— Pilnowalibyście swego, a patrzali z czego chleb jecie.
Obie kumy ruszyły ramionami, i pani Marcinowa zbliżyła się do chłopaka, a pani Janowa do garnków z masłem i króbek z jajami.
— Dzień wam dobry chłopczyku! dzień dobry — zawołała, potrząsając głową i podnosząc ją w górę.
Chłopiec ani pomyślał żeby się to powitanie do niego stosować miało i nie obejrzał się nawet.
— Patrzajcie, tak się zamodlił że nie słyszy! I powtórzyła swoje.
— Dzień dobry kochaneczku!
W tej chwili skończyła się modlitwa, chłopiec upadł na murawę, pożółkłą, i jakby się wahał, jakby lękał iść dalej, oparty na ręku, siedział nieruchomie. Dosłyszał przecie pozdrowienia i powoli, przez ciekawość, odwrócił głowę i oczy zapłakane. Spotkał się z ciekawem wejrzeniem, poczciwej pani Marcinowej, która swoją czerwoną, połyskującą zdrowiem twarz, trzymała zwróconą w górę. Ale jeszcze nie uwierzył, żeby głos słyszany do niego się miał stosować.
Trzeci więc raz musiała pozdrowić go ciekawa przekupka...
— Dzień dobry ci chłopczyku.
— Dzień dobry, matko — odpowiedział po cichu podróżny i zawstydzony, znowu twarz zakrył dłonią.
— Coście się tak modlili, a podobno i popłakiwali? hę?
— Alboż człowiek wie, zkąd mu płacz i modlitwa przychodzi?... Oboje Bóg daje — rzekł chłopiec.
Marcinowa głową ruszała...
— Jaki rozumny, gada gdyby ksiądz.
— Wy zdaleka? — spytała głośno.
— O! zdaleka matuniu!
— I pewnie do naszego Krakowa.
— A dokądżeby matko?
— Musicież mieć kogoś z sobą?
— Pana Boga.
Marcinowa ciągle kiwała głową.
— Oj! i tak sam jeden szliście aż tu! miły Panie Jezu! sam jeden.
— Różnie bywało, matuniu, po większej części sam jeden.
— Musicież mieć do kogoś zalecenie, albo pismo, albo może krewnych?
— Nic, nic... nikogo... Bożą opiekę i miłosierdzie ludzkie.
— Oj! oj! jakież to biedniątko! — wołała Marcinowa klaskając w dłonie. — Panie Jezu, zdaleka! samo jedno, na łasce ludzkiej, na opiece Bożej. I nie bałeś się tak iść?
— A czegóżbym się miał bać?
— Złodziei, przypadków... Bóg wie — dodała żegnając się — złego ducha.
— Cóż by ze mnie wzięli złodzieje? od złego ducha jest krzyż, na zły przypadek anioł stróż.
— Aż miło słuchać, taki dzieciak rozumny... A cóż myślicie robić w Krakowie?
— Nie wiem... i dla tego widzieliście mnie płaczącego, bo gdy mi już blisko tego Krakowa, o którym marzyłem, na którym nadzieja cała, to mnie strach taki bierze, taki strach matko...
I znowu zapłakał.
— Nie bójcież się moje dziecię! kto z Bogiem, Bóg z nim! Aniołowie pańscy z tobą, mój kochany... nie opuści cię matka Boża, opiekunka sierót i biednych; wielki Kraków, jest w nim litości dość i chleba dostatek!
— Bodajby mi słowa wasze dobrą były wróżbą matko... niech wam Bóg za nie nagrodzi.
— Niema za co! dalipan niema za co! Ot możeście nie jedli? — spytała żywo...
— Mam jeszcze chleba kawałek...
— Naści do niego moje dziecko gomółkę.
— Nie mam grosza...
— A kto cię o niego prosi! To mi później oddasz kiedy ci się w mieście powiedzie! Znajdziecie Marcinowę w straganie na rynku, pierwsza budka od brzegu, zielono malowana na kółkach, na daszku kogut czerwony! Poznacie! A jakby wam chleba zabrakło, to przyjdźcie jutro do mnie, przyjdźcie kochaneczku, zawsze łyżkę strawy znajdziecie.
Chłopak pocałował rękę, która mu drżąc wyciągnęła białą gomółkę i łzy, ale łzy radości zabłysły mu w oczach.
— Niech wam to Bóg zapłaci, dobra litościwa niewiasto! — zawołał — nie urodziłem się na żebraka, na to bym rękę do ludzi wyciągał... Bóg tak chciał, niech będzie wola Jego. O! nigdy nie zapomnę waszej jałmużny! i będę się za was modlił do Boga! Teraz, po waszych słowach, śmielszy i weselej wejdę do Krakowa.
Ale pani Marcinowa, na którą kuma od dawna krzyczała, odeszła już była dawszy gomółkę i zapalała się ogromnie, targując garnuszek masła. — Chłopak tymczasem wdziewał buty, zapinał suknią, roztrząsł włosy poplątane na ramiona i zajadając gomółkę, wziął kij i ruszył ku miastu.
Ale serce tak mu biło, że głód czuć się nie dawał, schował ser i wlepiwszy oczy w stolicę, której przedmieście pełne było gwaru i ruchu niedzielnego targu, szedł dalej, powolnie, oglądając się, ustępując i pilnując ścieżki pod kamienicami.
Mój Boże, jak tu wszystko wydało mu się dziwnem, wielkiem, strasznem prawie i cudownem. Wlepiał wejrzenie w gmachy, w ludzi, zastanawiał spoglądać na gwary, co mu się bitwami wydawały. Niedzielne dzwony głuszyły go, szum miejski niespokoił. Trafił na otwarte drzwi kościelne i zdejmując czapeczkę, wszedł.
Ranna msza właśnie się odprawiać miała u Panny Marji i przed główny ołtarz, wyszedł ksiądz w białym ornacie, za nim dwóch chłopców, we świeżych komeszkach, nie wiele było ludzi w kościele. Kilku dziadów pod kruchtą, kilku mieszczan w odświętnem odzieniu w ławkach, które kluczami sobie otwierali i wchodzili na własne miejsca, kilka kobiet klęczących u kratek dzielących presbyterjum od nawy kościoła. Chłopiec przykląkł w progu, uderzył czołem, złożył ręce, a w tej chwili, rozsunęły się firanki przed obrazem Matki Bożej i jakby światło z Jej wizerunku na ubogiego sierotę padło, organ zahuczał, dzwonki zabrzmiały, nabożeństwo się zaczęło.
On się modlił, modlił, a nieraz łzy gorące na kamienną posadzkę spadały, nieraz zwrócił oczy na twarz Bogarodzicy, złotą uwieńczonej koroną.
Już ksiądz błogosławił krzyżem pobożnych i odszedł od ołtarza, a chłopiec nie wstał jeszcze.
Za nim słychać było szmer, dwoje jego wieku chłopiąt, spoglądając na niego rozmawiali cicho.
— Patrzaj no Pawełku, jakiś obcy!
— I biedota, jak my Janku.
— Oj! a modlił że by się tak, gdyby nie był biedny?...
— Pewnie nie. Zaczepim go, jak będzie wychodził z kościoła, popytamy.
Gdy pacholęta szepczą, jakiś stary w szarej kapocie, siwego wąsa i wystrzyżonej czupryny, ponurej, pomarszczonej twarzy człowiek, który w czasie mszy uważał pilnie na modlitwę gorącą podróżnego chłopięcia i w twarz się jego wpatrywał, zatrzymał się przy nim także, podparł na kiju sękatym i pogładziwszy czoło, kiwnął na niego.
Chłopię, co się tego niespodziało, nie wzięło z początku wezwania do siebie i nierychło go usłuchało, aż go siwy za rękę pociągnąwszy, za sobą na cmentarz wywiódł.
Postawił go przeciw sobie, patrzał mu długo w oczy, marszczył się okrutnie, wąsy gryzł, a nareszcie burknął jakby łajał:
— Co to ty za jeden?...
— Sierota panie!
— Sierota! hm! sierota!! powtórzył kilka razy siwy jegomość kręcąc głową i pod nosem dodał cicho: — Za syrotoju... Boh z kalitoju. — A zkąd?
— Zdaleka panie..
— Z Polski?...
— Z Rusi litewskiej.
— O! z Rusi... Hora z horoju ne zojdetsia patrzajcie Rusin! A z kimżeś przyjechał?
— Przyszedłem sam.
— Sam! — zawsze burkając groźno mówił siwy — hm! po cóż? do kogo?
— Szukam przyporzyska, życia... chleba.
— A tamże to nie masz nikogo? hę?
— Nikogo! — I chłopiec ciężko westchnął, a łzy ciche potoczyły się mu znowu na rękaw sukmanki.
Siwy jegomość podkasał, coś gderając nosem, połę szaraczkowej kapoty, dobył z pod niej sakiewki i wyszukawszy grosza białego, dał go chłopcu.
— Naści, na, dobrześ się modlił, święcieś się modlił, Bóg ci to daje przezemnie, nie ja! nie ja... A nie popsuj się w mieście, a nie oducz się modlitwy!
Chłopak ledwie miał czas począć dziękować, gdy siwy gderając jeszcze coś, szybko odszedł kijem wywijając nad głową, powtórzywszy: — Nad syrotoju — Boh z kalitoju.
Ledwie odszedł, aliści przystąpili do niego dwaj chłopcy, co za młodym podróżnym wyszli z kościoła, spojrzeli mu w oczy i starszy z ostrzyżoną krótką głową, męzkiej postawy, czarnych oczów, rumiany, zatrzymując chłopaka, pozdrowił.
— Dzień dobry.
— Dzień dobry.
— Słyszeliśmy coście mówili z Rusinem, chcemy i my wam pomódz!
— A! mój Boże — zawołał rozrzewniony sierota — zkądże tyle łaski twej na mnie?
— Albożeście się to nie spodziewali od ludzi pomocy?
— O! nie wiele!
— To źle, bracie, to źle... Lud u nas dobry, a Bóg lepszy jeszcze, czasem i złego na poczciwy uczynek nakłoni. Widzicie nas dwóch ubogich przed sobą, a jest nas takich w Krakowie. — I obrócił się do towarzysza.
— Wiele?
— Jak maku! a kto nas policzy?
— Widzicie! I każdy z nas chodzi żebrząc powszedniego chleba, a żadnemu go nie zabrakło jeszcze.
— To cud! — zawołał podróżny.
— To prosto tylko poczciwe serce poczciwego ludu, co się z nami dzieli ostatnim kęsem. Nie chodzim do bogatych, nie stoim u drzwi pałaców, żebrzem u ubogich jak my, u pracujących, u tych co znają niedostatek i rozumieją głód. — U wrót kamienic, chatek, klasztorów, co dzień dają nam jałmużnę, a śpiew żaka nie raz z kaletki i biały grosz wyprowadzi. — Chodź z nami, tyś nasz.
— Pocałujmy się — rzekł drugi.
— Dobrze, uściskajmy się i pocałujmy naprzód.
I uściskali się wesoło, aż raźniej zrobiło się podróżnemu na sercu.
Wzięli go pod ręce.
— A teraz ty nasz, towarzysz... chodź do naszej gospody, poprowadzim cię do swoich, nauczym co masz robić....





II.
ŻACY.

W XVI wieku, gdy się nasza powieść zaczyna, Kraków był jeszcze prawdziwą Polski stolicą, dożywał on dni swoich i przeczuwając jakby, że wkrótce utraci ważność, którą młode na Mazowszu odziedziczy po nim miasto; wesoło, raźnie kończył swoją epokę wielkości i blasku... Wszystko tu wówczas było życiem, liczny dwór, bogate mieszczaństwo, znakomite duchowieństwo, pierwsza w kraju szkoła, utrzymywały w nim to życie... Bogate dwory panów polskich, litewskich, ruskich, mieniały się tu otaczając większy i wspanialszy od innych, dwór królewski.... O każdej dnia, o każdej nocy godzinie wrzały i szumiały ulice; zalewał je lud, zalewały ozdobne poczty panów, wspaniałe pochody uroczystości religijnych, lub smutne pogrzebowe kondukta, po rynkach ożywiał miasto handel, po placach rozstawione stragany, budki, szałasy, ławki, stołki, przyciągały i dworaków i mieszczaństwo i służbę wielkich panów. — Gdzieś się obrócił, wszędzie natłok, ścisk, wrzawa wesoła, śmiechy i śpiewy. Na końcach nawet stolicy, z których zwykle życie ucieka aby się skupić w ognisku; żydowstwo w nieustannym ruchu i zajęciu, utrzymywało się dniem i nocą.
Cały rok był jakby jednym wesołym dniem świątecznym, przeciętym tylko kilką odpoczynkami. Ale te chwile spoczynku, teraz już stawały się coraz częstsze — niestety — i nie jeden mieszczanin krakowski wsparłszy się na kiju, poglądał smutnie na zamek królewski, mówiąc w duchu:
— I znowu niema króla Jegomości! I znowu Kraków pusty! Napróżno ksiądz Orzechowski admonicje mu daje słuszne, iż taki woli bawić w swojem Wilnie, przy swoich stadach tykocińskich, niż w starej stolicy Piastów! Litwina ciągnie serce do domu.
A jednak Zygmunt August mieszkał dość często w Krakowie i skargi te przedwczesne na opuszczenie stolicy, dopiero za jego następców ostatecznie usprawiedliwić się miały. Nabranem z dawna życiem i siłami, młodzieńczo żył jeszcze Kraków, nieprzewidując blizkiego upadku.
Ludność jego podówczas niezmiernie rozmaita była, a właściwa miejscowa tonęła w daleko większej liczbie przybyszów. Do tych policzyć naprzód musimy ogromny tłum różnorodnych uczniów szkoły głównej i szkół pomniejszych, zwanych pospolicie jednem zbiorowem nazwiskiem — Żaków. Tłum ten wyróżniający się silnie obyczajami, zajęciem i energią młodości od reszty, składał się z młodzieży majętnej i ubogiej wszystkich prowincji dawnej Polski. Między nim jednak, (choć w mniejszej liczbie) znajdowali się Węgrowie także, Czechy, Niemcy i sąsiednich krajów dzieci.
Pomimo że już w początkach XVI wieku, wszędzie w Europie, zaprzątniono się urządzeniem szkół i ustanowieniem pewnych dla młodzieży praw, w Krakowie jeszcze jak i gdzie indziej, stare zwyczaje silniejsze były od nowych ustanowień.
Młody ten lud, nie łatwo poddający się zmianie, trzymał się tradycji swawoli, jak tarczy. Zwierzchność też szkolna nie nastawała w początku zbyt pilnie na spełnienie urządzeń, które się ostre wydawać musiały. Żacy więc, pomimo licznych rektora uniwersytetu, biskupa kanclerza i samego króla postanowień, byli jeszcze czem dawniej — wielkim tłumem, napełniającym postrachem mieszczan, a zwłaszcza heretyków i żydów.
Odpłacali im za to nie jednym uciskiem dworzanie wielkich panów i swawolna gawiedź magnatów, ale żak sowicie tę chwilę upokorzenia i ucisku oddawał różnowiercom, odemścił na nieznośnych mu Izraelitach.
Żyd był naturalnym wrogiem żaka — oba się niecierpieli, oba na widok swój zadrżeć musieli mimowolnie, a był czas gdy przerażone żydowstwo nieraz kupami przed jednym żakiem pierzchało.
Tłum żaków dzielił się na bardzo wiele klas i części, gdyż wszyscy, nawet ci, co się uczyli przy szkołach kościelnych parafialnych, liczyli się do ciała akademickiego i jego swobód używali. Ci zaś, którzy po bursach mieszkali i w kollegiach akademickich uczyli się, nie tylko tego połączenia z żaki szkolnemi nie unikali, ale widząc w nim powiększenie siły, sami je wyzywali.
W licznych założonych przez dobroczyńców bursach, skupiała się akademicka młodzież, bursy te zostające pod naczelnictwem starszego senjora, jednego z kollegów uniwersytetu, to jest profesorów, mieściły w sobie bogatszą lub uboższą młodzież, wedle początkowego ich ustanowienia. W wielu z nich uczniowie mieli tylko dozór i pomoc do nauki, chleba codziennego żebrząc w pewnych godzinach po mieście. A jak wszędzie więcej jest ubogich niż majętnych i tu w liczbie żaków górowali żacy — żebracy, paupry, którym jak ptakom, Pan Bóg przez ręce litościwych ludzi zsyłał strawę codzienną.
I nie myślcie, że przez to żak nabierał pokornej miny, postawy żebraczej, że się stawał bojaźliwym i płaszczącym. Przeciwnie, młodzież żebrząca owego czasu, szaleńsza była od bogatej i srożej nadzieranej rodziny możnych panów. — Pomimo że przepisy wymagały po uczniach na ulicę wychodzących stroju duchownego, jednostajnego, mało na niego jednak zdobyć się mogło i nie wielu nosiło — pomimo, że surowo zakazywano przypasywać oręż, wszyscy go jednak mniej więcej oczewiście mieli, zwłaszcza starsi, a niezbrojni w szable, nosili potężne kije, nie mniej od białej broni żydom straszne. — Większa część akademickiej młodzieży pod wąsem była, bo aż do trzydziestu i za trzydzieści lat czasem przeciągała się nauka późno zaczęta. Senjorowie w bursach, rektorowie po szkołach, nie mogli utrzymać uczniów w nakazywanej ryzie, musieli patrzeć na ich postępki przez szpary. Młodzież uzuchwalona i co chwila przywodząc w obronie stare zwyczaje, dokazywała też po młodemu. O! bo wiekowi temu wiele potrzeba na zużycie sił, jakie mu Bóg dał, a na dobre czy na złe użyć ich musi koniecznie. I biada temu, kto w sobie nie poczuł młodości.
Tradycje wieków średnich wskazywały żakowi, nieprzyjaciela, wroga w żydzie. Oskarżano żydów naprzód o wielką zbrodnią ich pra-ojców, potem o męczarnię dziatek na Paschę i używanie krwi chrześcjańskiej, o zatruwanie wody i t. p. Znęcano się też nad niemi bez litości, a żak gdziekolwiek spotkał żyda, nie mógł czy słowem czy ręką, nie zaczepić go przynajmniej. — Było też dawne prawo, które dozwalało żakom wybierać opłatę od żydów, wwożących do miasta cokolwiek bądź, wjeżdżających i wyjeżdżających, przechodzących nawet bramy. — Opłata zwała się z hebrajskiego przekręconem nazwiskiem: Kozubalec. Pomimo że Kampsorowie co ją pobierali, mieli na to pewne zwyczajowe przepisy, działy się liczne bezprawia, gdyż żacy sami oprócz tego, a często gwałtownie nieprawy jeszcze Kozubalec w różnych miejscach wydzierali przypadkowie.
Na widok też tłumu żaków, który na dany znak się gromadził wyrastając z ziemi, żyd truchlał i wymykał się ciemnemi zaułki, klnąc po cichu i ukośne za sobą rzucając wejrzenia. — W XVI wieku przybył drugi tej młodzieży nieprzyjaciel — heretycy. Duchowieństwo przez szpary patrzało na prześladowanie protestantów, a młodzież nieraz okrutnych dopuszczała się gwałtów, na domostwach, jeźli nie na osobach nowowierców, ona reprezentowała wówczas oburzenie, opinję ludu. Musiano osobnemi prawami obostrzyć bezpieczeństwo majętności i osób innych wyznań, a i to nie wiele pomogło.
W pewnych porach roku, w pewnych dnia godzinach, rozlegał się śpiew młodzieńczy na ulicach Krakowa. Na ówczas stawali u drzwi swych mieszczanie, uciekali żydzi, otwierały się okienka, bielały w nich główki niewieście w krasnych czółkach bramowanych, żacy to śpiewali chodzący za jałmużną.
To się zastanawiali u drzwi bogatszych mieszczan, panów, duchownych, to wpuszczeni wchodzili wewnątrz, to czasem obrawszy miejsce pod figurą, przy murze kościelnym pod cmentarzem, wzywali litości przechodniów.
Ubodzy nosili garnuszek przy sobie, do którego składali darowane jadło, nosili sakwy, gdzie chleb codzienny chowali, a książka w ręku, znamię żaka, była jakby cechą, po której się on poznawał.
Skłonni do wszelkiego rodzaju gwałtów, między sobą nie przychodzili nigdy prawie do sporów i zatargów, coby ich na długo rozdzielić mogły, owszem silni jednością, utrzymać ją starali się. Żak wspomagał żaka, książką, nauką, chlebem i ręką w potrzebie; na głos jednego zlatywali się wszyscy.
Chociaż wedle przepisów żacy powinni byli mieścić się w bursach ku temu urządzonych, mnóstwo jednakże wpisanych w matrykuły szkolne, nie mieli stałego siedliska. — Latem przepędzali noce na ulicach, u wrót kościołów, zimą wpraszali się do domów; a większa część ubogich, najmując się do posług bogatszym uczniom i mieszczanom, zarabiali i chleb powszedni i przytulisko u pieca.
Jedynem wówczas w całej Polsce miejscem dla nauki był Kraków, w Wilnie zaledwie akademja jezuicka, pod tytułem tymczasowym gimnazjum, urządzać się zaczynała; to też tu zbiegało się z dalekich stron, co było chciwego chleba, nauki i przyszłości. Nie jeden sierota o żebranym kęsie, wlókł się do stolicy jak do portu i znajdował w niej i utrzymanie powszednie i obietnicę weselszego jutra.
Mało młodości potrzeba — bo żyje nadzieją, przyszłością i sama sobą. — Żebrząc chleba, tułając się biednie, żacy byli szczęśliwsi od wielu, a pieśń pobożna, wesoła, djalog świąteczny, powinszowanie, oracja, co z ich ust wychodziły, wylewały się swobodnie, malując dusze pełne stoickiej na teraźniejszość obojętności, pełne nadziei w jutrze. I nie jeden, nie jeden z tych wesołych dzieci ulic, wyszedł na znakomitego człowieka, na użytecznego krajowi i chlubę ubogiej swojej rodziny; nie jeden chodził potem w szkarłacie i złotym łańcuchu.
Ale wróćmy do podróżnego naszego, którego co krok spotyka pomoc, litość i niespodziewana opieka, począwszy od jałmużny Marcinowej, która była wesołą wróżbą, wszystko się dla niego składało tysiąc kroć lepiej, niż marzył. Miał już biały grosz w ręku i dwóch jak on młodych, jak on ubogich, a pełnych najlepszych chęci towarzyszów. Oni ciągnąc go z sobą w głąb miasta, tłumacząc mu nazwania ulic, gmachów, stroje ludzi których spotykali, wypytywali sami ciekawie młode chłopię. — Ale odpowiadając im otwarcie na pozór, w istocie nic nie mówił dzieciak, wzdychał i umyślnie jakby usuwał zapytania dalsze.
— I zkądże ty jesteś? pytali go.
— Zdaleka — z Rusi — nie pytajcie więcej, nie powiem, powiedzieć nie mogę.
— Sierota. —
— Sierota! o! najbiedniejszy z sierot, bo nie mam nikogo na całym Bożym szerokim świecie — nikogo!
— I nic — dodał Pawełek. —
— Prócz tej sukmanki i pary koszul, prócz mego smutku i opuszczenia. —
— A któż cię tu przysłał?
— Kto? Bóg. — Coś mi ciągle do uszu szeptało idź do Krakowa — idź, tam naukę i chleb znajdziesz. — I poszedłem i przyszedłem jak widzicie. —
A potem westchnął znowu. —
— Cóż myślisz począć z sobą?
— Co Bóg natchnie. — Zapiszę się do szkoły — będę służył za chleb powszedni i uczył się. —
— Wszak my tak robim wszyscy! Ale czy znajdziesz służbę? czy wysłużysz chleb, jak się zapiszesz do szkoły?
— A! ja sam tego nie wiem!
— Słuchaj no — rzekł Pawełek — co ty umiesz?
— Ja — prawie nic. —
— Ale przecież coś umiesz?
— Nie wiele, braciszku — bardzo nie wiele.
— Musiałeś gdzieś chodzić do szkoły, choćby do jakiego wiejskiego mistrza. —
— Do szkoły? nie — ale uczyłem się. —
— Gdzieżeś się uczył?
— Sam — sam się uczyłem trochę, trochę ludzie dopomagali. Stary jeden ksiądz. —
— Umiesz czytać?
— Po polsku i po łacinie? —
— O! i po łacinie.
— I trochę tłumaczyć.
— Patrz go! to dość, będziesz się mógł zapisać z nami. — Chodź — chodź. —
— Gdzież mnie prowadzić myślicie?
— Do naszego senjora, to dobre, poczciwe człowieczysko — on nam coś poradzi.
Zastanowili się w ulicy, ho właśnie napotkali tłum studentów, którzy z krzykiem biegli wywijając kijmi, jakby kogoś gonili.
— Dokąd to bracia? dokąd? —
— Czyścim ulice — ksiądz z procesją tędy iść będzie, czyścim ulice z żydów. —
I poczęli wołać.
— Hola! hola — a do chlewa łapserdaki — a do chlewa — precz, z drogi!
Żydzi tłumem nieśli się szybko, oglądając za siebie, w przeciwną stronę. Jeden tylko stał nieruchomy, z rękoma w kieszeniach, z czapką na uszy naciśniętą, poglądał na żaków nieśmiało, ale spokojnie dosyć i nie ustępował. Dwóch na czele wyprawy będących zatrzymali się przy nim i kiwnęli głowami.
Szulim lachem. Herr Hahngold — jak się macie? — I ruszajcie precz, bo procesja idzie.
— Nu! nu! to ustąpię wczas nie bójcie się, ustąpię. —
— I życzę wczas, dodał drugi żak — bo mimo żeś ty nasz kampsor i winniśmy ci wdzięczność i uszanowanie, za twoje pieniądze i zdzierstwo — nie obeszło by się bez admonicji po grzbiecie. —
— A waj! A waj! co za zuchy! odezwał się Hahngold — wojować z żydem.
Mówił to udając zupełną spokojność na pozór, ale w wejrzeniach niepewnych, biegających, w ruchu rąk, które w kieszeniach drgały, wydawała się tajona bojaźń.
Kampsor to jest podskarbi bursy; pan Hahngold, bogaty Izraelita który wybierał kozubalec dla żaków od swoich współwyznawców, nadto jest ważną figurą, abyśmy go tu lepiej czytelnikom poznać nie dali.
Hahngold miał może lat pięćdziesiąt, może więcej, ale wyglądał czerstwo jeszcze i rumiano; długa broda ryża, długie pejsy podobnego lecz żółciejszego koloru, spływały mu na piersi i ramiona. — Trocha twarzy z pod włosów wyglądająca, czerwona, piegowata, z nosem spuścistym, świeciła dwojgiem oczu pokrytych rzęsami i brwiami zwisłemi, żółto-siwemi, z pod których wejrzenie żyda ze źrenic jego żółto-płowych padające dziwniej jeszcze połyskiwało. Oczki te nieustannie latały, obracały się, ciskały na wszystkie strony, a niekiedy ruchom ich towarzyszyły konwulsyjne drgania prawej ręki i nogi. — Sinych ust, ledwie z pod wąsów i brody zarosłej, cokolwiek widać było: kryły się one w czerwone włosy kampsora. — Ubiór jego podobny był dzisiejszemu strojowi żydów, pokrywał go płaszcz po wierzchu czarny, łatany i niepozorny, związany jedwabnym sznurkiem pod szyją. Na głowie miał głęboko wsuniętą czapkę z lisami, której wierzch z wypłowiałego żółtego aksamitu, ledwie coś nad futro wychodził. Za pasem sukni, ukryty wprawdzie, ale jeszcze widoczny, długi miał nóż, w czarnej pochwie, z rękojeścią hebanową zakrzywioną. Obok niego wisiał na rzemyku kałamarz rogowy, futeralik na pióra i zwitek papieru, oplątany sznurkiem jedwabnym. Postać jego nie okazywała wcale dostatku i owszem przeciwnie, a jednak wieść powszechna, pomimo starannie objawianego ubóstwa, czyniła go niezmiernie bogatym. Został kampsorem bursarzy, nie dla zysku, bo zysk w tem nie mógł być wielki, ale raczej dla zabezpieczenia się od napaści. — Dom jego w oddalonej części miasta położony, ukryty w opalisadowanem podwórku, rzadko się dla kogo otwierał, on sam za to jawił się wszędzie, przemykał w miejscach, gdzie mógł być najmniej spodziewany.
Spotykano go snującego się nieraz po korytarzach klasztornych, w ubogich mieszkaniach kollegiów akademickich, nawet na królewskim zamku; a zawsze z nasunioną na oczy czapką, z spuszczoną głową, jak gdyby się taił i ukrywał. — Z jego rozmowy dojść było można, że miał nauki więcej niż pospolicie uczeni żydowscy, a nauka ta nie ograniczała się biblią i talmudem. Umiał po syryjsku, chaldejsku i arabsku, mówił z łatwością wszystkiemi prawie djalektami wschodu; czytał traktaty hermetyczne, dzieła kabalistyczne i astrologiczne, powiadano nawet że się wdawał w alchemją. Niektórzy utrzymywali, że wynalazł wielką tajemnicę, ale tego arkanu nikomu naturalnie powierzyć, do jego nawet zbadania nikomu przyznać się nie chciał. Że zaś ukazywał się wszędzie, gdzie kto zajmował się alchemją; gdzie się kurzyło w kominie od ognia retortowego, mówiono że był w współce ze wszystkiemi alchimistami swojego czasu. Co robił w domu, gdzie nikogo nie dopuszczał, nie wiadomo i chyba w nocy tam zajmować się czemś mógł, bo we dnie, wieczory, a często i późniejsze godziny nawet, postrzegano go w różnych miejscach miasta. Zawsze odarty, brudny, wzgardliwy, przybierający minę pospolitego żyda, ale nie bez szyderstwa w oku, nie bez tajemnego jakiegoś uśmiechu skrytego w brodzie — ustępował z drogi wszystkim, kłaniał się i płaszczył widocznie umyślnie. Z tymi którzy go bliżej nie znali, udawał nawet nieuka i gbura, a po każdy grosz, po każdy choćby najmniej znaczący zysk, równie chciwie wyciągał rękę.
Taki był kampsor Hahngold, którego w tej chwili napotkawszy żacy, usiłowali namówić do odwrotu. — On jakby miał pilną potrzebę pozostać, oglądał się niespokojnie, trwożliwie na wszystkie strony, ruszał konwulsyjnie ręką w kieszeni i stał w bramie domu.
— No! no — ruszaj Hahngold, bo już słychać procesją, już dzwonią. —
— Zaraz — zaraz — ot idę — ot idę. —
A stał uporczywie. W tem błąkający się na wszystkie strony wzrok jego, padł na młodego chłopca, którego prowadzili z sobą dwaj żacy. Obejrzał go od stóp do głowy i wlepiał znowu oczy w twarz podróżnego z upartą ciekawością.
Kilka razy usta otwierał, jakby go coś gryzło i niepokoiło, czego nie śmiał powiedzieć, potem nieznacznie schwycił za rękaw Pawełka Sorokę, który szedł z nieznajomym chłopcem i odciągając go w bramę — spytał cicho.
— Co to za jeden? —
— Kto, ten chłopiec?
— A?
— Pauper jak my, szuka chleba.
Żyd głową pokręcił.
— A zkąd to on?
— Mówi, że z Rusi. —
— On mówi że z Rusi?
— Ale zkąd —?
— Nie chce powiedzieć.
— Dawno on tu — ? I żyd pilnie w twarz przybylca się wpatrywał.
— Tylko cośmy go spotkali.
— A gdzie go prowadzicie?
— Do naszego senjora, do pana Pudłowskiego, niech mistrz pomyśli co z nim zrobić — niebożątko chce się wpisać, a podobno i otrząsin nie będzie miał za co sprawić i wpisu opłacić, — bo mówi taki, że o żebranym chlebie się tu przyciągnął.
— A co jemu pomoże magister Pudłowski?
— Może co poradzi.
Hahngold głową pokręcił, oczyma rzucił i kiwnął na chłopca, który nieśmiało zbliżył się ku niemu.
— Co to? wy do szkoły przyszli?
— Jeżeli mnie przyjmą. —
— Jak wy się nazywacie?
— Maciek.
— Maciek! A! a więcej. —
Chłopiec się zmięszał, zczerwienił i dodał.
— Więcej nie wiem. —
— Jużciż macie nazwisko? —
— A! nazwisko!
— Tak, nazwisko — dorzucił ciekawie Pawełek Soroka.
— Nazwisko — Skowronek. —
— Piękny ptaszek! zaśmiał się Paweł. — Ty Skowronek, ja Soroka, ot nas dwoje ptaków, ale Sroka większa i piękniejsza. Czarna na niej sutana — a komeszka biała.
Chłopię nic nie odpowiedział, a żyd zrobił minę jakby nazwisku nie wierzył, i powtórzył kilka razy pod nosem — Skowronek — Skowronek!!
— A macie wy co pieniędzy z sobą? spytał Hahngold.
— Jeden grosz biały, co mi go dał jakiś litościwy człowiek. —
— W szaraczkowej kapocie — siwy — dorzucił żyd.
— Właśnie. —
— Znam go, mruknął żyd — zawsze jeden! zawsze ten sam!
I dodał po cichu, do siebie:
— To on — to on!
— Jeżeli go znasz, powiedz-że mi kto to taki, niech wiem komu wdzięczen? —
— Wszyscy go znają w mieście. — To Rusin pan Czuryło. — Oj! oj, a kto go niezna. — A dał ci tylko jeden grosz biały, mówisz? —
— Jeden. —
Żyd się zawinął koło pasa, ale bardzo nieznacznie, odszpilił coś pod płaszczem, rozwiązał i milcząc szukał jakby czegoś — potem żywo dobył wyschłą rękę z pod poły, w której błyszczała para srebrnych groszy, włożył je Skowronkowi w dłoń i nieczekając podziękowań, umknął w dziedziniec.
— Dziecko szczęścia! zawołał Paweł Soroka — wszak to same cuda cię spotykają! I ten żydzisko, od którego grosza nie wydusić na zastaw, daje ci jałmużnę, czy pożyczkę! Dziecko szczęścia! No — chodźmy.
Ale Skowronek tak był zdziwiony datkiem nowym, że się nie mógł z miejsca ruszyć, poglądał to na grosze, to na towarzysza swego, ust nie umiejąc otworzyć.
— Ot, potrochu, zbierze się na otrząsiny, chodź Maćku do senjora — do pana Pudłowskiego, — chodź, bo go potem nie zastaniemy.
Gdy to mówili, w ulicy dały się słyszeć dzwonki, śpiew i wszystka ludność poczęła się rozsuwać, przyklękać, czapki z głowy zdejmować. Uklękli i żacy, a Maciek się znowu modlił. — Processja przeszła, Soroka pociągnął go za sobą.
— To już niedaleko, mówił, ot widzisz tam kamienicę na rogu, czerwoną, ganek mały na cienkich słupkach, a nad nim we wgłębieniu obraz ś. Grzegorza biskupa, to nasza bursa — pospieszajmy, abyśmy zastali pana Pudłowskiego.
I szli żwawo, trzeci towarzysz zniknął im połączywszy się z tymi, którzy oczyszczali ulice z żydowstwa. Przyszli pod domostwo, którego wrota otworem stały i schodami na prawo, skierowali się na piętro.
W bursie panowało teraz milczenie głuche, bo żacy z niej wyciekli do kościołów, na ulice — coś tam tylko szelpotało w mieszkaniu starszych od przodu, pewnie któren chory przyzostał, albo słudzy uprzątali izby. W tyłach od dziedzińca były obszerne izby ubogich, od których w tej chwili otwarte okna dawały dojrzeć tablic czarnych, ław porzniętych nożami, porysowanych węglami pieców i rozrzuconych linii i książek.
Wschody do mieszkania pana Pudłowskiego były zaniesione jesiennem błotem, brudne, wykoszlawione, chwiejące, a ściany zasypane napisami, rysunkami i nazwiskami, do których przyczepione dodatkowe kognominacje swawolników, wyciągały się wzdłuż po murach różnemi charakterami i różnokształtnemi litery dopisywane. — Nad niektóremi imionami wznosiły się wysoko nakreślone uszy ośle i wielkiemi literami dodany

Beanus.

Ale oba nasi przychodnie nie mieli czasu zastanawiać się nad stylem lapidarnym i symbolami ściany zdobiącemi, spieszyli do nizkich drzwiczek, u których zawieszona kozia łapka na sznurku, zwiastowała, że nie oznajmiwszy się, nie każdemu wchodzić było można.
— Widzisz Maćku Skowronku, jak się magister nasz ufortyfikował, żeby go żacy nie napadali. Każe dzwonić nim wejdziesz i pocałować kozią łapkę, nim pocałujesz jego łapkę. I nie dziw, ma nie mało pracy, którą nie lubi gdy mu przerywają — pisze śliczną łaciną, fraszka Gamfredowa, poemat! — Nikt nie wie o czem, łapaliśmy tylko karteczki na których pełno było wierszy łacińskich poprzekreślanych i pomazanych. Całe dnie siedzi, a niekiedy aż na dole słychać, jak skanduje. Kto go tam zresztą wie co robi i dla czego się zamyka, że i chłopiec bez pozwolenia nie wejdzie. — Nawet dziurka od klucza zasłoniona. — To człowiek skryty i niedocieczony.
Zadzwonili.
Chropowaty głos ozwał się ze środka po łacinie.
— Kto tam?
Studiosi ad Dominationem Vestram venientis!
Studiosi! pisnął głos ze wnętrza — Ite ad scholam, occupatus sum.
— O! to mu się zebrało na łacinę! a słyszysz jaka łacina! zawołał Pawełek.
Domine magister — dodał — pauper ad te veniens studiosus.
Ite ad diabolum! ite et attendite.
— Czy rozumiesz? mówi żebyśmy szli do djabła, a my przyszli do niego i taki koniecznie się dostaniem — to tak zawsze.
Domine magister — Beanus est, studiosus novus; ad Dominationem Vestram, consilij gratia veniens.
Ite ad diabolum, powtórzył głos ze środka, studiosus et beanus, asini ambo
Gratias agimus. Aperite.
Na te ostatnie słowa uporczywie dopominającego się wpuszczenia Pawełka, odryglowały się drzwi, wysunęła się głowa.
Oczekiwali jej wprawdzie żacy, ale nie w tem miejscu, w którem się im ukazała. Zwykle bowiem o półtrzecia lub dwa łokcie od ziemi, wysuwa się facies patrzącego, tu zaś z podziwieniem Maćka wyrwała się jakby z pod ziemi, bo ledwie o półtora łokcia od podłogi. I jakaż głowa, rozczochrana, z czarnemi włosy, czarnemi ślipiami, gębą wykrzywioną i wiszącemi wargami, popryszczona cała, nakryta biretem, a pierza pełna.
— A to ty Soroko! zawołał magister otwierając — po co nie w porę przychodzisz? — hę?
Dominatio Vestra.
— Daj mi pokój ze swoją paskudną łaciną, którą paplasz jak prawdziwa sroka, aż mi uszy od niej więdną. — Czego chcesz? —
— Przyprowadzam nowego ucznia — Beana, który wpisać się chce niebożątko, choć dawno po ś. Grzegorzu. — Ubogi — nieborak przyszedł do Krakowa za nauką i chlebem.
Senjor dopiero zwrócił krwią zaszłe oczy na Maćka i utkwił je w przybylcu, który się do ziemi pokłonił, potem puścił drzwi i poskoczył wewnątrz, a za nim żacy nasi.
Tu dopiero w całej swej postaci i splendorze okazał się im magister. Była to biedna, połamana figurka, niezmiernie nizkiego wzrostu, garbata, głowa na ramionach przekrzywiono osadzona, ręce długie, nogi cienkie, a na końcu ich ogromne łapska ozute w czarne skórzanne trzewiki. Magister miał na sobie ubior czarny klerykalny, poplamiony i biret na głowie.
Izba do której weszli, wybielona niegdyś, z dwoma wysokiemi wązkiemi oknami, poprzedzona ciemną sionką, pełna była ksiąg, papierów i uczonych rupieci. Między oknami wisiał czarny krzyż drewniany, palma i gromnica. Przy stole stały dwa krzesła skórą wybite, ale przeglądające włosieniem z pod podartych jej kawałków. Oba te krzesła pokryte były pyłem, dawno widać nikt na nich nie siedział; papiery także, chociaż w świeżym jakby nieładzie, książki choć tylko co zdaje się otwarte, kurzem przysypane były.
Maciek mimowolnie zauważał, że sznurek od koziej łapki, szedł mijając pierwszą tę izbę, do drugiej. Widać tam musiał przesiadywać magister, ale od niej ciężko okowane drzwi zaparte były i klucz ogromny w zamku dowodził tylko, że świeżo ją odwiedzano.
— Czego chcecie? spytał garbusek żywo.
— Chce się wpisać Beanus.
— Hę? o tej porze?
— Biedota, aż z Rusi przywędrował piechotą, za nauką. —
Garbusek oczy wytrzeszczył, biret posunął, rękami się po kolanach uderzył, usiadł i rzekł:
— Żywo — żywo — nie mam czasu. — Co umiesz? jak ci imie?
— Imie Maciej — nazwisko Skowronek, a nie umiem nic. —
— Nic —? to idź-że do parafialnej szkółki liter się uczyć. —
— Czytać umiem.
— To już nie nic — a więcej?
— Pisać umiem. —
— A widzisz. —
— Po łacinie trochę. —
— Rób versją.
I rzucił mu Corneliusa na stół. —
Chłopiec otworzył książkę i począł odważnie tłumaczyć. Magister i Soroka równie wielkiemi oczyma patrzali, równie nastawionemi słuchali uszami. —
— To przypadek! — rzekł niecierpliwie Pudłowski — weź fabuły Fedrowe. —
I Maciek począł z równą pewnością tłumaczyć wcale dobrze drugie zadanie.
— Hę! hę! a gada że nic nie umie. — No! no wpiszesz się jutro, możesz chodzić do szkoły, a statkuj wać, a nie bądź ciekawy. —
— Słowo w słowo tak mówi każdemu — szepnął Soroka. —
— Po ulicach się nie włócz darmo i nie w porę, broni nie noś, suknię przyzwoitą wdziej, żydów nie bij i idź sobie do licha, bo ja nie mam czasu. — A nie bądź ciekawy. — Rób swoje, a cudzego nie patrz. —
— Hę! czegoż jeszcze stoicie! zawołał, niedziela, wpisu niema! idźcie do licha i nie przychodźcie więcej — idźcie — A Beanusowi dać pokój!
I pogroził palcem na nosie Soroce. —
Dominatio vestra, pozwoli go trochę otrząsnąć?
— Niepotrzeba — a idźcie z lichem bo nie mam czasu. —
To mówiąc odprowadził ich aż do drzwi, które za niemi zatrzasnął; ale ledwie się one zamknęły, Soroka pochwycił za dzwonek i zawołał:
Domine magister.
— Jeszcze czego —?
— Pozwolicie otrząsnąć?
Ite ad diabolum, cum beano.
— Otóż jest i pozwolenie.
I jakby na przekorę, jeszcze raz porwał za dzwonek.
— Idźcie precz! idźcie precz! Kto tam znowu?
— Ja, Soroka. —
— Jeszcze ty tu?
— Czapkę zostawiłem w izbie. —
Słychać było ryglowanie, stukanie i klęcie, potem ręka wysunęła się ze drzwi, wyrzuciła czapkę i znikła.
Soroka zadzwonił jeszcze raz. —
A diabolus incarnatus! Chcesz abym cię ochłostał?
— Chciałem podziękować za czapkę. —
Głębokie odpowiedziało tylko milczenie.
Soroka śmiał się po cichu, ale serdecznie.
— Teraz chodź do naszej gospody — rzekł do Skowronka — musisz się z beana otrząsnąć.





III.
OTRZĄSINY.

Żaków gospoda w odległej części miasta była położona. Budynek to stary, jednopiętrowy, z popękanemi od pożaru murami, z okopconemi ściany, dwoma nierównemi kominami, nad spiczastym górującemi dachem. Kilka schodów kamiennych wychełtanych wiodło do wązkich dębowych drzwi okutych, które jedyne do niego wejście stanowiły. Nade drzwiami niezgrabnie namalowany ptaszek, a raczej pisklę z dzióbem żółtym otwartym, siedzące w gniazdku, otaczał wieniec suchych gałęzi, pod nim dwie miotły na krzyż leżały. Okna okiennicami popękanemi zaparte były, a cichość panowała we środku. —
— Jeszcze niema nikogo — rzekł Pawełek zajrzawszy, poczekajmy i przejdźmy się ulicą. To mówiąc wziął za rękę Skowronka, który w posłusznem szedł za nim milczeniu i pociągał go dalej z sobą.
W tej chwili ubogi żak, boso z dzbanuszkiem nadbitym i próżnym w ręku, zaszedł im drogę.
— A co? spytał Soroka — gdzie nasi?
— Zebrali się w końcu ulicy, z dwoma beanami i czekają na trzeciego.
— Prowadzę go właśnie. — Chodźmy! chodźmy.
To mówiąc pociągnął Skowronka; ale ten się zatrzymał i cicho, łagodnie spytał towarzysza:
— Bracie — dokąd i po co idziemy?
— Dokąd? po co? odpowiedział Paweł, nie powinien bym ci tej wielkiej wydawać tajemnicy, ale słuchaj, żal mi cię. — Jesteś z nas najmłodszy. Wiesz co znaczy Beanus?
— Nie wiem, to nazwisko. —
— Właśnie nazwisko takiego jak ty, każdego do szkoły przybysza. — Każdy przybyły musi odbyć pewne próby, wytrzymać obrzęd otrząsinbeanorum depositio, pozbyć się starego siebie, nim między nas za brata przyjęty zostanie. Podziękuj swojej gwiaździe, żeś na nas trafił, i że masz dwóch towarzyszów. — Inaczej dłużej i srożej byś był męczony.
— Jak to? męczony, zawołał bledniejąc Skowronek. —
— Nie bój się — chodź, każdy żak przez to przejść musi, rzecz nieuchronna jak śmierć — nic ci się nie stanie, lepiej dziś niż jutro. — Czekają — spieszmy.
Skowronek zafrasowany bojaźliwie posunął się za Soroką. Zbliżając się do miejsca, gdzie uliczka na prawo zwracała, spostrzegli ciemny tłum, stojący w milczeniu. — Tłum ten składał się z żaków samych, po większej części czarno, odarto dosyć i licho ubranych, zbrojnych w miotły, kije, motyki, grabie, siekiery drewniane, sznury i rozmaity oręż. Na czele tłumu z wielkiemi wąsy czarnemi, podparty w boki stał ogromny barczysty, kuso ubrany żak, w czapce na bakier, poglądający w stronę gospody. Obok niego dwóch mizernej postawy w lichych sukniach chłopców, bladych i wylęknionych, zdawali się na coś oczekiwać. Ujrzawszy Sorokę wiodącego Maćka, zaszemrał ochoczo tłum i poruszył się stary. — W oknach domostw otaczających ulicę, liczne głowy mężczyzn, kobiet, dzieci, mniej zwyczajnemu poczęły się przyglądać widokowi. Soroka postawił Skowronka obok dwóch chłopiąt, nieopodal ogromnego wąsacza, który na czele tłumu oczekiwał. Szepnęli coś do siebie po cichu, Soroka się umknął i w tejże chwili, tłum nieforemnie ściśnięty począł się rozbijać, rozdzielać, tworzyć w długi szereg par, stanowić porządkiem w milczeniu.
Na przodzie szedł stary wąsaty żak — Magister ceremonji, którego zwano Depositorem, wiódł on za sobą na sznurku za szyję pobranych trzech Beanów, to jest nowozaciężnych żaków, a w ręku niósł białą chorągiew z napisem:

Cohorta Beanorum.

Minę miał poważną aż do śmieszności, chód wymuszony. Za Beanami postępowali w milczeniu chwilowem wszyscy przytomni temu obrzędowi żacy po dwóch formując długi sznur czarny, wlokący się we dwoje i troje ulicą. Z pięcio czy sześcio tysiącznej ludności akademickiej, znajdowała się tu część bardzo wielka. Kierowano się ku gospodzie, nad której drzwiami wywieszono w tej chwili napis na czarnej tablicy:

Balneum Beanorum.[1]

Jak skoro postrzeżono gospodę, której drzwi zamknięte zostały, ozwał się ogromnym krzykiem tłum cały. Jedni wrzeszczeli bebe, drudzy nieforemnie podnosili głosy, cienkie, piszczące, dziwaczne, naśladujące głosy ptaków i źwierząt.
A na czele idący śpiewali pieśń, pół łacińską, w pół polską, której ułamki niekiedy tylko dochodziły do uszu biednych trzech żaczków.
— Gospodo — gospodo, prowadzim ci gości. — Otwórz drzwi swoje, oto dzieci twoje, wiodą tobie baranki, wiodą tobie ptaszęta, niosą ci koźląt kilkoro na ofiarę. —
— Gospodo — gospodo — otwórz nam drzwi swoje, prowadzim ci podróżnych, daj się im umyć w łaźni, daj otrząsnąć z brudu i pyłu i odpocząć chwilę.
A drzwi stały zamknięte — poczęto w nie bić coraz silniej.
— Gospodo, otwórz się, albo cię będziem prosić, jak prosiły trąby murów Jerycho, jak prosił Samson aby mu ustąpili Filistyni. Mamy w ręku, mamy nie oślą szczękę ale całych trzech osłów.
Na te słowa otwarły się drzwi z hukiem, ogromny krzyk powitał wejście do żaczniczej gospody. Stary żak Depositor, postąpił na wschodki i pociągnął za sobą beanów.
— O! musicie być wielkiemi osiami, kiedy się was ulękły okute drzwi dębowe. — Chodźcie za mną, a otrzyjcie się z beanij waszej. — Chodźcie.
Ale na widok czarnego, ciemnego korytarza, w którym nic widać nie było, jeden z nowych żaków począł się silnie w tył opierać, krzyczeć, cofać, płakać, a nareszcie łajać, poskoczyli dwaj starsi za nim idący, podsadzili go i cały tłum za pierwszymi sypać się zaczął do gospody.
Na lewo otworzyły się wielkie drzwi i ukazała długa, ciemna, z przysłonionemi oknami, które nie wiele przez szpary okienic światła dopuszczały — sklepiona sala. — Jak zewnątrz mury, tak tu sklepienia były spękane i w szparach. Ściany nagie, ława tylko ciężka obiegała do koła. W pośrodku, gdzie wiedziono Beanów, stało rusztowanie wzniesione o łokieć od ziemi, na którem widać były jakieś dziwne przygotowania.
Tu w porządku pewnym leżały — piła ogromna, piłka ogrodnicza, topór, widły, pałki, osełka, grzebienie nie zwykłej wielkości, jakich do czyszczenia konopi używają, świder, dłuto, młotek, kowadło, kilka wolich rogów, nożyce, kleszcze i obcęgi, sznury pozwijane w kręgi i t. d. Przyrząd ten cały widziany o zmroku jaki tu panował, wydawał się jakiemś katowskiem przygotowaniem przestraszającem. Ale gdy dwaj młodzi żacy targali się płacząc nazad, Maćkowi szepnął do ucha przechodzący Pawełek Soroka:
— Niczego się nie obawiaj — odpowiadaj śmiało i staw się ostro.
Maciek przyglądał się wszystkiemu, ale niczego nie zdawał lękać.
Wprowadzono ich na rusztowanie.
Wąsaty żak — podniósł głos, wśród powszechnego milczenia i spytał kolejno:
— Kto jesteś?
— Jam Jacek z Wieliczki. —
— Jam Jasiuk z Proszowic. —
I głośny śmiech rozległ się po sali, a tysiąc głosów zawołało. —
— Biedny Jacek.
— Biedny Jasiuk.
— Kto jesteś? spytał żak Depositor Maćka. A blisko stojący Pawełek podszepnął mu:
— Odpowiedz Beanus sum.
I podnosząc niebieskie oczy Skowronek śmiało powtórzył: Beanus sum.
— Be — be — be — beanus! zakrzyczeli uczniowie wszyscy, vivat Beanus, vivat asinus!
Quid est beanus? spytał starszy.
A Pawełek podpowiedział.
— Spojrz na ścianę naprzeciw, co na niej napisano. —
I Maciek odezwał się.
Beanus Est Animal, Nesciens Vitam Studiosorum[2].
Vivat Beanus! powtórzył tłum na różne głosy.
Quid est beania? spytał znowu starszy Depositor. Ale na to wszyscy milczeli i on sam z towarzyszeniem chóru naśladującego głosem beczenie owiec, wyrzekł.
Beania, est examen vel proba patientiae — ponieważeście Beany, przystąpim tedy do otrząśnienia was z Beanij waszej — oportet enim beaniam in hirco deponere.
To mówiąc podniósł z rusztowania trzy pary wołowych rogów, do których przywiązane były rzemienne lisztewki i począł je przyczepiać do głów beanom. Dwóch pomocników, krzycząc i miotając się, wskoczyli na rusztowanie i umocowywać poczęli je na najeżonych łbach żaków. Maciek nie bronił się wcale i sam sobie uwiązał ogromne rogi — i na widok tego dziwnego stroju, znowu ucichły na chwilę tłum piszczeć, śpiewać i krzyczeć zaczął.
— Przytrzyjcie im rogi, koźlętom, niech im nie rosną wysoko, przytrzyjcie. Rogami biją kozy, żakom rogi nie przystały.
I rzuceni zostali silnie, aż padli na kolana, a mistrz Depositor przystąpił z kolei do każdego i skrobał, plował, za włosy pociągając, za uszy szczypiąc, aż przywiązane rogi nie spadły.
Ale na tem nie był koniec jeszcze — bo spytał głośno: — Powiedźcie mi proszę, czyż na tem ma być dosyć?
— A! mistrzu! toć to gbury, potrzeba ich opiłować, ociosać, obrębać, przekuć, przerobić i umyć, bo do ludzi niepodobni, a co dopiero do żaków!
— Patrzajcie, wołali posuwając się do rusztowania i szczypiąc, targając, szturchając, kuksając nowicjuszów. — Co to za jedni? Czy to ptaszęta małe? czy to baranki nowonarodzone, czy to koźlątka? czy to oślątka? czy to kłody drzewa nieociosane? — Beany! Arcy Beany!
— Kładnijcie się, zawołał Depositor, na ziemię, o tak — i nie ruszajcie!
— Po jakiemużeście się pokładli? zakrzyczał drugi, twarzą do nas, jak w trumnie, oczyma na wierzch.
I chłopcy odwrócili się znowu i pokładli inaczej — a Depozytor ze swemi przystąpiwszy podniósł głos, biorąc w ręce sznur. —
— Co będziemy robić z temi niezdarnemi klocami? To do niczego! Weźcie je i ocieszcie, opiłujcie, oheblujcie, oskrobcie! Może przynajmniej tak będą do czegoś podobni.
Tu się rozpoczęła prawdziwa męka trzech żaków. — Rzucili się ku nim wszyscy targając, bijąc, szturchając, szarpiąc. — Jedni sznurami znaczyli ich jak kłody drzewa, drudzy niby ociosywali, nie bez mnogich istotnych i bolesnych razów. Im srożej krzyczeli i wyrywali się żacy, tem zapalczywiej rycząc ze śmiechu, rzucała się na nich młodzież cała. Maciek, który z pokorą i w milczeniu znosił wszystko, najmniej ucierpiał.
Bo obciosaniu, oskrobaniu i opiłowaniu, o których dopełnieniu świadczyły liczne guzy i sińce, a poszarpane suknie, wzięto się do golenia. Osadzono trzech Beanów na trzech pieńkach, poczęto im głowy i brody mydlić, wycierać grubą płachtą, potem golić grzebieniem ostrym. Dwom upartszym żakom obmyto w dodatku twarz smrodliwemi pomyjami, po które sami pod strażą dwóch starszych chodzić musieli; a młode chłopaki w czasie operacji szczypiąc za brodę i podbródek, za szyję i ramiona, uczyli przybylców — participiów.
Cały ten obrzęd trwał dosyć długo, biednym dzieciakom wiekiem się wydał bez końca. Maciek po cichu pytał znajomego:
— Kiedyż się to skończy? —
— Miej cierpliwość — nie długo.
Ale pomimo tej obietnicy, po obcięciu rogów, opiłowaniu, ociosaniu, oskrobaniu, po ogoleniu, umyciu i participiach, poczęto się znowu krzątać i przysposabiać do jakiejś nowej sceny.
Depositor rozgarnął tłum na podniesieniu ściśnięty i postąpił ku żakom.
— Dosyć tego, rzekł, udając powagę, precz — precz. — Niechaj przecie pokażą, z czem do szkoły przyszli, co umieją? Niechaj co napiszą. — Dajcie kałamarza, pióra, papieru!
Wnet jeden podetknął ogromny kałamarz czarny, wielkim korkiem zatknięty, drugi potężne pióro nie zatemperowane, trzeci list papieru żółtego i pomiętego. Któryś z żaków jął się co żywo kałamarz odtykać. Ale pomimo że użył do tego wszystkiej pozostałej z poprzedzających wycierpianych prób siły — nic nie dokazał. Korek bowiem wyciosany razem z kałamarzem, zrobiony był umyślnie dla Beanów. — Patrzając na usiłowania żaka, tłum począł śmiać się i wrzeszczeć.
— Patrzcie, wszak ci to ciele i kałamarza nawet odetknąć nie umie! O Beanus! O!!
Drugi żak chcąc się lepiej popisać, pochwycił korek zębami; nowe śmiechy, nowa radość i wrzawa.
Wtem Depositor przystąpił do Maćka.
— O! o! to ten pewnie pisać umie, bo mu jakiś papier z kieszeni nawet sterczy. — I przychylił się do chłopięcia, które niespokojnie oglądało się, udając że mu wyciągnął z kieszeni papier, przysposobiony wprzódy.
— Toć to list od Matuni!
Żacy rozśmieli się na całe gardło.
— Posłuchajmy no co pisze.
Maciek choć wiedział dobrze, że list ten nie mógł być mu wyjęty z kieszeni, przecież mimowolnie poczerwieniał, pobladł i dwie łzy perliste zakręciły mu się w siwych oczach.
Depositor czytał poważnie, co następuje:
— Miły synu! — Od wyjścia twojego z domu, biedna matuś wasza oka jeszcze nie zamknęła, tak jej pusto i tęskno za tobą. Co za dziw! tak piękne i miłe postradawszy chłopię! Łzy mi z oczów płyną, gdyby ze źródła, aż mi na twarzy wyryły dwa głębokie rowy i głębszą jeszcze na brodzie sadzawkę. — A ty tam kędyś wesoło w świat puściwszy się, biednej macierzy swojej ani wspomnisz? Dyć nie pamiętasz, ile boleści, ile bezsenności, ile choroby, ile głodu i tęsknicy i wszelkiego złego przecierpianego dla cię — kosztujesz od czasu jakeś na świat przyszedł! A tociem ja cię obwijała, chuchała, papką karmiła, mleczkiem poiła, zielonem trawki bawiła, białą płachtą ukrywała, krasną czapeczką stroiła, na rękach po nocach całych nosiła, nogami kołysała, hućkała, niańczyła, piersią własną żywiła, ażem sama z niewczasu wyschła i na pół przymarła. A ty tego wszystkiego zapomniawszy — poszedłeś w świat, nie powiedziawszy — Bóg zapłać. Mnie się zaś gorzej jeszcze serce kraje, dusza ściska, gdy wspomnę, co tam bezemnie na świecie robić będziesz? A kto ci tam papki zgotuje, powijaczki wygrzeje, mleczka przyprawi, piersi da i utuli gdy zapłaczesz? Jeszcze w taki niepoczciwy idziesz świat, gdzie cię ludzie nie pożałują, nie pogłaszczą, a owszem szturchańcami i łajaniem karmić i napawać będą! Boć to i na otrząsinach najesz się dobrze wszystkiego, biedny chłopcze, aż mi na wspomnienie serce schnie i łzy się cisną na oczy. Oj! czemuś ty lepiej nie w ciepłej izbie za piecem, nie u pani matki pod fartuchem!
Gdy tych słów domawiał Depositor, który list cały z udaną a pełną śmieszności powagą i dziwacznemi intonacjami czytał, rzucił w oczy kartkę Maćkowi.
Śmiechy i oklaski wstrząsły stare okopcone sklepienie gospody żakowskiej. —
Śmieli się wszyscy, nawet dwaj nowi Beanowie do rozpuku, a Maciek, któren w przeszłych próbach tak nieczułym czy wytrzymałym okazał się na bicie, razy i szyderstwo, wśród czytania listu nie wiedzieć dla czego, na imie matki zapłakał. Łzy potoczyły mu się gęste, czyste, srebrne po twarzy i lały ciągle, lały długo po cichu — a z wejrzenia, z miny wyczytać było łatwo, że Maciek nad czemś niewidzialnem tłumowi, przed wspomnieniem jakiemś tak gorżko zapłakał. — I bliżej stojący tych łez potajemnych, mimowolnych, użalili się; a gdy reszta żaków śmiała, oni w milczeniu stali.
— Czegoś płakał? spytał go Depositor po cichu, — spostrzegłszy łzy. —
— Po matce — odrzekł chłopiec cicho. —
— Tyś sierota? —
— Sierota! sierota! zawołał Maciek zakrywając twarz rękoma. — A wy! wy! bez litości jesteście. — Na co święte imie matki mieszać do tych obrzędów?
— Daruj! rzekł wzruszony Depositor, któremu czarny was drgnął jakiemś konwulsyjnem wykrzywieniem wargi. — Stało się i skończyło! Taki zwyczaj!
— A teraz — dodał głośno nabierając znowu miny i tęgości. — Podziękujcie Beanowie za skończone otrząsiny. — Cóż to stoicie? nie myślicie dziękować?
— Za co? spytał Jasiuk.
— Za co? rzekł Depositor. — O puste głowy! o Beanowie prawdziwi! Alboż jeszcze nie wiecie, co to wszystko znaczyło! jak wielka nauka i symbolum w tem się wszystkim ukrywa? O Beanowie prawdziwi! Będziecie żyć i będzie was życie, będą was ludzie otrząsać sto lat, a nie otrząsną z Beanij. — Tak jako my was dziś chwilę, tak lata długie potem bezduszny świat szarpać was będzie, naigrawać się, bić, przerabiać po swojemu, rogi przywięzywać i rogi obcinać — mydlić i golić. — I każą wam pisać bez atramentu i czytać gdzie nie napisano. — A wszystko światu będzie źle aż póki się nie pokłonicie mu i nie zrzucicie woli swej, poczciwości swej i dumy! Na progu życia ta maleńka próba, zwiastunka niektórych i cięższych, to jedno nic, w miarę tego co was czeka. — Walka z nędzą, walka z nauką, walka z dumą ludzką, z zawiścią człowieczą, z losem, z namiętnościami, z przykłady — walka ze wszystkiem, walka wszędzie, walka zawsze! A to tylko chwilka próby.
A kto ze wszystkiej walki wyjdzie zwycięzcą, temu wieniec na skronie, łańcuch złoty na szyję i sława i cześć.
Ale z tysiąca wojujących, jeden zwycięzca a dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć poległych. —
Podziękujcież za próbę i pojmijcie ją — idźcie w świat a pamiętajcie, żebyście do walki wszelkiej stawali odważnie gotowi, bez łez i strachu, i stokroć pobici, stokroć podnosili się odważniejsi. —
Jeden podobno Maciek słuchał przemowy Depositora i pojął ją. — Łzy mu się zatrzymały na powiekach ostatnie, oddech zawiązł w piersiach, brew zbiegła hardo.
Po perorze, po wymuszonem u Beanów podziękowaniu, wzięto z nowo otrząśnionych przysięgę, że się mścić za wyrządzone im przykrości nigdy i na nikim nie będą, na ostatek przystąpiono do zebrania okupu. —
Dwaj pierwsi żacy, gdy nie skoro do mieszka się mieli, opatrzeni po kieszeniach i węzełkach, część znaczną grosza przyniesionego w ręku poborców usłużnych, zostawić musieli.
Maciek ochotnie dobył trzy białe groszaki, ranną opatrzności jałmużnę.
— Jestem sierota — rzekł — ubogi i opuszczony sierota, szedłem z daleka do Krakowa, o żebranym chlebie. Gdym słuchał mszy świętej dziś rano, dał mi grosz jeden biały, nieznajomy człowiek, dwa drugie wetknął mi w rękę jakiś nieznajomy litościwy żyd. —
— Kampsor Hahngold! odezwał się głos z tłumu. —
— Na zastaw? spytał inny.
— Gdzie tam! z dobrej woli, nie proszony, darmiuteńko. —
— Dziwo! zawołali bliżsi.
— Te trzy grosze, całe mienie moje, oddaję wam jeśli chcecie. —
Depositor odepchnął rękę Maćka. — Schowaj je, — rzekł cicho — zdadzą ci się — my ich nie potrzebujemy. A teraz panowie bracia — uściskajmy nowo przybyłych i przyjmijmy ich między siebie.
Natychmiast bliżsi przystąpili i żwawo ściskać, całować, podawać ręce poczęli.
— Jeszcze słowo — ozwał się starszy pod wąsem. Stajecie się bracią nasza, wcielcież się w ciało nasze nie jako wrzody paskudne, ale jako żywa krew, jako zdrowe ciało. — Sprawa jednego, niech będzie sprawą wszystkich. — Żeby cię warzono i smarzono w smole, nie powiadaj co się dzieje w szkole. — Za jednego wszyscy, jeden za wszystkich, niech będzie gotów cierpieć, a choćby ginąć. — Ostatnim chleba kąskiem się podzielić, ostatnią dla brata rozedrzeć opończę. — Kochajmy się jak bracia, wspomagajmy jak bracia, bądźmy jednym ciałem i jedną masą, bośmy biedni i inaczej zginiemy. A walcząc z biedą, nędzą i nauką, dobijać się przyszłości, lżej iść razem wszystkim, niż każdemu pojedyńczo. Zdrajca nie postanie między nami i wyjmiemy go z między siebie, jako wrzód wyjmują z ciała, jako kąkol z pszenicy.
A teraz piwa i za zdrowie Żaków — zanucim pieśń powitania! —
Ciemna sala zabrzmiała razem ogromną pieśnią powitania i tłum wesoło w kupki rozmaite zwijać się, odpływać, po ulicy i w gospodzie rozmieszczać począł. —





IV.
KOGUTY Ś. GAWŁA.

Po nad Krakowem stolicą, leciała jesień z szaremi skrzydły, z siwiejącym włosem, z rumianą ale pomarszczoną twarzą, w szacie w pół białej, pół szarej, pół brunatnej. I były na niej srebrzyste pręgi przymrozków rannych, dziwaczne rysunki krwawych i złocistych liści drzew, wypłowiałe łąk pokoszonych pasy i ciemne świerkowe gałęzie. I był na niej z jednej strony dostatek, z drugiej smutne smutnej zimy przeczucie. Bo komuż nie smutna zima? nam nawet co pod jej panowaniem większą część życia przeżywamy, zawsze chce się powtarzać piękną pieśń poety, z tęsknotą za wesołym krajem, gdzie pomarańcze kwitną. A gdybyśmy tam byli?
O! wówczas tęsknilibyśmy pod cieniem rozkwitłych pomarańcz, za zimą naszej ziemi. Tęsknota za krajem wiecznej wiosny, to westchnienie duszy za utraconym rajem, miłość okolic ojczystych, to przywiązanie do miejsc krwią i łzami oblanych. — Ciało pragnie świata — raju; — dusza żąda rodzinnego kątka tylko.
W Krakowie mimo późnej jesieni nie było smutno, jak na wsi; — bo w mieście niema właściwie mówiąc lata i wiosny. Przyleci jaskółka, ogrzeje się powietrze, ot i wiosna dla mieszkańca miasta — trzeba palić w piecu i wziąć kożuch — ot zima. A piękne, a cudowne widoki, a rajskie wonie, a nieopisane dźwięki wiosny i lata — wszystko to dla niego stracone.
Przymrozek jesienny posrebrzył był dachy, pobielił kamienie i powoli ustępował promieniom słońca, które jaskrawo wschodząc rozgarniało mgłę, obwijając miękkim uściskiem budzącą się ziemię.
Dzwoniły dzwony, ruszał się lud, rynek zaludniał, budziły kominy ziejąc kłębami dymów, otwierały żelazem kute okiennice i żelazem ryglowane drzwi sklepów.
A w rynku, w rynku leżały wszystkie skarby jesieni nagromadzone razem. Tam śliwy okryte barwą sinawą, przyprowadzone z Węgier, rumiane jabłka Tyrolu, soczyste gruszki w niepozornej łupinie i bukowy owoc, przysmak próżniaków i orzechy łakome dla dziewcząt i warzywo na podziw i pożądanie gospodyń porozkładane tak ślicznie, tak misternie, że się wdzięk jego przyrodzony dwoił.
Czego to tam nie było na błogosławionym tym rynku! Owoce, warzywo, a bułki, a gomółki, a obwarzanki złociste, a słodkie pierniki, a makowe placuszki, a serki kminem tkane!
Za zielonemi, za żóttemi i czerwonemi stragany, przy budkach, przy ławkach, przy rozstawionych koszykach, przy rozsypanych na matach owocowych, rozrzuconych po pod murami garnkach iłżyckich — siedziały wesołe, rzeźwe, w boki pobrawszy się, czepca na ucho nasunąwszy, minę tęgą nastroiwszy — panie mieszczki i przekupki. A niekiedy ze straganu do straganu wylatywało to pozdrowienie uprzejme, to ostry przycinek, wnet odpłacony ostrzejszym jeszcze, wnet przyciśnięty obelgą, a nie raz na końcu zapieczętowany szturchańcem. I jak tu nie wojować, kiedy się siedzi łokieć w łokieć, nos w nos, kiedy się sobie obrzydnie, kiedy się radzi długie godziny dnia, a czasem odbierze, odwoła kupującego, lub spuści z ceny towaru, by go nieprzyjaciółce wydrzeć.
Anioł by na miejscu przekupki trochę się pogniewał, cóż dopiero przekupka, która nic w sobie anielskiego niema, nie miała i mieć nie pragnie.
A jednak w tych piersiach osłonionych grubemi chusty, biją poczciwe serca, te usta nawykłe do przekleństw i wyrzekań, modlą się gorliwie i dobrem słowem nie raz biedaka obdarzą — a jednak to taki poczciwe kobieciska, te panie mieszczki i przekupki, choć djabłami sadzą co chwila.
Widzicie tę budkę z czerwonym kogutkiem na daszku? zielono malowaną? czystą i ślicznie wyciosaną i w dobrem stojącą miejscu? Zajmuje ją znajoma nasza pani Marcinowa. Obok stragan żółty sosnowy z prostych deszczek zbity, to sąsiadki pani Janowej sklep. — Obie jednem handlują, a w zgodzie z sobą. To też za cud to niektórzy mają i mimowolnie poczęto obiedwie imoście szacować, że z sobą w zgodzie żyły i nigdy słowem jednem się nie zadarły.
Ale nie dziwo! pani Marcinowa dawniej siedziała na placu, gdy panią Janowę śmierć męża, niegdy bogatego kupca, przyzwała na rynek, na kawałek chleba w pocie czoła zarabiać. — Pani Janowa była poszła za wdowca, co miał dzieci z pierwszej żony, a ubogo się miała, bo ją wziął biedną sierotę, bez wyprawy nawet, w jednym kabaciku i białej koszulce. Póki żył mąż wiodło się siako tako, a gdy zmarł, pasierbowie okazawszy że majątek był macierzysty, bez szeląga macochę za drzwi wygnali, gierady nawet nie dawszy. Zabrawszy w węzełek co miała ciepłą ręką męża danego, nie bez sporów i o to jeszcze z pasierbami, wyszła pani Janowa drugi raz sierotą w ulicę i spojrzawszy w górę na lazurowe niebo, spytała się anioła stróża co począć z sobą? — Coś jej wtedy szepnęło, sprzedaj klejnociki, nie potrzebne suknie, a siądź kupczyć i pracować. Gorżko było Janowej zejść tak z rysiej szubki i łańcucha, z poczetnego miejsca w kościele, z rydwaniku, na bruk, na piechotę i pracę. — Ale co było począć?
I tak jednego białego ranku, nowy żółty stragan sosnowy zatoczył się na próżne miejsce podle pani Marcinowej. Marcinowa wybiegła zobaczyć, co tam za licho sąsiadkę jej dało. A trzeba wiedzieć, że pani Janowa w lepsze czasy kupowała bułki i obwarzanki, jaja i masło u Marcinowej.
— Ha! tać to pani, jejmość!..
— To wy, Marcinowa! — I poczęła płakać.
— No! no! dajcie pokój łzom, jejmościuniu. Dalipan, to taki dobry i wesoły chleb, żebym go na żaden inny nie pomieniała! Zobaczycie. — A ja wam daję słowo, jak moję Jagusię kocham, że wam szkodzić nie będę, kupującego nie odwołam, owszem pomogę.
Pani Janowa także przez samą wdzięczność dla sąsiadki, nigdy jej szkodzić nie myślała. Wkrótce związały się przyjaźnią i razem już pędziły dnie często nudne, razem wychodziły za miasto, razem przy kądzieli i kominie trawiły wieczory.
Nie było w myśli pani Janowej w początku handlować tem co Marcinowa, owszem chciała sobie obrać inny rodzaj towaru, ale Marcinowa nie pozwoliła.
— Czem innem dać sobie rady nie potraficie, na cenie się nie znacie, na gatunku, a tak ja wam pomogę...
— Ale ja wam zaszkodzę...
— Co tam! Będzie dla nas dwóch dosyć kupujących, gąb chwała Bogu nie braknie, gdzie jest dla jednego, wystarczy dwóm, a Pan Bóg taki dopomoże.
Odtąd pani Marcinowa wzięła w opiekę jejmość, jak ją zwała i tak się zajęła jej wychowaniem, że wkrótce uczeń mistrza prześcignął. Nie było oszczędniejszej, nie było wyszczekańszej, zręczniejszej przekupki nad panią Janowę, czy to chodziło o kupno czy o przedaż. Groszem zawsze kupiła taniej, groszem przedała drożej. A każdy szeląg uciułany chowała skrzętnie, a i oczy jej się iskrzyły, wargi jej drgały na widok pieniędzy.
Byłaż to chciwość?
Marcinowa, która swoję Jagusię strojąc, sama dobrze żyjąc, o jutrze zapominała, piwko z grzankami lubiła, tłustą gęsią i kaczką na buraczkach nie gardziła, pojąć nie umiała, co się działo z Janową, która chodziła w odartym kabaciku i w święto nawet nie wystroiła się, nie pozwoliła gębie jadła, niedopalone nawet trzaski z pieca na jutro wyciągała.
— Co to wam jejmościuniu? — pytała Marcinowa gryząc orzechy — że tak się wędzicie, gdybyście jedenaścioro dzieci mieli, jak nie przymierzając Prakseda, u której co rok to prorok, a dla tego jedwabna turecka chustka na głowie i kabat kunami podszyty. Dla kogo zbieracie? jużci nie dla pasierbów?
Janowa uśmiechnęła się.
— Wy nic nie wiecie Marcinowa! nic! U mnie gorżka myśl w duszy siedzi, ja jej na pokarm daję co uzbieram, dla tego się wędzę i schnę w niedostatku.
— Panie Boże, to coś szatańskiego — zawołała przekupka — siedzi w duszy i je pieniądze — cóż to jest?
— Co to jest? O! wy mnie może nie zrozumiecie?
— A nu, sprobujemy.
— Wy wiecie żem była w lepszej doli, że mnie jedli za życia mężowskie dzieci, pasierby, wyrzucając mi na oczy, żem sierota w jednej koszuli w dom ich weszła, aby się na ich chlebie spaść! O! dogryźli mi, dogryźli! — A nakoniec, jeszcze mój nieboszczyk leżał na tapczanie, gdy mnie bez litości za wrota naigrawając wygnali. I teraz co ranku jedzie jeden z nich, lub jadą oba przez rynek podle straganów, a co raz mi rzucą w serce wejrzeniem szyderskiem jak nożem. — Ja pracuję aby im oddać nóż za nóż, boleść za boleść! Ja chcę pieniędzy, bogactwa, złota, majątku, chcę kupić kamienicę, chcę choć na tydzień przed śmiercią ubrać się po dawnemu, pojechać do ich sklepu i rzucić im w oczy złotem, w duszę pogardą.
— Hm! hm! piękna złość — odpowiedziała Marcinowa — siebie uwędzić, aby im w oczy złotem rzucić! Będą się śmiać i po wszystkiem... A potem jejmościuniu wiecie wy wiele lat pracować potrzeba, żeby ze straganu rydwanem do kamienicy własnej wjechać? Może sto, a może więcej! Ja mojej Jagnie zbieram posag, a wiecie com uzbierała? E! to i mówić nie warto!
— Ja zbieram mojej duszy zemstę, a wiecie com zebrała? — dodała Janowa z uśmiechem.
— Kto go wie?
Janowa poszła w kącik, otworzyła kufer, z kufra wyjęła szkatułkę, w szkatułce wysunęła potajemnik i pokazała stosik złota zdumionej Marcinowej.
— Patrzcie! dalipan więcej odemnie i prędzej! No! to jejmość rodziłaś się na przekupkę.
— O! nie, moja Marcinowa — zawołała druga załamując ręce — o! nie... ale Bóg mi dał taki los... i robię co muszę.
Pani Marcinowa daleka od zazdrości, życzyła tylko na dal szczęścia sąsiadce, a jednak parę razy mimowolnie westchnęła myśląc, że więcej może zemsta, brzydkie, nie chrześcjańskie uczucie, zemsta i próżność, niż przywiązanie macierzyńskie i miłość.
Ale porzućmy dzieje żywota dwóch przekupek, a wróćmy do pięknego jesiennego poranku, który nad Krakowem płaszcz bladych słonecznych światłości roztaczał.
Na rynku (a było jeszcze wcześnie) ruch był wielki pomiędzy stragany. Każda gospodynia skupywała co jej było na dzień do domu potrzeba... Słychać było i łajania i targi, i powitania mieszczek, i śpiewy dziadów pod kościołem i stukanie rydwanów po bruku nierównym.
Pani Marcinowa wychyliwszy głowę za stragana, oparłszy się o wystawę obu rękoma, gadała coś z panią Janową.
W tem z ulicy przytykającej do straganów, dały się słyszeć wrzaskliwe głosy jakieś, które przebiwszy hałas rynkowy, do uszów obu paniom wleciały.
— Co to słychać? — spytała Marcinowa — czy pożar gdzie? czy winowajcę jakiego wiodą?
Pani Janowa odwróciła głowę, przysłuchała się trochę i dodała:
— Jeżeli się nie mylę, żakowskie to głosy.
— Żakowskie? albo to co?
— Musi być u nich jakieś święto.
— No! a jakież by to?
— Kto ich tam wie... A może tak wrzawliwie za jałmużną idą.
— Ale nie... bo nie po swojemu dziś śpiewają.
Gdy to mówiły, z ulicy wysypał się tłum radośnie krzyczących żaków. Starsi szli przodem, dziatwa gnała się za nimi. Wszyscy prawie byli poubierani wedle ustawy uniwersyteckiej, w ciemne sutanki, ale z rozmaitemi niedostatkami i dodatkami.
U niektórych wisiały od pasa drewniane kałamarze, innym z pod poły świeciła końcem pochew okutych szabelka, ci nieśli kije jałowcowe i tarniowe, drudzy opończą jaśniejszą lub płaszczykiem barwy nieprawnej odznaczali się.
Na wielu a wielu sukniach łaty różnego koloru pstro świeciły, ale wybaczyć musiano ubóstwu, ten konieczny strój. Na twarzach bladych, rumianych, tłustych i chudych, ogorzałych i białych chłopiąt, jaśniała rzeźwa młodzieńcza radość. Usta się śmiały, oczy iskrzyły. Biegli popychając się, targając, szarpiąc, przeganiając, wyzywając i częstemi bitwy na prędce uprzyjemniając pochód.
Jeszczeż w ulicy jak w ulicy, ale gdy się wysypali na rynek i tyle pokus razem uderzyły ich oczy, porządek zupełnie się pomięszał. Większa cześć sypnęła się ku straganom, kto z groszem, a kto z daremną prośbą o jałmużnę. Zadrżały przekupki na widok groźnej fali, która w jednej chwili podmyła stopy straganom, wpadła na ławki i stoliki, zaczerniała wszędzie. Potrzeba było sto oczów, aby dopatrzeć ruchów tylu rąk wyciągniętych ze wszystkich stron i czyhających na owoce, na bułki, na placuszki. Oczy zaś mieszczek mimowolnie zwróciły się na samo ciało studenckiego pochodu, na kupkę główną poważnym krokiem sunącą z pieśnią przez rynek.
Był to dzień żakom świąteczny, obrzędowy, dzień świętego Gawła, dzień koguciej bitwy i wesołej zabawy...
Przodem niesiono ogromnego koguta, nie oskubanego jak w Anglji do bitwy — ale w całych wspaniałych piórach, z ogonem połyskującym, z dziobem wyostrzonym i oczyma na wierzchu, nogi jego związane były wstążkami różno-kolorowemi. Za tym królem kogutów, następowały różnej maści i wzrostu, tłuste i chude, wielkie i małe, niesione przez żaków kury. Żacy drażnili je idąc, zwracali ku sobie wzajemnie i wyzywali się.
Karmione umyślnie zielem zwanem Matki Bożej włoski, ptaki te były jak w upojeniu jakiemś, w rozdrażnieniu; trzepiotały się ku sobie i wyrywały jedne na drugie. Żacy wstrzymywali zapęd ten do bitwy niewczesny, wołając:
— Poczekajcie, panowie rycerze, poczekajcie ino trochę, zaraz staniemy w miejscu i krew popłynie!
A tymczasem pieśń koguciej wojny brzmiała wesoło...
W rynku znajdowała się gospoda pod kogutem, której gospodarz zdawna miał przywilej dostarczania na ten dzień placu bitwy i karmu żakom bez opłaty. — Za to tłum ciekawych zbierający się zawsze dla oglądania zapasów pojedyńczych w swoim rodzaju, wynagradzał mu i kłopot i koszta. Pamiętni dnia tego, już i dziś zebrali się mieszczanie, próżniacza gawiedź, nawet dworscy wielkich panów i szlachta uboższa, dla przypatrzenia szczególnej bitwie. Ulica przed domem pełna była ludu, podwórzec gospody i izby nabite, okna głowami wychylonemi na ścianę.
Żacy z pieśnią głośną, zawrócili się ku gospodzie, na której progu stał już oczekujący na nich gospodarz, już wtoczyli cisnąc w dziedziniec. Za niemi posunął się tłum z wrzawą, tłocząc, popychając i waśniąc.
Plac bitwy podwórzec, otoczony był ze czterech stron murami, galerjami zajętemi przez ciekawych różnej płci i wieku, a w obudwu na przestrzał bramach otwartych, ścisnęły się kupy pospólstwa, którego głowy tylko nad głowami widać było. Na posypanym piaskiem dziedzińcu rozstawili się żacy, zostawując między sobą nie wielką przestrzeń wolną koguciemu bojowi. Starszy, któregośmy widzieli Depozytorem beanów, naprzód rozwiązał wstęgi swego koguta i utrzymując rękami, postawił na ziemi.
— Do boju! do boju! — zawołali żacy — biały przeciwko żółtemu!...
Jakiś żaczek wysunął się z białym kogutem naprzeciw.
— Kto co stawi na mojego? — odezwał się starszy. — Były bowiem we zwyczaju zakłady, a wygrywający zwykle właścicielowi koguta albo całą, albo znaczną część wygranej oddawał.
Między widzami wszczął się szmer, kilka rąk przycisnęły się w górę, kilka głosów wykrzyknęły:
— Bliżej panowie zakładnicy!
Ale za ściskiem trudno się było zbliżyć. Nareszcie gdy pieniądze złożone zostały z obu stron, na przygotowanej ku temu czapce starszego żaczej gawiedzi — dwa koguty stanęły przeciw siebie.
Oba już były rozdrażnione, nakarmione ostremi potrawy, upojone i zajadłe.
Wielki kogut złocisto pióry, poczuwszy się wolnym, nasrożył, strzepnął skrzydła i puścił zaraz zniżywszy głowę jak baran, kiedy chce buksnąć barana. Biały przeciwnie podniósł szyję i kukuryknął.
Wszyscy w śmiech z białego, zwłaszcza że na głos jego śpiewu, co było kogutów, wszystkie śpiewać poczęły, na różne głosy. Biały tymczasem, wcześnie już odśpiewawszy zwycięztwo, a ujrzawszy przed sobą zapaśnika gotowego do boju, podskoczył, szyję wyciągnął, oczy wytrzeszczył, pióra mu się najeżyły i strzepnąwszy skrzydłami, dziobem w głowę nieprzyjaciela ciuknął.
Złocisty antagonista nie spodziewał się tak zuchwałej zaczepki i odurzony razem, do góry podniósł głowę, gdy tymczasem biały, znowu zamachawszy się, podskoczywszy, dziobnął go koło szyi. Dłużej już cierpliwości brakło czerwonemu, chwycił się z całą siłą na słabego przeciwnika, jakby go miał zdusić i zniszczyć. Biały najeżywszy się cofać począł z otwartym dziobem, na każdy raz, razem odpowiadając. — Czerwony gonił go ciągle i przyparłszy do nóg właściciela, skoczył na niego.
Biały w tej chwili uniósł się w górę, podleciał, siadł zajadle na grzbiecie złocistemu wrogowi, i począł bez litości stukać mu w głowę ostrym dziobem, bijąc się po bokach skrzydłami. Napróżno czerwony trzepał się chcąc uwolnić z niemiłego uścisku, szyją kręcił, wywracał, biegał w kółko, nic nie pomogło. Grzebień się zakrwawił, oko jedno zawisło wybite. — Biały zmęczony skoczył na ziemię i stanął gotów do pojedynku na przeciw żółtego. Ale żółty już się jak pijany skutkiem ran we łbie i wydziubanego oka — zataczał. Nie wiele kosztowało zwycięztwo małemu wojakowi, który go dokonał wywróciwszy olbrzyma, depcząc nogami po brzuchu i nastając na głowę i oczy.
Walka była dokonana, rozdzielono koguty, zakładający bez zwady wyjęli połowę zakładu z czapki, drugą zostawując właścicielowi białego wojownika.
Po pierwszym pojedynku, nastąpił drugi i trzeci i czwarty, z coraz wzrastającą wrzawą, zwiększającemi się zakłady i huczniejszą wesołością żaków.
Między innemi, stał na ustroniu, znajomy nasz Maciek sierota, Maciek Skowronek, podparty na dłoni, oczyma wprawdzie ścigając walkę, ale myślą widocznie gdzieindziej. Wśród powszechnej wesołości towarzyszów, twarz jego jednego była smutna.
Z pośrodka tłumu widzów, raz i drugi wychyliła się głowa szlachcica w szaraczkowej kapocie, któregośmy przed kościołem widzieli jałmużnę Maćkowi dającego. Zdawał on się szukać kogoś w tłumie niespokojnemi oczyma, potrząsając głową z nieukontentowaniem. Nareszcie dopatrzył Maćka i począł powoli przez zebranych ku niemu się przybliżać.
Z drugiej strony kampsor Hahngold także na Maćka spoglądał i gdyby nie to, że lękał się przebijać przez ściśniętych mieszczan, widać było, jak pragnął także ku niemu zbliżyć, bo go świdrował oczyma i niespokojnie się kręcił.
Szlachcic w szaraczkowej kapocie, z nie małą trudnością, przysunął się nareszcie do Maćka i kładąc mu zwolna rękę na ramieniu, powitał go z ruska. —
Szczoś tobi skażu.
Maciek się żywo odwrócił, a ujrzawszy pamiętną twarz dobroczynnego człowieka, pokłonił się i uśmiechnął.
— Chodź no Waść na stronę, rzekł Czuryło.
Oba z niemałą trudnością przebili się przez tłum i ustąpili w zagłębienie pod galerją, zkąd że nic widzieć nie było można, nikogo też nie było.
— No — a jak tobie powiodło się w Krakowie? spytał Czuryło.
— Dzięki Bogu, dotąd wszystko szczęśliwie, zapisałem się w bursie, gdzie mam przytulisko — żacy — bracia przyjęli mnie za swego, a chleb powszedni Pan Bóg zsyła.
— Toś sobie nie znalazł jakiej służby, żeby na chleb zarobić? spytał Czuryło, wszak by to bezpieczniej było, mieć przynajmniej pewną strawę codzienną.
— A któż ją z nas ma pewną? rzekł Maciek. Wiecie wiele nas tu jest — więcej sług, niż służby, więcej gąb niż chleba, a choć jeden drugiemu pomaga, nie każdy idzie spać syty. Czasem modlitwa zastępuje pokarm. — Jednego dnia siadamy śpiewać pod figurą, pod cmentarzowym murem, drugiego chodzim od drzwi do drzwi, innego dzielim się z bracią, czem oni mają do podziału. Czasem się trafi wody przynieść, podwórko oczyścić, dziecka popilnować mieszczaninowi, to da łyżkę strawy. —
Nad syrotoju — Boh z kalitoju, mruczał Rusin pod nosem. Pamiętajcie tylko, choćby wam i głodno i chłodno i nie wyśmienicie było na świecie, że taki zawsze poczciwym być potrzeba. Cudze zawsze wam niech będzie cudzem, choćby głód doskwierał. Powiadają na Rusi — hołod krade a dołh mutyt’, ale to brzydkie przysłowie. —
Dobroniu wsiudy dobre, nie bójcie się, czem rabiejesz, to chuże, w Panu Bogu nadzieja.
— A toś ty z Rusi? dodał po chwilce, wpatrując się mocno w chłopca.
— Z Rusi, rzekł Maciek oczy spuszczając.
— I sierota?
— Sierota.
— A twoi rodzice?
— Nie mam rodziców. —
— No — ale kto oni byli?
— Ja nie wiem, rzekł sierota po cichu.
Czuryło tak mu się w oczy patrzał, że Maciek musiał wzrok spuścić.
— I gdzieżeś się chował?
— W Rusi. —
— A mianowicie?
— Wybaczcie mi, rzekł Maciek ściśnięty pytaniami, wam to rzecz obojętna, a mnie dawniejsze czasy smutno jakoś wspominać. —
Czuryło kręcił się, patrzał, pokiwał głową.
— Znaliście matkę? rzekł.
Dziecko łzy miało w oczach i ocierając je rękawem, nic odpowiedzieć nie mogło.
— Nie nazywano cię czasem innem imieniem wprzódy? dodał uparty Rusin ale po cichu.
— Nie pamiętam. —
— Hm! hm. — Dobrze to, że lada komu nie ufacie i nie paplacie bez potrzeby, ale mój kochanku — jam nie po prostu ciekawy, ja coś może o tobie wiem, o twoich i —
Maciek oczy wlepił jeszcze łez pełne w starego i żywo spytał:
— A! panie — to być nie może, to być nie może.
A więcej jeszcze przelęknienia niż radości widać było w twarzy dziecięcia.
Czuryło tymczasem już milcząc, rozwięzywał powoli sakiewkę i dobywszy z niej trochę pieniędzy, tajemnie, obejrzawszy się do koła, oddał je Maćkowi. —
— Chowaj na głodny czas, a jak ci będzie bardzo źle, bardzo ciasno, a trzeba ci będzie rady, popytaj się o Rusina Czuryłę, wszyscy go znają tutaj. — Pokażą ci domostwo w którem mieszkam.
— Słuchaj no jeszcze, dodał znowu zawracając. Nie zaczepiał cię tu kto w Krakowie, nie wypytywał i nie obdarzał, prócz mnie?
Maciek począł sobie przypominać.
— Zdaje się — nikt. Na wejściu w miasto jakaś przekupka — potem jakiś żyd, kampsor.
Hahngold?
— Podobno.
— Strzeż się go i nic mu nie mów!
To mówiąc palec położył na ustach. —
— A cóżbym mu mógł powiedzieć?
Czort ne spyt! — rzekł Czuryło — Dudka hraje, nyc ne znaje, dudar mouczyt, a wse znaje.
To mówiąc szybko odszedł, bo w tej chwili ujrzał oczy Hahngolda, wlepione w siebie i szukające z kim by mówił. Maciek ruszył się z miejsca, nie wiedząc jeszcze co z sobą począć, gdy posłyszał za sobą wołanie.
— Maćku, Maćku!
Odwrócił się; ręką i głową wzywał go do siebie żaczek braciszek, wierutny łotr jak widać było na pierwsze wejrzenie.
Znano go w mieście pod imieniem Urwisa, zapomniawszy nawet jak się zwał po ojcu i matce. Urwis był rodem z Krakowa, sierota, rodzice jego byli majętni, pożar ich zniszczył; matka rzuciwszy się w płomienie za dziecięciem, osłoniwszy je sobą od ognia, uratowała jedynaka, ale sama opalona straszliwie w kilka godzin umarła. Ojciec oszalał i skończył życie mizernie włócząc się po ulicach, wołając co chwila — gore! gore! Na chwilę przed zgonem odzyskał przytomność, widząc pożar istotny, a przypomnienie strat jakie poniósł, koniec mu przyspieszyło. — Dopóki żył, nosił syna na ręku biegając z ulicy w ulicę i krzycząc po swojemu — gore — gore! Po śmierci jego został sierota na łasce, bez krewnych i opieki. Poczciwa uboga mieszczka wzięła go do siebie; dzieliła się z nim mizernym kawałkiem chleba, aż umarła. Po śmierci jej, już dorosły Urwis naturalnie został żakiem, wpisał do bursy łatwo, bo wszyscy pamiętając nieszczęśliwego ojca i zgon matki, pomagali sierocie.
Ale w pamięci dziecka nic nie zostało ze strasznej przeszłości. Zostawiony sam sobie, pieszczony niegdyś przez matkę, potem przez przybraną opiekunkę, stał się najswawolniejszem dziecięciem, przewódzcą wszystkich żakowskich sztuczek, wszystkich bójek, zaczepek ulicznych i tumultów. Żywy, przytomny, zręczny, kłamca, łakomy; podbudzał drugich do złego, a sam zdaje się myślał tylko życie całe, coby spłatać? W najniebezpieczniejsze rzucał się figle i cało z nich wychodził; nie było dowcipniejszego wynalazcy, ani zręczniejszego dokonywacza nad niego między żakami.
Żydzi lękali go się jak ognia, przekupki klęły i groziły, ile razy na oczy im się nawinął, mieszczanie ujrzawszy go włóczącego koło domu, podwajali baczność na drzwi i okna.
Urwis miał już lat około dwudziestu i wąs mu się wysypywać zaczynał. Będąc jednym z najstarszych żaków, prawem starszeństwa, wywierał nad młodszymi władzę nieograniczoną, kierował dzieciukami, zaprawiał do złego; a gdy słuchać go nie chcieli, to sam lub z towarzyszami tłukł i prześladował. Bali się wszyscy Urwisa, Urwis nikogo. — Odarty, zabrukany, w oszarpanej sukienczynie podpasanej rzemiennym paskiem, w czapce na ucho włożonej, barczysty, silnie zbudowany, ogorzały, z oczyma czarnemi, włosy ciemnemi, z kijem nieodstępnym towarzyszem w ręku, przebiegał ulice świszcząc i rzucając bystre wejrzenie w prawo i lewo na stragany, na wiechy szynkowni, na kraśne dziewczęta. —
Biło bo mu serce dziko na widok każdej kobiety; policzki czerwieniały, krew wrzała. Za uśmiech, za słówko byłby w ogień skoczył, za pocałunek dałby się był ćwiertować. Marzył o kobietach, myślał o nich tylko i ganiał tylko za niemi.
Ale jakkolwiek piękny i młody, oszarpany żaczek, odpychany był wszędzie.
Stare przysłowia mówiły:

Gorzej niźli raka
Obawiaj się żaka.

— Papieru do wody, pióra do ognia, a żaka do żony nie przybliżaj.
Tych przysłowiów trzymali się wszyscy i nie było domu, do którego by żak dorosły mógł mieć przystęp. Skazany na wieczne zdaleka poglądanie niewiastom w oczy, bez możności zbliżenia się ku nim, podwójnie gniewem i namiętnością gorzał Urwis. I byłby rzucił suknię żakowską, ale co potem począć, gdzie się udać, jak na chleb zapracować? A potem, nie bardzo bo mu się też i chciało pracować, wolał żakować, swawolą i piosenką przerywając rzadkie godziny nauki.
Taki to był towarzysz, który w tej chwili zawołał z tyłu na Maćka.
Maciek odwrócił się ku niemu.
— Czego chcecie?
— Słuchaj no! tyś nie głupi, z oczów ci patrzy roztropność. — Wytrzeszcz że oczy do góry, widzisz co tam na półce?
— Cóż? sery! — rzekł Maciek.
— Leź że po nie i dostań mi je. —
— Alboż to twoje?
— Głupiś! gdyby moje były, to bym sam po nie poszedł.
— A kiedy cudze, po cóż ich chcesz dostać?
— To dla żaka gratka.
— Idź-że sam po nią.
Urwis, który nie przywykły był do nieposłuszeństwa, spojrzał naprzód ostro w oczy Maćkowi, potem parsknął śmiechem.
— Czy ty jeszcze Beanus?
— Wszakżeście mnie otrząsali.
— Widać nie dobrze, boś osioł jak i był. Leź mi po sery, ja ich potrzebuję.
— Idź sobie po nie sam. —
— Będziesz mnie słuchał czy nie? zawołał Urwis podchodząc z pięścią ku Maćkowi. —
— Nie — rzekł chłopiec bledniejąc. Posłucham kogo należy i w czem przystoi, ale nie gdzie idzie o kradzież.
— Co? ty mnie będziesz złodziejem robił?
— Ja? toć ty sam się nim stałeś!
Na te słowa Urwis rzucić się miał na sierotę, kiedy wrzask ogromny w podwórzu zwiastujący zakończenie walki dwóch zajadłych kogutów, odwrócił jego uwagę. Spiął się na palce, spojrzał i zagroziwszy pięścią towarzyszowi, pobiegł przez tłum się cisnąc, do środka.
— Odpłacę ci w dobry czas! mruczał bieżąc na środek, i nauczę posłuszeństwa!
Bitwy kogucie zbliżały się już do końca. Skrzydlaci zapaśnicy, pokaleczeni leżeli na ziemi, niektórzy martwi do góry brzuchami z podkurczonemi nogi i skrwawioną szyją, spoczywali na zawsze. Czapka w której składano zakłady była pełna drobnej monety różnego rodzaju. Ostatnia para tańcowała na krwawym piasku, dziobiąc się tem srożej im dłużej na to oczekiwała. — Widzowie rozżarzeni bardziej dwoili zakłady, spierali się i huczeli. Biały kogut, pierwszy zwycięzca padł bez życia. Pozostały tryumfator ostatni, ubrany we wstążki, wzniesiony do góry z okrzykami, z pieśniami, ukazał się tłumowi, który go powitał oklaskiem.
— A teraz do gospody, — zawołali żacy, zbierając pieniądze zebrane. —
— Do gospody!





V.
BRACTWO MIŁOSIERDZIA.

W tłumie który w tej chwili z kamienicy żywo wszystkiemi otwory odpływać zaczął i rozlał się na ulice, Maciek otoczony przez studentów współtowarzyszy, niesiony tą falą posunął się ku bramie. Ale tu uczuł się pochwyconym za rękę i głos na który zadrżał szepnął mu w ucho.
— Poczekaj. —
Żywiej niż kiedy odwrócił się Maciek, postrzegł kobietę, która go za opończę wziąwszy, w tył pociągała, oglądając się bacznie, czy na nią kto nie patrzy. —
Kobieta ta była już nie młoda, wysokiego wzrostu, ogorzałej twarzy, ciemnych włosów, czarnych oczu, chuda ale silnie zbudowana. Ubior jej okazywał ubóstwo i dowodził, że się na żebraczy chleb puściła. Ciemna chusta poszarpana zarzucona na głowę, podwiązana niedbale pod szyją, spadała jej na ramiona, szara siermięga okrywała plecy, podpasana rzemiennym z klamrą mosiężną pasem. Od pasa wisiał różaniec z krzyżykiem i medalem. W ręku miała kosztur wypolerowany rękami, sękowaty; przez ramię torbę w której chleba kawałek ciężył, na sznurku z drugiej strony pasa — garnuszek. —
Na twarzy niegdyś pięknej, a teraz wyrazu pełnej, czytać było można wzgardliwą dumę, bolesne zniechęcenie, smutek i niepokój. Czarne brwi zmarszczyły się i pofałdowały czoło, oczy zaczerwieniły, górna warga drżała konwulsyjnie, a w głowie jej było utajone łkanie. Kiedy po cichu chwytając Maćka za rękę wymówiła — Poczekaj, zdało się że łkaniem dokończyła wyrazu. Sierota też zatrzymał się jak osłupiały i wlepiwszy w nią oczy zdziwione, zawołał:
— Ty tu — ty tu!
Ona nic na to nie odpowiadając, poruszona, niespokojna, spoglądała na odpływający tłum, jakby oczekując, żeby się rozszedł i samych ich zostawił.
W tem kampsor Hahngold, zszedłszy z galerji na której się bitwie koguciej przypatrywał, zdawał się zmierzać do Maćka i postrzegłszy kobietę, mocno w nią oczy wlepiać począł. Ona dostrzegłszy to usunęła się nieco, a żyd postąpił ku Maćkowi, coś mrucząc pod nosem.
— A nu, jakże się wam tu powodzi? odezwał się powoli do Maćka.
— Jak wszystkim — nic szczególnego mnie nie spotkało, wpisałem się, uczę i żebrzę.
Na to ostatnie słowo kampsor szydersko się sam do siebie uśmiechnął i rzucił wejrzeniem niedocieczonego wyrazu na żaka.
— A czemu nie zajrzeliście do mnie?
— Po cóż ja do was? spytał Maciek.
— Choćby za jałmużną, rzekł żyd gładząc brodę — wszak ci to chociem nie waszej wiary, ale u mnie ubogi ubogim, sierota sierotą!
Sierota — wymówił z szczególnym przyciskiem i oczy wlepił w chłopca.
— Dziękuję wam za dobre chęci, ale niech to będzie na ostatni ratunek w biedzie.
— Wszak ci insi żacy często do mnie przychodzą. —
— Ja jeszcze miasta i mieszkań nie znam.
— To wam Urwis pokaże, on wie gdzie ja mieszkam. Jabym chciał z wami pogadać, ja wam dobrze życzę. —
Żak coś niewyraźnie odbąknął, a żyd postrzegłszy że pan Czuryło, wpatruje się w niego zdaleka i śledzi rozmowy, ustąpił z niechęcią.
Przez cały czas tej rozmowy, kobieta stojąca na ustroniu, niecierpliwie rwała wiszący u pasa różaniec, a ujrzawszy odchodzącego kampsora, posunęła się ku Maćkowi znowu.
On także już jej szukał oczyma. —
Niemem spojrzeniem porozumiawszy się wysunęli na ulicę, a żebraczka chwyciwszy za rękę sierotę, pociągnęła za sobą w jedno z tych ciemnych, ciasnych przejść, w które dawne miasta stawiane bez planu obfitowały.
Była to uliczka nie wiodąca nigdzie, zamknięta jak podwórze spiczastym gotyckim frontem domu, otoczona kamienicami kilkopiętrowemi, a w tej chwili zupełnie pusta. Od okien do okien przeciągnione sznury utrzymywały schnącą bieliznę, przepiórki i szczygły szczebiotały w klatkach na oknach, i niekiedy tylko ciszę głuchą przerywał stukot ciężkich drzwi, lub wrzawa z przyległego rynku dochodząca.
Kobieta obejrzawszy się na wszystkie strony poczęła żaka ściskać i całować z macierzyńską czułością, ze łzami, z jękiem radości. On stał niemy, ale poruszony i niespokojny.
— Jakim sposobem wy tu Agato? jakim sposobem wy w Krakowie?
— O mój miły — nie pytaj mnie o to! zawołała żebraczka ręce załamując. Bóg mnie za tobą przywiódł aż tutaj, dzięki mu niech będą, że mi sił starczyło, na długą ciężką podróż, żem cię widzieć mogła i czuwać nad tobą będę. O! ty nie wiesz com się nalękała o ciebie. — Sierota! sam jeden! podróż tak długa, z nikąd opieki. — Żebrać! tobie trzeba było żebrać!
— Anioł stróż mnie prowadził — widzicie, doszedłem szczęśliwie i wiedzie mi się lepiej niż spodziewać mogłem. Ale wy Agato, w tym wieku, porzuciliście dom, krewnych, spokojny dach. —
— Musiałam moje dziecko — musiałam! Dzięki Bogu, że mnie tą myślą i odwagą natchnął! tylem się nalękała o ciebie.
— Czegoż się o mnie lękać było?...
— Daj Boże abyś nigdy nie wiedział o tem.
Westchnęła kobieta i usiadła znużona na wschodach kamiennych najbliższej kamienicy, podparłszy się na ręku..
Po chwili odjęła ręce od twarzy zalanej łzami i przyciągnąwszy ku sobie chłopca, znowu go ściskać i całować zaczęła, mrucząc:
— Jam cię karmiła własną piersią — jam się do ciebie przywiązała jak matka, a ty się pytasz dla czego biegłam za tobą w ślad aż tutaj? Biedne dziecię, ty jeszcze ani siebie, ani swojej doli nie pojmujesz. I lepiej ci z tem.
— Moja Agato — rzekł żak — powiedzcież mi tę wielką tajemnicę, którą mi tak dawno obiecujecie. Niech-że ja wiem kto jestem, co mi grozi — mam już lata, nie jestem dziecko, zrozumiem ciebie, a tajemnicę potrafię utrzymać.
— Nie śpiesz się pytać! Lepiej ci o tem nie wiedzieć — cicho odpowiedziała żebraczka — im później się dowiesz tem lepiej dla ciebie. Tajemnica to łez, nie pytaj mnie o nią, wszak się jej dowiesz... Ale powiedz mi, powiedz mi — dodała żywo — tu w Krakowie nikt że cię nie wypytywał, nie zaczepiał, nie starał przybliżyć do ciebie?
— Owszem, Agato, owszem... Modliłem się jeszcze i płakałem postrzegłszy zdaleka Kraków, gdy mnie już nieznajomi ludzie litością i jałmużną witać poczęli. Wziąłem to za dobrą wróżbę. Jakaś kobieta mieszczka dała mi gomółkę i chleba kawałek, zaraz potem dostałem jałmużnę od nieznajomego szlachcica, którego i dziś spotkałem i znowu mnie on obdarzył, a co więcej dawał jakieś przestrogi.
— Któż on, kto taki? — żywo spytała kobieta: — młody, stary?
— Stary, siwiejący... Rusin, zdaje mi się, że go nazywają Czuryło.
Kobieta rzekła do siebie — wiem teraz.
— A więcej? — spytała — więcej nikt cię nie zaczepiał?
— Żyd któregoście widzieli i którego mi się strzedz kazał szlachcic.
— Strzeż się go moje dziecko, strzeż się go proszę. Co on ci mówił teraz.
— Kazał mi przyjść do siebie?
— Nie idź do niego... nie idź do niego! — dodała żywo — unikaj go.
I do siebie mówiąc powstała.
— Oni go już zapłacili, oni już czyhają na sierotę! Biedne dziecko!
— Kto oni? Agato!
— O! nie pytaj mnie, nie pytaj! Ale słuchaj... Ty wiesz żem tu przyszła dla ciebie, żeby czuwać nad mojem dzieckiem, któremu przysięgłam być matką. I pozostanę w Krakowie, aby cię bronić.
— Od kogo? Agato.
— O! nie pytaj, nie pytaj... Jeźli ci się co złego przytrafi, jeźli rady lub pomocy będzie ci potrzeba, przychodź do mnie, przychodź. Ja będę siedzieć u kościoła Panny Marji.
— Żebrać!
— Tak, żebrać, moje dziecko, dla ciebie i za ciebie. Znajdziesz u mnie radę, znajdziesz chleb, znajdziesz grosz zawsze. Mnie tak nie wiele potrzeba, a ty tak młody. Ty się nie kalaj prosząc o chleb, będziesz go miał odemnie, bądź spokojny! Będziesz go miał, bodajbym kraść miała!
Ostatnie słowa wymówiła z egzaltacją, chwyciła kij i chciała odchodzić.
Maciek ją zatrzymał.
— Ja bym miał żyć twoją pracą! Ale ja tego nie potrzebuję, wierz mi Agato, ludzie tu poczciwi i pieśń żaka prędzej od modlitwy żebraczej wyprosi chleb i strawę.
— Ale ja nie chcę żebyś ty żebrał!
— My tak żyjemy wszyscy.
— Wszyscy niech tak żyją, ale nie ty.
— Cóż ja od nich lepszego?
Kobieta chciała zdaje się coś powiedzieć, potem zastanowiła się, zmięszała i posunęła kilka kroków.
Maciek ją za suknią wstrzymywał.
— Poczekajcie, słowo jeszcze, słowo... Agato!
— Jutro! jutro! znajdziecie mnie u wrót Panny Marji, a teraz muszę śpieszyć.
— Może potrzebujecie pieniędzy — rzekł dobiegając do oddalającej się żak — oto co mi dał Czuryło, weźcie, weźcie.
— Ja! od ciebie! daj-że mi pokój dziecię! nie miała bym sumienia.
I wyrwała się mu chcąc ujść.
W tem w cichej uliczce, dał się słyszeć stłumiony gwar, szelest kroków i chód kilku pośpieszających osób. Nikogo jednak widać nie było, gdy nagle z ciasnego oszyjka między dwoma wysokiemi kamienicami, wyrwało się kilku żebraków, zmierzając ku uchodzącej Agacie.
Na przodzie szedł ogromny, barczysty chłop z nagą, obrosłą czarnym włosem piersią, z rozczochraną głową owiniętą szmatą zbrukaną, z kijem w jednym ręku, długim biczem w drugim. Kawał sukna granatowego związany pod szyją spadał mu na plecy, zdarte buty powiązane łykiem i sznurami do nóg poranionych okrywały niespełna stopę. Na żylastej szyi, którą włos głowy i brody w części osłaniał, spadał zwieszony na sznurze cynowy medal z N. Panną. — Twarz sroga, zmarszczona, czarna od słońca i wiatru, zaczerwieniona ku policzkom i przy oczach, świeciła białkami, które czarnym ślepiom dodawały blasku i wyrazu zbójeckiego. Torby na ramionach zawieszone, krzyż z różańcem u pasa, oznajmywały dziada z pod kościoła. Gdyby nie to, z twarzy, z olbrzymiej postawy i błysku oczów czarnych, można go było wziąść za zbójcę.
Za nim szedł jakby na przekorę, nizki, garbaty z przekrzywioną na ramię głową, zbytecznie wyrosłą i zupełnie łysą, drugi żebrak o kuli. Jeden przy drugim postawieni wydawali się, ten wyższym, a ten poczwarniej małym jeszcze, niż byli w istocie.
Garbus trzymał także bicz w ręku i choć sparty na kuli, poskakiwał żywo za wielkiemi kroki posuwającym się olbrzymem.
Baba zgarbiona w granatowej opończy z garnkiem u pasa, szła za niemi i kilku jeszcze dziadów dalej.
Kobieta wskazywała niespokojnie palcem na Agatę i wołała do swoich:
— To ona! to ona!
— Stój! stój — zaryczał olbrzym machając biczem.
— Czekaj włóczęgo! — cienko powtórzył garbus. I oba poskoczyli ku Agacie, która z początku rzuciwszy się uciekać, potem zastanowiła namyśliwszy i sama postąpiła ku goniącym.
Maciek zatrzymał się i szedł za nią.
— Idź sobie, idź sobie! — odpychając go zawołała Agata — idź sobie.
— Ale oni.
— Nie bój się o mnie, powracaj, idź sobie...
Odepchnięty żak, stanął na uboczu.
Tymczasem dwaj żebracy pochwycili kobietę i łysy garbus smagał ją biczem nielitościwie.
— Co ty za jedna? — spytał wpatrując się w nią zmarszczywszy olbrzymi dziad.
— Co ty za jedna? — powtórzył garbaty.
— Coś ty za jedna? — zawołali wszyscy obstępując do koła, tak aby nie dać jej uciec.
— Widzicie przecie, com za jedna — śmiało odpowiedziała Agata — gdybym nie była tem, czem jestem, nie żebrała bym po ulicach.
— A kto ci pozwolił żebrać po naszem mieście?
— Jakto? a od kogoż ubogi brać ma pozwolenie żebrania?
— Patrzajcie, udaje niewiniątko — rzekł łysy. — Czort jej nie wziął, języka w gębie nie zapomniała!
— Albo to nie wiesz, nicpotem jakaś, że w stolicy, bo i w każdem uczciwem mieście, ba i w wiosce, ręki wyciągać nie można, póki się do urzędu nie opowiesz. Albo to wy na odpuście czy co, gdzie każdy włóczęga pan? — Gdybyście na wioskę się przyciągnęli, i tam w Babińcu nie siąść, nie poznawszy się ze swemi i nie pokłoniwszy plebanowi, a wy tu myślicie sobie wolno z przed nosa chleb nam zbierać, nie kiwnąwszy głową nikomu!
— Patrzcie ją! — zakrzyczeli wszyscy.
— Do gospody, do bractwa — dodali drudzy żwawo się poruszając. — Osądzić, obedrzeć i wysmagawszy won za miasto.
— Kto całe życie żebrał — odpowiedziała śmiało Agata — to mu dobrze, bo wie jakie tam ustawy macie, ale mnie to nowa rzecz.
— O! gotowa się kląć, że w złocie chodziła do tej pory! — rzekł łysy.
— W złocie nie w złocie, ale pewnie nie w łachmanach.
— Otóż to! a teraz pewnie jakieś nieszczęście — dorzucił śmiejąc się i podnosząc biczysko. — Mężysko ją odumarło, co go nigdy nie miała, albo majątek straciła, niewidomy. — Cha! cha!
Maciek rzucił się bronić kobiety, ale ona go odepchnęła.
— Idź sobie — idź, ja sobie dam rady z niemi — szepnęła — bądź o mnie spokojny, idź, zaklinam i bądź spokojny znajdziesz mnie gdziem ci przyrzekła.
Żak odstąpił, ale nie odszedł.
— No — no, moja królowo! do gospody — zawołali żebracy — do gospody. Niechaj Bractwo osądzi... Dość nas jest tu i bez ciebie co żebrzemy, a co dzień to ich jeszcze napływa z całego świata. Ale chwała Bogu — jest na to prawo i biczysko.
— Czemuś się nie jawiła do gospody, przyszedłszy do Krakowa?
— A któż tam wie gospodę waszą i zwyczaje?
— Tem ci gorzej że nie wiesz o nich.
— No! dalej! ruszaj!
Ogromny dziad, którego zwali swoi Lagusem, zamachnął biczem na Agatę, a inni otoczywszy ją, powiedli wywrzaskując z sobą.
Szarpiąc i popychając, wyciągnęli Agatę na rynek, minęli kościół Panny Marji, zawrócili się na tył i wązką uliczką brudną pospieszyli ku wrotom nizkiej o jednem piętrze kamienicy, niedaleko zabudowań probostwa stojącej. Kilka starych drzew zwieszały poschłym liściem ubrane gałęzie, nad dach mchem zielonym i trawami pokryty, pośrodku którego wystawał okopcony, pęknięty komin, miejscami cegły żywe, miejscami reszty tynku ukazujący. W grubym murze domu tego kilka nierównej wielkości okien zakopconych, drewnianemi i żelaznemi kraty obronnych czerniały nieforemnie. Jedne drzwi sklepione nizkie, obrukane rękoma, oklapane błotem, z wystającym progiem otwierały się po środku. Obok nich, między wejściem a oknem, wisiał na dwóch kijach naciągniony, zmyty deszczami blady obraz wystawujący niegdyś Łazarza, z obwiązaną głową, na gnojowisku leżącego, któremu psy nogi lizały. Nieco wyżej drewniany krucyfiks czarne wyciągał ramiona. Okuta skarbona, wpuszczona w mur, miała nad sobą dawniej nadpis, teraz zupełnie zatarty.
Wewnątrz wszystkie izby były z grubego muru nietynkowanego, nizkie i sklepione. Cegły czerwone, pokryte kopciem, przybrały barwy smutne i ponure. — Miejscami biały tynk zbrukany świecił tylko resztką dawnej farby. Sień ciemna dzieliła gospodę na dwoje.
Na prawo i lewo otwierały się mało oświecone dwie izby, z których lewa znacznie większa i porządniejsza, służyła za miejsce schadzki tak zwanemu Bractwu Miłosierdzia, to jest zgromadzeniu żebraków, spisanych na liście urzędu. W prawo było mieszkanie bab i dziadów z pod kościoła Panny Marji, wiodących rej między hałastrą.
Izba na lewo oświecona nizkiemi dwoma okny, za grubym murem mało wpuszczającemi światła, miała do koła ławy dębowe, w pośrodku stół, od drzwi piec czarny otoczony siedzeniem gliną wylepionem. W ścianie od głębi była szafa na kilka zamków zamknięta, na której trzy krzyże i litery C. M. B. zdaleka widniały.
Tu to Lagus smagając biczem Agatę, otoczoną coraz zwiększającym się tłumem żebraków, pędził, łając i popychając, aby pośpieszała.
Kobieta zaczerwieniona od gniewu, szła żywo otulając się suknią swoją i po cichu rzucając przekleństwa.
Weszli nareszcie we drzwi i wtoczyli się bez porządku do ciemnej izby schadzek.
— Czego chcecie odemnie? — zawołała Agata stając w pośrodku. Jeżeli wam wolno żebrać w Krakowie, wolno i mnie.
— Otóż bo to, że nie! — zakrzyczał wyłażąc z kąta, siwy starzec siedzący tam nad książką, ubrany w granatowy giermak, pas skórzany i paciorki u pasa, z krzyżem na szyi na czarnym sznurku zwieszonym. Otóż bo to, że nie! — powtórzyli za nim wszyscy, rozstępując się z uszanowaniem.
— Niechaj pan pisarz sądzi i powie co z tą nędznicą robić mamy? Co dzień ich więcej tych włóczęgów, tak że prawdziwym ubogim kawałka chleba wkrótce zabraknie.
I Lagus razem z łysym garbusem, którego zwali Chelpą, smagnęli ją biczami. Agata krzyknęła i rzuciła się ku temu, którego zwali pisarzem, jakby wzywając jego pomocy.
— Precz biczownicy! precz — rzekł pisarz — ja ją wybadam.
I powróciwszy za stół, usiadł poważnie, zabierając się do scrutinium, a dziadowstwo rozstąpiło i porozsiadało na ławach, pod piecem, otaczając zdala Agatę. Lagus i Chelpa stanęli z obu stron obwinionej z biczami, jak by gotowi do smagania.
— Dla czegoś, rzekł pisarz, przybywszy do Krakowa, nie stawiła się do urzędu?
— Do jakiego urzędu? spytała kobieta.
— Do naszego. — Powinnaś wiedzieć, że nie tylko w Krakowie, ale i we Lwowie i Wilnie i po wszystkich większych miastach są Bractwa żebrzących, w których księgi wpisać potrzeba aby mieć prawo rękę pod kościołem wyciągać.
— Nie wiedziałam o tem, odpowiedziała kobieta. —
— Jak mogłaś o tem nie wiedzieć, zakrzyczał Lagus, kiedy i na wiosce, nietylko żebrak, ale nawet pielgrzymi i pokutnicy idący do miejsc świętych, plebanom oznajmywać się muszą i mieć świadectwa pod pieczęcią od swego urzędu, aby po kraju swobodnie jałmużny prosić?
— Nie wiedziałam o tem, powtórzyła kobieta, a to dla tego, że pierwszy raz w życiu żebrzę i żem przyszła, aż z Rusi, gdzie nie pytają ubogich skąd i co zacz są, aby im dać jałmużnę, bo Pan nasz Jezus Chrystus nie przykazał śledzić ubogich i pytać, ale wspomagać.
— No! no! dosyć tego, rzekł pisarz. — Wiesz teraz że nie wolno ci żebrać bez zezwolenia Bractwa — pokaż papiery.
— Nie mam żadnych.
— Osmagać i wypędzić, zawołali wszyscy.
— Cicho! krzyknął pisarz stukając o stół. Skąd jesteś? I to mówiąc zaczął się jej w oczy wpatrywać, podniósł się, twarz jego zdziwienie wyrażała, powiódł ręką po oczach, potarł czoło, usiadł, zadumał się.
— Z Rusi mówiłam wam i tem bardziej uwierzyć temu powinniście, że brat Groński mógłby sobie przypomnieć tę która przed nim stoi.
Pisarz osłupiał, wszyscy spojrzeli na kobietę i szeptali.
— To być nie może! I skąd-że wy to? zawołał pisarz Groński. — To być nie może! Wy! w tem odzieniu, na żebraczce?
— A wy sami bracie Groński, nie mieliżeście lepszego losu? nie pamiętacież lat weselszych?
Stary pisarz westchnął i jakby natrętne odpychając wspomnienia, zwrócił się do kobiety.
— Co było, to było — ale jakżeście tu zaszli?
— Bieda lepiej pędzi od waszych biczowników i gorzej od nich smaga, odezwała się kobieta, choć i oni mało litości mają dla swojej braci!
— Takie to prawo, ozwał się z cicha pisarz — co chcecie. — Musi się każdy wprzód wpisać, nim mu dozwolemy siąść pod kościołem. Dla spokojności to i bezpieczeństwa naszego się dzieje, aby włóczęgi, czarownicy, złodzieje i podpalacze między nami się nie kryli i całemu nie szkodzili Bractwu. — Każdy też z nas, ile nas tu widzicie, dodał pisarz ciągle niespokojnie patrzając w oczy kobiecie, ma wyznaczony kościół i ulicę, za której zakres, krom dni pewnych wyjść nie może. A po domach nawet żebrać nie wolno, prócz wszystkich Świętych, Zadusznych dni i Wielkiej nocy. Takie to prawo! —
— Wpiszcież mnie w swoje Bractwo, rzekła Agata, i pozwólcie siedzieć u Panny Marji.
— U Panny Marji! rzekł łysy garbus, ho! ho! A jakeście przewąchali, gdzie lepiej! To nas starszyzny miejsce, nie żeby lada włóczęga zasiadł przed zasłużonymi. — My tam siedzim. — Podziękujcie jak wam na Kleparzu lub Kazimierzu wyznaczą kościółek, a nie myślcie tu nam prawo pisać.
— Bracie Groński, ozwała się kobieta — wy to dla mnie uczynicie.
— Pan pisarz tu nie król, a prawo starsze od niego, odparł Lagus — którego przestąpić nie godzi się. —
— A jakież to prawo? —
— Kto najpóźniej przychodzi, ostatnie miejsce zasiada; podziękujcie kiedy was z miasta kijmi i biczami nie wypędzim.
Agata wzruszyła ramionami.
Pisarz po chwili namysłu, poszedł do szafy, odczepiwszy klucze, otworzył ją i dobył księgi, począł przewracać karty szybko, potem głośno zawołał.
— Przyjmujecie ją do Bractwa?
— Nie! nie! zawołali wszyscy, przepędzić z miasta, wysmagać. Nie wiadomo co za jedna!
— Ja ją znam, rzekł Groński — przed moją pielgrzymką do Rzymu i Kompostelli widziałem na Rusi. — Ręczę za nią.
— Niech wam Bóg zapłaci, — bracie Groński!
— Niechaj idzie gdzie chce, nas tu i tak dosyć, zawołali Lagus i Chelpa: a do tego, pewnie i wpisu nie ma czem zapłacić.
— Za wpis zapłacić? zdziwiona odparła Agata. — A wieleż?
Dziadowie i baby pokręcili głowami. —
— Dziesięć groszy do skrzynki Bractwa za dusze zmarłe z nikąd ratunku nie mające, a na Bractwo, a na kaleki i chore; — na —
Agata poczęła szukać węzełka pod suknią i rozwiązywać go.
— I pozwolicie mi siąść podle P. Marji.
— Ale to być żadną miarą nie może, bo to miejsce starszych, rzekł pisarz sam z cicha.
— Ja więcej od wpisu zapłacę, a później...
— Obiecanka! wołali drudzy, to być nie może.
Agata dobyła nie wiadomo zkąd, bo nie z węzła, błyszczącą sztukę złota i podnosząc ją w palcach do góry zawołała:
— Tyle dam od wpisu. —
Pisarz niecierpliwie wargi zaciął, a dziadostwo zdumiane stanęło.
— Kiedy jej tak złoto nie kosztuje, rzekł Lagus, widać ma sposoby nabywania go! Czarownica! czarownica! lekarka jakaś tam...! nie chcemy i pieniędzy i jej. — Wysmagać.
— Ja ręczę za tę kobietę, rzekł pisarz.
Lagus głową pokręcił. —
— Jak chcecie, ręczcie nie ręczcie — a pamiętajcie żeby z tego licha nie było. —
— U Panny Marji? spytała Agata.
— Siedźcie gdzie chcecie, zawołał Lagus, aby nie podle mnie, żeby szatan co cię zdławi i o mnie nie zaczepił.
Agata rzuciła sztukę złota na stół i stanęła oczekując.
Pisarz odwrócił kartę, podniósł głowę.
— Agata? —
— Piszcie, Agata rusinka.
— I dodajcie, rzekł garbus — Złotniczka, to jej chrzestne w Bractwie będzie nazwisko.
Agata smutnie się uśmiechnęła.
— A kiedyście się szczęśliwie wpisali, rzekł gburowato Lagus, niechże wam pan pisarz prawa przeczyta, abyście się ich trzymali, bo na to my starszyzna wybrani jesteśmy i Biczownikami nazwani, aby prawa naszego biczem pilnowali.
Tylko co się ten obrzęd dokończył i pisarz ustąpił nieco na bok szepcząc coś do Agaty, gdy dzwony kościelne odezwały się z wieży Panny Marji i dziadostwo spiesznie rozpraszać zaczęło. Pozostał tylko pisarz Groński i Agata.





VI.
KSIĄŻĘTA.

Powiedzcież mi, odezwał się Groński, gdy się wszyscy rozeszli i on sam tylko z Agatą pozostał, co was tu przypędziło, co do tego stanu przywiodło, jakim sposobem wzięliście torby żebracze i kij i po co wędrowali aż tu do Krakowa?
— Długa to i smutna historja! odpowiedziała Agata, a nie każdemu nawet powiedzieć bym ją chciała. —
— Przecież mnie, com wam był użyteczny.
— Niech wam to Pan Bóg nagrodzi. Może kiedyś nawzajem i ja wam. — Ale skąd ta ciekawość panie Groński? Rzecz ta wam obca zupełnie.
— Nie ze wszystkiem to tylko ciekawość, odparł uśmiechając się stary. Gdyby zaś i tak, nie dziwujcie się. Ze wszystkich namiętności, ta się najdłużej zostaje w człowieku. Sam nie powie często dlaczego chce wiedzieć, a chce. — Nareszcie gdy mi o sobie powiecie, lepiej wam będę mógł w przypadku posłużyć.
— Obca to dla was rzecz, smutna, a i ja spełna wszystkiego nie wiem.
— Jakto? wy sami o sobie, pani Agato. —
— O sobieć to wiem, ale nie — potrząsła głową.
— Nie wydacie tajemnicy?
— Więcej ich słyszałem w życiu niż myśleć możecie, rzekł stary, a nikt się na mnie nie żalił, abym go zdradził.
— Na Boga ukrzyżowanego?
— Na Boga ukrzyżowanego, przysięgam wam kiedy chcecie, że milczeć będę jak kapłan po spowiedzi.
— Słuchajcież. — I westchnęła ciężko kobieta poczynając w te słowa:
— Pamiętacie kiedyście byli na Rusi, w waszym pielgrzymim stroju, wybierając się do Rzymu i jakieście na dwór nasz przywędrowali. Trochę to temu dawno i nie mało na ów czas dworów przeszedłszy, może wam w pamięci nie utkwiło.
— Owszem, pani Agato, bom ci chorował u was tam i kilka miesięcy przeleżał; dobrze dwór księżnej pamiętam.
— Więc i panią naszą, pamiętacie?
— Któż by o niej zapomniał? to był prawdziwy anioł z ciała i z duszy! Dla ubóstwa, dla poddanych, dla księży, dla wszelkiego ludu. —
— O! nie krwawcie mi serca wspomnieniem, anioł prawda, w ludzkiem ciele anioł. — A taka nieszczęśliwa. —
— Ona!
— Nie mieniałabym się na jej los, choć i mój teraz nie złocony. Nie wiem o jej młodości wiele, ale jak ją zapamiętam łzy a łzy tylko na oczach jej widziałam. Jedyna dziedziczka wielkich majętności, oddana w opiekę przez umierającego z ran ojca stryjom, popadła w ciężką niewolę. Dzielnice stryjowskie nadwerężone były, a naszej pani najpiękniejsze dobra ruskie, łakomą gratką dla nich. — Bóg wie co tam za projekta osnuto na majętności, żeby z imienia nie wyszły. Oba stryjowie mieli synów i oba, każdy swego ożenić z nią pragnęli. Jeszcze była w klasztorze gdy panowie stryjowie z kolei jej synów do kraty wozili, usiłując namówić do małżeństwa, którego ona z bojaźni bożej, dla blizkości i widząc że to się wszystko przez łakomstwo działo, nie bardzo chciała. Ale w mocy ich będąc, co począć miała. Szczęściem stryjowie między sobą o bogatą dziedziczkę waśnić się poczęli. Z początku pokrywało się to pozorami polityki światowej, ale nareszcie buchło ze zgorszeniem wszystkich na jaw. Nie spotkali się już inaczej tylko z ostremi przymówki i szablami na wpół z pochew dobytemi.
O opiekę nad małoletnią w sądach się rozpierać poczęli ze zgorszeniem ludzkiem i obrazą Bożą, boć Bóg naprzód a potem i ludzie wiedzieli, o co tu chodziło, nie o sierotę, ale o jej wiano i o imiona, które chciano w familji zatrzymać. —
Testament, którym nieboszczyk ojciec księżniczki naznaczył stryjów obu opiekunami, nie wiem tam dla czego, sądy skassowały, a unikając dalszych następstw, król Jegomość naprzód stary, potem teraźniejszy, wzięli na się opiekę księżniczki. Królowa tedy Bona kazała ją na swój dwór wieść, ale panowie stryjowie oba razem już oparli się temu i z klasztoru ją wyrwawszy, osadzili w Zameczku w Bracławskiem, kędy prawda ciężko po nią było królowi Jegomości sięgnąć, ale za to łatwo było Tatarom. Stryjom zaś może o to i szło, aby imie na nich spadło i na ich dzieci. —
Tymczasem Pan Bóg srodze karać począł opiekunów.
Ojciec i trzech synów razem, napadnieni przez Tatar, walecznie się im broniąc, zginęli. Ojciec zabity na miejscu, a synowie pobrani w niewolę, tak że o nich wieści nawet od zbiegów i posyłanych szpiegów na Budżak dostać nie było można. — Stryj więc pozostały przy opiece i nadziei obszernych majątków księżniczki utrzymał się. Tymczasem król Jegomość o księżniczkę pisał, i namiestnikowi wojewodzie rozkazał ją na swój dwór odsyłać, aby tu do wzrostu doszedłszy, wedle woli jego za mąż wydana została. Ale księciu stryjowi nie było to po myśli. Jeden z jego synów wojskowo się za granicą bawił, drugi był przy nim. — Tego jako starszego ojciec za męża sierocie naznaczył, pewien będąc że gdy raz małżeństwo się dokona, król jak to już nieraz bywało przebaczy i zapomni obrazy.
Zaledwie lat piętnastu doszła księżniczka Jejmość na owym zameczku w Bracławskiem, gdy ją w nocy zajechawszy stryj jegomość na kobierzec z synem swym postawił, do ślubu zmusił i tym sposobem za mąż wedle woli wydał. Że zaś małżeństwo to bez dyspensy zawarte, dla blizkości unieważnione być mogło, tajemnie do Rzymu wysławszy, ukrywał je stryj.
Zaszła jak to często bywało trwoga od Tatar, już ja na ówczas w usługach księżniczki byłam i razem z nią siedziałam na zameczku owym nie opodal od Bracławia i Winnicy. Pan młody nasz, któremu rękę dawszy pani nasza, przywiązać się wszakże do niego nie mogła, nie długo pobywszy na zamku, gdzie i ślub ten i wzajemne niechęci jak najskrzętniej przed ludźmi ukrywano, puścił się za powracającemi ordy ku Dniestrowi. Ojciec wyjechał dopiąwszy swego do Krakowa na czas.
Znowu więc zostałyśmy się same jedne, ze strachem nie małym, do którego chociaż po trochu byłyśmy już przywykłe, bo nie było kilku miesięcy, żebyśmy pożog tatarskich albo i Tatarów podle zamku ciągnących nie widziały, jednakże dla małej załogi serce nam biło a usta się kleiły do nieustannej modlitwy.
Księżniczka we łzach tonęła, ani ją było można pocieszyć, bo miała to małżeństwo swoje za niebłogosławieństwo Boże i przewidywała smutki, nieszczęścia, kary. Jeszcześmy nie mieli wiadomości o mężu naszej pani, który z nie wielką garścią nad Dniestr za Tatarami poszedł, probując czy im co zdobyczy i niewolnika nie odbije, gdy za nowem naleganiem królewskiem stryj już uspokojony, wyjeżdżać na dwór królewski kazał. —
Wyjechaliśmy, a całą drogę księżna pani płakała i sypała jałmużny. Przybyliśmy do Krakowa na samo koronowanie królowej Barbary, a że wielki był pod ówczas dwór, wystawa, wspaniałość, jakoś się i naszej pani łez ujęło. Poczęła ją królowa Bona ku sobie tulić i wielce łaskawie serce jej jednać. Król też Jegomość dziwnem na nas okiem patrzał, bo księżniczka tak była do Barbary Radziwiłłównej podobna, krom tylko że znacznie od niej młodsza, iż ludzie je za dwie siostry, zwłaszcza że obie były książęcego rodu — mieli. — Ona tu uchodziła za dziewicę, chociaż zamężna, ale nikt o tem małżeństwie na dworze nie wiedział, i poczęli niektórzy do królowej starej i króla starania czynić o jej rękę. Aż spadło na nas niespodziane nieszczęście. Zdrowie księżnej zmieniło się, aniśmy wiedziały co to ma znaczyć, gdy stare kobiety naprzód odkryły, że książęcy ród miał się pomnożyć.
Wielka była rozpacz księżnej, niespokojność nasza, bo małżeństwo tajonem być musiało, a w takim razie wstyd wielki i nieuchronny; królowa Bona z fukiem, groźbą i srogim gniewem wystąpiła na nas, a księżniczka z płaczem wszystko wyznała. Wezwano listami pilnemi księcia starego; ale gdy się to dzieje, z nad Dniestrowej wyprawy syna mu przywieźli strzałą tatarską w oko prawe ugodzonego tak, że ducha wyzionął. Starzec, który od drugiego syna z za granicy wieści nie miał, ostatniego prawie swojego rodu grzebiąc, wpadł w rozpacz, zachorował, poszedł chory jeszcze na Tatarach mścić się i w stepie z niemocy zmarł.
Księżniczka została sama! Małżeństwa jej dowodów wyszukać niepodobna było, bo tajnie się odbyło i stary książę sam się tem zajmował.
Tymczasem dziecię, syn na świat przyszedł i jakby szczególnem zrządzeniem losu, ostatni już tego rodu mężczyzna; brat męża księżniczki, do kraju, dowiedziawszy się o śmierci swoich i wypadkach zaszłych z nami, powrócił.
Wielkie długi poczyniwszy za granicą, na których opłacenie poszła majętność ojcowska i spadła po drugim stryju nie wielka puścizna, został prawie bez mienia, i gdyby go król Jegomość starostwem nie poratował, chleba by może nawet nie miał. Naturalnie zwrócił oczy na księżniczkę i naprzód żenić się z nią chciał. Ale pomimo instancji królowej pani, króla i prałatów, ona słuchać o tem nie mogła, mówiąc że ją i tak Bóg dosyć za pierwszy związek pokarał.
Ztąd niechęć wielka ku pani naszej, ztąd pragnienie zemsty. A że dowodów pierwszego małżeństwa żadnych, krom kilku świadków, którym usta stulono groźbą i groszem, nie było, zaniesiony manifest, dziecięciu urodzonemu kondycij jego i do dóbr macierzystych przyjęcia zaprzeczył. Nie dość na tem, książe pan zaprzysiągł się dziecię ze świata zgładzić.
Na dworze, jak zwykle na dworach bywa wielkich, różne o nas chodziły głosy, jedni to dziecię za prawego potomka, drudzy zwłaszcza że poumierali stary książe i syn w rychle, za nieprawy płód mieli. A i dwór królowej Bony na języki ludzkie więcej niż inne miejsce był wystawiony, bo królowej nie cierpiąc, rozwięzłość jej obyczajów i rozwalnianie ich zarzucano, łacno było ludziom wmówić, że księżna pani winna, że nigdy zamężną nie była, a wszystko co się jej tyczyło baśnią tylko.
Byli i tacy co króla Jegomości, dla wielkiej piękności księżnej i podobieństwa jej z Barbarą, posądzali. Ale my wiemy jaki to fałsz. Królowa Bona może lękając się, aby po śmierci Barbary, (którą Boże odpuść, wcześnie przewidziała), Zygmunt nasz pan do księżniczki nie obrócił się, kazała jej odjechać.
Zabraliśmy się tedy na Ruś, ku Wołyniowi, kędy dobra jej były, z dziecięciem. Ale nie spał nasz nieprzyjaciel. Kilka razy dziecię wydrzeć nam usiłowano, kilka razy napadnieni w drodze, ledwieśmy losowi, odwadze naszych ludzi i szczęściu, całość naszą winni. Z wielkiem utrapieniem nareszcie przybyliśmy na miejsce. Ale i tu za nami szli wysłańcy, zdrajcy, cygani, truciznicy, tak że z oka dziecka spuścić na chwilę nie było można, że chwili spokojnej nie mieliśmy.
Pomimo przywiązania swego do syna, nie mogła dłużej księżna utrzymywać go przy sobie. Z największą więc tajemnicą, poruczono dziecię mnie, com już była wykarmiwszy je wprzód, bo mi moja córeczka zmarła, oddaliła się od dworu do innego majątku. Staś, takie było imie synowi pani, miał na nieszczęście w twarzy swej piętno pochodzenia niezmazane, rodzinne i po niem go wysłańcy Krzysztofowi poznawali. Poczęto chodzić koło mnie, próbując i pieniędzmi i siłą i groźbą, dziecko dostać; wreszcie do tego przyszło, że jeść mu nie skosztowawszy wprzód sama, nie śmiałam dać, żem każdy chleba kawałek dla niego przeznaczony kryła.
Dziecię rosło i prześladowanie ciągle z niem. Jak najtajemniej znowu oddałam je do nauki sama, zacierając ślady za sobą. — Ukryliśmy chłopię w polesiu głębokiem, w cudzych dobrach, domek nająwszy, mistrza sprowadziwszy.
Tak dziecię rosło w ciągłem strachu matki, która się o nie dowiadywać, widywać go nie śmiała i na moje tylko ręce na potrzeby jego posyłała. — Tymczasem jednej nocy napadniono dwór kędy Staś był z mistrzem, starca zabito, a dziecko ze strachu w ogród się schowawszy, porwania, a może śmierci uniknęło. Szczęściem ja przybyłam nazajutrz, jakby przeczuwszy nieszczęście i zabrałam dziecię. Umyśliłam je zaraz do Krakowa wysłać, bo nigdzie jak w wielkiem mieście się ukryć; ale na to potrzeba było zezwolenia matki, a potem pieniędzy i ludzi zaufanych. U krewnego porzuciwszy Stasia, sama ruszyłam na zamek księżnej pani, aliście w drodze nie dojechawszy dowiaduję się, że jej nie ma, że nie wiadomo gdzie znikła, a książę Krzysztof objął już prawem spadku majętność. — Co by się z księżną stało, nie wiedziałam i dowiedzieć się nie mogłam. Jedni mówili że zabita, drudzy że do lochu zamknięta, inni że gdzieś w klasztorze, a wszyscy się na to zgodzili, że z domu wyjechawszy z jednym sługą, zapewne przez nasadzonych na to umyślnie ludzi porwaną być musiała.
Dziecięciu więc książęcej krwi nie pozostało nic, nikt prócz mnie. Na mnie oczy zwrócone były; potrzeba było oddalić je z tamtąd, musiałam do Krakowa samego jednego chłopaka wyprawić pod opieką Bożą i aniołów stróżów. Sama później dopiero tu nadeszłam za nim. Dla tego mnie widzicie pod żebraczem odzieniem, innego wziąść nie mogłam, bo i tu na mnie patrzą. A zdaje mi się nawet, że i na dziecko już poglądają i domyślają się czegoś.
Pisarz, który całego tego opowiadania uważnie, głową niekiedy tylko potrząsając słuchał, wstał nareszcie z ławy.
— Niepojętych mi rzeczy naprawiliście, odezwał się. — Dziwne dziwy! Ale cóż się z księżną stało?
— Nikt nie wie. —
— Nie staraliście się dowiedzieć?
— Czyż myślicie że nie? — Chodziłam, badałam, śledziłam, ale wszystko napróżno.
— Dziecko jest tutaj?
— Tu w Krakowie, między żakami ubogiemi, ale pod łachmankiem jego sukni ubogiej znać pochodzenie, widać z twarzy ród książęcy.
— Tym ci gorzej. Ale powiedzcież mi, czegoż się jeszcze lęka stryj, co go prześladuje, wszak dowodów urodzenia nie ma żadnych?
— Są, odpowiedziała Agata. — Jest metryka dziecięcia, są metryki ślubne, przez zaufanego duchownego wysłane do Rzymu, świadkowie; wreszcie same rysy twarzy, już także nie małym dowodem. — Ale z przemocą co począć?
— Jak dawno księżna znikła?
— Zaledwie kilka miesięcy.
— Jakże mógł książę objąć jej majętności nie mając dowodów śmierci?
— Wymyślono dowody, bo tam oni co chcą to czynią, a wiecie że powadze starego imienia książęcego, bogactwu i związkom, mało co u nas oprzeć się potrafi.
— Prawdać to, rzekł pisarz, przysiadując znowu. — Biedne dziecko! I czem-że myślicie mu być tu pomocą?
— Przynajmniej on żebrać chleba nie będzie, ja za niego, rzekła Agata. — A chcecie wiedzieć dla czego upierałam się siedzieć pod kościołem Panny Marji? dla czegom to prawo opłaciła tak drogo? Bo mi ztąd łatwiej dopatrzeć dziecięcia i jemu mnie tu znaleźć.
— Opłaciliście prawda, rzekł Groński, opłaciliście drogo prawo siadania pod kościołem, ale nie myślcie by to na tem był koniec. I żebrać wam tam i usiedzieć spokojnie nie dadzą, będą prześladować, męczyć, aż oddalą, bo starszyzna zazdrośna, a jałmużna u Panny Marji, warta więcej, niż stragan na rynku.
— Na wszystkom gotowa dla dziecięcia, odrzekła Agata.
I powstawszy z ławy, pożegnawszy pisarza, wyszła.
W samych drzwiach spotkała się z kampsorem Hahngold, który na próg izby niechętnie wkraczając, pytał stłumionym głosem:
— Lagus jest, Lagus?
— Nie ma go, odpowiedział pisarz, wiecie zapewne gdzie go szukać, a nie idźcie tu żydzie, bo to poświęcane miejsce! Precz! precz!
Żyd umknął uliczką. — Agata wyszła powoli za nim, on nie uważał na nią.





VII.
SKRZYDŁA.

Niewiedzieć dla czego tknęło Agatę zapytanie żyda o Lagusa, poznała w nim kampsora, którego widziała rozmawiającego z Maćkiem, i nieznacznie pociągnęła się za żydem z daleka, mrucząc modlitwę, oglądając się, zatrzymując, a na oko, wcale niby nie myśląc go śledzić. Żyd też nie postrzegł szpiega za sobą, przytrzymując oburącz i płaszczyk swój i czapkę, pośpieszał w miasto. Przebyli kilka ulic, a Lagusa nigdzie nie dostrzegli, żyd się widocznie niecierpliwił i pomyślawszy trochę, zawrócił ku szynkowni, nad której drzwiami wisiała wiecha zielona sosnowa. — Był to dom czerwono dawniej malowany, z którego miejscami tynk z farbą razem poopadał, na górnej facjacie trójkątnej w owalnem polu, stał bocian na jednej nodze, zwano też kamienicę i szynkownię: pod bocianem. — Okiennice dolnego mieszkania czerwone, pomalowane były niezgrabnie w dzbany, kieliszki, flasze i obwarzanki.
Z za drobnych szybek wyglądało potwierdzenie malowidła, takież flasze, dzbany, kieliszki i obwarzanki. Do drzwi otwartych, po trzech wschodach kamiennych zabłoconych wszedłszy, miałeś przed sobą długą wązką sklepioną izbę, gdzie zasiadała sławna swem piwem, miodem i lipcem Krzaczkowa.
Krzaczkowa, wdowa po mieszczaninie Krzaczku, od lat już kilkudziesiąt panowała w zadymionej szynkowni, za czerwoną kratką, obwodzącą i stół zastawiony dzbanami i wejście do lochu zawsze na wpół otwarte.
Ławy, piec, stół dębowy, półki zastawione talerzami, misami, łyżkami, składały cały sprzęt izby, do której zbiegała się gawiedź miejska, szuja ludu, na piwo, na sławny marzec pani Krzaczkowej.
Do koła gwarzyli u czerwonych dzbanów klechowie z Podgórza, z okolic Krakowa, starsi żacy, dzwonnicy kościelni, ubodzy mieszczanie i wyrobnicy.
Tam pielgrzym w czarnej sukni, kapeluszu z szerokiemi skrzydły, ubranym w muszle, z tykwą żółtą u pasa, koszturem w ręku, rozpowiadał dzieje swej podróży zgromadzonemu pospólstwu; dalej rybałt stary opisywał wymownie wyprawę na Wołosz, gdzie się sławy i kalectwa dobił. Dalej jeszcze dzwonnik traktował starą babkę z pod kościoła, powierzając jej tajemnicę kruchty i historją ostatniego pogrzebu, w czasie którego dziwy się działy.
Za stołem siedziała poważna, niezmiernej otyłości czerwona i połyskująca pani Krzaczkowa. Na głowie jej zwinięta niedbale chustka jaskrawa, nie zajmowała jednak wszystkich włosów siwych, które się z pod niej wymykały kosmami. — Niegdyś niebieskie a teraz siwe blade oczy, obłąkane i dzikie chodziły nieustannie z kąta w kąt izby. Przygłuchła już, domyślała się jednak wzrokiem sobie dopomagając, czego komu i wiele było potrzeba; nalewała i wysyłała na izbę przez małego odartego chłopczyka, który u nóg jej razem z kotem czarnym siedział, czekając rozkazów.
W chwili kiedy żyd uważnie uchylając drzwi zaglądał do szynkowni, pielgrzym w kapeluszu z szerokiemi skrzydły na cały głos rozpowiadał o podróży swej, niedawno odbytej do Rzymu. Wszyscy słuchali go z natężoną uwagą, nawet pani Krzaczkowa, która przy głuchocie pojętna była i domyślna. Strój opowiadającego mówił jej tyle co usta, boć nie pierwszego to pielgrzyma słuchała.
— Nim się zaciągniesz do Rzymu, okropna to i daleka droga, bracia — mówił pielgrzym. — Naprzód skały i góry takie, że nie tylko chmury często o ich wierzchy zawadzają i rozdzierają się, ale księżyc czasami rogiem się zaczepi i siądzie, dopóki wiater go nie wyrwie. — Co to nasze góry i skały! ziarnka piasku przy tamtych. Rok idziesz do góry, a rok spuszczać się potrzeba. — To potem dolina, ale przejść trudno dolinę, gdyż najeżona kamieniami, tak że z jednego na drugi skakać potrzeba, bo inaczej przejść nie można. A obejrzysz się toś jak w lochu, do koła znowu góry. Na wierzchu ich śniegi, w środku jesień, niżej lato, niżej wiosna, a najniżej dopiero taka pora roku jak wszędzie. Przeskakawszy dolinę, znowu góry. — Często między górą a górą rzeka płynie i po nad nią półtorej mili wisi most. Co za most! Spróchniały kijek nad przepaścią, a ośliźniesz się, to się poleć Panu Bogu, amen tobie! To znowu na wierzchach gór będą stawy zamarzłe. I żebyć choć po ludzku, jak to u nas gładko, ale gdzie tam! Panują tam wielkie wiatry, bałwany się wznoszą na kilkadziesiąt łokci, a mróz bywa taki, że bałwan cały w powietrzu kośnieje, twardnieje, i tak całe czasem jezioro zmarznie. Drapiesz się więc z bryły na bryłę, a gdzieniegdzie skaczesz przez wodę, co jeszcze płynie. Dalej tedy znowu góry. Ale tu już co innego, ze środka ich, bo tam są bramy piekielne, bucha nieustanny dym i płomień, lecą popioły i kamienie, zieje siarczysta para.
U wrót tych piekielnych nie ma żadnej straży, idź kiedy chcesz, o pass cię nie zapytają pewnie. Nocami słychać i wurkot i krzyki potępieńców i jęki okropne, tak że ci co tam blizko mieszkają, nigdy nie śpią ze strachu, chyba na jedno oko i to stojąc.
— A jakże tam ludzie mieszkają?
— Ot, tak jak i tu przyzwyczaiwszy się, a nawet kraj żeby nie to, że tamtędy droga do piekła, wcale żyzny, dobry i wygodny. Wino rośnie jak u nas kapusta, a na drzewach wiszą jabłka złote i srebrne.
Na te właśnie słowa wszedł żyd i po cichu zawołał: Lagus!
Dziad, który siedząc na ziemi oparty o ławę, z zajęciem słuchał opowiadania, podjął się, aby zobaczyć, kto go woła, a ujrzawszy kampsora, dał mu znak ręką i wyszedł powoli ku niemu.
Oba oddalili się spiesznie potem od szyneczku pani Krzaczkowej i następująca zawiązała się między nimi rozmowa.
— Słuchaj Lagus, tyś nie zapomniał drogi do Węgier?...
— Ja? a jak chcieliście bym ją zapomniał, nie tak ci to dawno.
— Nie dawno, prawda, jakeście przeprowadzali cyganów, i kradzione konie tamtędy i złapany.
— Na co to przypominać, mój Rebe.
— A trzeba przypomnieć — dorzucił żyd — boś mnie winien.
— No, no, pamiętam.
— Otóż ja cię teraz sam chcę wysłać do Węgier.
— Z czem, z kim, po co? wy? Jużciż nie z kradzionym koniem?
— Lepiej, bo może z kradzionem dzieckiem.
— Hę? chrześcjańskiem?
— Chociaż mu ani życia, ani wiary odbierać nie myślę i ja go nie wysyłam, ja tylko pomagam.
Tu ruszył ramionami.
— Za pieniądze — rzekł Lagus.
— Rozumie się za pieniądze, i wy nie darmo pójdziecie także.
— Samo z siebie.
— Ja wam wskażę miejsce, w które go pod kwit oddacie, a wróciwszy, odbierzecie co wam za to należeć będzie.
— Cóż to za dziecko? — spytał Lagus.
— Tobie na co wiedzieć, dziecko, dosyć... Nie potrzebne tu... Tracić go nie chcą, to go wyszlą. Ot po wszystkiem.
— Powiedzcie mi jednak co to za dziecko, bo kto was wie, czy za to wisieć nie można, a mnie już nie chciało by się na starość.
— Nu... to i młodemu jeszcze gorzej się nie chce...
— Stary, woli spokojność — rzekł Lagus — już człowiekowi nie do Węgier chodzić, a lepiej pod kościołem leżeć z wyciągniętą ręką... Lada dzień nabiorą mi rany, com je sobie na nogach jaskrem porobił i wilczem łykiem, to dopiero sypią się jałmużny i bez Węgier. Jakież to dziecko, panie Rebe?
— Co wam o tem wiedzieć? Ja tobie na ręce oddam, a ty jak bywało konia poprowadzisz.
— Wiele jemu lat? — spytał Lagus patrząc w oczy żydowi.
— Nu dziecko... czternaście, piętnaście lat.
— I gada mi o dziecku! toć chłopiec?
— Chłopiec i dziecko, wszystko jedno.
— Dziecko na ręku poniesiesz, a takiego chłopca jak prowadzić?
— O! wa! za rękę, a choćby związawszy.
— Toć ludzie zobaczą.
— Jaki ty głupi Lagus — rzekł żyd odwracając się — on musi pójść z tobą po dobrej woli.
— No, to na cóż go prowadzić?
— On sam nie trafi — rzekł Hahngold śmiejąc się szydersko.
— A zechceż on pójść dobrowolnie?
— W tem ja... nauczę cię, co masz gadać.
— I jakaż za to zapłata?
— Zapłata? No, no... jak odprowadzisz, to się potargujemy.
Lagus głową pokiwał.
— Zapewne! Ty to taki mądry ze wszystkiem, ale ja nie ze wszystkiem głupi.
— Naprzód, czy ty się tego podejmiesz?
— Czemu nie, ale to jak dla jakiej zapłaty. Bo widzicie ja taki coś i siedząc na miejscu użebrzę, powtóre, com sobie nogi teraz pokaleczył, to trzeba do drogi pogoić, a potem powróciwszy kaleczyć znowu, nareszcie i praca i szelmostwo coś warto. To się dobrze potargować potrzeba i pieniądze na rękę.
— A kto mnie za ciebie zaręczy? — rzekł żyd.
— A mnie za ciebie kto? — odpowiedział Lagus.
— Co, to ty nie wiesz, kto ja taki i gdzie ja bywam i z kim mam do czynienia. Albo to ty mnie nie znasz?
— A kto ciebie zna i wie, ktoś ty taki?
Żyd splunął niecierpliwie.
Nastąpiła chwila milczenia.
— No, chcesz ty czy nie chcesz? — rzekł żyd.
— Chcę, ja ci mówię że chcę, ale tak jak powiedziałem, zgoda i pieniądze naprzód.
— Zobaczymy — zawołał Hahngold — i odszedł szybko.
Dziad postał chwilę na miejscu, pomyślał, popatrzył za żydem, potem nazad powrócił do szynkowni kiwając głową.
Agata, która z za węgła wysłuchała całej rozmowy kampsora z Lagusem, ani na chwilę nie wątpiła, że mowa była o Maćku sierocie. Zbladła ze strachu, chciała zaraz biedz do niego, ale nie wiedząc gdzie go szukać, musiała z rozpaczą w sercu pozostać. Siadła na ulicy i płakała.
Żyd tymczasem biegł do bursy, której seniorem był pan Pudłowski, tajemniczy ów człowiek, któregośmy na początku tej powieści widzieli. Sunął się po pod domostwy jak cień i o szarym zmroku, dopadł drzwi jego, jak zawsze zamkniętych na zamek. Nim pociągnął za kozią łapkę, kampsor obrócił się chcąc swawolących żaków popytać o seniora i pierwszy co mu wpadł w oko, był Maciek siedzący z książką w ręku na wschodach.
Żyd przysunął się chciwie do niego.
— A ja zawsze z wami spotykać się muszę.
— Prawda że to rzecz szczególna — odrzekł żak wracając oczy do książki — rzekłby kto że za mną gonicie.
— Ja? a tożby czemu — śmiejąc się zawołał niechętny Hahngold.
— Czemu? alboż ja wiem?
— To ja wiem — przerwał drugi żak nadchodzący — żydzi potrzebują krwi chrześcjańskiej na paschę i wybrali ciebie pewnie.
Maciek pobladł, Hahngold zaciął usta i zwrócił oczy iskrzące na mówiącego żaka, który się śmiał na całe gardło.
— Jest pan Pudłowski? — spytał żywo i nagle żyd.
— Spytajcie się koziej łapki, to wam powie.
— Wolę się waszmościów spytać.
— A my co wiemy? Jak się nauka skończy, mistrz leci i zamyka się, a gdzie jest i co robi, nikt go już potem nie wie! Spytajcie koziej łapki.
Żyd widocznie chciał coś jeszcze mówić do Maćka, ale na przekorę mu stał drugi żaczek, musiał więc mrucząc odejść. Po chwilce usłyszeli chłopcy siedzący na wschodach daleki głos dzwonka, potem odryglowanie drzwi, potem zamykanie ich znowu, potem nic już więcej.
— Otóż to tak zawsze — rzekł żaczek do Maćka, jak to paskudne żydzisko przyjdzie do mistrza, zawsze się na całe godziny zamykają z sobą. — Ludzie bardzo gadają o czarnoksięstwie, o jakichś tam djabelstwach. — Kto wie, to nie bez przyczyny! Za temi drzwiami do drugiej izby prowadzącemi nikt jeszcze z nas nie był, nikt nawet przez dziurkę nie zajrzał!
Maciek słuchał obojętnie uśmiechając się słów studenta, my tymczasem z Hahngoldem zajrzmy do pana Pudłowskiego.
Usłyszawszy dzwonek, mistrz wybiegł z drugiej izby, w której zawsze siedział i wedle zwyczaju spytał:
— Kto tam?
— Kampsor.
Prędko odryglowały się i otwarły drzwi, żyd się wcisnął i na nowo je zamknięto pilnie. — Ale jak wszystkich nie przyjął go pan Pudłowski w pierwszej izbie, w milczeniu wziął za rękę i powiódł do drugiej.
Ta druga była obszerniejsza od pierwszej, jak tamta sklepiona i naga, dwoje okien wychodziły z niej na dwie ulice. Bursa bowiem była domostwem narożnem. Jedno krzesło, jeden stół i rupiecie rozmaite zajmowały całą komnatę.
Ze sprzętów trudno było dojść, jakiego rodzaju zatrudnienie sprowadzało tu Pudłowskiego. Ani jednej książki nie było na stole, na krzesłach dwóch, na oknie. Natomiast ogromny tygiel, z jakąś massą zastygłą, mnóstwo patyków, kości, pierza, piór, podartych pargaminów, zawalały podłogę. Na ścianach wisiały wypchane ptaki, począwszy od orła do wróbla, wszystkie z rozpiętemi skrzydły. Na stole dwa bocianie skrzydła ucięte czerniały.
Mieszkanie to nie miało ani alchemicznego pieca, ani retort i bań, ani flasz, ani innych przyborów wielkiego dzieła. — Widać było, że gospodarz zajmował się jakąś tajemniczą sprawą, ale to pewna że nie robieniem złota, ani filozoficznego kamienia. — Ptasie skrzydła, ptaki i reszta sprzętu nie zdawały się też mieć związku z żadną gałęzią magii, a astrologicznych i kabalistycznych znaków nigdzie dostrzedz nie było można.
Gdy weszli, żyd tajemnie w brodzie i wąsach się uśmiechał, a potem odwracając do Pudłowskiego, który zdawał się czekać zapytania, rzekł:
— No, jak idzie?
— Jak idzie! Idzie, ale ciężko! Sam Pan Bóg wie ile mnie to pracy, bezsennych nocy, medytacji i życia kosztować będzie.
— Ale jak się zrobi?
— Jak się zrobi, Rebe Hahngold — zawołał Pudłowski chwytając i ściskając go za rękę silnie, wlepiając weń oczy rozżarzone, zapalone, ogniste, jak się to zrobi co myślę. — Ja jestem sławny nad sławnymi, mistrz nad mistrze, ja jestem jak Tubal-Kain co wynalazł...
Żyd wzruszył ramionami i przerwał Pudłowskiemu, oglądając się.
— Kiedyż się spodziewacie końca?
— Końca! — rzekł smutnie Pudłowski zwieszając głowę. — Alboż wiem! alboż przewidzieć mogę? może jutro, a może mi życia nie wystarczy. Życie w tę pracę wsiąka, jak woda w piasek. — Zdaje ci się że pracujesz, a skończywszy nie zostanie śladu roboty...
— I spodziewacie się?
— Gdybym się nie spodziewał, dawno bym wszystko porzucił, a jął się znów do wierszy łacińskich...
— Na czemże stanęliście?
— Jedno rozbieram, drugie buduję, sam nie wiem... Uważałem już budowę wszystkich skrzydeł ptasich jakie tylko dostać mogłem i zdaje mi się, że skrzydła dla człowieka zrobić by niezawodnie można. Struś wprawdzie lata ciężko, ale lata, a ptak Skała.
Żyd się przyśmiechnął.
— Nie wierzycie w Skałę? jest o nim przecie podanie ciągłe, pewne.
— Ale szpik kości ptasich?
— Co mi tam szpik, kości! Wszystko głupstwo! Dość na tem, że ptak z mięsa i kości złożony lata, człowiek więc latać musi i będzie... Trzeba mu tylko w proporcją większych skrzydeł niż ptakowi.
— A gdzież, siła aby niemi poruszył? — spytał żyd...
— Siła!... Siłę można sztucznie podwoić, potroić!
— No! czemuż skrzydeł nie robicie?
— Oddawna je robię...
— Aleście ich nie próbowali?
— Nie gotowe! Wszystko sam muszę robić... Wszystko! pierze skubać, pióra dobierać, lotki ciosać, układać, sprężyny wprawiać, życia mi nie wystarczy i na jedno skrzydło.
Żyd wciąż się uśmiechał, ale tak nieznacznie, że Pudłowski cały zajęty swoją myślą dostrzedz nie mógł uśmiechu. Owszem wierząc w to, że żyd dzieli jego przekonanie, coraz zapalczywiej tłumaczył mu postęp swojej dziwacznej pracy.
— Gdybym mógł dostać skrzydeł u Skały! A! dałbym połowę życia... Budowa ich objaśniła by mnie najlepiej o skrzydłach dla człowieka.
— Czemu nie wybierzecie się w drogę po nie? spytał Hahngold.
— Żartujesz Rabbi! ja żartów nie lubię, chodźmy ztąd, wy mnie nie pojmujecie.
I chciał drzwi odemknąć, gdy go żyd wziął za rękę.
— Posłuchaj mnie mistrzu — ja cię o coś chciałem pytać.
— No, o co?
— O jednego z twoich żaków.
Pudłowski splunął pogardliwie...
— O którego z tych błaznów?
— Kto się ostatni wpisał.
— Chodźmy do pierwszej izby, tam są matrykuły.
Weszli i mistrz zaryglowawszy drzwi, wyciągnął książkę, w której wyczytał imie Maćka Skowronka.
— Maciek Skowronek! Blady, blondyn, młody.
— Łacinnik dobry... uczy się wybornie.
— Nie wiecie co o jego rodzie i rodzicach?
— Sierota.
— Nie mówił co o sobie...
— Alboż bym go pytał?
— Zawołajcie go i popytajcie — ja będę w drugiej izbie.
— Tobie to do czego Hahngold?
— Co wam z tego, mnie to potrzebne... Ja wam dostanę skrzydeł strusich.
— Pewnie?
— Dostanę niezawodnie.
— Tylko mi nic w tamtej izbie nie ruszajcie! Na Boga, nie dotykajcie nawet, moglibyście zniszczyć pracę lat kilku zdmuchnięciem jednego piórka.
Żyd śmiejąc się skrył.
Pudłowski wysadził głowę za drzwi i począł wołać:
Heu! heu! studiosi! Jest tam kto?
Kilka piszczących głosków ozwały się.
— Zawołać mi Maćka Skowronka.
— Jest tutaj.
— Chodź sam do mnie.
Pudłowski kiwał niecierpliwie palcem, stukał nogą i wpuściwszy chłopię, zasiadł na krześle, wlepił w nie oczy, chrząknął i tak począł:
— Imie twoje... Maciek Skowronek?
— Tak jest.
— Zkąd rodem?
— Z Rusi.
— Dalej...
— Cóż dalej?...
— Rodzice, jakiego stanu, kondicji, żyjący czy zmarli, kto opiekun i blizki?
— Sierota, rodziców nie mam i nie pamiętam...
— Któż oni byli?
— Ubodzy ludzie... szlachta... z Rusi.
— Mianowicie?
Chłopiec się zająknął...
— Nie wiem.
— Gdzieś się wychował?
— Na łasce u ludzi.
— Ale gdzie?
— W Polesiu ruskiem.
Pudłowski tak się niecierpliwił tem badaniem, którego się podjął dla strusich skrzydeł, że obiema nogami tupał, zżymał się i rzucał.
— Masz kogo krewnych?
— Nikogo.
— Kto cię tu przysłał?
— Po śmierci księdza, który mnie uczył, sam poszedłem.
— Sam?
— Z aniołem stróżem.
Mistrz kiwnął głową poważnie.
— Powiedz-że mi co więcej o sobie?
— Cóż? chyba żem bardzo biedny.
— Masz siostry, braci?
— Nikogo.
— Idź-że sobie, a ucz się, będę o tobie pamiętać. A nie bądź ciekawy.
Maciek rzuciwszy mimowolnie okiem po izbie, dostrzegł czapki żydowskiej na krzesełku, zrozumiał wszystko, zimno mu się zrobiło, wyszedł drżący.
Ledwie drzwi się za nim zamknęły, Hahngold wcisnął się milczący, zamyślony.
— Słyszałeś?
— Słyszałem.
— Dowiedziałeś się czegoś chciał.
— Wszystkiego.
— A skrzydła strusie?
— Będą.
— Czem-że cię zajmuje ten sierota?
— Czem? Nic... tak! ciekawość!
— O! o!... myślicie żartować ze mnie — w tem coś jest.
— A co ma być?
— Tajemnica....
Hahngold ruszył ramionami i milczący pociągnął Pudłowskiego, który natychmiast poszedł zamknąć się w swojej pracowni.





VIII.
TARG O CZŁOWIEKA.

Przenieśmy się teraz do mieszkania znajomego nam już z poprzedzających rozdziałów powieści kampsora Hahngolda, który własny swój domek na Kazimierzu, w części miasta dla izraelitów wyznaczonej zajmował. Dworek jego otoczony do koła z ogrodem i przytykającemi domostwy razem, wysoką palissadą i w części murami nawet, miał wchód jedną tylko bramą na dolną uliczkę patrzący.
Brama sama tak rzadko się otwierała, że jej zawiasy pordzewiały, popaczyły się skrzydła. Furtka kuta, z wagą i ogromnym zamkiem, opatrzona zaporą wewnątrz, stanowiła wejście zwykłe... Minąwszy dziedzińczyk, był domek bez piętra nizki a długi, od frontu lichy, trochę porządniejszy od tyłu. Ganek na dwóch słupkach sparty, okrywał wchód do sieni i izb gospodarskich. Tu jednak nic nie zwiastowało ani majętniejszego izraelity, ani uczonego człowieka. Wszystko było prosto a nawet ubogo po żydowsku. Mosiężne szabaśniki wisiały od sufitów, proste ławki sosnowe służyły do siedzenia, a po kątach wznosiły się wysoko wysłane kotary za różno-barwnemi firankami, ze stosami poduszek i pierzyn. Minąwszy kilka podobnie urządzonych izdebek ciasnych i brudnych, natrafiało się dopiero na kute drzwi, do pracowni Hahngolda wiodące. Za te drzwi nikt już z domowych nie wchodził, ani żona, ani dzieci kampsora, a z odwiedzających ci tylko, których on sam wezwał. Dwie obszerne sklepione izby, z których jedna w pół ciemna, składały to tajemne schronienie.
I tu było ubogo, ale za widocznem opuszczeniem i zaniedbaniem, przeglądało skąpstwo, dawał się czuć gdzieś ukryty dostatek. Stół osłoniony starym zdartym dywanem, okryty księgami, papierem, zarzucony był astrologicznemi karty, kabalistycznemi znakami na pargaminach, narzędziami, które alchemika zdradzały.
Nigdzie jednak nawet w drugiej izbie nie było pieca, retort i porządnego przyboru pracujących około wielkiego dzieła, bo Hahngold namiętnie oddając się alchemji, nigdy jednak swoim kosztem i u siebie w domu prób nie czynił. — Wyczytawszy co nowego w księgach, szedł do znajomych adeptów hermetycznych tajni i tam próbował, materjałami i narzędziami cudzemi. Tu więc w domu urywkowe tylko, pojedyńcze recipiens’y, retorty i flaszki z precipitatami, zdradzały alchemika.
Więcej nad to było śladów kabały hebrejskiej, rachunków astrologicznych bałamutnych, horoskopów i niezrozumiałych jakichś wykreśleń. Na ścianach nie było tych ciekawości upodobanych mędrcom dawnych czasów, ani skór wężowych, ani wypchanego krokodyla, ani mumij, ani kości trupich, których zresztą żyd bez narażenia się u swoich współwyznawców na imie niedowiarka, chować by nie mógł.
Natomiast wisiały szuby, suknie różne, broń bogata, pasy i t. p. w zastaw zapewne wzięte fanty... Druga izba w pół ciemna pełna była kufrów, skrzyń, odzienia, pudeł, pudełek.
Tak prozaicznie wcale wyglądał ten tajnik Hahngolda... Nic w niem dla pochwalenia się, nic dla wygody własnej... Łóżko twarde i wązkie, krzesło z którego powychodziły włosy, na którem porozpadała się skóra, lichtarz mosiężny, dzban cynowy i drugi porcelanowy z pokryciem miedzianem. Okna zakratowane ledwie przepuszczały światło, zamykały je wewnątrz jeszcze okiennice kute i grube, widoku z nich żadnego, powietrza mało, światło smutne.
A jednak nigdzie lepiej, nigdzie milej i wygodniej nie przesiadywał Hahngold jak u siebie, zatopiony w medytacjach nad tajniami talmudu i kabały chaldejskiej, nie zważał na to co go otaczało.
A nie był to jeden z tych mędrców izraelskich, co dla nauki zapominają o świecie i tracą wszelką władzę praktycznego prowadzenia się. Hahngold i pracował po swojemu w księgach i ruszał się na świecie. Wszędzie go było pełno. Niemal wszystkich znał profesorów akademji, zachodził do królewskiego zamku, włóczył się po pałacach, pisał horoskopy, przepowiadał z ręki, wróżył z liter przypadkiem otwartej księgi, smażył w tyglu mniemane złoto, a oprócz tego pożyczał pieniądze na zastawy, na lichwę, podejmował się szpiegostw i najrozmaitszych spraw, byle mu one wypłacały czas stracony. — Niczem nie gardził co tylko zysk przynieść mogło. Magazyny obok jego domu będące zawierały mnóstwo kosztownych towarów, które od kupców brał zastawą. Wszystko tam znalazłeś, począwszy od zboża, aż do złota i pereł.
Następujący dzień miał się już ku zachodowi, gdy znajoma nam Agata, zmęczona i zbladła ze znużenia, pukała do fórty kampsora. Dwa ogromne psy ozwały się z łańcuchów naszczekując, a żydówka wybiegła odsunąć okienko i spojrzeć na przybywającego.
— Czego tam chcecie — spytała — tu jałmużny nie dają... Idźcie sobie.
— Ja nie po jałmużnę przychodzę — odezwała się kobieta — ale za ważną sprawą, powiedzcie Hahngoldowi, że tu idzie o to dziecko, o którem mówił Lagusowi.
Kobieta ruszyła ramionami i odeszła.
Długo musiała czekać Agata, nim jej fórtę otworzono, nareszcie pisnęły wrzeciądze i wpuszczono ją na podwórze.
Hahngold w czarnym żupanie gładził brodę na ganku. — Spojrzał, brwi namarszczył i pokiwał głową, niecierpliwym ruchem ręki przesunął jarmułkę i splunął.
— Lagus cię przysłał?
— Nie... ale potrzebuję z wami pomówić na osobności.
— Któż cię przysłał?
— Samam przyszła.
— Za czem?
— Pomówim na osobności.
— Mówcie — mówcie, co tam chcecie, ja czasu nie mam.
— Słyszałam waszą wczorajszą rozmowę z Lagusem...
— I cóż? — spytał żyd obojętnie, wykrzywiając gębę wzgardliwie.
— Wiem o kogo wam idzie, i kto was namówił na to.
— I cóż? — tak samo powtórzył żyd.
— Mogła bym was wydać i oskarżyć...
Hahngold zaśmiał się na głos, plunął kilka razy i zawołał na służącą.
— Czekajcie, czekajcie, to nie koniec — dodała Agata.
— I cóż? — znowu po swojemu dodał żyd.
— Wiele wam za stracenie dziecka obiecano?
— Co wam do tego?
— I bardzo! ja wam w dwójnasób obiecuję jeśli tego nie uczynicie, a pomożecie nam.
— Komu?
— Temu dziecięciu.
Hahngold ramionami ruszył.
— Żebraczka, baba z pod kościoła! — dodał.
— Tak, tak! ale nie ja wam obiecuję, a matka. Ty wiesz, on ma matkę.
— Ona zginęła.
— Ona nie zginęła, żyje... jest tu i wkrótce...
Żyd pilniej począł się przysłuchiwać, sam nie wiedział, wierzyć czy nie wierzyć, śmiać się, czy umawiać. Z jednej strony pędziła go chęć zysku, z drugiej lękał się oszukaństwa, osoba wybrana do poselstwa go dziwiła. Ale wkrótce począł rozumować, że zmyślona żebraczka umyślnie strój taki dla niepoznania przybrała. Ta myśl niespokoić go poczęła.
— Ale majątki nie w waszym ręku — rzekł po cichu — co wy możecie.
— Wiecie albo nie, że matka zna dobrze króla pana, bo się na dworze królowej starej chowała. Król jej majętności zagrabione oddać przymusi, ona do króla wprost udała się... On tu wkrótce przybędzie... Mamy dowody na księcia, mamy je w ręku...
Żyd począł się niespokoić.
— Co tu gadać — rzekł — ja tak nic nie mogę prędko robić, przyjdźcie jutro, przynieście pieniędzy, jak najwięcej pieniędzy, inaczej nie uwierzę.
Wskazał na fórtę, kiwnął głową i zabierał się wchodzić do domu, gdy u fórty właśnie stukać znowu poczęto, wybiegła sługa, Hahngold zatrzymał się w ganku.
Agata nie okazując po sobie pomięszania w milczeniu odeszła. — Dopełniła co zamierzyła, resztę polecając Bogu.
Nowy przybyły, był mężczyzna małego wzrostu, blondyn, nie wykwintnie ale z cudzoziemska ubrany. Biała kresa otaczała twarz rumianą, kręcącemi się puklami włosów ocienioną, na nim zielona aksamitna krótka suknia z ozdobami takiegoż atłasu, płaszczyk czarny na ramieniu, kapelusik z piórem czarnem, szpada stercząca u boku na szarfie haftowanej złotem, na nogach trzewiki z zielonemi wypustki i puklami wstążek, takiegoż koloru. Zatrzymał się u fórtki, a ujrzawszy żyda pozdrowił go żartobliwym:
Szulim lachem.
Doszedłszy ganku podał rękę kampsorowi uśmiechając się, poprawił włosy i siadając na ławce, spytał:
— A cóż?
— Jeszcze nic — rzekł żyd obojętnie — i zdaje się że na niczem nawet skończy.
— Jakto?
— Trudniej to niż się wam zdaje.
— Trudno! trudno! Chcesz chyba co utargować więcej Rebe. — Ale to trzeba mówić od razu, a nie szukać trudności, których nie ma.
Żyd po swojemu wzgardliwie ruszył ramionami i wskazał na wychodzącą z podwórza żebraczkę.
— Cóż to ma za związek?
— Ona także w tym interesie przychodziła...
— Kto?
— Ta kobieta.
— Ta kobieta! — I nieznajomy powstał z ławki żywo. — Od kogo?
— Od matki.
— Matka nie żyje.
— Żyje — odpowiedział żyd zimno.
Niespokojność zielono ubranego jegomości wzrastała, chociaż ją pokryć usiłował i przybierając postawę żartobliwą, dodał:
— Żartujecie sobie ze mnie... Gdzież ona jest?
— Udała się do króla.
Nieznajomy pobladł.
— Kto wam to mówił?
— Kto? co nam do tego, kiedy nie wierzycie.
— Ale to być nie może.
— Nu... to i dobrze.
— A nasza umowa?
— Co to za umowa?
— Myślicie ją zrywać, żywo spytał zielono ubrany.
— Ona się sama zerwała — odpowiedział żyd.
— Więc dobrze. — I powstał z ławki, a twarz mu się zarumieniła. — Znajdziem kogo innego na wasze miejsce.
— I owszem.
Nieznajomy straszył odejściem swojem żyda, ale widać było, że i sam nie rad odchodził. Żyd stał zimny i nieporuszony.
— Cóż będzie?
— Cóż chcecie żeby było?
— Stoi umowa, czy nie? Słowo i koniec.
— Ja nie chcę się w to mieszać. Sprawa już u króla.
— Kto wam nabił głowę temi baśniami... Wy chcecie więcej pieniędzy?... Dodam więc.
— Dodajcie w dwójnasób a będzie jeszcze za mało, rzekł żyd.
— W dwójnasób — zawołał nieznajomy niecierpliwie...
— Ja z drugiej strony będę miał więcej.
— Z jakiej drugiej strony, kiedy jej nie ma... Matka nie żyje.
— Ona żyje. Ona przyjechała do Tykocina.
— To być nie może.
— Zobaczycie.
— Jakieś oszustwo.
— Wszak król ją zna dobrze, on osądzi.
Przybyły z niecierpliwości targnął kapelusz, zżymał się, klął po cichu i palce zagryzłszy, stanął zadumawszy się mimo woli, pomimo że udawać chciał obojętność.
— Ale na wszystko można znaleźć radę — dorzucił Hahngold.
— Zapewne — mruknął nieznajomy — zawsze jest jakaś rada.
— Dziecko można jeszcze zawczasu uprzątnąć, nim król do Krakowa przyjedzie.
— Wszakżeśmy o to się umówili.
— Umówili prawda, ale ja myślałem, że to łatwo przyjdzie, a to i bardzo trudno. Jego strzegą.
— Kto go strzeże?
— Kto? Niewidomi, nieznajomi ludzie. Jakieś kobiety, jacyś szlachta co nad nim czuwają nieustannie.
— To niepojęta! zgrzytając zębami przerwał przybyły, którego twarz rumiana zmieniła się w pąsową, a rubaszny wyraz twarzy ustąpił gniewliwemu.
— Pieniędzy! — szepnął żyd — a dziś się wszystko skończy...
— Wiele?
— Dwa razy tyle cośmy się umówili.
— Dwa razy... oszalałeś! ja nie mam nawet tyle i chyba...
— To na cóż nam darmo gadać? Bądźcie zdrowi...
— Czekaj, czekaj... ostatnie słowo... dam dwa razy tyle, i dziś, dziś dziecka w Krakowie nie będzie?
— Nie będzie — rzekł żyd.
— Słowo?
— Słowo i ręka... a pieniądze.
— Dam w zastaw klejnoty.
— Gdzie one są?
Nieznajomy zdawał się namyślać, wahać, niespokoić, a nareszcie dodał:
— Jak zobaczę, że wy swego dopełnicie ja je oddam.
— Hm! — wzgardliwie rzekł żyd — a kto za was ręczy?
— Szlacheckie słowo!
— Ten co się o takie rzeczy jak wy umawia, nie może dać szlacheckiego słowa.
Nieznajomy zapłonił się, zżymnął.
— Do stu kaduków — zakrzyczał — a kto mi zaręczy za was? Hahngold.
— Co to jest? nie krzyczcie tak! dajcie mnie pokój... Ja i was i waszej wiary nie chcę... Bądźcie zdrowi.
— Gdybym nawet oddał wam pieniądze, czy klejnoty, wyście gotowi mi znowu powiedzieć jutro o nowych trudnościach i więcej wymagać.
— To być może — rzekł żyd spokojnie.
— Więc cóż?
— Dobranoc i po wszystkiem, bo już późno.
— Czekaj... ja ztąd tak nie odejdę... wyście mnie zawiedli, ja...
— Nu... co?
— Ja się mścić będę! — zakrzyczał rwać za rękaw żyda nieznajomy.
Hahngold rozśmiał się.
— A to jak? — spytał szydersko.
To mówiąc zmarszczył brwi, splunął, odwrócił się tyłem i porzucił nieznajomego na ganku. Służąca poszła mu fórtę otworzyć. Zmierzchło już zupełnie gdy zielono ubrany posłaniec wyskoczył szybko na ulicę, z oznakami najżywszej niecierpliwości.
Hahngold wyjrzał za nim i uśmiechnął się mówiąc do siebie:
— Jutro przyjdzie.









ZYGMUNTOWSKIE CZASY
POWIEŚĆ
z roku 1572
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.

Wydanie nowe, przejrzane i poprawione przez Autora.

Tom II.

LWÓW.
W księgarni Gubrynowicza i Schmidta
przy placu św. Ducha I. 10.
1873.

WARSZAWA.
W księgarni Michała Glücksberga.

Nakładem Rogosza, Pillera i Gubrynowicza & Schmidta.
Drukiem Kornela Pillera.





I.
GANEK PLEBANJI.

Pogodny ranek późnej jesieni świecił nad Proszowicką okolicą. Słońce przebiwszy sine i białawe chmury pędzące z zachodo-północy na wschód, blado jaśniało na niebieskawem tle oczyszczonego sklepienia. Wiatr unosił żółte i brunatne liście drzew, i kręcił tumanami piasku, świszcząc żałośnie między drzewami i budowlami. Długie nici pajęcze osnuły łodygi zeschłych kwiatów, gałęzie drzew, i powiewały unosząc się w powietrzu. Z daleka siniały góry, żółciały łąki, ciemniały stłuczone ścierniska, a drzewa odarte z zieloności, resztą sukienek żółtych i czerwonych odbijały na szarych przestrzeniach.
I ptastwo świergotliwe umilkło.
Wróble tylko bawiły się ćwierkając pod strzechami domostw, kruki i kawki kracząc pędziły z gajów na łąki, z łąk na posiane pola, zieloną wesołą runią okryte.
Piękny ten dzień jesieni był jak wesoły dzionek starości rzeźwej, zdrowej, ale niemniej jednak starej. Pomimo przygrzewającego słońca, chłód był w powiewie wiatru, trawy zmarłe szeleściały dziko pod nogami, liście krzyczały nadeptane, wołając: Jutro zima. I kruki krakały: Zima, i wróbel ćwiergotał o mrozach.
A ludziom podobała się przedłużona jesień i ciepło: bo wieśniacy przewracali ziemię, wytrząsali nawozy, a miło im też być musiało siąść na progu chaty spocząć i obejrzeć się. Wesela i skrzypki brzmiały do koła, ślub się spotkał ze ślubem, i nowożeńcy wzajem błogosławili.
W dolinie leżała wioska otoczona sadami, teraz już czerniejącemi tylko, rzędem jeden za drugim bielały kominy, wznosiły się dachy — dwór kędyś dalej bo go nie widać, tylko w górnym końcu wsi kupa gęsta drzew starych otoczyła bielejący kościołek z wystrzeloną wieżyczką i czarnym krzyżykiem.
Kościołek to stary, z boku podparł się na szkarpach, które go jak kule starca podtrzymują — czoło trójkątne ząbkowane z owalnem głęboko wsuniętem oknem świeci czerwonemi i polewanemi cegiełkami. W dwóch wyżłobieniach stoją dwaj święci pańscy, biskupi z mitrami na głowie, z pastorałami w ręku, księgami otwartemi na kolanach. Poznasz starą budowę, bo ją ziemia do koła zasunęła i wchodząc do środka troje schodków przebyć musisz; a mur gruby jak dawniej tylko stawiano, a od czoła w nim, jak czarne oczy, czarne strzelnice widne z dala. Po nad dachem śpiczastym wznosi się wycinana kopułka czarna ze dzwonkiem i krzyżykiem, z której wywieszają w czasie czterdziesto-godzinnego nabożeństwa chorągiewkę czerwoną.
Obok kościołka dzwonica, tak stara jak on, nie tynkowana, z dachem stromym, z krzyżem żelaznym, z sześcią różnej wielkości dzwonami. — Do koła domu Bożego toczy się gruby mur we framugi, z bramą warowną, a na węgłach dwie kośnice stoją. — W jednej katafalk stary i kości kupa, a w drugiej skład kamieni i gruzu, mieszkanie sów i wróbli, przytulisko jaskółek. W rząd przy murze stare lipy, wychyliły głowy na świat ze cmentarza i patrzą w okolicę, szumiąc coś do siebie, rozmawiają tajemniczo nad grobami. A gdy wicher zawyje — mowa ich namiętna i gniewliwa, gdy niebo pogodne — milczą i drzemią. Zieloną darnią porósł cmentarz przy kościołku. Dwie ścieżki żółte suną się przez ciemną darń: jedna do bramy kościoła, druga od kościoła do dzwonicy, wydeptana trawa zieleni się jednak na drożynie do kośnicy. A po cmentarzu wypukło podnoszą się stare mogiły zarosłe i wypuklej jeszcze żółte nowe usypy. Na jednych krzyżyk drewniany, na drugich wątła brzózka, czarny świerk, gdzieindziej kamień, głęboko zapadły, piorunem strzaskany a mchami porosły, pokrzywy pozginały się nad nim, zewsząd zakryły go oczom ludzkim mchy zarosły w głoskach napisu. Na framugach muru cmentarnego zblakły malowania i napisy, połupały się kamienie grobowe, i widać tylko w płomieniach dusze zmarłe wyciągające ręce do góry i żebrzące litości, widać tylko szare okruchy głazów, pocięte niewyraźnemi już głoskami.
W tyle cmentarza nie wielka bramka otwiera się na wysadzoną lipami młodszemi uliczkę, wiodącą do plebanji otoczonej drzewy, opasanej murkami i płotami. — Na dziedzińczyku obrosłym dziką różą, bzem i czeremchą, — stoi domek maleńki o kilku oknach wązkich, o ganku na słupkach z ławkami, o dachu słomianym, kominach pierzastych. — Przed nim sadzaweczka pełna kaczek i gęsi, chodzą w podwórku jędyki, trzepioczą się kury, leży ogromny spasły wieprz ryjem do góry. Z po za plebanji wysuwają się wiśniowe i śliwkowe drzewa owocowego ogródka. Na prawo duży trochę pusto wyglądający murowany budynek o jednym kominie, jednych drzwiach i trojgu okien. Ale okna pozalepiane, tynki poobrywane i drzwi na jednej tylko wiszą zawiasie. Jeszcze dalej, to stajenka, to chlewki, to szopki i brogi księdza plebana.
Na ganku, na ławkach dębowych, siedzi naprzód stary dziad w szarej opończy, krzyżem sinym naznaczonej, skórzanym pasem ściągniętej, na siwej głowie czapeczka z uszami, z pod niej poorane wygląda czoło, blady kościsty nos zwisły na wargi i szara broda, to dzwonnik kościelny, stary Grzegorz.
Obok niego dziwaczna postać Klechy organisty, długiego, chudego, ze śpiczastą jak dach kościelny głową krótko ostrzyżoną i najeżonym włosem do góry. Twarz jego siwo-czerwona, nos czerwono-siny, usta sine, czoło czerwone, policzki pomarańczowe. Broda dawno niegolona powychodziła grubemi czarno-szpakowatemi włosy na wierzch, niżej szyja podobna jędyczej z pomarszczoną brunatną skórą nagą, wystaje z zapiętej sukni: kilka dorodnych brodawek zdobi tę twarz w barwy bogatą, a strzegą jej dwie wieże, dwoje uszu kosmatych, odstających, zwisłych. To Klecha organista.
Dalej rozposiadł się na ławie i sparł o ścianę w giermaku ciemnym, Rektor szkoły, alias Magister, trochę otyły, zupełnie łysy, blady, nalany, z troistym podbródkiem, oczyma małemi, policzki wiszącemi, brwią namarszczoną. — Postać ta groźna nawet gdy się uśmiecha, a tak nawykła do surowości, że jej się czoło łyse za lada słówkiem fałduje, usta nadymają jakby do łajania, nozdrza rozpierają sapiąc.
Za Magistrem usiadł Albertus klecha. O! i ta pocieszna zaiste figura, bo pół klesza, pół żołnierska. Germak ci to na nim łatany, ale kusy, ale spięty; czapczyna na ucho przewalona, nogę na nogę założył i poświstuje. Wąs mu się kręci koło nosa, a pod szyją coś by broda.
Twarz chuda, kości z niej powyskakiwały, aż skórę pomarszczyły na policzkach, na skroniach, koło oczów. A marszczki Albertusowej twarzy nie groźne są, ani smutne, wszystkie się śmieją, chichoczą, wszystkie stworzył uśmiech, każdą wyryła radość i naznaczyła piętnem swojem. Siwe oczki mają się ochotę przymrużać, usta szerokie same się rozchodzą, nos drga cały i skakać się zdaje z radości. I kto pojmie patrząc na strój odarty, łatany, zaplamiony, czego się on u licha tak cieszy? Choć goło, ale wesoło! to prawidło życia Albertusowego, wszakże go zapewne znacie?
Na ostatek jeszcze jedna, jeszcze jedna osoba, co ją widzicie na progu, należy do zgromadzenia i czynny bierze udział w rozmowie. To Magda, księża gospodyni, lub pospoliciej kucharka, krakowianka rodem, herod-baba. Dość spojrzeć aby się na niej poznać.
Nie otyła i nie chuda, raczej jednak koścista i żylasta niż mięsista, pani Magda doszła już może lat pięćdziesięciu, ale się krzepko trzyma. Pomarszczona twarz rumiana jeszcze i świecąca, oczy siwe żyją i latają w źrenicach, tylko brwi nadto już odrosłe trochę je osłaniać poczęły zbyteczną wegetacją nie najwdzięczniejszego koloru. Bo w tych włosach, zapewne pod różnemi wpływy i w różnych epokach wyrosłych, są i ciemnawe, są i cienkie, są i olbrzymiej grubości. Wprawdzie i oczy otoczyły się już różową obwódką, ale to im tylko wyrazu dodaje. Mówiliśmy o rumianych i błyszczących policzkach, które żółty meszek obsiadł zwłaszcza na brodzie i koło nosa. Nos dawniej miławo-zadarty, dziś się otworzył do zbytku i rozszerzył zdradziecko. Usta wklęsły i usunęły w głąb po stracie zębów, z których jeden tylko wytrzymalszy na przodzie, cytrynową powleczony barwą i jeden czarny trochę wyszczerbiony, na świadectwo o przeszłości pozostali. Broda wprawdzie wyskoczyła zbytecznie na świat, ale wszystko czas swój mieć musi, i broda też świata skosztować potrzebuje. Teraz na nią najpierwszą kapie z łyżki strawa. — I sprawiedliwie. Włosy pani Magdy są tego niepewnego koloru, któren z pomięszania siwych i blond powstaje, ale nie jest bez wdzięku, zwłaszcza gdy go zdobi pierze i pył.
Otoż i wizerunek gospodyni, ale martwy i bez życia, bo mu braknie wyrazu odwagi, pewności siebie, energii, jaki zdobi Magdę. Podpasana fartuchem, z głową chustką obwiązaną, z warzechą w ręku, kluczem za pas zatkniętym, woreczkiem skórzanym z jednej strony a koronką z drugiej. Magda, wesoło przedrwiwa się z dzwonnika, Wojtaszka, organisty i Magistra.
Z kogo bo się Magda nie śmieje! Sam staruszek ksiądz pleban mięsza się widocznie, gdy Magda puści mu język mimo uszu i dowodzić zacznie czego a obcy, a żacy, a dziadowie truchleją wpadłszy w jej szpony.
Taką jest pani Magda, ale nie zawsze taką była. Życie jej przeszłe pełne niedocieczonych tajemnic; wzdycha wspominając ubiegłe lata, a gdy piwa wypije — a dobrego, czasem nawet wyrwie się jej wielce znaczące słowo, nieraz przez dzwonnika podsłuchane i powtarzane tajemniczo organiście.
— Ej! nie wiecie ktom była!
Kto była? nikt w istocie nie wie. — Już starą przywędrowała na plebanią i z początku pokorna, potulna, usłużna, służby się podjęła, zamiatając prochy przed plebanem, uśmiechając do dzwonnika nawet, kłaniając grzecznie Rektorowi. — Niestety! to był tylko miodowy miesiąc jej służby, póki zaufania wszystkich i wszystkich — wszystkich nie otrzymała kluczów: powoli potem gburować już zaczęła naprzód dzwonnika, potem sarkać na Albertusa, potem wymyślać na żarłoczność organisty, obojętnie poglądać na Rektora, a finalnie pozwoliła sobie nawet verba veritatis delikatnie powiedzieć plebanowi. Ostatecznie i łajać go zdało się jej wkrótce potrzebnem, tak była pewną że się bez niej obejść nie mogą i że do niej przywykli na zawsze. Magda stanęła wkrótce na czele rządów plebanji. Były i usiłowania wybicia się i próby usamowolnienia, ale Magda trzymając w ręku klucze spiżarni, pokonała niemi wewnętrznych nieprzyjaciół, pierwszy Albertus, zważywszy bezsilność swoją, z wroga stał się pochlebcą, zaprosił na piwo i odkrył Magdzie zamachy na nią tajemne i knowania kleszego gminu. Magda ruszyła ramionami i rozśmiała się biorąc w boki.
Albertus do reszty podbity, kazał dać drugą kwartę piwa i ogadał przyjaciela od serca, Rektora. Na dzwonnika dziwne rzeczy pletli wszyscy — dzwonnik ostatni poddał się i do ostatka mruczał, a szanując zapewne w nim tę szlachetną niepodległość, Magda szacowała go więcej podobno nad Albertusa, który ją czasem za kawałek słoniny w ręce całował.
Panowanie Magdy w chwili gdy trafiamy na nią, było już absolutnem i nie znajdowało oporu nigdzie. Lękano się nawet po katach szemrać, gdyż zawsze nazajutrz ktoś niechętnych donosił. Wszyscy się potem klęli, że nic nie mówili, a Magda wiedziała jednak co gadano.
Dzwonnik nigdy w plotki się nie wdawał, ale bardzo otwarcie, nawet w oczy królowej plebanji powiedział, że zawojowała księdza i dwór księży.
Poznajmy się teraz z innemi osobami zgromadzonemi w plebanji na ganku, poczynając od dzwonnika.
Dzwonnik, starzec siwy i zgarbiony, zawsze mruczący, gdy go nikt nie słuchał; milczący, gdy kto z niego słowo chciał wyciągnąć, był rodem z tej wioski, służył dworsko, sterał zdrowie i uczepił się sznura dzwonowego na starość. Kochał poczciwego księdza, oddawał sprawiedliwość Magdzie kucharce, a Albertusa próżniakiem zwał i nic potem. Prawdziwie nabożny, bardzo przesądny, dzielił czas modlitwą, pomrukiwaniem i snem. — Rzadko a rzadko rozgadał się aż do wywnętrzenia z serdecznych tajemnic. Wszak-ci je każdy ma, nawet stery dzwonnik.
Organista, nieoszacowany organista czerwonego lica i pomarszczonej szyi, długi i chudy, miał wiele przymiotów ukrytych i jedną oczewistą wadę. Któż policzy ukryte przymioty? Wadą była żarłoczność, która do rozpaczy przywodziła Magdę, i opilstwo nieznośne księdzu plebanowi. Cienki i chudy jak szczypa, zapewne z niespokoju o ten brak ciała, opychał się niezmiernie ale zawsze napróżno; już — już zdało się że żołądek nieco się wzdyma, nabrzmiewa, podnosi, aliści nazajutrz opadł, chudł i płaszczył znowu. — Nogi i ręce cienkie były i spiczaste, ani nadziei utycia! Słyszał on zapewne, że piwo tuczy i wdał się w ten niebezpieczny trunek, któren go wkrótce potem poznajomił z wódką i przybliżył tęsknem pragnieniem do miodu i wiszniaku. Cóż gdy wzbudzając głód, nalewając ten wiecznie próżny żołądek, trunki organistę nie tuczyły. — Czerwieniał to prawda, zakwitał jak piwonja, wyrastały mu coraz nowe brodawki, ale nic więcej. Rozpacz źle często doradza, i ona to zapewne szepnęła organiście, aby nie porzucał trunku.
Zagrożony utratą pięknego głosu, (chociaż nieco schrzypłego) — nie przestał on pocieszać się kuflem, któren dowcipnie i z łacińska nazywał — Konsolatorem.
Napróżno pleban reflektował, próżno groziła Magda, organista na nic nie zważał. Rano jeszcze — jak rano, szły responsoria jako tako, ale nieszpór często czuć było kuflem, często przerywał się czkawką i mięszał cienkiemi fałszywemi tony. Zapominał partesów, gubił się w wigiljach, od graduału co dzień bardziej się wykręcał, a wszystko to z powodu tej nieszczęsnej chudości, której nic pokonać nie mogło, co go do rozpaczy przywodziła.
Ludzie mówili mu, że czasem ożenienie tuczy — i długo rozmyślając ożenił się nareszcie organista z córką swego współbrata i sąsiada z drugiej parafii. Ale i to nic nie pomogło, gorzej nawet schudł jeszcze podobno, nos mu się spuścił niżej, i gdy żona umarła, po roku pożycia, powiadał na pogrzebie niepocieszony małżonek:
— Gdyby jeszcze rok, byłbym wysechł na wędzonkę.
Tyle o przezacnym organiście, a teraz o Rektorze słowo.
Rektor, czyli Senjor lub Mistrz szkoły przy plebanji utrzymującej się, był dawniej i długo wędrownym Klechą, Rybałtem — pielgrzymem, od kościoła do kościoła, od szkółki do szkółki chodzącym za chlebem, strawą i groszem. W kilku miejscach ofiarowano mu stałą ugodę roczną, ale młodość ma prawa swoje. Naszemu Rybałtowi chciało się światu zobaczyć, chleba z różnych pieców skosztować (jak sam mówił), aby na starość wspomnieć o czem było. Wędrował więc po Krakowskiem, Podgórzu, po Szląsku, w Wielkiej Polsce, na Litwę aż, i nic nie zrobiwszy, siadł nareszcie przy tutejszej szkole dzieci uczyć. Dziwnego to charakteru człowiek, do bójki skłonny, w zwadzie smakujący, pięścią dowodzić skory, kijowych argumentów chwytać się ochoczy, ale w gruncie najlepszy i najpoczciwszy.
Guza nabiwszy, pierwszy do niego żelazo zimne i chustkę w wodzie z octem zmaczaną przykładał; łeb rozpłatawszy, sam go zawiązywał, przepraszał i stante pede do zgody przychodził, która po tej próbie była już wiecznotrwałą. Liczyć bowiem nie możemy chwilowych szturchańców w uniesieniu czasem rzuconych, niejako dla wypróbowania przyjaźni.
Otóż podobno rysy tych wszystkich, których przed chwilą widzieliśmy na ganku. — Należeli oni do tego wielkiego gminu żyjącego przy kościołach w Polsce, któren imieniem Klechów, Rybałtów lub w ostatku Żaków zwano. To nazwisko służyło wszystkim bez wyłączenia sługom kościelnym; Żaków zaś, bardziej uczącym się i młodzieży szkolnej. Chociaż niektórzy wywodzą Klechów od Klechdy, my byśmy raczej widzieli w tem zepsuty wyraz Clericus (Clerc). Co się tycze Rybałta — i to nie naszego pochodzenia nazwanie, przyszło ono do nas z włoskiego, zapewne w XVI wieku, ze znaczeniem takiem, jakie doń we Włoszech, Anglji i Francji przywiązywano, to jest rozpustnika, włóczęgi, urwisa. Początkowo w wiekach średnich, wyrazem Ribaldi oznaczano ciurów, sługi wlokące się za wojskiem „servientes exercitus qui publica lingua dicuntur Ribaldi“, później dopiero w XIII wieku Ribaldus służyć począł za nazwisko Klechom i kleszemu gminowi. Jakim sposobem Rybałt u nas Klechę znaczyć mógł i za synonim jego użyty został? Obyczaje tej klasy tłumaczą.
Klechy dzielili się na dwie klasy: żonatych, nieżonatych (uxorati et adolescentes). Ci ostatni na wyświęconych i świeckich (ordinati et saeculares). Do Klechów liczono dzwonników (camparatores) i organistów (organarii). Przy większych kościołach Klecha starszy, zwany pospolicie Senior, Rektor albo Mistrz (Magister), utrzymywał szkołę, a w niej żaków uczył kantu z partesów (z nót z partytury), Graduału, Chorału, Mszy, Lamentacyj, Psalterium pogrzebowego, Wigilij i t. d., najczęściej bezpłatnie.
Do szkółek takich uczęszczały sieroty i dzieci chłopskie (wątpić żeby ubogiej szlachty?). Klecha od siebie i swoim kosztem utrzymywał dla kościoła i szkółki Kantora. Kantor (zawsze Klecha) niżej stał w hierarchji kleszej; za nim był już immediate dzwonnik. Bardzo było małe myto Klechów, dwanaście do piętnastu groszy i tak zwana od chłopków petycja (proszone) snopkowe, z którego plebani czwarciznę mieli prawo pobierać. Do Klechów należał także czwarty grosz uzbieranej przez dziada jałmużny, czwarta część ofiarnego chleba i t. d. Plebani w święta, w uroczystości, obowiązani im byli dawać obiady. — Oprócz wymienionych kleszego gminu członków, liczyli tu się także Zakrystjani i Kalafaktor szkółki, mający pod swoim zarządom piece, ławy, dyscypliny etc., nazywający się także Sufletą.
Chodzili Klesi za jałmużną po wsiach, także z opłatkami, które roznosili wieśniakom (dawano je bydłu jako prezerwatywę od chorób), święcili domostwa, czytali Ewangelją i t. p. Ubierali się ciemno w giermaki, albo bekiesze długie; w kościele brali na siebie komże. Niekiedy sam Klecha zastępował dzwonnika. Do Kantora z professji należało śpiewanie Psalterjum i wigilij nad umarłemi, w czem niekiedy zastępywały ich baby z pod kościołów. Za śpiewy nad umarłemi gdzieniegdzie wyznaczono myto osobne, a prócz tego zapraszać ich musiano na stypy.
Niewiele tam w nich nauki, trocha łaciny mechanicznie nabranej, którą chętnie się popisywali; wiele za to przesądów i guślarstwa. — Klecha dla gminy był mędrcem i w obliczu jego ton doktoralny przybierał; z jego rąk woda święcona, ziele z wianuszków, wosk od świec, rdza dzwonów, popiół z palmy, były wielkiemi lekarstwy na wszystkie choroby.
Ale zajrzmy do plebanji i plebana.
Na prawo było królestwo Magdy, kuchnia, śpiżarnia, izba jej i alkierzyk z okienkiem na ogródek zasiany zioły lekarskiemi, szałwią, majerankiem, bożem drzewkiem, rutą, miętą i t. d. Za tych to ziół szczyptę, za dziewannę, ślaz, macierzankę, lipowy kwiat, zbierane starannie i suszone na strychu, Magda dostawała na wsi i jaja i kury i osełki masła i gomółki sera i bułkę białą, i co lepiej — flaszę miodu, piwa beczułkę. Magda bowiem była wielką lekarką i uchodziła za skutecznie bardzo doradzającą.
Na lewo mieszkał pleban, w dwóch izbach z alkierzykiem, na księgi i suknie za skład służącym. Stara plebania w ziemię wsiadła o oknach wązkich, ciemna, wilgotna, z sufitem, na którym krzyżowały się ciemne belki dębowe, z kominem wysokim, piecem zielonym kaflowym i podobnym przypieckiem, wcale nie była wygodnem pomieszkaniem.
Czułeś wszedłszy do pierwszej izby, że to było przytulisko doczesne człowieka, któren nie dbał jak mu jest na świecie, bo na nim nie żył, bo z niego uciekał. Szary mrok panował tu w południe nawet, a zakradające się rano i wieczorem słońce, długiemi pasy przerzynało na chwilę tylko jednostajny zmierzch, powiększony jeszcze splecionemi u okien gałęźmi wiśni, bzów i leszczyny.
Ściany były nagie prawie. Na jednej wisiał ciemny obraz Jezusa ukrzyżowanego, na drugiej Matka Boża Bolesna. Na stoliku pod oknem stał krucyfiks biały od much upstrzony, otoczony kilką książkami. — Dalej szafa za szkłem z trochą ksiąg i naczynia. Na kominie dwa niebieskie kielichy miały jeszcze w sobie resztę zesłych kwiatów wiosennych, które w nich zwiędły nie wyrzucone, pochyliły się i poczerniały.
Na drzwiach, nad oknami, białą kredą popisane były krzyże.
W drugiej izbie stało wązkie, prawdziwe mnisze łóżeczko sukienną kołdrą pokryte, z poduszką sianem wypchaną. Nad niem krzyż, palma i gromnica, medal Częstochowski, wianki Bożego Ciała, u głów stoliczek z książkami. Trochę odzienia na kołkach, trochę papierów na półkach i stolikach, niedopalona świeca w lichtarzu i rozpoczęte pisać kazanie.
Nic więcej; nic co by do wygody, co by do uprzyjemnienia życia posłużyć mogło. — Zupełne zaprzanie się siebie widać było zewsząd. Człowiek co to mieszkanie zajmował, nigdy też nie pamiętał o sobie, cały wylany dla ludzi, słaby dla nich i pobłażający, surowy dla siebie i był jednym z tych rzadkich fenomenów, które dowodzą że miłość własna nie jest konieczną osią, na której się życie ludzkie obraca.
Powróciwszy z kościoła, usiadł w pierwszej izbie u okna, położył brewiarz na kolanach i odmawiał szybko pacierze, cały niemi zajęty, przewracał karty troskliwie: niekiedy przyklękał, żegnał się i bił w piersi.
Stary to już był człowiek, starszy twarzą niż wiekiem: bo lice miał blade, chude, wcześnie obrane z świeżości, oczy prawie zgasłe, głowę obnażoną. — A jednak na twarzy błąkał się wyraz łagodności i dobroci, i oczy zdaje się nie umiały by spojrzeć srogo. Złamany na w pół, z nogami pokurczonemi, chylił się ku ziemi. Wszystko w nim zapowiadało i dobroć i zbyteczną słabość charakteru.
Dzieckiem jeszcze, syn bogatych rodziców, wziął suknię duchowną, dla powiększenia dzielnicy braterskiej wyrzekł się bez szemrania świata, majątku, rodziny i całą duszą oddał Bogu. Bóg mu zapłacił wszystkie ofiary.
Zapomniawszy że się urodził i wychował w dostatkach, stał się ubogim i pokornym, nie chełpiąc z tego uczucia obowiązku. Słabość zdrowia nie wymawiała go od najcięższych posług ubóstwu, od najdrobniejszych obrzędowych powinności kapłańskich. Nieraz chory w gorączce machinalnie domawiał kapłańskie swoje pacierze. Nie mając koni piechoto szedł spowiadać, pocieszać i dzielić się ostatnim chleba kawałkiem. Sam też często jeść nie miał czego i Magda surowo go za to burowała, gdy on uśmiechając się łagodnie, odpowiadał tylko:
— Dosyć mi chleba i wody — bardzo dosyć, nawet mi się jeść nie chce.
Nigdy nie chwalił się z tego co czynił; owszem zdawał się jeszcze wymawiać jak z grzechu, z cnót swoich, a pomawiany nigdy nie bronił. — Cierpieć potwarze, nauczył nas Chrystus, mawiał czasem — a cierpieć je milcząc tem większa zasługa.
Ludzie go nie pojmowali, on się o nich nie troszczył, dopełniwszy obowiązków wolne chwile poświęcał modlitwie, a w ostatku czasem moment poufałej rozmowie, w którą wlać umiał naukę. Lecz najwięcej uczył przykładem, któren może dla niepodobieństwa naśladowania niepojęty, mniej był skutecznym.
Domowi panowali nad nim jak im się podobało, bo się domowemi nie zaprzątał sprawami. Magda robiła co chciała, odmawiała jedzenia gdy jej się podobało. Nigdy się nie poskarzył. Cale co innego było w kościele, tam ksiądz pleban odzyskiwał energją, tam panował, strojąc ołtarze, ubierając obrazy, zamiatając sam prawie. A gdy nadchodziło jedne z tych wielkich wesołych świąt naszego kościoła, na które jest zwyczajem stroić dom Boży, swemi rękoma robił wszystko.
Raz spadłszy z rusztowania w wigilją Bożego Ciała, rękę złamał. Ale sam ją związawszy, w leszczotki wziąwszy, nie wydawszy jęku, położył się powtarzając tylko ciągle:
— Nie będę mógł jutro mieć Mszy Świętej! Srogie dla mnie utrapienie!!
Nie dziw że taki człowiek jak nasz ksiądz pleban, niepostrzeżony żył na wsi, i nie wzniósł się wyżej w kościelnych dostojeństwach. Raz jeden pokochany przez Biskupa, który go wyciągnąć pragnął i zbliżyć do siebie, ukląkłszy przed nim, płacząc mu powiedział:
— Będę posłusznym Waszej Pasterskiej Mości, ale łzami mój odjazd ztąd obleję, któż mnie tu u moich biednych zastąpi. Na wyższych stopniach jest wielu zdatniejszych, jam nie do nich stworzony. — Uwolń mnie pasterzu, zostaw tutaj, a całe życie będę ci wdzięcznym.
Biskup nie nalegał więcej i tak pleban pozostał na miejscu.





II.
RYBAŁCI.

Teraz gdyśmy poznali bliżej osoby znajdujące się na ganku plebanji, posłuchajmy ich rozmowy. Łatwo się domyślać, że gromadka Klechów o sobie mówiła, i na swój los wedle zwyczaju narzekała, chociaż tutaj najmniej do tego miała prawa. Pleban nie tylko ich opłacał z własnej kieszeni, karmił, lecz jeszcze dochody kościelne, jałmużny, ofiary pobożnych, po większej części im oddawał. A jednak słysząc dokoła narzekania braci Klechów, i ci na swój los się żalili. Próżniaczy ten gmin, jak zwykli ludzie, którzy czegoś liznęli i sądzą się godni lepszego losu, zawsze mieli się za najnieszczęśliwszych, upokorzonych, uciśnionych.
Jedna Magda, brała stronę księdza plebana, już to przez uczucie mimowolne sprawiedliwości, już dla tego, że w jej rozumieniu pleban był jej stroną.
Właśnie sparta na uszaku drzwi, podniosłszy głowę do góry, perorowała do organisty, który stękał najgłośniej.
— Wam bo zawsze źle a źle — mówiła — choćby wam anioła z niebios sprowadzić i ten by takim próżniakom nie dogodził, co by do góry brzuchem leżeli cały Boży dzień i jeszcze do gęby by im strawę wlać, a potem pyska utrzeć... hę!
— Jak sobie chcecie — odrzekł suchy organista, kręcąc gębą wyschłą z pragnienia — ja taki swoje.
— Pop swoje, czort swoje.
— Jak sobie chcecie, a ja swoje! Próżniaki, powiadacie! próżniaki! A nic że to, że ja co dzień do mszy św. przygrywam i przyśpiewuję, a nieszpór, a inne prace ciężkie. U naszego jegomości spoczynku chwili nie ma.
— Doprawdy? zawołała Magda, już wam źle i z nim? A popatrzcie-no się na sąsiady, gdzie i myto zalega od kilku lat i organista młóci, albo gnój na pole wywozi dla proboszcza.
— Aha! odparł czerwony Klecha, a taki oni tam mniej pracują jak my tu. U nas to prawdziwie dopiero ciężko. Chwili tchnąć nie można, msze śpiewa a śpiewa, nabożeństwa, panie Boże odpuść, sam komponuje co ich nawet ani w kalendarzu, ani w rubrycelli nie znajdziesz. Święta sobie przymyśla, nieszpory inwentuje, aby mu ludzi poczciwych nękać. Bo to nawet i Panu Bogu taka natrętność nie musi być miła, pokoju mu nie daje. I że sam żelazny, myśli że i my kamienni! A tu nie wytrzymać w takiej pracy, mnie w gardle zasycha, głosu braknie.
— Bo pijesz! zawołała Magda rezolutnie, organista z uczuciem obrażonej dumy powstał jak był cienki i długi.
— Bo pijesz! zakrzyczał wznosząc rękę. I to mi za złe mają, że gdy człek pada od znużenia, to się pokrzepi jaką szklanką, aby żył? Dalej, dalej, niech sobie proboszcz gdzie chce szuka organisty, ja nie wytrzymam.
— Tak było i mówić, rzekła Magda, podziękujcie na św. Marcin i ruszajcie z Bogiem, a ja ot i wiem już zastępcę na wasze miejsce.
Organista spojrzał z niechęcią na kucharkę i padł na ławę w rozpaczy.
— Tego byście i chcieli! tego... Ale nie! nic nie będzie z projektu. Kiedym tu głos mój sterał i skaleczał nieustannie becząc, teraz chcecie łupinę precz wyrzucić? O! nie!
Magda się rozśmiała.
— I porzuciłbyś stary bredzić, dodała. Gdzież już lepiej, spokojniej jak u nas. Bogu byś dziękował żeś się tu dostał. Gdybyś u innego plebana pijany responsorja nieszporne mięszał, dawno by cię wypędził.
— A ta mi zawsze pijaństwem w oczy kole! ruszając ramiony rzekł Klecha.
— Spojrzyj na innych, spojrzyj, mówiła dalej Magda. Ot najbliższy wszak ci organistę okłada kijem poczciwie, i dobrze robi, a waści kiwnął choć palcem kiedy nasz poczciwy proboszcz? powiedział złe słowo? Częściej wy na nieboraka pogdyracie, gdy się wam Boga chwalić nie chce, i radzibyście święto w kaszy zjeść, aby tylko nie śpiewać... Porzućcie, porzućcie.
— Już to pozwólcie sobie powiedzieć, przerwał mistrz szkoły marszcząc się swoim zwyczajem, że u naszego dobrodzieja ciężko to ciężko.
— I wy to mówicie?
— I ja! otóż to! bo przynajmniej po ludziach, człek choć goły, ale nic nie robi za to, a tu tak pilnują.
— Żebyście darmo chleba nie jedli.
— Śliczny chleb!
— E! nie grzeszcie.
— Albo to my nie warci lepszego? hę?
— Powroza, dodała cicho kucharka.
Dzwonnik w czasie całej rozprawy milczał, organista sam do siebie obyczajem pijanych, coś prawiąc ręką w powietrzu zamachiwał.
Albertus uśmiechał się.
— Boga chwalić, rzekł nareszcie. — Boga chwalić. Ot co ja to zaznałem prawdziwej biedy i teraz już nie piszczę. W żołnierce to panie.
— No! to przynajmniej człek nie głodny, rzekł organista obie ręce podnosząc.
— A tu kiedyście głodni? spytała kucharka.
— Śliczne jadło! śliczne jadło! żywo wołał Klecha, krupnik, barszcz! nigdy jajecznicy, nigdy nic delikatnego... A piwa! kwarta, dwie, do garnca nigdy nie dochodzi, człek utyć nie może, bo więcej wyekspensuje się śpiewając, niż potem podłata jadłem, i tak go ciągle potrochu ubywa.
To mówiąc rozpaczliwie ręką machnął.
— Gdym służył wojskowo, rzekł Albertus, szliśmy na Wołosz panie... zbliżaliśmy się nad Dniester... otóż...
— Aleście piwo mieli? — rzekł organista.
— Często i wody brakło.
Organista nie dowierzając odwrócił się z pogardą niechcąc słuchać.
— Są tam bracie takie stepy — mówił Albertus — że, jak okiem zajrzysz, ani trawy, ani wody, ani drzewka...
— Ani piwa! mruczał organista.
— Bywało tak że trzy dni żyjemy sucharami, i to szczupło rozdawanemi, pijemy powietrze.
— Głupi napój, serjo spluwając przerwał czerwony Klecha, głupi napój, choćby nawet w czasie słoty.
— W tem ukazują się Tatarzy.
— Na Wołoszczyźnie? rzekł śmiejąc się magister, rozmijacie się bracie Albercie z prawdą.
— I bardzo nie! odparł Albertus, bo Wołosz a Tatarzy to jedna ziemia, nieprzymierzając jak Litwa i Polska, tylko Tatarzy tu ku morzu, a Wołosz.
— A Wołosz co pije? spytał organista, piwo?
— Kto ich tam wie, pewniej wino, bo tam mają winnice.
— Djabeł ich nie brał! rzekł kręcąc głową Klecha.
— A Tatarzy, dodał Albertus piją mleko kobyle, z którego robią mocny napój.
— Może być i niezły kiedy mocny, szepnął do siebie gestykulując organista.
— Tandem często — mówił Albertus znowu — bywało głodni rzucamy się na Tatara, albo na Wołochów...
— Tem też tężej się bijecie, dorzucił mistrz, człowiek głodny zły jak pies.
— Spragniony jeszcze gorszy, sentencjonalnie rzekł organista.
— Cóż kiedy i głodny i spragniony.
— Wściekły! — zawołał Klecha — powiadam wam wściekły!
— To bywało jak weźmiem Tatarów między siebie, kontynuował Albertus, to na miazgę tłuczem, tłuczem, i nawalim trupa, że potem od fetoru zgnilizny na cztery mile powietrze się psuje. Raz tedy, braciszkowie, dwudziestu pięciu Tatar wysłanych za językiem, napadają na mnie, gdym za wodą do krynicy poszedł, krynica była w urwisku jaru, jakich tam jarów w stepie gęsto. Nic nie obawiając się, niedomyślając niczego, idę sobie... aż tu z dolinki wymykają się Tatarzy w dwadzieścia pięć ludzi, a siedemdziesiąt pięć koni, bo trzeba wiedzieć, że każdy wiedzie z sobą parę luźnych.
— A wyż co? spytała Magda, w nogi!
— Gdzie tam, inny byłby uciekał, ale ja tylkom się obejrzał w koło, do szabli wziąłem i dalej na nich... pierwszego co się potknął, ciąłem w łeb, drugiego toż samo.
— A trzeci ciebie.
— Ale nie! ubiłem piętnastu, a dziesięciu uciekło, odarłem trupa.
Dzwonnik głową tylko kiwał w czasie opowiadania.
— Pamiętacie Alberte, rzekł z cicha, jak roku przeszłego był tu wasz towarzysz?
— A! a! pomnę, Zaręba!
— I co o waszem męztwie powiadał? żeście mężnie w krzakach siedzieli i kury po dziedzińcach ganiali.
Magda się rozśmiała szeroko.
Albertus nic nie zważając, mówił dalej.
— To było życie, teraz mi już po tamtem wszystko dobre.
— Życie wojackie prawda ciężkie, rzekł Magister, ale ma swoje wielkości i pociechy, ma dnie swobody i hulanki, a nasze? —
— A nasze to piekło piekielne! zawołał organista. Z rana śpiewaj, w południe śpiewaj, wieczorem śpiewaj, śpiewaj nad umarłym, śpiewaj gdy się żenią, a w gardle sucho.
— Albo jak ja, ucz smarkaczów od rana do wieczora, i w dodatku kościelną służbę sprawuj i fetory wąchaj.
— Mógłbym i ja się poskarzyć, ozwał się milczący dzwonnik, ale dam pokój.
— I lepiej zrobicie, odpowiedziała Magda, pożal się Boże stękać, kiedy nie ma czego. Niech inni Klechowie narzekają nie wy. U innych to proboszczów bieda, gdzie i w polu rób i pierze drzyj i do kuchni posłuż i myta nie dadzą i z petycij czwarciznę odbiorą — i —
— To też Klechowie uciekają, zwycięzko zarzucił organista, a my siedzim.
— I stękacie sami niewiedząc czego.
— Praca jak we młynie, człek dnia nie spocznie.
— Wam bo taki darmo chce się chleb jeść.
Nastąpiła chwilka milczenia, w czasie której Magda rzuciwszy okiem do koła wskazała palcem na drogę. Na gościńcu coś czerniało. Wszyscy się obrócili i każdy idącego ku plebanji, inaczej sobie wytłumaczył.
— Stara kowalowa jaja niesie pewnie, rzekła Magda — to i dobrze, bo mi ich braknie na piątek.
— Któryś to z moich żaków — szepnął Magister.
— Czy nie piwo niesie Grzegorz? — spytał sam siebie organista — dobrze by zrobił. —
— Może jaki żołnieraka — mruknął Albertus.
— Ni to, ni drugie — po chwili przypatrywania się uważnego, rzekła kucharka, jakieś chłopiątko bose, z głową obwiązaną, w mizernej sukienczynie, ku nam kroczy.
— Nowa gęba co nas w objedzie odje, gadał organista, bo jak tylko jaki odartus, to go pewniusieńko proboszcz na objad zaprosi.
Gdy tak wszyscy rozmawiają i zgadują i poglądają, chłopię tymczasem przybliża się do wrót powoli, otwiera fórtkę i bojaźliwie na dziedziniec wchodzi. Dwa psy chwyciły się nań szczekać, ale dzwonnik je zwołał. — Ubogi chłopiec obejrzawszy się postąpił powoli na psy oglądając ku gankowi.
Wszyscy ciekawe nań wytrzeszczyli oczy. Magister czując żaka, marszczył się groźnie, jak na Nauczyciela przystało. Albertus gawronił głupawo, organista rachował wiele go u objadu odje dziecko, dzwonnik litościwie nań spoglądał. Magda także kobiecem uczuciem ruszyła przeciw niemu od proga.
— A zkąd to kochanku? spytała.
— Już go kocha, mruczał organista, a to zaraz i do miski poprosi i jeść nie będzie dla nas czego.
Chłopię podniosło niebieskie oczy, poruszyło ustami i zmięszane nic nie powiedziało.
Magda widząc skrwawioną jego głowę szmatą przewiązaną, żywo powtórzyła:
— A co ci to w głowę, moje dziecko!
I na to jednak chłopię nie umiało odpowiedzieć.
— Ani chybi — niemy, rzekł organista, a każdy niemy, je za dwóch gadających.
Pozwólcie mi spocząć — dobywszy nareszcie głosu, żałośliwie zagadał chłopiec, uciekam z Krakowa, gdzie mnie straszne o mało nie spotkało nieszczęście. Jestem żakiem z Bursy Ś. Grzegorza.
— A cóż ci się stało? spytali wszyscy, co ci się stało?
W tej chwili i głośniejszą słyszeć rozmowę w ganku i jakiś ruch mniej zwyczajny, proboszcz skończywszy pacierze wychyla się, a ujrzawszy chłopaka, żywo na ganek wyszedł.
Na widok jego powstali wszyscy, pozdejmowali czapki, a organista uśmiechać się, udając bardzo trzeźwego począł, jedna Magda nie straciła fantazji.
— Co to za chłopiec? spytał proboszcz.
— Niewiadomo Dobrodzieju, pospieszyła odpowiedzieć kobieta, jakiś biedniaka, tylko co przyszedł gościńcem, prosi odpocząć, coś gada że go jakiś przypadek spotkał w Krakowie i musi być prawda, bo głowę ma zakrwawioną.
Pleban łagodnie przemówiwszy wziął dziecię za rękę i poprowadził z sobą do izby.
— A co nie mówiłem, zaburczał organista, że aby jaki odarty włóczęga się zjawił, to go za największego gościa przyjmie i do miski przypuści, żeby nas odjadał. Już go i do izby wziął.
Wszyscy ciekawie zbliżyli się do drzwi podsłuchiwać i podglądać, ale proboszcz nie myśląc wypytywać chłopięcia, naprzód się wziął do oglądania mu głowy.
— Co ci to w głowę? spytał troskliwie.
— Rozbita, rzekł chłopiec. —
— Uderzyłeś się?
— Uderzony byłem przez złego człowieka.
— Siadaj moje dziecko. — Wody i szmat zawołał pleban — Magdo — ciepłej wody, czystej chusty, a prędzej — nie godzi się żeby chory czekał.
Magda porwała się szybko i pobiegła do kuchni, organista ramionami ruszał.
Ksiądz tymczasem uważnie rozwiązywał zakrwawioną szmatę, która z krwią zapiekłą poprzystawała do jasnych włosów chłopięcia, odwilżono ją, odjęto, i pokazała się rozcięta na czaszce głęboko skóra. Ksiądz ujrzawszy ranę, na którą dziecko nie stękało nawet, wzdrygnął się, ale przemagając uczucie przykrości, jął się zaraz opatrywać, obmywać i zawiązywać.
— Może ci co dać jeść? spytał.
— Kawałek chleba odpowiedział Maciek, bo drugi dzień nie jadłem.
— Drugi dzień! — I ruszył się proboszcz żywo za drzwi, — ale Magda już go uprzedziła do kuchni.
— Mówi że drugi dzień nie jadł! mruknął organista, — żeby miał prawo lepiej od nas koło misy się uwijać. To podle!
— Powiesz mi co cię tu zapędziło, rzekł proboszcz, ale wprzód trzeba abyś zjadł i spoczął. Siedź a nie ruszaj się, ja ci pościelę.
To mówiąc sam poszedł w kącie pierwszej izby robić posłanie.
— Sam ściele, mówił organista pode drzwiami, a nie wie nawet dla kogo. Taki on zawsze, a organisty to mu nie żal i każe śpiewać a śpiewać.
Gdy Klechowie pode drzwi podglądają, gdy Magda przygotowuje jedzenie dla Maćka, a pleban sam ściele mu na ziemi; chłopak ogląda się ciekawie, bojaźliwie i składa ręce, jakby się modlił w duchu.
— Zmiłujcie się, rzekł, nie frasujcie o mnie, ja spocznę i pójdę dalej, spocznę na dworze, gdziekolwiek.
— Tu ci będzie lepiej. A naprzód zjecie co Bóg dał, potem się wyspisz, a nareszcie mi powiesz coś za jeden i co ci się stało.
Pleban część swojej pościeli oddał dziecku i sam poszedł przyśpieszać jedzenie w kuchni, które nareszcie wniosła Magda zamykając drzwi przed Klechami stojącymi w sieni.
Ciekawość przykuła ich do proga; ale widząc że pleban nie myśli się wypytywać przybyłego, aż po nakarmieniu i wypoczynku, pozostali w ganku oczekując opowiadania. Tymczasem zbliżało się południe, słońce coraz lepiej przygrzewało, a dzwonnik musiał odejść wydzwonić dwunastą.
Reszta Klechów zjadłszy obiad w kuchni, usiadła znowu w ganku. Ksiądz czuwał nad dzieckiem, z brewjarzem wieku, modlił się poglądając niekiedy na spiącego, którego rysy twarzy nabrały czerwoności ze znużenia, gorączki po opatrzeniu rany i posilniejszego pokarmu.
Kilka razy pleban odrywał się od modlitwy, mimowolnie wlepiając oczy w chłopię, które go uderzało fizjonomją, niezwykłą pospolitym dzieciom gminu. Płeć nawet mimo opalenia, mimo zżółknienia i chudości, miała w sobie coś delikatnego, żywy rumieniec ją krasił, ale to była czerwoność nie zdrowia — rozdrażnienia, gorączki.
Długo, długo myślał ksiądz o czemś nad posłaniem chłopięcia. Klesi ciągle dowiadywali w ganku, prócz dzwonnika, który do szkoły spać poszedł. Magda zaglądała niekiedy uchylając drzwi, czy się przybyły nie przebudził. Nareszcie Maciek otworzył oczy zdziwione, jaśniejące żywym blaskiem, powiódł niemi do koła i zdał się przypominać gdzie jest, co się z nim stało.
— Nie chcesz pić? spytał go łagodnie proboszcz. Magda już pobiegła za wodą i przyniosła ją aby mieć powód posłuchać, co dziecko mówić będzie.
— Dziękuję, dziękuję, prawie płacząc odpowiedział chłopiec i chwycił rękę proboszcza, którą gwałtem ucałował, pomimo że ją stary wyrywał, a łza kręciła mu się już w oku.
— No, teraz moje dziecko, jeśli cię to nie męczy, powiedz mi co o sobie.
Maciek powstał na posłaniu.
— Boję się, abyście mnie nie wzięli za kłamcę, za oszusta, odpowiedział, tyle się ze mną rzeczy dziwnych działo.
— Mów prawdę, moje dziecko — mów mi wszystko, może ci się przydam na co? Ty jeszcze nie powinieneś nawet umieć kłamać, tak młody!
— I na cóż bym wam miał mówić fałsz? obcy przyszedłem, pójdę — a litości waszej wypraszać nie potrzeba, bo jej i tak tyleście mi już okazali.
I powiódł ręką po czole.
— Któż jesteś? Kto twoi rodzice? spytał proboszcz.
W tej chwili Magda przycisnęła się do ściany ciekawie, jakby się lękała aby ją nie wyprawiono, a Klechowie słysząc głos dziecka skoczyli do drzwi, które nieznacznie roztwarli trochę. Maciek tak mówił:
— Szczerze ojcze, ja nic nie wiem o sobie, ani kto byli moi rodzice, ani gdziem się rodził. Jak zapamiętam dawno, bardzo dawno, było mi bardzo dobrze na świecie.
Jak przez sen przypominam sobie, piękną młodą kobietę, która mnie bardzo kochała, którą nazywałem matką, ona mnie Stasiem. Ale to dawno i nie mogę przypomnieć, czy to jawa, czy marzenie. Mieszkaliśmy w pięknym pałacu. Zdaje się że poznałbym miejsce gdybym na nie trafił. Pałac stał na wysokiem wzgórzu, a u stóp pagórka rozłożone było białe miasteczko, w niem kościołek i cerkwie.
— To na Rusi — rzekł proboszcz do siebie.
— I cerkwie z blaszanemi kopułami. Pośrodku rynku stał murowany ratusz z wieżą. Dalej płynęła rzeka skalistem łożyskiem, dalej czerniały lasy na górach rozsypane. Koło zamku były stare, bardzo stare drzewa, takie same lipy jak tutaj, właśnie spojrzawszy na cmętarz wasz, przypomniałem sobie dzieciństwo. Na pagórku za pałacem był ogród, gdzie mnie niańka moja Agata nosiła. Jak wielkie wschody okryte murawą, ciągnęły się od zamku do rzeki ogrodowe kwatery kondygnacjami. W pośrodku zasadzone były kwiaty piękne, jużem potem nigdy takich kwiatów w życiu nie widział. Wolno mi było je zrywać wszystkie, bawić się niemi. Agata mnie pieściła, a matka kochała bardzo. Nie wiem tylko czemu byliśmy zawsze sami i często ta którą, nazywałem matką, gorżko, długo płakała.
Tak trwało dość długo, nie wiem co się potem stało, dla czego Agata w nocy wyniosła mnie z zamku, oddała jadącym ludziom jakimś, a ci zawieźli daleko. Pamiętam, płakałem całą drogę, i nie prędkom się utulił na miejscu. Tam już nie było matki, był domek mały, lichy, słomą kryty, kilka izb w nim białych, las do koła, sad owocowy smutny, stara jakaś kobieta. Zabroniono mi wspominać o matce, zaczęto mnie nazywać Maćkiem i stara mówiła żem jej syn.
Agata i dawniejsza moja matka często w nocy mnie odwiedzały. To znowu nie wiem jak długo trwać mogło, ciężkom się do nowego życia przyzwyczajał, starej kobiety kochać nie mogłem. Ona pilnowała mnie jednak troskliwie, ale tęskno było za matką, która choć czasem na chwilę skrycie się pokazała, to mi ją nazywać mamą zabraniano i mówić o niej zakazywano. Ona przybywszy płakała zawsze, sadzała mię na kolanach i tuliła do siebie, a gdy przyszło się rozstać, to ją Agata gwałtem prawie odprowadzać musiała.
Jednej nocy wrzawa się zrobiła w domu, stara pochwyciła mnie z łóżeczka, skoczyła ze mną przez okno i ukryła się w sadzie. Słyszałem wołanie do koła, szukanie, chodzenie, i dopiero rano wróciliśmy do domu. W kilka dni Agata wywiozła mnie ztąd. Droga była długa i niewygodna; jechaliśmy wozem prostym, ja w sukmance, ona w siermiędze. Nocowaliśmy po lasach, w lichych budkach, a Agata ciągle się czegoś obawiała. Z pól rozległych i wzgórzystych, dostaliśmy się w lasy bez końca, smutne, czarne, gęste lasy, środkiem których wiła się droga wązka zarzucona kłodami, poprzerzynana strumykami i błotnistemi brody. Czasem przerzadzał się las, widać było pole, lub szeroko rozłożone kępiaste błota, ale za niemi lasy znowu, które zdaje się końca nie miały.
Stanęliśmy nareszcie we wsi jakiejś, otoczonej także borem czarnym, w małym domku, w którym mieszkał stary już ksiądz. U niego zostawiła mnie Agata i tu znowu ucząc się trochę, swobodniej biegając, pobyłem czas jakiś. Lat nie liczyłem, podrosłem, smutno mi jakoś było, Agata nie przybywała.
Przywykałem nareszcie i do nauki, do samotnego życia, gdy znowu ksiądz powiedział, że muszę się z nim rozstać. Powiedział mi, że się nazywam Maciek Skowronek, że jestem ubogich rodziców dziecię, sierota i kazał iść do Krakowa uczyć się. Dali mi trochę pieniędzy na drogę, przewodnika do wielkiego gościńca i po kilka kroć powtórzywszy jak mam iść, co robić, co odpowiadać jeżelibym był pytany, puścili już samego.
— Samego jednego! zawołała Magda.
— Strasznie, to pachnie kłamstwem — dodał z za drzwi organista, a dali mu jeść nierozpytawszy wprzódy. I przepadło.
— Szedłem więc jałmużną żyjąc, po klasztorach i po szlacheckich dworach nocując, biedy kosztując, bardzo długo, sam jeden czasem, czasem w towarzystwie różnych ludzi, aż do Krakowa. Tu mi nieco lepiej być poczęło, ludzie dawali obfitą i nieproszoną często jałmużnę, wpisałem się do szkoły, dziękowałem Bogu, że mnie tu przyprowadził. Ale nie wiem dla czego wiele ludzi, rozpytywali mnie ciekawie, com był za jeden. Szlachcic imieniem Czuryło, żyd jakiś Kampsor bursy, sam senjor pan Pudłowski, chcieli wymódz na mnie abym więcej co powiedział nad to, co zwykle mówiłem; to jest, żem był sierotą i nazywał się Maćkiem.
Tymczasem Agata pod odzieniem żebrackim przybyła do Krakowa.
— Patrzajcie — zawołała Magda — poczciwe kobiecisko.
— Powiedziała, że szlachcic, który raz w raz jałmużny mi dawał, kazał wystrzegać się żyda, co mnie często także ujmował to datkiem, to dobrem słówkiem.
— Patrzajcie niewiernego! — bąknął magister za drzwiami, zbić by gałgana na gorżkie jabłko, bo to nie bez celu!
— Jeden z braci bursarzy, którego zwano pospolicie urwisem, ogromny barczysty chłop, na św. Gaweł wybił mnie pod jakimś pozorem. W parę dni potem gdyśmy wyszli za jałmużną, pochwycił za rękę i powiódł do kościoła Panny Marji. Ja myślałem że do Agaty, która tam siedziała, ale on oddał mię w ręce dziadowi ogromnemu, którego wprzód raz widziałem, bo napastował był Agatę o to, że żebrała, ten pochwyciwszy mnie gwałtem, pociągnął za sobą, nie wiem dokąd. Szczęściem w drodze napotkaliśmy pana Czuryłę, który począł mnie bronić, i kazał dziadowi puścić. Ale Lagus na ramiona mnie porwawszy uciekł. Wszczął się rozruch na ulicy, żacy bracia rozbiegli się mnie szukać. Dziad nie mogąc iść dłużej, schronił się ze mną w podwórko spalonego domostwa i wpadł do piwnicy zawalonej. Tu związawszy mi gębę chustką i przycisnąwszy ręką, abym nie krzyczał, nasłuchując ze strachem, siedział nademną długo; nareszcie począł chwyciwszy mnie za głowę tłuc nią o kamienie.
— O przeklęty zbójca! zawołała Magda, ja go znam tego Lagusa.
Tu dopiero postrzegła się, że niepotrzebnie wymówiła ze znajomością, bo proboszcz ostro spojrzał na nią. Ona dodała ocierając usta fartuchem:
— To jest, jak gdybym go już znała, tego łotra.
— Cóż dalej moje dziecko? odezwał się proboszcz.
— Rozbiwszy mi głowę, gdym zalany krwią upadł na gruzy, dziad wychwycił się z piwnicy, podsłuchał i całkiem wypadłszy, znikł mi z oczu.
Długo leżałem bezprzytomny i jak ogłuszony, nareszcie bojąc się aby po mnie nie wrócił znowu, wyczołgałem się powoli z lochu i szmatą którą miałem ściśnięte usta, przewiązawszy głowę, oddaliłem o kilka kroków na kupę słomy i popiołu. Dalej już iść nie mogłem, a zawsze w strachu, żeby mnie nie znalazł dziad, zanurzyłem się w słomę i popiół, tak że snopek tylko narzucony na głowę, dozwalał mi trochę wolniej oddychać i oglądać się. Nadszedł wieczór, zmierzch, potem noc. Słyszałem krzyki żaków w sąsiednich ulicach, ale nie śmiałem wyjść, aby mnie dziad nie schwytał, a potem i słabo mi było.
Drzemałem, gdy głosy mnie zbudziły, przeląkłem się usłyszawszy Lagusa, który do piwnicy schodził. Z nim był ktoś drugi, żyd podobno, alem go dobrze widzieć nie mógł, bo i ciemno było i jam się coraz głębiej zagrzebywał ze strachu. Rozmowę tylko urywaną słyszałem:
— On tu jest — mówił dziad, w lochu.
— Musiał uciec do tej pory.
— Nie, nie mógł uciec, bom mu głowę dobrze natłukł i podobno rozkrwawił, a tak przybił że się nie ruszy prędko. I gębę ma zawiązaną.
— Lepiej było nogi i ręce.
— Nie było czem.
Lagus zsunął się do zawalonej piwnicy, ale szukał, macał i chodził napróżno, począł kląć. Skrzesali w lochu ognia i rozpalili latarkę, obeszli wszystkie kąty, znaleźli trochę krwi po tynku, gdziem sobie palce ocierał.
— Uciekł, ale nie może być daleko, mówił Lagus, on tu gdzieś się zaszył, ja go znajdę.
Słysząc to struchlałem.
— Okropności, zawołała Magda, aby go tylko nie znalazł!
Klechowie słuchali i nie dowierzając patrzali po sobie.
— Bajkę widzę plecie, a oni wierzą, trzęsąc głową rzekł organista, poszedłbym już na piwo, darmo stoję bredni słuchając.
— Cicho, cicho, idę kiedy chcesz, odparł Magister przytulając się do przemknionych drzwi.
Maciek mówił dalej:
— Lagus wyszedł z lochu, a znalazłszy ślad nóg moich na popiele, w trop niemi poszedł z tym drugim ku mojemu ukryciu. W oczach mi się zaćmiło, dech wstrzymałem, byłem pewny że mnie zobaczą, skurczyłem się i zamknąłem oczy. Ale widać ślady skończyły się u kupy słomy i popalonych snopków zrzuconych z dachu, bo Lagus kręcił się, mruczał, deptał, klął, począł chodzić w prawo i lewo, stąpił kilka razy aż na moją rozbitą głowę, ale żem ja ani stęknął, a słoma się wszędzie pod nogami jednakowo uginała, zszedł nareszcie do budowli, oglądał je długo z latarką, a nic nie znalazłszy nareszcie znowu do oczekującego żyda wrócił.
— A co?
— Nie ma, licho wie co się z nim stało! Ale musi tu gdzieś być niedaleko, bo przybity dobrze, daleko się nie zawlókł. Ja tu się położę i będę czekał do dnia, po dniu jak zaświta, to go znajdę.
Chwilkę jeszcze gadali, potem żyd odszedł, a Lagus został, położył się na słomie obok mnie, skrobał, stękał i nareszcie zasnął. Jak tylko usłyszałem chrapanie jego i upewniłem się, że spał, wywlokłem się mimo bolu i strachu z ukrycia, prześliznąłem mimo, wyrwałem z podwórza i począłem uciekać, co mi tchu stało, padłem na murawie i do dnia leżałem. Jak dzień, bojąc się aby mnie znowu Lagus nie pochwycił, począłem z Krakowa uciekać, sam nie wiem dokąd, dostałem się aż tutaj.
Chłopiec zamilkł, proboszcz, który przez czas opowiadania pilnie się w niego wpatrywał, zdawał się szukać w jego oczach i twarzy dowodów prawdy całej powieści.
— I cóż myślisz począć z sobą? spytał ksiądz.
— Nie wiem, pójdę, rzekł Maciek, pójdę w świat, gdyby Agata wiedziała co się ze mną stało! szepnął.
— Gdzie jest Agata? gdzie ją znaleźć — spytał ksiądz...
— Mówiła mi, że będzie siedzieć pod kościołem Panny Marji.
— A tymczasem zostaniecie u mnie, dodał zamyślony proboszcz, spoczniesz.
— Już go wziął pod opiekę, rzekł organista. Więcej jedną gębą, a obiad obiadem, taki sam jak wczoraj. Nie ma na świecie sprawiedliwości!!





III.
DZIAD.

Nazajutrz bardzo rano, jeszcze na dzień się nie zajmowało, ksiądz proboszcz już wstał i pacierze odmawiał, poszedł zbudzić czeladź na przeciwko i posłał po organistę i dzwonnika.
W szkole spoczywali wszyscy Klechowie i spali jeszcze w najlepsze, gdy kołatać zaczęła do drzwi Magda, wołając:
— Wstawajcie, koguty już piały, ksiądz proboszcz się obudził, każe na pacierze dzwonić, będzie miał rano mszę, bo chce jechać do Krakowa.
Ale napróżno stukała; głębokim snem ujęci, po wieczornej wczorajszej biesiadzie, rybałci zbudzić się nie dawali, i jakby przeczuwając to najście, podparli kołkiem drzwi szkoły wewnątrz.
Od drzwi poszła Magda do okna i kołatać zaczęła znowu. Głuchy dzwonnik przewrócił się na drugi bok, a organista, którego sny niespokojne trapiły, pierwszy się schwycił.
— Wstawajcie, wołała Magda.
— Co? ogień! złodzieje? krzyknął — że nas budzicie po nocy?
— Już dzień, proboszcz wstał.
— Gdzie dzień, gdzie dzień! Wstał! wielka rzecz! ja nie wiem czy on kiedy śpi! Jak on żyje! nic nie je, nie pije piwa — jeno wodę, modlitwą jedną się krzepi, dziwny człowiek. Ależ to noc.
— Zrobiwszy z nocy dzień w karczmie, teraz z dnia chcecie zrobić noc, wstawajcie no. Niechaj dzwonią na pacierze, już szósta na półzegarzu. Organista kułakiem w bok szturchnął dzwonnika.
— Do ciebie piją bracie, idź dzwoń.
Ten się przeciągnął, splunął, ziewnął i znowu położył.
— Wstawajcie, wołała ciągle Magda u okna, do kościoła.
— Do kościoła! po nocy! Jeszczeż nie Roraty, mruczał organista. Dość — że człowiek musi chudnąć, bo się ani naje, ani wyśpie, ani napije.
— A wczoraj słyszę, dobrzeście dokazywali w karczmie.
— Już! dokazywali! powiedźcie to jeszcze proboszczowi! rzekł organista zbliżając się do okna. Ja wam powiem czystą prawdę jak to było.
— A wprzódy pobudźcie waszych.
— Zbudzą się i sami, bo już oto dzwonnik łaje, a kiedy zacznie łajać to i wstanie.
— Jakże to było? spytała Magda, zawsze ciekawa, tuląc się do okna mimo chłodu rannego i lekkiego przyodziewka który miała na sobie.
— Oto tak, całkiem szczera prawda, jakem poczciwy.
— Słucham tedy.
— Ku wieczorowi, po waszej wieczerzy, gdzie taki, (uderzcie się w piersi) bo klusek było omal jak zawsze, a gęba jedna przybyła na nie, poszliśmy z Magistrem tak sobie wsią, Boże uchowaj, bez żadnej myśli, powietrza zachwycić.
— I cóż tedy, coście zachwycili?
— Ot co, posłuchajcie. Spotykamy Bartosza. Czołem, czołem, daj Boże dobry czas. — A jak tam na polu? Gadu, gadu, idziemy. Mnie czegoś zaczyna się w gębie robić sucho, ale sucho jak w piecu, gorąco, piecze, szarpie. E! źle, myślę — choroba. Mówię o tem Bartoszowi, a on na to: Nie ma jak popłókać piwskiem. Właśnie dobre w karczmie. Ja się wymawiam.
— Wy? wy?
— Istotnie, słowo uczciwe, żem się wymawiał, nawet od pokusy chciałem odwrócić, ale Bartosz zawołał: Ja stawię. To już co innego. Dałem się namówić. Garniec na nas trzech, istotnie kropla nie więcej. Idziemy, pijem. Aż tu nadchodzi Strzępa, Brożycki, Janko Zawalidroga, Skuba, Swidrzycki, inni. Poczynają stawiać, każdy prosi i tak zabawiliśmy się wesoło i uczciwie do północka.
— Bez guza? spytała Magda.
— Ja tylko o uszak sobie łba nadbiłem, ale był Rektor, a jak on jest, to nie minie na sucho. To on tam sobie trochę pięści natarł, ale bez wielkiego przypadku obeszło się. Janko Zawalidroga ma oko podbite, pewnie przyjdzie dziś do was po lekarstwo, ot będziecie mieli i jaja na piątek, bom mu nawet powiedział, że jaj potrzebujecie.
Gdy organista spowiada się przed ciekawą Magdą, inni wyciągają i wstają powoli, dzwonnik mruczy, Magister maca się gdzie wczoraj oberwał szturchańca.
— Ot i dzionek, wstawajcie, a do kościoła.
— Otóż to życie nasze! jak świt do kościoła, a wyspać się nie ma kiedy, żeby człowiek nie litował się nad księdzem, to by go dawno porzucił. To mówiąc organista ziewnął i począł wdziewać czarny łatany kubrak, który w nocy służył mu za kołdrę, a we dnie za suknię.
W plebanji palił się już ogień na kominie kuchennym, płonęła świeczka w lichtarzu w księżej izdebce, proboszcz czytał brewiarz, skuliwszy się od chłodu na łóżku, Maciek spał jeszcze.
W tem głos wielkiego dzwonu rozległ się powoli wzywając na pacierze. We wsi coraz gęściej zabłysły światła i dobrze już na dzień wybierać się poczęło, bielało wschodnie niebo, biegały na zachód ściśnięte obłoki.
Jak tylko rozwidniało, ksiądz poszedł do kościoła, z nieukontentowanym organistą, który się za gębę trzymał, stękając na ciężki ból zębów.
— Cóż ci to takiego? pytał proboszcz.
— Nie wiem co mi takiego. — Inflamacja.
— Zbytnie użycie trunku.
— To są potwarze, Reverendissime, potwarze Magdy długojęzycznej. Ale ja cierpię niewinnie i cieszę się z prześladowania, przyjdzie czas że wszystko wyjdzie jak oliwa na wierzch.
Proboszcz nic nie odpowiedział, zbliżali się do zakrystji i wchodzili do kościoła.
Miło było zajrzeć do niego. Stary ten i opuszczony dawniej budynek, teraz jaśniał świeżością, i piękny był nie bogatemi ozdoby, ale starannem utrzymaniem i nieporównaną czystotą. Szara światłość wchodzącego dnia wpadała doń przez długie z szyb maleńkich w ołów oprawnych złożone okna. Podłoga wyłożona siwym kamieniem, wymieciona i zmyta połyskiwała. W pośrodku naprzeciw ołtarza wielki z czterema żelaznemi kółkami kamień grobowy, wskazywał wejście do sklepów. Kilka innych nagrobków, zatartych nogami, widniały tu i owdzie wypuklejszym herbem lub ozdoby otaczającemi. W ścianach także wpuszczone kamienie z postaciami rycerzy w całej zbroi, popiersiami i napisami, zdobiły przysionek i nawę. Sklepienie ostre i śmiałe, z gzymsowanemi kąty, wznosiło się malowniczo nad kościołem i bocznemi kaplicami.
Przez dwa jego otwory spuszczały się na sznurze ozdobnym lampa, gorejąca u ołtarza i wielki bronzowy ze szkłami świecznik.
Wielki ołtarz roboty snycerskiej, zdobiły drewniane, biało pomalowane posążki dwóch świętych Ewangielistów; robione kwiaty stały do koła obrazu i Cymborjum w niebieskich złocistych naczyńkach. Wszędzie czystość i porządek, wszędzie znać było nieustanny dozór księdza. Ściany, podłogi, ołtarze, nagrobki nawet, chór, ambona, połyskiwały, i drzewo ławek świeciło się wytarte niedalej jak wczora. Na chorągwiach nie dojrzałeś pyłu, ani pajęczyn za obrazami, ani kupek śmieci po kątach. Pozapalawszy świece, organista oczekiwał w zakrystji na Albertusa, który zwykle do mszy sługiwał, sam potem mając pójść na chór, gdzie już dzwonnik probując miechów czy nie sapią, kalikować poczynał, gdy drzwi się otwarły i Maciek z obwiązaną głową wsunął się.
Proboszcz się odwrócił i spytał go:
— Czegoś wstał chłopcze tak rano?
— Zadzwoniono na mszę, odpowiedział Maciek.
— U księdza to najlepiej być obcym, mruknął organista, ot temu bębnowi, co się wczoraj daleko prędzej położył, jeszcze wymawia że wstał rano; a mnie posłał budzić!
Maciek narzucił komżę, wziął mszał i stanął we drzwiach zakrystji, trzymając za sznurek od sygnaturki. Ksiądz nic już nie powiedział, tylko szepnął chłopcu cicho:
— Msza Święta na twoją intencję.
Wyszli, zabrzmiał organ, nabożeństwo się rozpoczęło. Oprócz Magdy, dzwonnika i Albertusa, który się przywlókł na Sanctus, nikogo nie było w kościółku.
Dwa kubki mleka już oczekiwały na proboszcza i Maćka, gdy powrócili; organista który je napatrzył w kuchni zżymał się, widząc że będzie musiał czekać na ogólne śniadanie.
— Obcemu zawsze lepiej. Nie ma i nie ma taki sprawiedliwości na świecie!
— Powiedźcie dzwonnikowi, niech mi konia do wózka zaprzęże, rzekł ksiądz i poda pod ganek.
— Chwała Bogu, jedzie, szepnął organista, to i dobrze, człek spocznie. W tem proboszcz ku niemu się obrócił.
— Wy zaś pamiętajcie dziś i jutro, jeślibym nie wrócił, o kościele; niech chwała Boża za mojej niebytności nie cierpi. Proszę odegrać i odśpiewać nieszpór, a jutro rano różaniec.
Organista w głowę się poskrobał.
— Jeślibym zaś sam nie był, poproszę po drodze wikarego z Olszowa, aby ze mszą przyjechał.
— Taki i dnia nie da spocząć! ruszając ramionami rzekł Klecha. Cóż z nim począć, uparty i nieprzeparty. Byłbym poszedł na jaki dzień do Leszczy, a tu nie ma sposobu.
Za chwilę wózek stał zaprzężony w ganku.
— Wy zaś Magdo, rzekł Proboszcz wdziewając płaszcz, pilnujcie chłopięcia tego aby miał wygodę do mego powrotu.
To mówiąc wsiadł do wózka i przeżegnawszy się jak zwykle czynił przed każdą drogą, począwszy modlitwę po cichu, zaciął konia z lekka i z bramy probostwa drogą ku Krakowu się posunął.
Na probostwie bezkrólewie, z którego Klechowie radzi byli bardzo, i gdyby ich Magda nie wstrzymywała, pozwolili by sobie wiele. Magister dał żakom pokój i razem z Albertem, organistą i dzwonnikiem posiadali na ganku, stękać po swojemu.
Miało się już ku południowi, gdy im zabrakło przedmiotu do rozmowy, dawno wyczerpanego nieustannemi gderaniami i poczęli wszyscy ozierać się, ziewać, oczekując tylko obiadu, aby się spać położyć, lub ruszyć po wsi za jałmużną zwyczajną. W tem fórta skrzypła, psy zaszczekały i rzuciły się ku niej, wszedł odarty dziad.
Magda na głos psów wyrwała się z kuchni, spojrzała, zbladła, ale szybko dała znak w krąg wszystkim, aby milczeli — poznali Lagusa.
Sama pobiegła do izby i ukryła Maćka w alkierzu, a powróciwszy stanęła w ganku. Olbrzymiego wzrostu, barczysty, zarosły, w pół zgiąwszy się, dla nadania sobie pozoru starości, szedł Lagus, klepiąc pacierz i rzucając na wszystkie strony oczyma, których białka migały dziwnie.
Klechowie domyślili się nieco po znaku Magdy, iż poznała Lagusa, lub wreszcie przeczuła go, spojrzeli po sobie, pokręcili głowami, czekali.
Niech będzie pochwalony — ozwał się dziad stojąc u słupa, oganiając się psom, i szukając oczyma to tu, to owdzie, jakby się co ujrzeć spodziewał.
— A zkąd to Pan Bóg prowadzi? rzekła Magda drżącym głosem.
Lagus podniósł głowę, długo wlepiał w nią oczy, zdawał się dziwić, chcieć coś powiedzieć, potem szepnął:
— Z Krakowa.
— A dokąd?
Gdzie oczy prowadzą. Zwyczajnie dziadowska droga. Magister ścisnął pięść, przypomniawszy sobie wczorajszą przez chłopca opowiadaną historją i czując już w sobie ochotę wojowania.
— Co tam słychać w Krakowie?
— Ah nic, wszystko po staremu.
Milczeli znowu, dziad ciągle się oglądał i westchnął.
Magda mu wyniosła chleba kawałek do torby i powiedziała:
— Idźcie z Bogiem, księdza proboszcza nie ma w domu.
— Pozwólcie mi przynajmniej spocząć.
— Czemuż, czemuż — spocznij sobie, mój kochany, usiądź, posil się. Więcej ci dać nie możemy, bo i nie ma co.
— Już to wiem, rzekł dziad, co plebanja to nie dwór, zwłaszcza kędy Klechów dużo.
Magister ścisnął pięść i zęby razem, chciał już kułakiem w bok poczęstować przybylca, ale spojrzawszy na ramiona jego dał pokój.
— Mógłby oddać, pomyślał, niech go kaduk, zdaje się silniejszy od Janka Zawalidrogi.
Po chwili milczenia, Lagus rozpoczynając westchnieniem, spytał:
— Nie widzieliście tu czasem jakiego chłopaka, sieroty?
Wszyscy spojrzeli po sobie, Lagus który w tej chwili chleb z torby dobywał i oczy miał spuszczone, nie widział tego.
— Kogo? kogo?
— Oh tak chłopięcia, sieroty?
— Jakże on wyglądał?
— A był tu jaki?
— Wczoraj, obojętnie zawołała Magda, ale dziś rano przenocowawszy tu — poszedł dalej. Cóż to za jeden? Nieborak, miał głowę skaleczoną, mówił że się uderzył.
Lagus podniósł oczy szybko, popatrzył i dodał:
— Doprawdy? skaleczył się, biedniaczek! i bardzo?
— Dosyć mocno w głowę.
— Opatrzyliśmy go tutaj, dodał Albertus.
— A dokąd pociągnął?
— Oto wsią przed siebie, nie wiadomo dokąd. Ale czemuż to o niego pytacie?
— Bo to moje dziecko!
— Twoje, rzekł Magister tamując się, aby nie uderzyć Lagusa i miarkując pod spojrzeniem Magdy.
— Juściż! kawał łotra! Uciekł mi z Krakowa, to za nim się wlekę.
— O! dogonicie go rychło, rzekła Magda, bo powoli się wlecze, słaby nieborak.
Lagus, który przed chwilą miał odpoczywać, wstał, pochował co wyjął do torby i zarzuciwszy ją na plecy, rzekł:
— Ot, trzeba mi za nim spieszyć, bądźcie zdrowi, Bóg zapłać. Żaki i po drodze wszyscy mi mówili, że go tu widzieli idącego. Niech będzie pochwalony. —
Odchodząc rzucił okiem na Magdę, która z niespokojnością wyglądała, żeby ruszył, ciągle dając znaki Klechom, aby się czem nie wydali.
Tylko co był za furtą i psy go odprowadziły szczekaniem, a już w ganku po milczeniu chwilowem wrzała rozmowa ożywiona. Lagus spojrzał przez płot, zastanowił się, przyczaił, poszedł kilka kroków aby go widzieli i zawróciwszy na cmentarz, po pod murem przesunął, fórtką ku plebanji wcisnął, między drzewy począł schylony przełazić, aż się dostał naprzeciw ganku, zkąd mógł głosy rozmawiających słyszeć.
Magister wykrzykiwał najgłośniej.
— Patrzcie zuchwalca, i goni za nim.
— Ale bo kto wie, rzekł organista, któremu ciągle tkwiło w myśli, że go sierota będzie odjadał, może to wszystko bajki, co on gadał, a to istotnie wisus jaki i własne jego dziecko?
— Wstydź się, wstydź się, przerwała Magda z oburzeniem, takie rzeczy przypuszczać. Toż mu z oczów prawda patrzy temu dziecku i także pańską ma twarzyczkę. Ja nie wiem.
— A ja wiem, przerwał Klecha, że byleby się gdzie dymiło z komina, to darmojady się znajdują. Radzi jesteście żeście nowego złapali? księdzu w to graj!
— I mnie się zdawało z początku, odezwał się Magister, że to wszystko wierutne bajki, ale teraz zaczynam wierzyć po trochu, bo ten dziadzisko ma zbójecką twarz i wejrzenie takie, że się na widok jego same pięści ściskają.
— Wam to i na widok innych się trafia.
— Człek nie kamień, rzekł Mistrz.
Długo tak rozmawiali, a Magda pobiegła przestraszonemu chłopięciu dać znać że dziad już poszedł, uspokajając je i zalecając aby do okien nie chodził.
Tymczasem Lagus lękając się aby go nie zobaczono, po chwili wysunął się nazad na cmentarz, ze cmentarza na drogę ku wsi i poszedł ku karczmie. Obejrzawszy dobrze położenie plebanji, przejścia, bramki, zamknięcia, usiadł zamyślony na karczemnej przyźbie. Tu dobywszy chleba i słoniny, a potem jakiegoś proszku z gałgana, począł kręcić gałki, pozawijał je w szmatę, schował do torby, a spojrzawszy na słońce, na kupie siana w sieni położył spać.
Jak tylko objad zjedli Klechy, każdy w swoją stronę rozeszli się, ci za niedobranem snopkowem czyli petycją, inni do znajomych, organista nasz do karczmy, jak zwykle niby bez celu z założonemi w tył rękoma, ale w istocie szukając tylko powodu, aby zajrzeć garncowi piwa w oczy.
W tej przechadzce tak się nieznacznie zbliżył pod samą karczmę, drzwi jakoś znalazł otwarte, żyd się z nim przywitał, potem chłodno było na dworze, musiał więc wejść i usiąść na ławie. Na stole właśnie stała kwarta piwa jakby przygotowana. Umoczył usta tylko dla spróbowania, a umoczywszy je, pił żeby się rozsmakować.





IV.
PROBOSZCZ W KRAKOWIE.

Nie będziemy opowiadać, jak ksiądz proboszcz nasz odjechał do Krakowa, jak stanął u K. K. Bernardynów, gdzie go serdecznie przyjęto, jak naprzód do kościoła na modlitwę, potem się udał na miasto.
Biedny ksiądz, który dawno już stolicy nie widział, czuł się w niej bardzo obcym, wytarta jego sutanna każdego innego byłaby wstrzymała, ale on nie wstydził się swojego ubóstwa, nie lękał się niczego, nie był przystępnym śmiechom ludzkim. Po nabożeństwie posunął się wolnym krokiem ku kościołowi Panny Marji, ale zbliżając się, miarkował że nie wie jak dopytać się o Agatę, gdyż może być nie jedna żebraczka tego imienia pod kościołem. Biedził się więc zawcześnie i potrząsając kilką groszakami z kieszeni dobytemi, szukał oczyma twarzy, któraby większą w nim ufność wzbudziła.
Wszyscy żebracy siedzący na cmentarzu (to jest na placyku otaczającym kościół) wyciągnęli razem ręce, widząc zbliżającego się z groszami w ręku księdza.
— Na miłość Bożą, groszyk jałmużny!
— Mój ojcze, miejcie litość nad biedną kaleką!
— Groszyk ślepemu!
— Szeląg mnie, ojcze!
— W imie Najświętszej Panny.
— Na kości Ś. Stanisława.
— Będziemy się modlić za was.
— Niech was Bóg pocieszy.
— Ja mam dziecko i t. p.
Wszyscy swym krzykiem głuszyli biednego proboszcza, który stał, wahał, nie wiedział co począć, dzielił jałmużnę, a widząc że mu nie wystarcza przygotowanego, dobył resztę jaką miał.
— Nie mógłby mi kto z was powiedzieć, odezwał się wreszcie, gdzie tu jest, niejaka Agata, niedawno przybyła?
Wszyscy spojrzeli po sobie, zdziwieni że o ich towarzyszkę pytano.
Musi to być coś w tem! mruczały zazdrośne. Patrzajcie! Agata — już ją znają.
— Agata, rzekła siedząca na rogu babka. Była ona, ale jej nie ma, dziś podobno nie przychodziła. Wszak nie przychodziła?
— Nie, nie, i wczoraj jej nie było, rzekł ktoś z boku.
— Ale na cóż jej potrzebujecie, może to i kto inny potrafi, ojcze?
— Nie, nie, to ja chciałem tak informacji. Więc powiadacie że jej nie było?
— Dziś i wczoraj nawet.
— Ale nie wiecie gdzie mieszka?
— A gdzie ma mieszkać? na bruku jak my. Zresztą kto ją wie, to jakaś wielka pani, bo się drogo do Bractwa wkupiła.
— Może pan pisarz wie, zawołała druga bo oni się dawno znają.
— Jaki pan pisarz?
— A naszego Bractwa. Pielgrzym Groński.
— Gdzież go można znaleźć?
— Zawsze siedzi w gospodzie.
— W jakiej?
— Ot tu, w naszej, i kilka rąk wskazały na dom Bractwa.
Ksiądz pomyślawszy chwilę udał się tam. Zastał Grońskiego nad książką, modlącego się i przebierającego różaniec.
Na widok duchownego powstał stary, ucałował jego rękę i otarłszy ławę, prosił usiąść.
— Dziękuję wam, rzekł ksiądz, alem ja tu do was za interesem. Nie wiecie co się stało z Agatą, żebraczką u P. Marji.
— A cóż się z nią stać miało?
— Gdzie jest?
— Musi być pod kościołem.
— Nie ma jej od dwóch dni. Miałem potrzebę widzieć się z nią.
— Jakto! nie ma, zawołał Groński. Dziwna rzecz, oto temi dniami, jeden z biczowników Bractwa i ona znikli nie wiedzieć gdzie. z
Ksiądz milczał, Groński ozwał się po chwili.
— A wy ojcze, nie o dziecko, którem Agata się opiekuje pytać chcieliście?
— Zkąd-że wy wiecie o niem?
— Ja, rzekł pisarz, znam Agatę dawno i wiem całą dziecięcia historją.
— Wy?
— Jeszcze przed pielgrzymowaniem mojem do Rzymu, leżałem z choroby w domu księżnej, matki dziecięcia.
— Księżnej! mówicie?
— Tak, ruskie to książęta, Sołomereccy; ale jeźli wola i łaska, ja wam wszystko opowiem.
— Bardzo was proszę, rzekł ksiądz siadając, słucham.
Brat Groński usiadł niżej na ławie i począł księdzu opowiadać to co słyszał od Agaty. Powieść jego tak się zgadzała z opowiadaniem dziecka, że proboszcz coraz bardziej zajęty i poruszony, zaledwie dosłuchawszy opowiadania, pożegnał pisarza i udał się rozpytywać Senjora szkoły, Pudłowskiego.
Pudłowski był mu dawno znajomy, nie wahał się więc zabiedz do niego i coś więcej jeżeli można dowiedzieć.
Szkoła była pusta, i proboszcz dwa razy pociągnąć musiał kozią łapkę, nim mu z widoczną niecierpliwością człowieka, oderwanego od pracy, otworzył Senjor. Chwilę popatrzał zmordowanemi oczyma na proboszcza nim go sobie przypomniał: nareszcie opuścił drzwi i uśmiechając się z przymusem do środka poprosił.
— Dawno niewidzianego, dawno, rzekł jąkając i niespokojnie ozierając się na drzwi do drugiej izby. Cóż za szczęśliwy traf sprowadza?
— Rad jestem że was w dobrem zdrowiu zastaję.
— Jakkolwiek, dosyć.
I wskazał na krzesło, z którego zrzucił na ziemię czapkę żydowską. Czapka ta dowodziła, że Hahngold był u Senjora zamknięty w drugiej izbie.
Proboszcz nie mając czasu do stracenia rozpoczął pytania.
— Straciliście jednego z waszych żaczków, rzekł, niedawno.
— A! tak, nie pamiętam, tak! podobno. Jakże się zwał? zaraz! Maciek Skowronek! Wiecie o nim?
— Trochę, rzekł proboszcz, ale wprzód powiedzcie mi co wam o nim wiadomo.
— Prawdziwie, to coś niepojętego, niechętnie odrzekł Pudłowski, już mnie kilka osób o to dziecko pytało. Jednak to plebejus.
Ksiądz się uśmiechnął.
— Nie tak jak myślicie.
— Jak to? Sierota z Rusi?
— Sierota, nie całkiem, a co się tycze plebejuszostwa, princeps non plebejus, ex sangvine procerum Regni.
Pudłowski osłupiał i zerwał się z krzesła, ale ksiądz w tej chwili zwróciwszy oczy na żydowską czapkę, z żółtym aksamitnym wierzchem, położył palec na ustach.
— Jak? co? kto? począł pytać senjor.
— Ktoś tu u was jest?
— To, to, Kampsor nasz, dla spraw Bursy, to najlepszy człowiek.
Ksiądz głową niedowierzając poruszył.
— Dość wam, rzekł, na ten raz wiedzieć, że dziecię to ma nieprzyjaciół, co je zgubić pragną, że tu w Krakowie jest ktoś co nań czyha, że wydane zostało w ręce dziadowi przez niejakiego confratra żaka przezwanego Urwisem. Weźcie go na spytki, każcie zawołać.
Pan Pudłowski zajęty cały nowiną, wybiegł za Urwisem, z małą jednak nadzieją żeby go złapać można, bo żak ten częściej był pod oknami mieszczek, niż w Bursie. Dziwnym przypadkiem zszedł go Senjor na wschodach.
— Chodź tu, zakrzyczał, chodź tu, mam ci coś powiedzieć.
Urwis chciałby był uciekać, bo mu czegoś pilno było, ale nie miał sposobu. Spuściwszy uszy wszedł powoli na górę, przemyślając tylko, za które z niezliczonej liczby przestępstw kara nastąpi; Pudłowski w milczeniu wprowadził go do izby i jakby chciał go bardziej jeszcze przestraszyć, zaryglował drzwi za nim.
— A teraz, rzekł, chceszli wyjść cało, mów prawdę.
Urwis pobladł.
— Ty wydałeś w ręce żebraka Maćka Skowronka?
Zaciął się żak, ale prędko rzekł zbierając na odwagę.
— Ja.
— Za co? i dla czego?
— Chyba nie wiesz żeś go wydał na stracenie? na śmierć? dodał ksiądz.
— Na śmierć? zawołał bursarz załamując ręce — ja! ja!
W tej chwili dał się słyszeć szelest za drzwiami drugiej izby.
Senjor i proboszcz zwrócili oczy, ale prędko je znowu skierowali na żaka, który miał łzy w oczach. Urwis był największym łotrem, ale myśl że wydał na zginienie brata, że popełnił największą w przekonaniu swojem zbrodnią, zdradzając tego kogo bronić był obowiązany, przejęła go tak, że na kolana upadł.
— To być może! zawołał, ja! ja! Ja powiem wam wszystko, całą prawdę.
— Mów, ozwał się Senjor.
— Wieczorem spotkał mnie dziad Lagus i począł pytać o Maćka. Są tu powiada jego krewni, co mu dobrze życzą, przyjdźcie z nim do mnie, ja go im przywiodę. A jeśli się będzie opierał, nic nie zważajcie, choćby płakał, nagrodzą mu się te łzy, bo on nic nie wie jakie go szczęście czeka.
— W istocie czekało go, dodał pleban, porwanie zbójeckie i mało nie śmierć, rozbicie głowy.
Żak uszy sobie zatknął, powstał żywo i krzyknął.
— Zabiję tego psa dziada!
— Dajcie mu pokój, przyjdzie nań kara i bez was.
— Ale gdzie jest Skowronek? kto go ocalił?
— Bądźcie o niego spokojni, a dziękujcie Bogu, że was od ciężkiej zgryzoty sumienia uwalnia.
Pudłowski na skinienie księdza odryglował drzwi w milczeniu, a żak w pół oszalały, wyszedł, raczej poleciał pod kościół szukać Lagusa, którego jednak nigdzie znaleźć nie mógł.
Proboszcz tymczasem pomówiwszy z Senjorem, któremu wszystkiego co wiedział nie widział potrzeby mówić, dawszy jednak do zrozumienia że chłopiec u niego się znajduje, pożegnał go i odszedł.
Ledwie się drzwi za nim przywarły, gdy drugiemi blady, pomięszany wszedł z kryjówki swojej Hahngold.
— Zkąd ten ksiądz? spytał się Pudłowskiego.
— Ztąd nie daleko, z okolicy, gdzieś z pod Proszowic podobno, doprawdy nie pamiętam miejsca.
Hahngold wziął za czapkę.
— Muszę śpieszyć, rzekł, wybaczcie, czas drogi.
— A moje strusie skrzydła?
— Będą, będą! To mówiąc Kampsor łapał za klamkę i spuścił się żywo ze wschodów, tak że odchodzącego powoli proboszcza zastał jeszcze w ulicy. Tu obejrzawszy się do koła, nacisnąwszy na uszy czapkę, nasunąwszy pod brodę płaszcz, posunął się powoli za księdzem.
Proboszcz powracał już do klasztoru, nie mogąc nigdzie wywiedzieć się o Agacie, postanowił powrócić do domu, aby czuwać nad chłopięciem. Dnia tego późno już mu było powracać, chciał więc przenocować u Bernardynów, a nazajutrz rano odjechać.
Żyd poszedł za nim aż do fórty, i widząc księdza wchodzącego do klasztoru, jakby się namyślił, zawrócił w miasto. Na zakręcie ulicy spotkał go zielono ubrany nieznajomy.
— Ja was szukam, zawołał żyd łapiąc.
— Mnie, a cóż?
— Chłopiec jest.
— Gdzie.
— Wiem gdzie, ale nie ma na to rady, bardzo się już sprawa rozmazała. Przyjechał tu ksiądz dowiadywać się o niego. On na wsi u księdza.
— Daleko?
— Koło Proszowic, ale Lagus go znajdzie, bo już poszedł szukać w tę stronę.
Nieznajomy zamyślił się.
— Trzeba kogoś więcej posłać, wyście mi przyrzekli, róbcież.
Kampsor brał się za brodę i głową kiwał.
— Naprzód by wiedzieć miejsce. Aj! aj, co mnie to pracy kosztuje!
— Przynajmniej nie mówcie żeście nie zapłaceni!
Żyd ramionami wstrząsł z pogardą.
— Taka sprawa?
I odszedł. Udał się wprost ztąd do szynkowni Krzaczkowej, którąśmy wyżej opisali. Tu jak zawsze nie brakło pijących i zgromadzenie pod wieczór zwiększone, szumnie się nad kuflami bawiło.
Żyd głowę tylko we drzwi wcisnął, dał jakiś znak i wywiódł za sobą, potężnego młodego chłopca z krzywą ręką. Był to znajomy mu żebrak zwany od swego kalectwa Krzyworączką, siedział on pod kościołem KK. Bernardynów, jadł w klasztorze i sypiał tam, posługując ile mu kalectwo dozwalało. Kampsor znał go, jak znał wszystkich prawie uliczników.
Dobył grosz biały i pokazał go.
— Kto wczoraj zajechał do Bernardynów z księży?
— Proboszcz z pod Proszowic.
— Jak się nazywa?
Żebrak całą rękę wyciągając po datek, powiedział nazwisko, żyd odszedł szybko, a Krzyworączka wrócił do szynkowni uśmiechając się.
Ztąd Aaron pobiegł do swego domu, niedając się już zatrzymywać po drodze.
Nazajutrz rano po mszy, wózek księdza wytaczał się z podwórza OO. Bernardynów i śpieszył w stronę domu. Dzień był chmurny, wilgotny i smutny, proboszcz zamyślony odmawiał pacierze, koń truchtem biegnąc poparskiwał. Na śród drogi poczęła szkapa nakuliwać i ledwie dojechawszy do pierwszej plebanji, z wielkiem zmartwieniem swojem zatrzymać się musiał. Napróżno oglądano kopyto biednej klaczy, nic nie okazywała choroby zatratowania, stłuczenia, a jednak kulała. Nazajutrz wiedli ją do wody, toż samo, zawsze w nadziei ozdrowienia konia, proboszcz się zatrzymywał, aż nareszcie straciwszy ją, wziął kij w rękę i poszedł piechotą.
Nie męczyła go droga, bo był przywykły do podobnych pielgrzymek, ale niespokojny i o dziecko i o kościół i o dom, w którym zwykle po jednym dniu niebytności, dziwnie przewrócony porządek zastawał, śpieszył jak mógł nieborak.
Dobrze zmierzchało gdy ujrzał nareszcie stare lipy otaczające cmentarz i białe mury kościołka.
— Dzięki Bogu, rzekł w duchu.
Dzwon właśnie odzywał się na pacierze, proboszcz się przeżegnał i modlić począł. Tak coraz bardziej zbliżał się ku plebanji, mimowolnie zwracały się jego oczy na ten domek w którym przeżył lat tyle spokojnych i szczęśliwych.
Z biciem serca ludzi przywykłych do swojego kątka, otworzył fórtkę, zajrzał w dziedziniec, psy poczęły się koło niego łasić. W ganku postrzegł swoich Klechów i Magdę.
Ona poznawszy proboszcza, wybiegła przeciw niemu.
— To Dobrodziej! Ale cóż to jest? pieszo.
— Klacz zakulała. Jak się macie? A gdzie mały?
— Mały? powtórzyła kręcąc fartuch w palcach Magda, mały? I zafrasowana nie wiedziała co mówić.
— Mów, mów, co się z nim stało?
— Poszedł, rzekła Magda łykając ślinę i jąkając się, poszedł dalej.
— Dokąd? kiedy poszedł? toście go chyba wypędzili?
— My, nie, to on sam poszedł. Dobrowolnie.
— Ale to być nie może! zawołał proboszcz szybko zmierzając ku domowi, to być nie może!
Wszyscy Klechowie i Magda widocznie byli pomięszani.





V.
WDOWA.

Przenieśmy się teraz ze stolicy daleko w głąb kraju, na Podlasie, do Knyszyna, kędy ostatni z Jagiełłów dokonywa smutnie żywota, otoczony kobietami, pochlebcami, tłumem chciwych i podłych ludzi, bez serca w piersi i wstydu na czole.
Późnym wieczorem jesieni ciągnie się po błocie do miasteczka skórą wybijany rydwan, osłoniony zewsząd firankami skórzanemi, zaprzężony czterema lichemi końmi. Na przodzie jego siedzi żyd woźnica i stary osiwiały ciemno ubrany mężczyzna. W milczeniu zacina konie żyd, spoglądając na cel podróży: miasteczko i zamek.
Stary przy nim siedzący mężczyzna, podparł się na ręku i smutno zadumał namarszczywszy. Niekiedy obejrzy się w tył na rydwan, jakby za firankami kogoś tam siedzącego chciał dojrzeć, to znowu podeprze i zamyśli i wzdycha.
— A jest tu dobra gospoda? spytał stary żyda.
— U! wa! czy to wy koniecznie chcecie w najlepszej stanąć?
— Czemuż by nie, mój Mortchel?
— Wy nigdy w Knyszynie nie bywali?
— Nie, mój kochany.
— To wy nie wiecie, jak to drogo! Kiedy król JM. mieszka, ciągle do niego panowie wielcy jeżdżą, że często wszystkie domy ich końmi, ludźmi i pocztami zajęte, bo na zamku miejsca nie ma. Za kątek dla koni i dla człowieka każą sobie płacić! Jakbyśmy w najlepszej gospodzie stanęli, choćby nawet miejsce znaleźć, nie na długo by nam worka stało.
— I trudnoż Mortchel, naszej pani stanąć nie wiedzieć gdzie.
— Ja to wiem, odpowiedział żyd kiwając głową, jej potrzeba wygody, nu ale za wygodę każą płacić, i dobrze płacić.
— Cóż robić póki jaki grosz mamy!
— Ja bym i swego nie pożałował, odpowiedział żyd cicho. Wy wiecie że ja naszą panią kocham jak wy, jak wszyscy jej ludzie, ale taki nie życzę do wielkiej gospody w rynku zajeżdżać.
— A dokąd-że?
— Hm! to się wam będzie zdawało nic do rzeczy ale posłuchajcie tylko. Ja tu znam krewnego, który ożenił się z siostrzenicą mojej Sory, zajedźmy do niego. Dla naszej pani każę wyczyścić izbę osobną, a konie i wóz w stodółce postawim, choć to dom niepozorny, ale będzie wygodnie — a kosztować nie będzie. Tu i tak zdadzą się pieniądze, by ich najwięcej było.
I Mortchel zaciąwszy konie w kałuży, usiłował różnemi głosy, zachęcić je, aby wśród grzęzawicy zmęczone nie stanęły.
— Uważaj Mortchel jak lepiej, aby tylko pani było wygodnie.
— Zresztą zobaczymy.
W tej chwili pomimo deszczu lejącego o firanki rydwanu, roztwarła się zasłona białą ręką posunięta i ukazała głowa kobieca bladości śmiertelnej, rysów twarzy dziwnie pięknych, oczu zamglonych świeżym płaczem, ale ognistych jeszcze. Kobieta wyglądająca mogła mieć lat trzydzieści kilka, a rysy dowodziły niedawno i nie zupełnie jeszcze znikłej wielkiej piękności; cierpienie jakieś czy choroba wypiętnowały na niej marszczki, odjęły nietylko rumieniec, ale nawet wszelkie krwi ślady. Rzekłbyś że powstała z trumny i otwarła oczy pod całunem. Ręka jej była tak biała jak twarz. Ciemna suknia osłaniała szerokiemi fałdy kibić jej wysmukłą i cienką, ramiona białości marmurowej, kreza stojąca otaczała szyję, głowę wdowi czepiec czarny objął i wychudłą twarz zasłaniał. Nieznajoma spojrzała, przeżegnała się, zadrżała i poczęła modlić. Cichym, miłego dźwięku głosem spytała starego sługi, który się w tej chwili odwrócił:
— To Knyszyn?
— Tak, pani, tak.
I firanka zapuściła się znowu, a żyd z starym sługą szeptać coś poczęli. W powozie było słychać płacz i łkanie tłumione, przerywane jakby rozmową urywaną.
Nie młoda już i skromnie bardzo ubrana kobieta, rysów twarzy grubych, wyrazistych ale tchnących dobrocią, siedziała w powozie obok pierwszej. Ona to starała się ją pocieszyć i utulić rzewnemi łzami płaczącą.
— Pani, pani, czyż łzy pomogą? zbliżamy się do celu, może Bóg da, że król J. M. wymierzy nam sprawiedliwość. Nie ma jeszcze czego rozpaczać!
— A! moja Janowa, czyż utrata dziecięcia, czyż wszystko co przecierpiałam, nie wyciskają łez mimo woli? One same płyną. Mój Staś! Bóg wie gdzie, może go już pochwycili, może. —
— Bóg strzeże sieroty. Agata poszła za nim, pan Czuryło.
— Wszystko ja to sobie mówię, a jednak płaczę mimo woli. Kto wie czy król poznać mnie zechce, czy zechce się ująć za krzywdę.
— Ja nie wątpię.
— Szczęśliwaś moja kochana.
I nieznajoma znowu gorżko płakać zaczęła.
— Zbliżając się do miejsca, w którem ostatnia moja nadzieja, strach za serce ściska. Sama jedna! jak się dostać do niego, jak uprosić, jak mu wytłumaczyć.
— Chyba pani w opiekę Bożą nie wierzysz nad dzieckiem i nad sobą? ozwała się Janowa.
— O! gdybym w nią nie ufała, dawnobym umarła!
— Tyle jej pani moja miałaś dowodów.
— I tyle przeciwności.
— Bóg zsyła krzyże tym których kocha, odpowiedziała Janowa, usiłując jakkolwiek towarzyszkę z płaczu zachodzącą się utulić. Ale nie pomagało, ona płakała a płakała.
Wjechali w miasteczko, którego szerokie ulice ostawionemi lichemi domki, gdzieniegdzie przeciętemi nowszą porządniejszą budową, pełne były błota. Wielka murowana gospoda wznosiła się w pośród rynku otoczonego domostwy żydowskiemi, kramikami drewnianemi otwierającemi się na zewnątrz klapą podpartą na wbitym w ziemię palu. W tych sklepikach lichych wyglądały białe zasłony żydówek siedzących na garnkach z żarem i węglami, czarne płaszcze żydów zgarbionych nad książką modlitwy, wiszące w oknach rozmaite towary, leżące na wystawach naczynia, owoce i t. p. Deszcz lał jak z wiadra miotany silnym wiatrem, drzewa chyliły się resztę liści tracąc porwanych burzą, kilku ludzi z głową przykrytych workami, podkasaną suknią, wywróconym kożuchem, kilka bab w fartuchach zarzuconych na włosy, brodziło zalanemi błotem ścieżkami. Na prawo widać było zamczysko. Nieznajoma spojrzała nań przez firanki, i modlić się znowu zaczęła. Minęli kościół, minęli rynek, Mortchel woźnica kilka razy spotykanych żydów zapytał, i zakręcił w prawo na ciasną uliczkę. Ale tu ciężko było rydwanowi przejechać. Ta część mieściny miała jeszcze smutniejszy i biedniejszy pozór. Sciśnięte domki żydowskie i mieszczańskie, przegrodzone rzadko płotkami, najczęściej przypierające prawie do siebie, stykały się dachami, ścianami; wystawały na ulicę gankami; wysokie żerdzie na których zawieszony był sznur łączący pokrewne domy żydowskie wznosiły się tu i owdzie. Studnie, błotniste, głębokie kałuże, kupy śmieci, gnojów, drew, materjału budowlowego, przerzynały w poprzek czarny ten zaułek. Karoca niekiedy wpadła po osie w wodę, grzęzła w błocie rzadkim, to znów krajała miękką i rozlazłą od deszczu ziemię, to wznosiła się na nasypy słomy i gnojów, z których nagle spuszczała w rowczaki wiodące ścieki miejskie do fos zamkowych.
Trzeba było i powolności żydowskich koni i uwagi połączonej żyda i starego sługi, aby bez wywrotu lub zagrzęźnienia przebyć ten piekielny kawałek drogi.
Zatrzymał się żyd u wrot nieco większego domu, któren z wywieszonych skór do koła i zapachu właściwego garbarnią się wydawał. Stał on nad wodą, z jednej strony na ziemi, z drugiej na gęsto nabitych palach oparty; miał wzjazdowe wrota, ganek z galeryjką niezgrabną, kilka okienek w części pęcherzami i szkłem zaciągnionych. Czerwono malowane okiennice z wyciętemi sercami wisiały od wiatru dygocząc na drewnianych z gruba wyrobionych zawiasach.
Widząc zatrzymujący się powóz u drzwi swoich, garbarz z zakasanemi po łokieć rękawy, zawalanemi farbą rękoma, w kaftanie tylko i jarmułce na głowie, wyszedł na ganek. Mortchel ujrzawszy go zlazł, podał rękę, wszedł do izby, całując palce dotknięte do umieszczonego na uszaku hebrajskiego napisu i począł coś mówić z gospodarzem. Stary sługa tymczasem smutnie podparłszy się został na kozłach, z cierpliwością bezprzykładną znosząc bijący deszcz w same oczy.
— A co Paleju?
— A co pani, stojemy, czekamy, żyd poszedł szukać gospody dla nas.
Odpowiedział stary na zapytanie z wnętrza powozu wychodzące.
Widać było gospodarza żywo rozmawiającego z woźnicą czas jakiś, przekonywającego jak by o czemś, potem wychodzącego na ganek i wracającego znowu, koniec końcem zaczęto wymiatać i uprzątać pierwszą izbę, wynosić żydowskie pierzyny do alkierza, żydówki uwijały się, kręciły, a Mortchel podnosząc zasłonę i zdejmując czapkę przystąpił do rydwanu.
— Jasna pani może wysiąść, ugodziłem gospodę, nie będzie bardzo wygodnie, ale żyd nie dokończył i poskrobał się.
— Wszędzie mi będzie dobrze, odpowiedziała nieznajoma.
Trzymaj konie a ja panią wysadzę, przerwał stary, bo po błocku tem nie przejdzie.
I Palej żywo mimo wieku z siedzenia swego skoczywszy, podbiegł ku wysiadającej, wziął ją jak dziecko na ręce i schylając się uważnie, wniósł do izby, za niemi starsza niewiasta powlokła się powoli.
Izba do której weszli, smutną, brudną i nagą miała prawo wydawać się przybyłym, a jednak wszyscy już trochę z biedą i podróżą oswojeni, znaleźli ją wygodną; chociaż kury co chwila wbiegały dowiadywać się z alkierza, choć podłoga czarna była od błota, pułap niski i zasmolony, ściany wylepione gliną, piec garbowaty i okopcony, ławy nizkie i chwiejące, chociaż wiatr chodził od okna do okna wahając pajęczynami, poosnowanemi po kątach.
Na gołym tapczanie usiadła przybyła i pozostała nieruchoma, zamyślona, gdy słudzy krzątali się tymczasem znosząc tłumoki, robiąc posłanie, zatykając dziury i starając się jako tako izbę uprzątnąć.
— Spytajcie o króla, rzekła nareszcie nieznajoma.
Stary sługa, którego zwano Palejem, niegdyś kozak, jak to po części z wąsów zawiesistych, po części z fantazji poznać było można, zafrasował się, poskrobał w głowę i odpowiedział cicho:
— Już ja się pytałem.
— Król jest?
— Jeszcze w Lublinie, mruknął Palej.
Młoda kobieta spojrzała na niego i opuściła ręce.
— Ale prędko przyjedzie, dodał, spodziewają się co chwila. Już słyszę koniuszy odebrał wiadomość i wozy idą.
— A tymczasem spoczniemy, przerwała kobieta, pani potrzebujesz spoczynku.
— Spokojności, nie spoczynku — Janowa, zawołała kobieta, a póki nie będę miała pewności, póki król nie wyrzecze między mną a nieprzyjacielem, póty wszelka myśl spoczynku dla mnie daremna.
W tej chwili ubrany w czarny żupan, podpasany pasem jedwabnym, gospodarz domu podnosząc nieco jarmułkę wszedł do izby.
— Prawda to, że się króla JM. spodziewają? spytała żywo przybyła.
— Lada dzień, rzekł gładząc brodę żyd, Już pan koniuszy miał posłańca. Pan Bisławski starosta nasz czeka na Najjaśniejszego Pana, wozy idą; już Kniaźnik przyjechał.
On dziś albo jutro pewnie będzie.
— Kto to Kniaźnik?
— Jasna pani nie wie? z podziwieniem spytał żyd. Nu! to wielka figura, choć mały człowieczek, przez niego można wszystko zrobić. On, pan podkomorzy i krajczy, a Egid, to co chcą to robią. Kniaźnik to pokojowiec królewski, a teraz jemu i senatorowie kłaniają się, a on im nie jeden raz drzwi przed nosom zamyka.
I żyd z niejaką wzgardą i oburzeniem poruszył ramionami.





VI.
KNYSZYN.

Pomimo błota i deszczu, wszystko co żyło w miasteczku leciało do okien, zaczerniało w gankach, wytoczyło się w uliczki. Długi sznur krytych skórami wozów, koni powodnych, rydwanów jezdnych sunął się do zamku; na którego dziedzińcu, moście zwodzonym, podwórzach, w komnatach, panował ruch niezwykły. Po kominach rozpalano ognie na prędce, wymiatano podłogi, wykadzano izby smółką i wymyślniejszemi kadzidły. Czeladź zamkowa i przybywająca zajęta była uprzątaniem, biegała, wołała i potrącała się znosząc paki, rozwijając tłumoki, wprowadzając przyjeżdżających.
Z królem Zygmuntem Augustem jechali do Knyszyna z panów senatorów: Franciszek Krasiński biskup Krakowski, Mikołaj Krzysztof Radziwiłł marszałek W. Litewski, Stanisław Sędziwój Czarnkowski referendarz koronny. Każdy z nich wiódł przyzwoity stanowi swemu i dostojeństwu dwór, a połączone poczty biskupa, marszałka, referendarski, panów Mikołaja i Jerzego Mniszchów, podkomorzego i krajczego, nareszcie królewski dwór napełniały tak dziedziniec, że się w nim obrócić i przecisnąć przezeń trudno było.
Króla właśnie dworzanie jego Mikorski i Wilkowski z karocy wziąwszy na ręce do komnat byli wnieśli i posadzili w wielkiem złoconą skórą wybijanem krześle, stojącem przed ogniem.
Izba w której spoczywał August, wybita była materją czerwoną w kwiaty złociste wyciskane, w ramach drewnianych brunatnych. Sufit jej, z belek ciemnych złożony, ozdabiały między niemi w kwadratach umieszczone gwiazdy złociste. Podłoga kamienna pokryta była suknem zielonem. Jedne drzwi wiodły do wielkiej sali, drugie do sypialni, w środkowej ścianie wysoki komin z szarego kamienia, z zegarem i zwierciadłem, płonął rozpalonym ogniem; kilka krzeseł bez poręczy, siedzenie dywanem perskim kryte, stolik lakierowany, na którym leżała czapka z futrem i kij okowany z złoconą gałką, składały cały sprzęt tej komnaty. Okna jej, w pół zasłonione firankami z materji podobnej obiciu, wychodziły na stronę miasteczka.
Ostatni z Jagiełłów, wyciągniony w krześle przed kominem, spoczywał. Znużony drogą zdawał się w pół uspiony, oczy miał przemknięte, ręce zwieszone, wysunione nogi, ciało z osłabienia wygięte, piersi wklęsłe. August miał na sobie długą suknią czarną, na wierzch jej narzucone lekkie futerko sobolowe, na głowie myckę fioletową zakrywającą uszy, na rękach rękawice żółte. Wychudłe ciało jego, fałdująca się i opadająca suknia jakby na kościach zawieszona, okrywała długie ręce, guzowate kolana sterczały i łamały futro, ramiona widne były przez kołnierz futrzany, któren się na nich powyginał. Grubo poobwijane nogi od kolan począwszy do stopy, jedwabną czarną materją pokryte, spoczywały na poduszce z złocistą wytartą frendzlą. Przez rękawiczki żółte widać było kości palców wychudłych i kilka pierścieni.
Twarz spoczywającego blada, zielonawej cery, nieco na policzkach samych jaskrawemi wypieczonemi rumieńcami ożywiona, z sinemi usty, długa była, koścista, martwa. Nos pociągły spuszczał się ku wardze dolnej odstawionej, oczy głęboko wnurzone w kość otaczającą, pomarszczona obejmowała powieka. Rzadki ciemny włos wymykał się na skroń z pod mycki, broda rzadka także rozdwojona czarna spływała na piersi, wąs długi i gęsty sprzecznością swej barwy czynił zdali twarz bledszą jeszcze.
Król zostawał w tym stanie dziwnym pół snu, pół jawy, w którym marzenie jak mgła przechodzi po rzeczywistości i mięsza się z nią niepojęcie, swemi barwy krasząc ją, samo ciemniejąc od niej. Czarne ale dawno zagasłe oczy otwierały się czasem na wpół i powolnie przymykały znowu, usta zadrgały czasem i roztwarły, ręce poruszały i ścisnęły; pierś poruszała się często, ciężko, jakby uciśniona, a niekiedy wyparło się z niej westchnienie głębokie.
W całej postawie króla widać było znużenie, wycieńczenie, brak siły, jakieś moralne opadnięcie i niemą prawie rozpacz. Chwilowo otwierające się oczy były prawie osłupiałe.
Niedaleko króla w kącie, na niskim stołeczku, z opartą o mur głową, założonemi rękoma, podkurczonemi nogi, drzemał chłopak lat okołu dwudziestu, bladej twarzy, jasnego włosa rozpuszczonego po skroniach, z sinemi znaki pod oczyma i zeschłemi usty. Siwe jego oczy raz wraz miotały otwierając się wejrzeniem na króla, nos miał zadarty nieco, usta szerokie i grube.
Śmiały, bezwstydny, zepsuty wcześnie, widać było że ten człowiek nie lękał się pana, który bez władzy i znużony leżał o kilka kroków od niego.
Kniaźnik (to było imię pokojowca) przybierał najwygodniejszą do snu postawę, nie troszcząc się wiele o króla, niekiedy szeroko ziewnął, pociągnął się, strząsł i spojrzawszy przelotnie znów drzemał. Na nim była krótka sukienka ciemna, pasek skórzany z klamrą srebrną, łańcuch cienki srebrny na szyi, pończochy czarne, trzewiki takież z wstęgami zielonego koloru.
August odpoczywał, marzył, a marzenie jego i spoczynek przerywały drgania zdradzające boleść ciała czy duszy, doskwierająca chwilami.
Smutno było w tej komnacie, i dochodząca tylko wrzawa z dziedzińca przerywała ciszę, którą syczenie ognia w kominie i chód zegaru ledwie ożywiały nieco.
W sali przytykającej do komnaty, a w pół zapuszczonego okna, stały dwie osoby, mężczyzna i kobieta.
Mężczyzna słusznego wzrostu, czarnego wąsa, z cudzoziemska ubrany i fizionomji obcej, w płaszczyku aksamitnym, z szpadą u boku, łańcuchem z portretem króla na szyi; trzymał on kapelusz z piórami czarnemi w ręku, a drugą poprawiał pukle ciemnych włosów i wymuskany wąsik. Czarne oczy, wysokie wypukłe czoło, ciemne łukiem zgięte brwi, żółtawej barwy cera młodego człowieka, dziwnie odbijały od biało-rumiannej twarzyczki pełnej świeżości, życia i wesela kobiety.
Widać było z jej ubrania że świeżo także przybyła, bo suknia na niej połamana i włosami futra zdjętego tylko co pokryta, kreza biała pomięta, rękawiczki na drobnych ręku, półbuciki na nogach, czółko nad gładkiem wypogodzonem czołem, jeszcze zasłoną białą narzucone. Dziwnej regularności rysy kobiety, ożywione podróżą rumienią się napływającą krwią, która krasi policzki, nozdrza nieco otwarto i usta koralowe.
Postać jej i twarz pełne są wdzięku, oko malarza lubowało by w tych kształtach malowniczych, zaokrąglonych, nieco tylko może zbyt ciałem okrytych. Owal twarzy, oprawa oczów, kształt nosa, wygięcie ust, zachwyciły by snycerza; ale w dziwnej tej piękności fizionomji, gdy tylko z niej zejdzie uśmiech będący na zawołanie, gdy się brwi skupią, gdy gwałtowniejsze uczucie poruszy muskułami wszystkiemi, czytasz coś fałszywego, coś odpychającego.
W jednej chwili pociąga cię uśmiechem i wejrzeniem, i przejmuje strachem i niepewnością, gdy na nią z boku spojrzysz, a ona się twego badania nie spodziewa.
Mężczyzna to podkomorzy koronny, kobieta — to Barbara Giżanka, królewska kochanka, matka dziecięcia Augustowego i niegdy Mikołaja Mniszcha ulubiona, potem przywiedziona do łoża ostatniego z Jagiełłów przez chciwych łupieży dworaków.
Ale nie ta to już anielskiej piękności dziewica, którą Mniszech w klasztorze zamkniętą dla ukrycia oczom młodzieży, pod suknią kobiecą i imieniem siostry Opackiej odwiedzał, którą uwiódł i uwiedzioną frymarczył płacąc łaską królewską za swój występek; nie ta to już Giżanka, na której przyjście stawali ludzie dziwić się wdzięcznej twarzyczce, niewinnemu uśmiechowi, której zda się na anioła — tylko skrzydeł brakło. Dziś ona i starsza i zmieniona bardzo, kibić wysmukła, pogrubiała, twarzy owal nieco się zokrąglił, puszek go okrywa od dołu nieznaczny, rumieniec żywszy, ale białość ciemniejsza. Dziś ona gasi inne kobiety, ale ją by zgasiła piętnastoletnia Basia Giżanka, wyglądająca kracistem oknem klasztoru na przybycie Mniszcha. —
Pewna siebie, śmiała, żywa, Barbara nie spuszcza już oczów jak dawniej, gdy utrapione poczynając życie, płoniła się na każde wejrzenie, krwią zalewała na szepty tajemne dworaków; teraz ona nie lęka się ni wejrzeń, ni obmowy, serce jej nie bije, dłoń chłodna wyciąga się po klucze od królewskiego skarbcu, po klejnoty, po zapisy; ona chce pieniędzy, złota i złota, aby ozłocić swą hańbę, a oto niedaleko w cieniu księżyca mitra czeka na jej skronie zwiędłe i pokryje całą przeszłość. I miłostki klasztorne i powolność dla Augusta i więcej może jeszcze — coś jeszcze.
Oni rozmawiają z sobą.
— Na Boga! panie podkomorzy, woła ściskając go za rękę Giżanka, chwile drogie, korzystać z nich potrzeba, nie mamy czego czekać.
— Zapewne Basiu, zapewne, w pół obojętnie odparł podkomorzy, ale nie widzę czego byś więcej pragnąć mogła.
— Jakto? żywo i coraz zapalając się podchwyciła kobieta. Więc macie mnie za nagrodzoną już? O! dziękiż wam za wspaniałość! Ale choć się to wam tak zdaje, może królowi jegomości zdawać się inaczej.
I odstąpiła na krok rozgniewana nieco.
— Cicho! cicho! Zawsześ w ukropie kąpana. Mało ci? bierz co dają, niech dają, ja ci na drodze nie stoję, nie wyrywam z ręki, ale pomnij potem, aby inni....
— Któż mi to może odebrać, co mam z łaski króla jegomości?
— Kto? kto wie?
I spuścił oczy w ziemię.
— Ale któż przecie?
— Senatorowie szemrzą!
— Niech szemrzą z Bogiem, zapłacę ich kiedy będzie potrzeba. Ja mam przyjaciół, wy także, wy musicie mnie bronić, bo moja sprawa waszą, panie Mikołaju. Ale do tego daleko, a teraz pora nagrody, za którą się dobrze i długo wysługiwało.
Mniszech się uśmiechnął nieznacznie.
— Moja Basiu, rzekł, ja najlepiej wiem, że ci król jegomość dość już zapłacił!
Kobieta zaczerwieniła się cała, zapłonęła i z ściśniętemi usty posunęła się ku podkomorzemu.
— Zaprawdę dosyć! Za to żem młoda, żem poczciwa wstyd i młodość u łoża schorzałego, obrzydłego starca zagrzebała, za dnie nudy śmiertelnej, za spodlenie, za sromotę.
— Ale powiedz mi, czegoż więcej żądać możesz? król cię uszlachcił.
— Co mi tam uszlachcenie! rzekła kobieta rzucając ręką dumnie, ja się uszlachcę sama, mnie trzeba złota, złota!
— Wzięłaś go dosyć także, gdybym liczył Basiu, trzydzieści, czterdzieści tysięcy czerwonych złotych, może więcej.
— Gdyby dwa razy tyle, cóż to za moje ofiary, panie podkomorzy? Wolałabym ubóstwo poczciwe, o! wołałabym dziś jeszcze, ale gdym przez was zesromocona...
— Cicho Basiu, na wszystko, cicho! niespokojnie zawołał mężczyzna, gubisz mnie.
— Gdym zesromocona — kończyła kobieta — muszę w purpurę i złoto ubrać moją hańbę, okryć ją zewsząd złotem.
— A któż ci broni? niespokojnie przerwał oglądając się Mniszech.
— O! ja wiem, że wam to nie na rękę, śmiejąc się mówiła zniżając głos Giżanka, wybyście chcieli sami tylko z króla korzystać, sami się zbogacić.
— Ja?! Cicho kobieto! I usta mu zadrżały, a oko zapaliło się gniewem.
— Tak, wy! myślicie że nic nie wiem? A ceduły królewskie do kupców lwowskich wam dane? a skrzynie z Lubelskiego zamku uwiezione? a powierzone wam klejnoty?
Mniszech tak silnie porwał za rękę Barbarę Giżankę, że mało nie krzyknęła.
— Słuchaj — rzekł ponuro — milcz! milcz jak grób, lub źle będzie z tobą. Com zrobił, to odrobić potrafię.
— Ja mam dziecię! zawołała dumnie kobieta, królewskie dziecko!
— Królewskie! szydersko odparł Mniszech, czemu nie książęce?
Z kolei Giżanka pobladła.
— Mogę tego dowieść, mówił podkomorzy koronny, jesteście ze wszech miar w moich ręku, a chcecie pokoju i zgody, nie rozpoczynajcie wojny!
— Dla czegoż chcecie mnie od króla i łask jego odsunąć? on konający, lekarze i baby życia mu roku nie dają... dla czego nie pozwalacie mi korzystać z ostatku?
— Korzystaj sobie jak chcesz! rzekł Mniszech, ja ci nie przeszkadzam, ale pomagać też nie myślę.
— Będziesz mi pomagać!
— Nie.
— Chcesz więc, abym przed światem powiedziała wszystko? Wszystko!... Słyszysz panie podkomorzy, wszystko!
Mniszych stał niemy, blady, gniewny, ale się widocznie miarkował.
— Mów-że czego chcesz?
— Zbliżyć się do króla, po tom przybyła całą drogę odpychacie mnie od niego.
— Niech cię Kniaźnik do niego prowadzi — rzekł ze wzgardą Mniszech — on to jest królewskim seraju dozorcą.
Giżanka czerwieniła się i rwała chustkę w ręku.
— Panie Mikołaju, pomnijcie na przeszłość, nie przyprowadzajcie mnie do rozpaczy!
— Nie rozumiem cię.
— Więc zrozumiecie mnie później.
To mówiąc odwróciła się szybko Giżanka i rzuciwszy wejrzenie, w którem się gniew i chęć zemsty malowały, odeszła wewnątrz zamku.
Drzwi się ledwie za nią przemknęły, gdy podobny nieco z rysów, ale widocznie młodszy od podkomorzego, wsunął się mężczyzna. Tych samych prawie rysów twarzy, niemal tegoż charakteru, różnił się chłodem, którym tchnął cały. Nie było śladu uczucia w tej wymierzonej postawie, wejrzeniu, minie, w zimnem i pogardliwem z góry zapatrywaniu się na to co go otaczało.
— Coś zrobił temu szatanowi Giżance, spytał pan Jerzy, krajczy koronny, brata — spotkałem ją, jakby się z piekła wyrwała, całą w płomieniach i gniewie, nie raczyła mi nawet odpowiedzieć, tylko rzuciła okiem i poszła.
— Ja? nic! odrzekł Mikołaj, cała rzecz, że mi się widzi jakoby już powinna mieć dosyć, a jej się zdaje, że zawsze mało zapłacona za swoje usługi. — Ten wyraz wymówił z szczególnym przyciskiem. Chce się jej na nowo zacząć ssać królewskie skrzynie.
— Daj-że jej pokój bracie, kruk krukowi oka kłuć nie powinien.
— Panie Jerzy! — zawołał Mikołaj gniewnie.
— Czegoż się pyrzysz? — rzekł chłodno krajczy. — Kto złe robi, powinien się z niem tak oswoić, żeby go wyrzuty nie obchodziły. Ssała Giżanka, ssałeś i ty panie bracie po połowie z nią. Dajcież sobie wzajemnie pokój, bo discordia res magnae dilabuntur.
I uśmiechnął się wzgardliwie.
— Zresztą, rzekł siadając, do mnie to nie należy starszego strofować, róbcie sobie co chcecie.
I pociągnął ręką po czole. P. Mikołaj przechadzał się po sali zachmurzony. Wyjrzał oknem.
— A! I Szawłowski tu? rzekł z gniewem.
— Któż to ten Szawłowski?
— Hm! szwagier Giżanki — zawołał podkomorzy, pewnie myśli coś wywozić z zamku, gdy go tu z sobą sprowadziła, ale zobaczemy.
— Podzielicie się po starej znajomości i będzie cicho, szepnął Jerzy.
Na te słowa wszedł zaufany Mniszchów sługa Jaszewski i stanął we drzwiach, dając znaki panu podkomorzemu, że mu coś chce powiedzieć. Był to chudy, szpakowaciejący, chytrej fizjognomji szlachcic, na którego policzku zospowaconym blizn się różnego pochodzenia krzyżowało mnóstwo. Szara kapota na nim, szabelka kusa, pas skórzany.
— A co? spytał podkomorzy cicho.
— Szawłowski tu jest.
— Widziałem go. Pilnuj mi Giżanki każdego kroku, każdego skinienia, gdzie pójdzie, z kim mówić będzie, co czynić. Kie dozwalaj o ile możności wychodzić z mieszkania.
— Dobrze panie, nic więcej?
— Tyle na teraz, idź!
Jaszewski szasnął nogą i wyskoczył szybko.
Na drugim końcu zamku cale odmienne odgrywały się sceny, i tam ze smutkiem na twarzach usiedli w zimnej izbie: ksiądz biskup Krakowski, Sędziwój Czarnkowski i świeżo przybyły Tarnowski młody.
Głębokie milczenie panowało czas jakiś, przerywane tylko westchnieniem, lub niecierpliwem poruszeniem referendarza koronnego.
— Po co my się tu wleczem za dworem, zawołał wreszcie rozgniewany widocznie biskup, aby być świadkami tego nieszczęścia, tego spodlenia pana naszego, tej ruiny skarbu, tego panowania faworytów i nierządnic!
— Pojmuję, rzekł Czarnkowski, i podzielam oburzenie wasze, ale myśmy jak żołnierze na posterunku, czy zrobią co czy nic nie dokażą, stać muszą.
— Muszą! powtórzył biskup poprawiając niecierpliwie piuski i przebierając w palcach łańcuch złoty na szyi wiszący. Ale to ohyda.
— To nieszczęście, odparł referendarz smutnie. Nieszczęście zdaleka się przygotowało, królowa matka, niech jej Bóg da...
— Sprawiedliwość, przerwał biskup żywo.
— Tak, nic więcej, mówił dalej Czarnkowski, wychowała go na niewieściucha, dwie żony wydarła mu sama, sama wprawiła do rozpusty, pchnęła w nią, bo myślała że panować będzie, gdy August w uściskach nałożnic uśnie.
— Panowała też czas jakiś.
— Skorupa się za młodu napiła, możeż być inaczej? Za resztę może Bogu kardynał odpowie.
— O! gdyby nie Commendoni, i Augusta życie inne i losy naszej ziemi odmienne by może były, dodał biskup z westchnieniem.
— To nieszczęsne ożenienie trzecie zatruło mu życie, kończył referendarz, ze łzami błagał, aby je rozerwano. Nigdy nie zapomnę słów jego, gdy wstręt dla nieboszczki z powodu choroby którą cierpiała, wstręt niepohamowany powziąwszy, składając ręce z płaczem, mówił do Commendoniego:
„Wolałbym umrzeć niż żyć z tą kobietą, któż z prywatnych ludzi, w stadle małżeńskiem tak jest nieszczęśliwym jak ja? Nie mam żony, przecież czuję się skrępowany więzami małżeństwa. Prócz mnie nie pozostaje jednej latorośli szczepu królewskiego, w sile wieku i zdrowia, widzę nieszczęsny przeciętą wszelką potomstwa nadzieję; co jedyną było i domu i życia pociechą, jedyną rzeczypospolitej podporą; ten ród Jagiełłów na zawsze przecina się i gaśnie ze mną, i w tej tak ciężkiej niedoli, ni sposobu, ni końca nie widzę. Z żoną bezżenny, mąż bez żony, dziwowiskiem małżeństwa na wszystkie wieki w oczach świata zostanę“[3].
Commendoni ni tem, ni łzami, ni obcych dowodami nie dał się poruszyć, stał on przy nierozwiązaniu małżeństwa, przy świętości związku.
— Jako duchowny miał słuszność, rzekł biskup, ale nie zawsze jedno prawo służyć może dla wszystkich.
— Tak, bo król straciwszy nadzieję nowego małżeństwa i potomstwa, z rozpaczy równie jak nawyknienia, rzucił się w objęcia tych poczwar, które teraz z niego życie i spokój wysysają. Zdrowie utracił, skarbiec zmarnował, spraw publicznych zaniedbał.
— I jeden pokojowiec! jeden! tu głos biskupa stłumiło oburzenie, zamyka nam drzwi, niedopuszczając senatorów, szydząc z nich.
— Król nie wie co się z nim dzieje, rzekł referendarz, życie mu ucieka, boi się o nie, otoczył babami, w których czarnoksięzkie leki więcej wierzy niż w naukę Fogelfedera, ostatek sił szafuje na kobiety, kona znękany, bez myśli, bez zastanowienia.
— On się zabija, dodał biskup.
— Dobrowolnie. To nic innego jak rozpacz! Wyznajmy panie, w prywatnem życiu nie było nieszczęśliwszego człowieka! Piękna i łagodna Elżbieta, którą kochał tak, wydarta mu po kilku miesiącach pożycia. Co wycierpiał za Barbarę, a jak krótko się nią cieszył! Z trzecią żyć mu kazano, gdy zbliżyć się do niej nie mógł. Litujcie się nad nim.
— Lecz gdzie męzka wytrwałość, gdzie?
Tu wszedł medyk królewski Fogelfeder, blady, pomięszany i nisko się skłoniwszy biskupowi, rzekł z cicha:
— My tu, a i czarownice za nami!
— Co? zawołał biskup bledniejąc.
— Są już tu, kiwając głową zawołał z oburzeniem Niemiec, którego blada zawsze twarz i niebieskie ogromne oczy, teraz jeszcze bardziej pobladły i zmieniły się dziwacznie. To mówiąc miął kawałek papieru w ręku, a drugą szarpał na sobie nieznacznie czarne odzienie. Widać było i niepokój i gniew tłumiony w jego przeciągniętej twarzy.
— Kto je przywiódł? spytał biskup.
— Za wyraźnem rozkazaniem Jego królewskiej Mości sprowadzona z Wilna jedna, druga nie wiem zkąd, trzecia już tu dawno pono czekała na nas.
— Kto z niemi przyjechał?
— Z Wilna Budzikowę dworzanin królewski przywiózł.
— Cóż z nią myślą czynić?
— Wszak nie na co innego, tylko dla leków ją przywieźli rzekł w rozpaczy Fogelfeder, ja za życie królewskie odpowiadam, jak się nazywam lekarzem, a te baby, one mu gotowe dać ziele jakie, one gotowe nieczystą mocą odpędzać chorobę.
— To są czarownice, rzekł referendarz, ja słyszałem o nich, ale nie można dopuścić, aby one co z królem Jegomością czyniły.
— A! zlitujcie się, nie dopuście, przerwał załamując ręce Fogelfeder.
— Chodźmy, rzekł biskup.
— Chodźmy, dodał referendarz.
— Posłać po pana marszałka litewskiego, pojedziemy wszyscy razem, upadniem mu do nóg, będziemy błagać go.
I żywo ruszyli się do drzwi, gdy te otwarły się z trzaskiem i wszedł Mikołaj Radziwiłł.
— Dokąd? — spytał, widząc zbierających się do wyjścia.
— Do króla.
— Pięć razy byłem i niedopuszczono mnie do niego, rzekł z gniewem marszałek. Ci faworyci stoją jak psy u drzwi i szczekają, myślą że im kto z pyska kości weźmie, które gryzą.
— Ale to być nie może, aby nas niedopuszczono, zawołał biskup, tu idzie o życie królewskie! Czarownice są w zamku, które go leczyć mają, my na to dozwolić nie możem. Ta hałastra sprowadza z końca świata oszustów i niegodziwe niewiasty, aby niemi wyciągnąć grosz z szkatuły królewskiej i podzielić go między siebie. To zgroza!
— Chodźmy, rzekł Radziwiłł, ale z góry powiadam waszmościom, że nas niedopuszczą. Dla nas król albo śpi zawsze, albo chory.
Przeszli dziedziniec i skierowali się ku komnatom królewskim; Fogelfeder, który z początku szedł za niemi, przyzostał potem i do izdebki swej zasmucony odszedł. Senatorowie bez przeszkody dostali się do sali, ale skoro ukazali się tutaj, Mikołaj Mniszech zaszedł im drogę.
Pomimo grzecznego ukłonu i uśmiechu jakim powitał przybywających, widać było jakiś blask szyderski w jego oku.
— Do króla JMości przychodzim, rzekł biskup.
— Poszlę spytać, odpowiedział Mniszech, Najjaśniejszy Pan znużony drogą spoczywa i oznajmił, aby dziś nikogo doń nie przypuszczano.
— Sprawa pilna, dodał Radziwiłł ponuro.
— Poszlę spytać, powtórzył podkomorzy.
To mówiąc puknął we drzwi komnaty lekko i nastawił ucha.
Wyszedł Kniaźnik, spojrzał zuchwale po przybyłych i gburowato odezwał się:
— Nie można.
— Śpi? rzekł mrugając oczyma Mniszech.
— Nie śpi, ale nie można, odrzekł służalec.
— Dla czego? odezwał się referendarz.
— Dla czego? bo nie można.
Wszyscy poczerwienieli, Kniaźnik ani się zastanowił, ani uląkł, powiódł po nich oczyma tylko i ziewnął.
— Ale my musim zaraz widzieć się z królem Jego Mością!
— To być nie może, odpowiedział Mniszech.
— Ale cóż się z królem dzieje? czy wam tylko o wszelkiej godzinie do niego wolno? z oburzeniem rzekł biskup.
Podkomorzy w pół uśmiechnięty ruszył ramionami, podszedł do drzwi, otworzył je ostrożnie, zdawało się jakby coś mówił po cichu i zaraz powrócił.
— Król Jegomość przyjąć nie może.
— Ale na Boga dla czego? mówiliście że sprawa nagła?
— Mówiłem, król Jegomość odpowiedział: poczeka do jutra.
Biskup żywo się odwrócił, oczyma mówiąc do towarzyszy:
— Chodźmy, to próżno.
I wyszli, Mniszech śmiał się szydersko siadając w krześle.
W dziedzińcu spotkali Fogelfedera.
— A cóż? spytał Niemiec trwożliwie, a cóż?
— To co zawsze, rzekł referendarz, odprawiono nas z kwitkiem.
— Na Boga! ale do jutra czasu nie będzie, te kobiety! te kobiety! one króla oczarują, one go struć mogą!
I w rozpaczy ręce łamał.
Mniszech, który z okna sali widział wszystko, coraz weselej śmiał się i z gniewu senatorów i z rozpaczy lekarza, której powodu się domyślał.
Zmierzchło. W komnacie królewskiej dwie świece woskowe stały na kominie, August dawno się był przebudził, ale siedział w tem samem położeniu, z wyciągnionemi nogami, na których ból ciągle się uskarzał. Niekiedy westchnienie z piersi mu się wyrywało, niekiedy zadrzemał, to znów jakby umyślnie budził się i wołał Kniaźnika.
— Kniaźnik!
— Jestem N. Panie.
— Zawołaj podczaszego Jakóba.
Kniaźnik zawrócił się, jakby iść chciał i wstrzymał chwilę.
— Po co? spytał.
I zbliżywszy się do ucha króla szepnął mu:
— Jest Anna z Witowa.
— Jest? to dobrze! odpowiedział król, ale zawołaj mi Jakóba.
— Na cóż W. Królewskiej Mości Jakóba?
— Zawołaj mi Jakóba, powtórzył król podnosząc oczy.
Kniaźnik z widocznem ociąganiem się wyszedł nareszcie po podczaszego. Król znowu drzemać począł.
Chwila tak upłynęła, gdy chód blisko dał się słyszeć, podniosła zasłona sypialni, wcisnął po cichu Kniaźnik, a za nim człeczek małego wzrostu, rudy, krótko ostrzyżony, krępy, barczysty, z oczyma żółtemi prawie i zarosłą brodą.
Król posłyszawszy idących, odwrócił się nieco i z ciężkością podniósł.
— Jest Korycka? spytał.
— Dzisiaj przyjechała.
— Niech wszystko będzie gotowe, po wieczerzy będę u niej. Zaprowadźcie ją do siebie a wypytajcie wprzódy, co mi za radę dać może na moje nogi. O! bolą mnie straszliwie. I biedny król jęknął łapiąc się za kolano.
— A pamiętajcie o niej! lepiej szatana nie gniewać, jak przeszłą razą się groziła że mi słabość naśle, gdy jej sukna nie dali.
To rzekłszy król opadł wysilony na krzesło i oczy zmrużył, Kniaźnik dał znać Jakóbowi aby odszedł.
Przejdźmy teraz z nim razem do jednej z dolnych izb zamkowych, w których czeladź i dwornie królewskie, panów senatorów i sług Augustowych, zasiadły za stołami, podzieliły się w kupki, z cicha rozmawiając między sobą.
Izba ta długa, sklepiona, oświecona ogniem wielkiego komina i kilką świecami po stołach w mosiężnych świecznikach rozstawionemi, wystawiała obraz dziwnej rozmaitości. Stroje sług krajowe i zagraniczne, barwy różnej, twarze polskie i cudzoziemskie, mięszały się tu z sobą. Polacy, Litwa, Węgrowie, Tatarzy, Kozacy, Rusowie, Francuzi, Niemcy pospołu tu gwarzyli. Jedni grali w kości, drudzy rozprawiali cicho, inni zajadali w kącie, inni drzemali na ławach. Stary dziad lirnik u proga piszczał na niestrojonym instrumencie, towarzysząc sobie niemniej fałszywym głosem. Nie wiem zkąd przybyły cygan, odarty, ogorzały, osmolony, skakał grając na drumli, żyd zabierał się brząkać na cymbałach. Dodawszy do tego gwar, śmiechy i krzyki, można mieć wyobrażenie szumu jaki panował w czeladnej.
Na ustroniu dwóch starych już ludzi rozmawiali z sobą. Jeden z nich był to kozak Palej, przybyły tegoż dnia z nieznajomą kobietą do Knyszyna, drugi sługa pana Mikołaja Radziwiłła, Iłło, Litwin. Oba starcy byli smutni, poglądali na ten gwar i ruch otaczający z wyrazem jakiegoś politowania.
— Być-że to może, mówił Palej, król tak bardzo ma się źle?
— Najgorzej, bo lekarzy nie słucha, a w czary wierzy, coraz to mu inną babę sprowadzą, a co jedna podleczy, to druga zaszkodzi mu: zresztą choćby i pozdrowiał, kiedy wyssą z niego zdrowie baby drugie, co za pieniądze starca kochają.
— Któż? to ta Giżanka zapewne, spytał Palej, bo to o niej szeroko gadają, jakoby ją król udarował i uszlachcił.
— Czy to jedna Giżanka? zawołał Iłło. Jedną trzyma Jakób, drugą Kniaźnik, trzecią podkomorzy, czwartą Zieliński łożebny, piątą Konarski starszy nad strażą, a kłócą się tylko, który swoją podstawi słabemu królowi.
— Toż zgroza! rzekł Palej.
— Mało tego, mówił Iłło dalej, mieniają się kobiety co chwila i okropno patrzeć na biednego pana, który traci przytomność, klucze z rąk puszcza, wszystko co ma rozdaje, kona prawie codzień nieprzytomniejszy. Nieraz choremu, gdy się zalękną o życie jego, każą podpisywać sobie ceduły, przywileje. Bóg wie.
— A panowie senatorowie?
— Im drzwi przed nosem zamykają, jak dziś się stało.
— Powiedźcie mi, do kogo tu mojej pani udać się z tą sprawą?
— Do kogo? gorżko uśmiechając się rzekł Litwin, a juściż nie do Radziwiłła pana mego, ani do referendarza, ani do biskupa, ale do Mniszchów, do Giżanki, a bodaj do Kniaźnika lub Jakóba podczaszego, to będzie najskuteczniej.<br n — Ale ona nie zechce!
— Inaczej nic nie zrobi, smutnie dodał Iłło. Chce-li wyprosić co, nie inaczej jak pieniędzmi i u nich.
— Ale my nie mamy pieniędzy.
— To trudno.
— Nie możnaby jednak, aby księżna pani poradziła się księcia marszałka i widziała z nim jutro?
— Dla czego nie? Ja mu dziś jeszcze o tem powiem, ale z góry przestrzegam, że nic przez nas nie zrobicie, raczej by wam, jako Rusinowi i znajomemu, do Kniaźnika się udać.
— Ależ Kniaźnik pokojowiec tylko.
— On więcej tu znaczy, drzwi w ręku trzymając, niż książę marszałek.
Palej poskrobał się po głowie i zamyślił.
— Z lichem bym mu się pokłonił, ale mi wstyd dla mojej pani takich pomocników jednać.
Iłło uśmiechnął się.
— Muszę do księcia, rzekł, bądźcie zdrowi, ścisnął za rękę starego i odszedł.
W drugim końcu izby Jakób podczaszy szeptał cicho z Jaszewskim Mniszchów sługą, któregośmy widzieli wysłanego pilnować Giżanki.
— Pogniewali się, powiadasz? pytał Jakób rudą gładząc brodę.
— I kazał mi ją szpiegować.
— To już dziś nie pójdzie do króla Jegomości?
— Nie puszczą jej.
— To i to dobrze, rzekł Jakób, bo ja mam inną. Wszystkie tu trzy zebrały się zatem w Knyszynie, jakby się wyzwały.
— Jakto trzy? szepnął Jaszewski.
— E! nielicząc innych, to trzy starsze królewskie kochanki. Barbara Giżanka, Anna z Witowa, co ją tam król wielkim kosztem utrzymuje, i ta nawet zazdrośnica Zuzanna przyjechała z Korycką.
— Przecież? już się nie gniewa?
— Pomiarkowała, że to djabła warto, Korycka ją przywiozła sama i myśli pewnie podstawić na miejsce Giżanki, której panowanie minęło. Ej! nabrała bo się dosyć!
— Byłoby z nas połowy!
Tak mówili, gdy żyd Egid wpadł do izby, popatrzał do koła, dostrzegł Jakóba podczaszego i popędził ku niemu, roztrącając lirnika, cymbalistę i cygana.
Żyd Egid znany domownik i zaufany pana podkomorzego, był to stary już z siwą, długą brodą, bladą twarzą, pomarszczonem czołem i czarnemi oczyma nawisłą brwią osłonionemi, człowiek. Uchodził on za czarnoksiężnika, za pośrednika w ciężkich sprawach, w potrzebie szpiega i sługę zaprzedanego Mniszchom. Żywo chwycił za rękę Jakóba i odprowadził ku kominowi.
— Słysz! tu jest Korycka? spytał.
— A jest.
— I z nią Zuzanna?
— Podobno.
— Pan podkomorzy chce się widzieć z Korycką nim król ją wezwie.
— Na co?
— Czy ja wiem! Żyd ruszył ramionami.
— O! ty nie wiesz. Cóżby to było, żebyś ty nie wiedział?
— Ja nic nie wiem, ja robię co każą.
— No to ja ci powiem, jeżeli chcesz.
— Powiedz.
Rudy Jakób pokazał śmiejąc się rząd czarnych zębów szkaradnych i szepnął Egidowi:
— Pokłócili się z Giżanką, chcą Zuzannę siostrzenicę Koryckiej podstawić na miejsce tamtej. Prawda?
— Albo ja wiem! a jakby tak?
— No, ja się nie przeciwię, i ja wolę Orłowskę od Giżanki. Giżanka, jak jej nadali szlachectwo, jak córkę urodziła, nosa do góry zadarła, jej się zdaje, że ona królowa i na ludzi nie patrzy.
— Wołaj Koryckiej, tylko cicho! niech nikt nie wie i nie widzi! Rozumiesz?
— Takżeś trafił na nowotnego.
Rozeszli się, Egid począł grzać się u komina, a Jakób cofając nieznacznie ku drzwiom, po drodze to tego, to drugiego zaczepiał, wałęsał się, kręcił, aż doszedłszy do końca izby, znikł.
Przenieśmy się teraz do izby, w której podkomorzy chodzi wielkiemi kroki oczekując powrotu Egida. Nie rozpakowane tłómoki zawalają podłogę, łoże żelazne niepokryte jeszcze pawilonem, w kącie stoi stół z kamienną płytą na wierzchu u okna, na nim świeca woskowa w lichtarzu ciężkim srebrnym.
Pan Mikołaj chodzi kroki wielkiemi i stając co chwila, przysłuchując się odbijającym w sklepionym korytarzu odgłosom kroków. Nareszcie zaszelpotało u drzwi, weszła niewiasta, podkomorzy pospieszył ku niej, skinął na Jakóba idącego za nią, aby pozostał na straży za drzwiami, a sam poprowadził Koryckę, ona to bowiem była, aż ku oknu. Na twarzy jego widna niespokojność, pomięszanie.
Korycka, stara już, zgarbiona, ale jeszcze rzeźwa niewiasta, kiedyś może piękną była, ale siedem dziesiątków lat najpiękniejsze niszczą twarze.
Z dawnej piękności nos tylko pozostał kształtny, wąziutki, prosty i oczy nie ze wszystkiem zgasłe; ale zęby powypadały, usta się skrzywiły, plecy zgięły, włosy siwe, ręce drżące, pierś wyschła. Na niej czarne odzienie, czarna na głowie obsłona, korale na szyi, na chudych palcach u rąk pierścienie ołowiane, mosiężne, rogowe, a między niemi złote z kosztownemi kamieniami. Korycka spogląda śmiało w oczy i pod jej wejrzeniem nie jeden się zmięsza, bo zapuszcza w duszę zdaje się wzrok, bo nim dobiera się do tajni, których nikt odkryć by nie chciał. Odważna do zuchwalstwa prawie pewna siebie, wie jak gdzie począć, wie że rzadko kto ustraszyć się nie da.
— Dwa słowa tylko.
Korycka wlepiła oczy w niego i kiwnęła głową.
— Jest z tobą Zuzanna?
Ona znowu głową tylko poruszyła.
— Ja ją na miejsce Giżanki chcę wziąć.
Stara splunęła. — Ona i bez was je zajmie, jak ja zechcę.
— Nie, bezemnie nie, odparł Mikołaj. Powiedz królowi, gdy cię o zdrowie swoje pytać będzie, aby dawną kochankę porzucił, chceli być zdrów, a nową wziął. Król lęka się o siebie, posłucha. Ja wam dobrze życzę.
— I chcecie się mścić na Giżance, dodała stara.
— Może, pamiętaj jak kazałem.
— Kazałeś? pytała stara. Ja nie słucham niczyich rozkazów, nawet królewskich.
Mniszech dobył worka i wsunął go w ręce Koryckiej, ona zważyła na dłoni, popatrzała i słowa nie powiedziawszy, wejrzeniem pożegnała podkomorzego, który ją do drzwi odwiódł, wziął kapelusz ze stoła i pospieszył do sali, gdzieśmy go wprzód widzieli.
Tu pusto było, brat tylko jego Jerzy siedział w krześle, zadumany. Mikołaj doszedł na palcach do drzwi komnaty Augusta, posłuchał chwilę i usiadł przy bracie. Spojrzeli po sobie. Jerzy z pogardą zimną, Mikołaj z niespokojem tylko i nic nie rzekli. Rozumieli się bez słów. Potem z założonemi rękoma, odwróciwszy głowy, jeden w tę, drugi w inną stronę poglądając, pozostali nieporuszeni.
Z tajemnych myśli obudziło Mikołaja lekkie dotknienie jego ręki.
Był to Stanisław Fogelfeder, który cały drżący, na palcach przystąpił ku niemu i błagającym wzrokiem zdawał się o coś prosić.
— Co to jest? czego chcecie? spytał gburowato Mniszech, nie wstając.
— Panie, zlituj się.
— Co to jest?
— Król, król, wy wiecie jak ja go kocham.
— Spodziewam się, że nie więcej odemnie. — Doktor zmilkł, poprawił krezę, spuścił głowę.
— Zlitujcie się panie, nie dozwalajcie tym białogłowom.
— Jakim? panie Fogelfeder.
— Tym czarownicom.
— Dajcie mi pokój! ja nic nie wiem!
— One chcą królowi dawać jakieś leki, one króla zabiją! Na Boga, wy będziecie mieć na sumieniu, dodał doktor przywiedziony do rozpaczy.
Mniszech poczerwieniał.
— Idźcie spać, zawołał, a jak się wyśpicie, wyjdzie wam to z głowy. Dajcie mi pokój.
Fogelfeder zwrócił się do Jerzego, ale krajczy jakby się do niczego mieszać nie chciał, wstał i odszedł.
Niemiec postąpił pod drzwi królewskie, ale pochwycony silnie za rękę przez podkomorzego, odstąpić musiał.
— Zawołają was gdy będzie potrzeba, rzekł podkomorzy wskazując drugie drzwi.
Fogelfeder otarł łzy płynące po bladej twarzy, i powoli, jakby się spodziewał że go odwołają nazad, odszedł.
W komnacie króla zegar wydzwonił dziesiątą. W zamku uciszał się gwar powoli, czeladna izba na dole i inne mieszkania wyludniały, jedni spoczywać szli, drudzy po swoich kwaterach w mieście rozchodzili. W królewskiej tylko izbie pałały jeszcze ognie za zasuniętemi firanki, ale i te wkrótce przygasać zaczęły.
Cisza głęboka zastąpiła wrzawę.
Wejdźmy teraz do sypialni Augusta. Na wysłanem wysoko łożu zrzucone leżą suknie. August w czarnej długiej opończy bez pasa, w czapce sobolowej, sparty na lasce z gałką złocistą, stoi oparty na Kniaźniku, pogląda na drzwi niespokojnie, niekiedy uderza kijem o podłogę.
Jakób podczaszy ze świecą w ręku stoi u proga.
— Gdzie Mniszech? spytał król nieukontentowany wyraźnie. Czy go wołano?
Na drugie wyrzeczenie tych słów, otwarły się drzwi i Mikołaj ze świecą w ręku, poprzedzany przez dworzanina Stanisława Czarnotulskiego, wszedł do sypialni. August opierając się na Kniaźniku, tejże chwili ruszył się z miejsca, skinąwszy aby szli przodem.
Boczne drzwiczki uchylono i naprzód Czarnotulski, za nim Mniszech, potem król oparty na Kniaźniku, nareszcie Jakób podczaszy, wyszli w korytarz, na którego końcu było mieszkanie Jakóba, gdzie czekała Korycka. Nikogo nie spotkali w korytarzu, zdala świeciła otwarta komnata, w której znajdowała się wróżka-lekarka.
Ubrana jakeśmy ją uprzednio widzieli, z podniesioną głową, stała nad stągwią wody, w której zanurzony był czerpak. Zmierzyła króla oczyma gdy wszedł, tak że August spuścić musiał wzrok, i zatrząsłszy się powitał ją skinieniem głowy. Korycka pochyliła się ku ziemi i nic nie mówiąc zaczerpnęła wody, nad którą jakieś słowa tajemnicze szemrała, a napiwszy się jej wprzód sama, podała ją królowi, mówiąc:
— Wypij Najjaśniejszy Panie.
August obejrzał się na Mniszcha, z początku wahał się, potem wychylił napój krztusząc się z odrazą.
— To nie dość, szepnęła baba, obmyć się całemu w tej wodzie potrzeba. Zostawcie nas samych.
I wskazała na drzwi. Podkomorzy pierwszy wyszedł, za nim inni, August niespokojnie obejrzawszy się, rozbierać począł. Ale bezsilny musiał wzywać pomocy Koryckiej, która odzienie zeń zdejmując, urwała sznurek od lędźwi i szybko go schowała, jak sama zeznała potem, w mniemaniu, że posiadanie tego sznurka zapewni jej panowanie nad królem.
Potem oblała go wodą całego, szemrząc jakieś słowa tajemnicze, otarła sama i trzęsącego się z chłodu posadziwszy, dała znak dworskim aby weszli. Sama wzięła świecę w rękę i wiodąc wszystkich za sobą w milczeniu, spuszczać się poczęła ze wschodów. Król dla zimna pozostał, i czarownica nie wymagała aby zszedł, pozostały Mniszech zawiódł go do izby Jakóba gdzie pozostał. Korycka tymczasem zniosłszy wodę w obecności wszystkich zlała ją do rzeki, wymawiając jakieś niezrozumiałe słowa.
Po chwili powróciła, August kaszlnął i trząsł się: kobieta znowu dała znak aby wszyscy odeszli.
— Będziecie zdrowi N. Panie! rzekła mu, choroba od Was odeszła i pociekła z wodą.
August głową z powątpiewaniem poruszył.
— Będziecie zdrowi, dodała, a zdrowie Wasze winni jesteście nie mnie, ale tej kobiecie.
— Tej kobiecie! smutnie powtórzył August spoglądając na palec.
— Pamiętacie ją N. Panie? mówiła Korycka, ona to Wam dawno, w młodości jeszcze, dała prostą obrączkę którą pókiście nosili, póty zdrowia i szczęścia Wam nie brakło.
— Szczęścia! cicho szepnął August wstrząsając głową.
— Porzućcie Giżankę, dodała Korycka, porzućcie ją, ona Wam zdrowie odjęła swojemi czarami, swojemi leki, wszak macie Zuzannę!
— Zuzanna jest tu? spytał chory podnosząc się.
— Tutaj — i pozostanie jeśli N. Pan rozkażesz.
— Niech zostanie.
— A Giżance rozkażcie się oddalić.
— I ona tu? żywiej rzekł August.
— I ona. — Anna...
— I Anna? powtórzył powstając Zygmunt.
Stara wlepiła oczy w króla.
— Dziękuję ci, czuję się lepiej, rzekł, zostańcie w zamku.
To mówiąc pospieszył do drzwi, widać było z ruchów, że nieco sił odzyskał, otwarto drzwi, dworscy poszli przodem. Już byli u wejścia sypialni, gdy szelest kobiecych sukni zwrócił uwagę królewską. Na prawo ukazała się ze drzwi Barbara Giżanka, prawie jednocześnie z lewej strony przysunęła się Zuzanna Orłowska, a u drzwi komnaty Anna z Witowa. Spojrzały po sobie i zamilkły mierząc się oczyma zjadłemi. Mniszech pospieszał naprzód żywo.
Ale August opóźniał kroku, wzrok jego rozjaśniony na chwilę, błąkał się po trzech kobietach, stojących i czekających przy której zostanie zwycięztwo.
Giżanka najśmielsza posunęła się i przypadając do niego, ucałowała go w rękę.
— O! ty tu znowu mój sokole (sokołami zwał je zwykle król), ty tutaj?
— Tutaj i zawsze przy Was N. Panie. Zuzanna zgrzytnęła zębami i zbliżyła się także, ale zapóźno, August chłodno na nią spojrzał i nic nie powiedział, Anna widząc Giżankę z rozjaśnionem czołem i miną zwycięzką, rzuciwszy przekleństwo, zniknęła.
Drzwi sypialni zamknęły się za królem i Barbarą Giżanką. W drugim końcu korytarza, Korycka z podniesioną ręką klęła zwycięzką kochankę. Mniszech milczał, Kniaźnik uśmiechał się szydersko.
Nazajutrz podkomorzy pojednał się z dawną kochanką. Zuzanna wyjeżdżała rozgniewana, Annę udarowaną odsyłano do Witowa, a dwie ładowne skrzynie wyjeżdżały do Ostrowa, dokąd je wiódł szwagier Barbary, Szawłowski.





VII.
CIEŃ BARBARY.

Nazajutrz wielka niespodziewana zmiana zaszła w zdrowiu królewskiem, August obudził się rzeźwy, nogi napuchłe odeszły, sił trochę powróciło. Fogelfeder przypisywał to po prostu podróży, Korycka sobie, Giżanka sobie, a panowie Senatorowie dziękowali Bogu, że królowi babskie leki (o których wiedzieli nazajutrz) nie zaszkodziły przynajmniej.
Ale ozdrowienie chwilowe nie zmieniło już trybu życia na zamku Knyszyńskim, opieka nad słabym królem sług jego nie skończyła się przez to. Korzystano tylko z chwili zdrowia i rzeźwości umysłowej, aby podsunąć Augustowi przywileje i ceduły do podpisania, a pan podkomorzy wyrobił list do Konstantego ormianina we Lwowie z przekazem sumy u niego znajdującej się. Giżanka otrzymała nowe łaski, których nikt wielkości ocenić nie mógł, przez Mniszcha; Korycka i Zuzanna Orłowska kilkaset czerwonych złotych, rydwan, konie i kosztowności wywiozły.
Z okna zamkowego August na dziedziniec wyjrzawszy, ulubione swoje stada knyszyńskie oglądał. Wiedziono ze stajen konie, pędzono te, które swobodnie się pasły przez lato i jeszcze nie stały na obroku. Zygmunt jednak poglądał na nie teraz obojętnie prawie, z roztargnieniem. Nie był to już ten gorliwy o wzrost wszystkiego w kraju król, który takim kosztem i z takiem upodobaniem zaprowadzał gospodarstwo po majętnościach swoich, mierzył grunta, chował stada i lał działa w ludwisarni Wileńskiej, aby niemi zamki litewskie i ruskie uzbroił; nie był to już August ten, co wysłał za granicę za kupnem ksiąg, co z upodobaniem czytał je i zbierał, co artystów wspomagał i cenić umiał. Teraz mu wszystko zobojętniało prawie. Dla niego nie ma przyszłości, kilka lat życia może, kilka lat ostatnich, które topi w nasyceniu żądz schorzałego ciała, szukając zapomnienia przeszłości.
Jakby obudzony ze snu po wczorajszem znużeniu, rozkazał prosić Radziwiłła; ale gdy oznajmiony książę marszałek wpadł do sypialni, gdzie król już zadumany w krześle siedział jak wczoraj, nie rzekł słowa do niego, tylko rękę wyciągnął drżącą, spojrzał i dumał znowu. Na chwilę pobudzone życie opuszczało go już.
— Zdrowie W. królewskiej Mości?
August kiwnął głową i ręką poruszył.
— Lepiej? rzekł Radziwiłł.
— Nie gorzej, odparł król.
— Dzięki Bogu! odezwał się książę marszałek, bo przy złem zdrowiu W. k. Mości spraw wiele zalega, a panowie senatorowie polscy szemrzą. Możnaby się zająć niemi.
— Potem, potem, rzekł August, dajcie mi spocząć. Sprawy publiczne! Za temi sokołami do niczego wziąść się nie mogę. Nie mam nawet siły.
— Mamy listy z Turcji, pisane od pana starosty Orszańskiego o Moskwie, mamy papiezkie.
— Na potem, na potem, rzekł król z wysileniem.
— Róbcie co myślicie, dodał, że będzie z dobrem kraju, ja nie mam przytomności i prawdę rzec ochoty. Życie mnie zmogło.
— Gdybyś W. k. Mość chciał tylko.
— Będziecie mówić przeciw tym kobietom? ozwał się August.
— Mówiłbym żebym wiedział, że mnie W. k. Mość usłuchać zechcesz.
— E! dajcie pokój! Nie wiele tego życia, niech się już kończy jako tako. Na co go szczędzić będę. Potomka wam nie zostawię. Jagielloński ród gaśnie ze mną, jam ostatni. I westchnął. Wybierzcie sobie kogo. Marnie skisło mnie życie, odpowie za niego Bogu i Polsce, matka nasza, a po niej kardynał Commendoni. Teraz wszystko mi obojętne, aby dożyć końca.
Radziwiłł, który już niejednokrotnie słyszał podobne wyrzekania, często z ust królewskich wychodzące, spuścił głowę i rzekł:
— Wszystko jeszcze przed W. k. Mością, nie wiek to późny.
— Zdrowie sterane.
— Może się poprawić, z pomocą Bożą.
August głową wstrząsł.
— I nie chcę, rzekł, życia. Aby bez męki skończyć je. Męczę się wspomnieniami. Wy nie znacie moich nocy bezsennych, nocy okropnych marzeń, kiedy mi całe zmarnowane życie, kiedy mi wszystko wydarte com kochał, staje u wezgłowia i dręczy, to okropne! okropne.
I powiódł ręką po czole i wstrząsł się.
— Elżbieta, Barbara, wydarte, królowa matka, i ta trzecia, i te nieczyste istoty, co mnie dziś otaczają konającego, kruki nad pastwą!
— Czemu ich W. k. Mość nie odpędzisz?
— Chwila odurzenia, zapomnienia, którą im winien, także coś warta.
I zamilkł.
— Pozwolisz W. k. Mość pp. senatorom pomówić o sprawach publicznych?
— Nie, nie, dajcie mi pokój, potrzebuję spocząć.
— Jest też wiele prywatnych.
— Sądźcie je, sądźcie, ja nie mam głowy. — Radziwiłł dostrzegł dwóch łez, które po licu bladem i wychudłem króla potoczyły się i spłynęły na brodę. Nastąpiła chwila milczenia, smutna i uroczysta.
— Wszystko skończone! rzekł do siebie jakby mówiąc August, potem z weselszą już i odmienioną twarzą zwrócił się do Radziwiłła.
— Trzeba ciało nasycać, gdy duszy już nie można!
I krzyknął na Kniaźnika. We drzwiach sypialni ukazał się pokojowiec, książę marszałek pożegnany skinieniem odszedł.
Zasmucony przesunął się przez salę, spuścił ze wschodów, gdy tuż napotkał Iłłę dworzanina swego, oczekującego nań.
— Oczekują na Waszą ks. Mość.
— Kto?
— Księżna Sołomerecka.
Radziwiłł się zadumał.
— Jaka księżna? spytał.
— Jednać tylko jest.
— Umarła przecie, jak nam z Rusi donoszą.
— Żyje i chce pomówić z Waszą ks. Mością, przybyła prosić łaski królewskiej i sprawiedliwości na brata, który jej majętności zagarnął.
Książę marszałek stał w podziwieniu.
— Gdzie ona jest?
— W mieszkaniu Waszej ks. Mości.
Radziwiłł ruszył się żywiej, zamyślony.
Na progu komnaty, postrzegłszy kobietę w czerni ubraną całkiem, okrytą zasłoną wdowią, osłupiał i cofnął się.
Księżna tak była podobną do nieboszczki królowej Barbary, że mimowolnie marszałek, tem podobieństwem dziwnem uderzony, zastanowił się i zmięszał. Patrzał i oczekiwał głosu z wahaniem się długiem, bo jej nawet nie przywitał.
— Do łaski W. ks. Mości, odezwała się księżna zbliżając, do sprawiedliwości królewskiej przybyłam.
Głos jej był także podobnym do dźwięcznej mowy nieopłakanej nigdy młodej królowej, książę marszałek nie wychodził z osłupienia.
— Przebaczcie, rzekł nakoniec, dziwne podobieństwo, przypomnienie, odjęło mi przytomność. Usiądźcie, słucham i w imię tej do której twarzą i głosem podobni jesteście, uczynię wszystko, wszystko co będę mógł.
— Dzięki choć za pociechę, której dawno nie kosztowałam, płacząc odpowiedziała księżna. O! zaprawdę, jam bardzo biedna i zasługę u Boga mieć będzie, kto mnie podniesie z nieszczęścia.
— Nie wiem, czyście nawet słyszeli kiedy o mnie.
— Owszem, pamiętam, przerwał książę, opiekę stryjów W. ks. Mości, pozostałego natrętne pragnienie ożenienia was.
— Stało mu się zadosyć, mówiła dalej księżna, ledwie dorosła zaślubioną zostałam synowi jego, ale bez dyspensy papiezkiej, po którą wysłany zaufany duchowny do Rzymu nie wrócił. Zaślubiona i odesłana na dwór królowej matki, gdy to małżeństwo jeszcze skrytem być musiało, padłam ofiarą nie moich win. Mąż mój zabity w potyczce, ojciec z rozpaczy umarł: ja wdową z dziecięciem pozostałam. Brat męża mojego naówczas właśnie z zagranicy powrócił, ale ani małżeństwa nieszczęśliwego, ani dziecięcia za prawe uznać nie chciał. Owszem dziecię to pogrobowe starał się i stara pochwycić, aby sam w posiadanie majętności mógł wejść. Młodość mojego biednego dziecięcia jest ciągłą walką z prześladowaniem; matka — musiałam się z nim rozdzielić, porzucić go, opuścić, aby nań niebezpieczeństwa nie ściągać. Napadany kilkakrotnie przez nasłanych ludzi, opatrznością tylko Bożą uratował się.
A któż wie co teraz z nim się dzieje? dodała płacząc. Bez opieki, sierota musi chleba żebrać. Wolałam dla niego ubóstwo nad śmierć i wyrzekłam go się na czas. Ja sama już za umarłą miana, i dobra zagarnione.
— Wy? spytał żywo książę.
— Tak jest, po tajemnym moim wyjeździe do króla, pan brat, nie mogąc wiedzieć co się ze mną stało, śmierć rozgłosiwszy, majątki objął.
— Do tych was powrócą, rzekł marszałek, ale dziecię? Sąd dowodowy tego nieszczęsnego małżeństwa?
— W ręku księdza co je dla uzyskania dyspensy powiózł do Rzymu.
— A ten ksiądz, powiadacie, powrócił?
— Nigdy dowiedzieć się nie mogłam.
— Jego imię?
— Hauser.
Radziwiłł myślał chwilę.
— Dawno wyprawiony?
— O! lat piętnaście.
— I żadnej wieści?
— Żadnej!
— To okropnie! zawołał Radziwiłł, ale muszą żyć świadkowie?
— Nie wiem, lecz wyszukać ich nie mogłam, jedna tylko kobieta.
— Król JM. zna was? dodał Radziwiłł niespokojnie wpatrując się w księżnę.
Na te słowa pomięszanie wyraźne na twarzy Sołomereckiej postrzedz się dało, spuściła oczy i ciszej odpowiedziała:
— Nie wiem czy J. k. Mość przypomni sobie, byłam czas jakiś na dworze Królowej matki.
— Zygmunt pan nasz widywał was?
— Widywał, ciszej jeszcze wymówiła księżna.
— Spodziewam się, że wszystko pójdzie dobrze, rzekł Radziwiłł, postaram się wprowadzić was do niego wieczorem. Tymczasem nie ukazujcie się nikomu! Mogliby wam szkodzić! Ja oznajmię.
To mówiąc powstał i żegnając Sołomereckę u drzwi, niespokojny wrócił do króla.
Ale drzwi były zamknięte, wejście wzbronione i referendarz z księdzem biskupem Krakowskim stali w sali, słuchając jak Giżanka głośno coś Augustowi opowiadała, częstym sobie przerywając śmiechem.
Senatorowie spojrzeli po sobie jak wczoraj.
— Czego tu czekać będziemy, zawołał popędliwie biskup, aby się spotkać chyba twarz w twarz z nieczystem stworzeniem, które biedny król wybrał na zabawkę dni starych? Chodźmy.
I znowu, nie zobaczywszy króla, odejść musieli.
Takim sposobem dzień upłynął, Radziwiłł pragnąc królowi oznajmić o przybyciu księżnej, nie mógł się do niego dostać, pomimo że kilkakroć wychodził i oczekiwał, pomimo że on jeden z senatorów łatwiejszy miał przystęp do Augusta i ucho powolne.
Zmierzchło już, gdy księżna znowu powróciła na zamek, w tem samem ubraniu co zrana, w żałobnej sukni wdowiej i zasłonie. Z dawnych dostatków, pozostałe perły wielkiej ceny i gruszka perłowa w djamenty oprawna, na włosach przypięta, zdobiły tylko wdowę. Z pod zasłony jej blada twarz bielszą się jeszcze wydając, uderzała wszystkich dziwnem do Barbary podobieństwem.
Książę marszałek uprosiwszy aby zarzuciła zasłonę, podał jej rękę i w milczeniu powiódł na wschody. Głębokie panowało milczenie; szczęściem może, nikogo nie znaleźli w sali, ani podkomorzego, ani krajczego, ani żadnego ze sług zuchwałych, co zwykle tamowali wejście do króla.
Radziwiłł zapukał znanym sposobem i głos ze środka ozwał się słaby.
— Wejdźcie.
Zmierzchało; już na kominie dopalał się ogień czerwonemi blaski rzucając na komnatę, z okna trochę światła wpadało. Na wezwanie Augusta książę drzwi otworzył i zrzucając kwef z głowy, Sołomerecka ukazała się we drzwiach.
August podniósł oczy, zatrząsł się, krzyknął, porwał ze siedzenia i przerażony zakrywając oczy rękoma upadł.
— Basiu! zawołał, Basiu! Ty mi śmierć rychłą zwiastujesz! Ty mi moje życie wyrzucasz. To ona!
W tej chwili ukazał się Radziwiłł i pośpieszył bezprzytomnego ratować.
Księżna zmięszana sama nie wiedziała co począć, król drżał ze strachu i płakał, na krzyk jego zbiegli się Mniszech i słudzy.
— Widmo, mara, wołał August, co to jest? To Barbara!
— To księżna Sołomerecka, przerwał marszałek, która do nóg W. k. Mości z prośbą o sprawiedliwość przychodzi.
— Kto? spytał August, jaka księżna?
Radziwiłł powtórzyć musiał. Uspokojony król, ciągle płacząc jednak oczy wlepił w stojącą na progu niewiastę.
— Tak, tak, przypominam sobie, szepnął, na dworze królowej matki była tego nazwiska młoda, podobna do Basi. To wy?!
— Tak, ja to. Najjaśniejszy Panie, ze łzami odpowiedziała księżna, dziś wdowa odarta ze wszystkiego, dziś matka pozbawiona dziecięcia, prześladowana, ugnieciona, wyglądająca sprawiedliwości od Was miłościwy królu. Sprawiedliwości dla mego dziecka!
— Przypominam, przypominam sobie, rzekł król z widocznem wzruszeniem. Gdzie syn wasz?
— Prześladowana — ukryć go, rozłączyć się z nim musiałam. Śmierć moją rozgłoszono na Rusi, majętności brat zagarnął, wszystkiego od Was miłościwy królu czekam. Ratuj mnie.
August upadłej na kolana wdowie podnieść się kazał, posadził ją podle siebie i wpatrując się w jej twarz bladą, trzymając ją za rękę, płakał.
Wspomnienia jakieś stare tłumem spadały mu na piersi, przypomniał sobie Barbarę ukochaną, krótkie szczęście swoje, zgon jej okropny; i żal nigdy niewygasły a ciągle tłumiony i zagrzebywany w sercu, z nową siłą odżył.
Obraz ten był pełen smutku, schorzały i wycieńczony król, blada i smutna kobieta, w tyle Radziwiłł ponuro patrzący na służbę, która z rozmaitymi myślami, uczuciami, poglądała na przybyłą. Przez uchylone drzwi sypialni Giżanka z okiem zapalonem, ognistem, wargą drżącą, pożerała przybyłą, usiłując wybadać kto jest? Serce jej biło gwałtownie, niepokój trapił, nikt powiedzieć jej nie umiał.
— Kto ona?
Mniszech, który sobą mierzył wszystkich, szydersko patrzał na marszałka, jakby mu wymawiał, że wprowadził tę kobietę do króla.
— Wzruszenie, szeptał z cicha Radziwiłłowi, może króla o chorobę nową przyprawić. Po coście tu tę kobietę przywiedli?
— Mości podkomorzy, dumnie odparł marszałek Litewski, nie potrzebuję nikomu zdawać rachunku z moich czynności, krom Boga i króla JMości.
Mniszech zagryzł usta i odszedł ponury.
Król tymczasem wypytywał powoli Sołomerecką i zwoławszy pisarza, rozkazał list z przykazaniem wprowadzenia jej na powrót do dóbr z synem razem, pisać.
Ale list już to z powodu oddalenia się pisarza, już że nie było stosownej pod ręką pieczęci, gotów być zaraz nie mógł.
— Ja go odbiorę, rzekł Radziwiłł, jeżeli W. k. Mość dozwolisz.
— Wy go odbierzecie, tak. I pomnijcie, dodał, abyście się opiekowali nią. Tak podobna do królowej małżonki naszej najmilszej i nigdy nieopłakanej.
Beata, co by się miała radować szczęśliwemu trafowi i skutecznej opiece, zdawała się temi ostatniemi słowy bardziej jeszcze pomięszana. Spuściła oczy w milczeniu: król ciągle za rękę ją trzymał, a gdy marszałek dał znak odejścia, gdy ona rzucić się do nóg królowi dziękując miała, August ją powstrzymał jeszcze.
— Niech na was patrzę, rzekł, to mi lepsze czasy mego żywota na pamięć przywodzi, to mi serce miękczy. A! byłem i ja szczęśliwy, ale krótko, krótko. Jak wiatr zaszumiało i przeszło szczęście moje!
Przytomni słudzy widocznie tą sceną niecierpliwili się, Mniszech kilkakroć przystępował i szeptał coś do ucha królowi; Giżanka z gniewem zatrzasnęła drzwi i udała się do swojego mieszkania, rozkazując oznajmić że więcej nie przyjdzie, bo pragnęła aby ją proszono. Chwilę to jeszcze potrwało, a August wpadł w tak głębokie zamyślenie, w zadumę tak czarną, że niezważał, jak książę marszałek i księżna pożegnawszy go wyszli.
Sam jeden z Kniaźnikiem pozostawszy nie ruszał się z miejsca i wlepione nieruchomie w ścianę oczy, tylko łzy czasem płynące ożywiały. Napróżno służalec rozmaitemi głosy starał się pana wyprowadzić z tego stanu odrętwiałości; nic nie pomagało.
— Rozkażesz W. k. Mość przyjść Barbarze? spytał nareszcie.
Król się z wstrętem i obrzydzeniem odwrócił, spojrzał i rzekł:
— Nie.
— Anny nie ma, dodał Kniaźnik, Zuzannie?
— Nikomu. I znowu patrzał, znów dumał.
Po cichu na palcach sługa wyszedł do sypialni. Tam już niespokojna siedziała Giżanka. Uciekłszy do swojej komnaty, długo w niej pobyć nie mogła, zazdrość miotała nią, pędził strach utracenia władzy nad słabym Augustem.
— Kto to był? spytała żywo. Co to za kobieta? Kto ona? Po co? Kto ją przywiódł? Król mnie nie wołał?
Na te nagromadzone pytania, Kniaźnik powtórzeniem swej rozmowy z królem odpowiedział. Giżanka powstała, zmięszała się i postąpiła do drzwi.
— Król nie kazał was wprowadzać.
— Wejdę sama, rzekła dumnie kobieta i z trzaskiem roztwierając drzwi, wpadła z zapalonemi oczyma do komnaty gdzie August płakał jeszcze. Na widok Giżanki zmieszał się z odrazą, dał znak ręką aby wyszła.
— Co to jest? żywo poczęła mówić zbliżając się Barbara. Dlaczego mi się oddalić każecie? mnie? matce Waszego dziecięcia?
Oczy króla zajaśniały żywo, prawie gniew się w nich odmalował, już zdało się miał rozkazać aby ją precz wyrzucono. Kniaźnik czekał tylko na słowo. W tej chwili Giżanka miotana niepokojem, zbliżyła się tak że prawie dotknęła szaty jego.
— Nie dotykaj mnie! nie dotykaj! zawołał August. Idź sobie! Idź!
— Co to jest? Panie! Dla czego?
— Dziś, nie chcę cię, idź odemnie! nie dotykaj!
A to mówiąc ręce nastawił, jakby chciał odepchnąć.
Rozgniewana, w rozpaczy Giżanka sądząc że ją król wezwie uciekającą, rzuciła się gwałtownie do drzwi, ale August nie skinął nawet.
Z sypialni wysunęła się w korytarze, i zapalona gniewem, do izby podkomorzego Mniszcha wpadła. Tu na krzesło się rzuciwszy, płakać ze złości poczęła.
— Co ci jest? spytał podchodząc zdziwiony p. Mikołaj.
— Król mnie odpycha, król precz mi odejść kazał, nie dozwolił mi się zbliżyć do siebie. Nie wiem co to jest. Ratuj mnie.
— Ja wiem co to jest, odrzekł spokojnie podkomorzy. To przejdzie. Jest to tylko wspomnienie Barbary, które nań naprowadził marszałek.
— Marszałek! zawołała Giżanka, on ją tu umyślnie przywieść musiał, sprowadzić, aby mnie odepchnąć, zgubić.
I płakać zaczęła, tupiąc nogami, potem porwała się.
— Ale ja ją struję, ja ją zabiję.
— Na co to wszystko! rzekł Mniszech, ja ją jeszcze dziś z Knyszyna odprawię.
— Marszałek bronić jej będzie, on nie bez myśli wprowadził tę kobietę.
— Wszystko to być może, wspomnienie Radziwiłłównej, zawsze to na Radziwiłłów koło woda, a ekonomja Szawelska?
— Król mnie wypędzi, jeśli ona tu zostanie, panie podkomorzy, co chcesz uczynię, wypraw ztąd tą kobietę. Ona mnie i ciebie zgubi, ty stracisz serce królewskie.
— Ona wyjedzie.
— Dajcie jej ten list, którego ona chce, i niech wraca. Ona księżna, ona pani, na co jej łaski i dary królewskie; a mnie, mnie, dodała, potrzeba złota, ile go jest, ile go tylko można zabrać; ja straciłam życie cześć, wszystko, niech mi zapłaci za nie, niech mi zapłaci. O! młodość moja sterana! jest-że co by ją zapłacić, nagrodzić mogło? Ona nie wróci, nie wrócą spokojne i jasne dni klasztoru.
I Giżanka zamilkła pod płaczem cichym, ale wkrótce podniosła się rozżarzona znowu.
— Dziś, zaraz, wyprawuj tą kobietę, niech ona tu nie będzie, niech król o tem zjawisku zapomni. Odprawił mnie jak zapowietrzoną.
Mniszech klasnął w ręce i szepnął kilka słów przybyłemu Jaszewskiemu. Ten pobiegł do pana starosty Bielawskiego, wysłano Egida do miasteczka.
Gdy się to dzieje w zamku, w domu garbarza zadumana siedzi sama jedna księżna. Janowa modli się u komina, Palej rozmawia z Mortchelem woźnicą. Wszyscy cieszą się nadzieją, powtarzając sobie z nieskończonemi odmiany, jak król przyjął ich panią.
W tem skrzypły drzwi gospody i Egid wsunął się do izby gospodarza, gdzie żydzi siedzieli nad wieczerzą. Wziął na stronę garbarza, powiedział mu słów kilka, narzucił czapkę na uszy i zniknął. Garbarz zmięszał się, powtarza woźnicy co słyszał od Egida. Mortchel pędem wybiegł wnet do stajni, do Paleja. Palej siedział już, grzał się przy kuchni.
— Co ci jest? spytał żyda, spostrzegłszy jego pomieszanie.
— Po wszystkiem! zawołał woźnica łamiąc ręce i rzucając na wszystkie strony oczyma. Naszej pani grozi niebezpieczeństwo, potrzeba jechać, potrzeba wyjeżdżać zaraz.
— Co? oszalałeś? rzekł Palej. A jakież tu jej grozić może? pod bokiem królewskim? gdy już otrzymała najlepsze obietnice.
— Potrzeba jechać, mówił żyd uporczywie. Tylko co przychodził do gospodarza stary powiernik pana podkomorzego, on przestrzegał, abyśmy co najrychlej, tej nocy jeszcze wyjeżdżali, inaczej może być nieszczęście.
— Upiłeś się, czy oszalałeś?
Żyd z rozpaczy porwał się za pejsy i posunął do drzwi samej księżny. Palej zaparł mu drogę.
— Nie idź!
— Nie wierzysz? spytaj gospodarza, on nas dłużej trzymać tu nie chce.
Palej pobiegł do garbarza, który powtórzył mu radę wyjazdu.
— Ale cóż się stać może? wołał stary, gdy król obiecał pomoc, gdy dziś Jmść najlepiej przyjął.
Nie wiedząc co począć, Palej udał się nareszcie do pani Janowej i po długiej naradzie postanowili wszystko powiedzieć księżnie.
Wiadomość ta jakkolwiek niespodziana, nie zrobiła na niej takiego wrażenia, jakiego się oboje obawiali. Księżna napisała słów kilka do marszałka i wysłała z niemi Paleja. Ale jak dostać się do zamku w nocy? Jak pismo tak późno do marszałka oddać?
Stary sługa wychodząc z bramy poskrobał się w głowę i spojrzawszy na ciemne zachmurzone niebo, puścił ku zamkowi.
Wszystko już tam spało, światła pogasły i straże tylko chodziły milczące po wałach, odzywając się niekiedy półgłosem, krzyki ich i grzechotki obiegały naokół zamczysko, a po nich następowało znowu milczenie, szumem tylko wiatru niekiedy przerywane.
Palej łatwo przeszedł bramy i dostał się w dziedziniec, ale tu trudniej mu było znaleść ludzi marszałkowskich, rozpierzchłych i spiących. Żadnego z nich prócz Iłły nie znał.
Natrafiwszy w izbie czeladnej, gdzie się ogień palił, jeszcze i dwóch dworzan Mniszchowskich grali w kości, na śpiącego sługę Radziwiłłowskiego, stary uprosił, że go mimo spóźnionej pory zaprowadzono do Iłły; ten już spał, ale zbudzony, usłyszawszy o co chodzi, wnet suknie na siebie wziął i pospieszył do komnaty, w której książę marszałek jeszcze z pisarzem swym listy do Litwy, przez jutrzejszą kresę wyjść mające, kończył. Zdziwił się i poruszył książę, odczytawszy pismo, ale z krwią zimną rzekł do Iłły:
— Weź WMość ludzi moich dziesięciu, co najsprawniejszych, siadajcie na koń, i jedźcie do gospody księżnej za tym, który kartę przyniósł i nie odstępujcie od drzwi jej ani na chwilę, aż do mego rozkazu.
Iłło wysłuchawszy dyspozycji szybko zbiegł i poszedł ludzi swych budzić. Przywykli do ślepego posłuszeństwa, pocztowi znaleźli się w chwili na koniach i ruszyli z zamku poprzedzani przez Paleja. W milczeniu otoczyli dom garbarza zewsząd, spoglądając bacznie czyli kto ku niemu nie zbliży się.
Palej z Iłłą po cichu weszli do środka. Żyd przerażony groźbą, już się do koni zaprzęgania zabierał.
— Porzuć to, rzekł Palej i idź spać.
— Spać! spać! cały drżący wołał Mortchel, nam trzeba jechać, uciekać.
— Możesz bezpiecznie położyć się.
— A to kto? spytał żyd postrzegając przybyłego.
— Przyjaciel, i z nim dziesięciu konnych, którzy do koła domu stoją. Bądź spokojny, nic się stać nam nie może.
Żyd pobiegł zajrzeć dla przekonania o prawdzie, a policzywszy pociemku stojących na koniach ludzi, nieco uspokojony powrócił.
— Dopiero mi duch odszedł, rzekł spiesząc do gospodarza.
Palej tymczasem doniósł księżnie, że posiłki przyprowadził i uprosił ją, aby się do spoczynku miała.
Noc jednak cała przeszła w trwodze dla wszystkich, chociaż nic się nie trafiło bojaźń tę usprawiedliwiającego.
Nad ranem, zostawiwszy kilku swoich wewnątrz domu, Iłło odjechał do zamku.
Zaledwie na dzień, Egid przybiegł znowu.
— A co, wyjechała? spytał gospodarza.
— Gdzie tam! posłali tylko na zamek, dostali straż i zostali.
Egid głową pokręcił i brwi zachmurzył; spojrzał w sień. W sieni grzeli się u kuchni ludzie Radziwiłłowscy. Uszedł.
W komnacie Mniszcha narada, Giżanka niespokojna, nagli aby niebezpieczną kobietę, której się lęka jako współzawodniczki, co najrychlej wyprawić.
Wysłany Jaszewski na zwiady, sam poszedł przyśpieszać wygotowanie listu z kancellarji królewskiej, odebrał go na swoje ręce i puścił się do miasteczka.
Księżna tylko co wstała z łoża, na którym strach i przeczucie nie dały jej spoczynku, gdy Jaszewski stawił się w gospodzie.
— Czego chcecie? spytał go Palej.
— Do księżnej wejść i z nią mówić.
Od stóp do głowy zmierzywszy oczyma szlachcica, stary sługa zdecydował się nareszcie wprowadzić go.
— Od księcia? spytała powstając niespokojna wdowa.
— Nie, Jaśnie Oświecona Pani, od kogo innego, ale to rzecz Wam niepotrzebna wiedzieć od kogo. List przyobiecany przez króla JM. mam w ręku.
— A! dajcie mi go, niech wam Bóg nagrodzi!
Jaszewski cofnął się.
— List ten oddany Wam być nie może aż gdy ztąd wyjedziecie.
Księżna osłupiała.
— Dla czegoż ten pośpiech? co za powód?
— Nie wolno mi mówić. Na wyjezdnem oddam.
— Pokażcież mi przynajmniej.
Jaszewski rozwinął podługowaty pargamin z królewską przywieszoną pieczęcią i ukazał księżnie tak, że na nim imię swoje i syna wyczytać mogła. Porwała się wnet wołając aby wszystko sposobiono do odjazdu.
Żyd był gotów. W godzinę rydwan toczył się powoli po przemokłej drodze z Knyszyna ku Rusi wiodącej. Jaszewski oddając pargamin, dziwnie rzekł groźno:
— Nie wracajcie!
Zawrócił konia i zniknął.





VIII.
URWIS.

Wróćmy teraz do plebanji, gdzieśmy zostawili Maćka sierotę, ukrytego przez Magdę, Klechów rozmawiających na ganku i Lagusa spiącego w karczmie.
Zaraz po obiedzie, w czasie którego organista ciągle się zżymał na samą myśl, że przytulony sierota przykłada się do oczyszczania mis i odjada go, rozeszli się Klechowie po wsi. Została Magda tylko w kuchni, a Maciek w izbie proboszcza.
Dziwnie czegoś stara kucharka zamyślała się sparta na odrapanym łokciu, jak nigdy nie bywało, widok Lagusa wprawiał ją może w te myśli niezwykłe. Widzieliśmy, że w czasie opowiadania Maćka wyrwała się mimowolnie z wyrażeniem dającem do zrozumienia, iż dziad ten obcy jej nie był. Widzieliśmy, że przybycie jego uczyniło także wrażenie na kucharce.
Przeszłe jej życie, pokryte dla nas najgrubszą ciemnością, dozwala domyślać się dawnych jakichś, nie zapomnianych jeszcze stosunków.
Nie długo zasnąwszy Lagus przebudził się i posłyszawszy głosy w karczmie, udał wewnątrz. Tam już była cała klesza gromadka, w towarzystwie Zawalidrogi i innych wieśniaków piwo zapijająca. Posiedziawszy chwilę na ławie i dowiedziawszy się zręcznie, że pleban nie wrócił jeszcze, z udaną obojętnością Lagus wszedł wprost do plebanji.
Psom które nań szczekać poczęły przeraźliwie we wrotach, rzucił przygotowane gałki z torby, a sam oglądając się do koła z miną człowieka, dla którego żaden rzut oka nie jest straconym, pospieszył ku gankowi. Magda już była w progu, ale pomięszana niewymownie i sama niewiedząc co począć z sobą. Chciała wołać na czeladź, ale głos jej zamierał w ustach. Z wejrzenia znać było, jak srodze lękała się Lagusa.
Dziad nic nie mówiąc do niej, usiadł na ganku.
— Ha! nie poznaliście mnie, pani gospodyni, rzekł po chwilce, a powinnibyście taki trochę pamiętać, bośmy dawniej z sobą bywali.
— Na Boga cicho, cicho. Jeszcze kto posłyszy!
— A cóż mi tam, niech słuchają. Toż gdyby spytali, potrafię powiedzieć i gdy was widziałem i coście tam robili w Krakowie.
— Milcz, stary, czego chcesz odemnie? Czego chcesz?
— Ot! naprzód jeść by się należało, rzekł Lagus podnosząc łeb.
Magda poskoczyła do kuchni, dziad tymczasem uchylił drzwi komnaty księdza i spojrzał. Maciek spał na posłaniu. Pokręciwszy głową, Lagus usiadł znowu na swojem miejscu. Wkrótce kucharka mu wyniosła misę strawy i kawał chleba z serem.
— Na, jedz i idź sobie z Bogiem, odezwała się stawiając przed nim. Bodaj ci bokiem wylazło.
— O! o! a na cóż te klątwy! na starego przyjaciela.
Spokojnie, powoli, zajadał dziad, niekiedy tylko rzucając na Magdę wejrzeniem, którego ona napróżno chciała uniknąć. Skończywszy strawę, a schowawszy chleb i ser do torby. —
— To się przyda, rzekł, na głodny dzień.
— Z panem Bogiem, zawołała Magda i idźcie sobie, niech was Bóg prowadzi.
— Już to byście mnie wygnać chcieli? spytał Lagus szydersko. Oj! a kiedy nie pójdę?
— Ksiądz zaraz powróci.
— Albo to ja się go boję?
— Klechowie nadejdą.
— Piją oni i pić będą pewnie do wieczora. Zresztą choćby też i wrócili?
— Ale ja nie mam czasu, zawołała Magda, iść muszę.
— To idź sobie, rzekł dziad, ja tu posiedzę. Co to boicie się, abym czego nie ukradł?
— Może i to być.
Dziad pokręcił brodą, chrząknął i wstając rzekł:
— Czekać muszę na proboszcza, żeby mu coś powiedzieć o jego kucharce.
Magda zbladła.
— Tylko mnie nie strasz, jak by przyszło gadać, znalazłoby się co i o tobie, stary.
— To ja wiem, żem nie anioł.
— Boś czart duszą i ciałem.
— To, to nic. Ale, człeczysko jak wszyscy. Słuchaj no Magdo, jest tu u was chłopiec jakiś?
Kucharka zafrasowała się, poczerwieniała, otarła fartuchem i żywo odpowiedziała:
— Był, ale poszedł.
— Doprawdy? drwiąco rzekł dziad, a! poszedł! poszedł spać. Nie prawdaż?
— Kiedy ci mówię, że poszedł.
— Kiedy ci mówię, że jest.
— Nie ma.
— Tylkom co go widział śpiącego, odparł Lagus.
— A choćby i był, to cóż? nabierając odwagi zawołała kucharka.
— Ja go potrzebuję i muszę z sobą wziąść, krzyknął dziad wstając. A nie, a będziesz ty mi się przeciwić, to poczekam na proboszcza i powiem mu wszystko co o tobie wiem.
— Gadaj sobie, — z udaną obojętnością zawołała Magda — nie boję się.
— Nie boisz? zobaczemy!
— Zobaczemy.
Nastąpiła chwila milczenia, Lagus poskrobał się w głowę.
— Długo czekać, rzekł, a mnie pilno.
— Cóż będzie Magdo?
— Nic nie będzie.
— To taki chcesz, abym wszystko wyśpiewał, abyś miejsce utraciła, a może i gorzej jeszcze?
Magda była tak pomięszana, że słowa wyrzec nie mogła.
— A jak mi pozwolisz chłopca wziąść.
— Choćbym go i wziąść dozwoliła, to jak? — cicho odezwała się kręcąc fartuch w palcach.
— E! na to poradzim. Ty pójdziesz go zbudzić i powiesz mu, że kobieta jakaś czeka na niego w karczmie i przysyła za nim.
— Ale ja tego nie zrobię.
— Dla mnie Magdo? śmiejąc się rzekł Lagus. Co to tobie się stało? ty dawniej taką nie byłaś upartą, pamiętasz?
Kucharka aż się cofnęła, całą jej twarz oblewał pot zimny.
— A nie, to poczekam na księdza proboszcza, obojętnie rzekł Lagus siadając.
I spojrzał na nią, ona nic nie odpowiedziała, ale dziad widział już że ją strachem pokonał, wziął kij w rękę, nasunął czapkę na oczy i odchodził.
— Powiedz mu, rzekł cicho, że jakaś kobieta czeka na niego w karczmie, słyszysz! powiesz?
— Powiem, szepnęła Magda. Ale ty go nie zabijesz Lagus?
Dziadzisko ruszył ramionami i ozwał się odchodząc:
— A po kiego djabła?
Ufny w przyrzeczeniu kucharki, poszedł nie odwracając się już do wrót, a psy nań nie szczekały. Oba leżały i dyszały pod krzakami, jakby je pragnienie wewnętrzne paliło, a sił nie miały wstać i pójść do wody, Lagus spojrzał na nie uśmiechając się.
Po odejściu dziada, Magda usiadłszy na ganku płakać poczęła gorżko. Za swoją to zapewne młodością, którą odpokutowywać srodze musiała, gdy jej już po trosze zapomniała, za dawnemi przewinieniami, które jej Lagus przypomniał. Kilka razy szła do drzwi, gdzie spało dziecko, wracała i płakała znowu. Aż Maciek przebudzony sam wyszedł w ganek.
Na widok uśmiechającej się twarzyczki biednego dziecięcia, kobiece serce zadrgało w piersi, ciężko było tego aniołka wydać w ręce Lagusa, którego zdawna znała, którego się lękać miała prawo. Strach o siebie kilka razy naglił ją wyprawić Maćka do karczmy, to znowu litość wstrzymywała. W tej walce bojaźni z uczuciem politowania, zwyciężyło nareszcie uczucie szlachetniejsze. Tak dzieje się zawsze w sercu kobiety, gdy tylko ma czas wyrobić w sobie zwycięztwo. Całkiem przeciwnie dzieje się z mężczyzną.
— Słuchaj, rzekła Magda zbierając się na odwagę. Lagus nie poszedł, on tu jest, czatuje na ciebie, czeka pod karczmą. Może napaść w nocy. Idzie z Krakowa. Uciekaj.
— Dokąd? — spytał chłopiec — nie wiem drogi, nie mam chleba.
— Uciekaj nazad do Krakowa, żywo dodała kucharka, on cię tam szukać nie będzie. Ja mu powiem, żem cię wyprawiła w inną stronę. Oto masz chleb, zawołała biegając i krzątając się, uciekaj. Nie idź wielką drogą. Szedłeś tu z Krakowa, trafisz więc nazad, tam będziesz bezpieczniejszy.
To mówiąc Magda sama trzęsąc się ze strachu wyprawiała Maćka, który starał się napróżno wzbudzić w sobie odwagę. Wspomnienie napaści przestrach w nim wzbudzało, uczucie swojej bezsilności przerażało chłopca. Dając się jednak przekonać kobiecie, która z wzruszeniem ukazywała mu prostą drogę po za plebanją, krzakami idącą, Maciek z młodzieńczym pospiechem ruszył co tchu.
Dopóki widzieć go było można, Magda stała i patrzała, nareszcie straciwszy z oczów, wróciła do plebanji, i jęła się z pozorną obojętnością zamiatać i porządkować w izbach.
Nie upłynęła godzina, a Lagus był znowu w dziedzińcu. Chmurnem okiem popatrzył na Magdę i z gniewem zawołał:
— A co?
— Co? wszakżem ci go posłała, nie ma kwadransa jak poszedł.
To mówiąc kobieta roztwierała umyślnie drzwi izby, w której Maciek spał wprzódy, i tak doskonale udawała zadziwioną, że dziad na chwilę dał się uwieść.
— Pewnie? spytał.
— A jużciż pewnie! Takiegoś mnie strachu napędził.
— Którędy poszedł?
— Ku wsi, powiedziałam mu że na niego tam kobieta czeka w karczmie, a jeśli by jej nie znalazł, aby dalej wprost drogą doganiał.
Dziad niby wahał się, wątpił, ale zaraz potem, upewniony wejrzeniem śmiałem Magdy, słowa nie rzekłszy poszedł.
Nad wieczorem popowracali Klechy z karczmy, i Magda łatwo im wytłumaczyła odejście Maćka. Organista wielce się tem ucieszył. Ale dla wszystkich straszny był powrót plebana, który w rzeczach jego samego się tylko tyczących powolny aż do zbytku, gdy o wiarę, obowiązki lub bliźniego chodziło, nie przebaczał. Jakoż na pierwsze pytanie zmięszała się Magda najbardziej i nie wiedziała co mówić; ale proboszcz nie dał się uwieść ponowionym z początku zapewnieniom, że chłopiec poszedł dobrowolnie.
Psy swoje podwórzowe zobaczywszy strute, miarkując coś z pomięszania kobiety, począł ją wybadywać pilniej.
Nie wchodząc w szczegóły, gospodynia zeznała, że wyprawiła chłopca, lękając się aby go przybyły dziad nie pochwycił. Opowiedziała gdzie, w którą stronę poszedł. Ale już nie czas było gonić za nim, choć proboszcz z razu chciał to uczynić. Lagus, pomimo że się jego przybycia co chwila spodziewała Magda, nie ukazał się dnia tego, ani następnych.
Tylko z wieczora jakiś nieznajomy człowiek dowiadywał się pilnie o niego w karczmie i na probostwie. Żyd widział go idącego w stronę przeciwną Krakowa. Tam też pogonił za nim jezdny.
Wróćmy do Maćka, który pędzony strachem, przedziera się nieznajomemi drogami ku Krakowu. Sam jeden, o kawałku chleba tylko, bez grosza, ranny jeszcze, bo głowa nie miała się czasu zagoić, puścił się żywo z Zębocina ku stolicy nazad. Spodziewał się on znaleść tam Agatę, pana Czuryłę i opiekę Senjora bursy, ale lękał spotkania z Urwisem, który go wydał w ręce dziadowi.
Nie wiedząc jeszcze jak sobie pocznie z nim, jak da rady później, unikając bliższego niebezpieczeństwa, żywo szedł w skazanym mu kierunku. Minął miasteczko i puścił się polami; nogi znużone dygotały pod nim, a strach naglił, obracał się co chwila poglądając czy dziad za nim nie goni, ale nie było nikogo. Nieco uspokojony, począł się modlić, bo wychowany przez kobiety i księdza, miał we zwyczaju modlitwę, tak że usta same się do niej niejako, nie czekając duszy sklejały. Dusza później dopiero na słowo przylatywała.
Dzień wietrzny i chłodny miał się ku schyłkowi, czerwono zaiskrzone niebo, poprzecinane chmurami sinemi i granatowemi, coraz a coraz ciemniało. Przed nim dymiła w parowie leżąca wioska z krzyżem kościoła, żurawiami swych studni i stadem wron unoszących się nad gołemi drzewy. Ludzie wracali z pól z pługami, witając podróżnego pobożnemi słowy:
— Niech będzie pochwalony.
Nagle jak widziadło jakie, przed zamodlonym stanął z twarzą zaognioną i oczyma błyszczącemi — Urwis.
Pierwszą myślą Maćka było uciekać, ale nim mógł zawrócić się, już schwycony silnie za rękę, wyrwać się nie mógł.
— Bracie, ach! bracie, zawołał spotykający go żak, ja za tobą gonię! Przebacz mi, jam cię zdradził! Na Boga, nie wiedziałem, co ten pies chciał zrobić z tobą, skłamał przedemną mówiąc, że cię do jakichś krewnych chce prowadzić. Klnę ci się na Boga, na wszystko święte i na pamięć biednego ojca mego, żem ci źle uczynić nie chciał. Dowiedziawszy się, żeś piekielną zdradą dostał się z mojej przyczyny w ręce łotrowskie, biegłem umyślnie za tobą, aby cię bezpiecznie do Krakowa zaprowadzić. Daruj mi! odtąd bratem ci będę i obrońcą. Chodź, chodź!
Pomimo widocznej szczerości tych wyrazów Urwisa, który burzył się sam myślą swej mimowolnej zdrady, Maciek bojaźliwie go powitał i nie bardzo chciał mu dać wiarę. Ale wkrótce niepojęta władza szczerości i prawdy, tchnąca ze słów żaka, zajrzała mu do serca.
— Więc tyś mnie źle nie życzył? spytał, ty nic nie wiedziałeś?
— Na imię ojca, to u mnie największe zaklęcie, przysięgam, że nic nie wiedziałem. Teraz, ja i ty, dwa palce jednej dłoni, nic nas nie rozdzieli.
Tu dopiero powoli idąc ku wsi, oba poczęli sobie wzajemnie rozpowiadać co się działo w Krakowie po porwaniu Maćka; co się działo z Maćkiem od czasu porwania.
Urwis, zepsute chłopię, miał jednak serce młodzieńcze, co się łatwo poruszało, słysząc jak dziad męczył Maćka, burzył się i pięści zaciskał.
Stanęli w plebanji na noc, gdzie naturalnie jako żacy do szkoły się wprosili. Ledwie się spać układli, gdy głos Lagusa dał się słyszeć pode drzwiami, Maciek struchlał, Urwis pochwycił na nogi.
— Pozwolicie przenocować, rzekł Lagus za drzwiami do dzwonnika, chłód na dworze, idę z miejsc świętych, od Kalwarji.
Nie słychać było odpowiedzi, ale widać dozwolono dziadowi położyć się w szkole, bo drzwi się przetwarły i wskazano komuś miejsce pod piecem. Ciemno było w izbie zupełnie. Lagus zrzuciwszy sakwy, marmocząc pacierze upadł znużony na przypiecku.
Urwis tymczasem ściskając rękę Maćka aby milczał, podniósł się nieco, słuchał i gotował kij podróżny, rozszarpując sznury swojej torebki.
Wkrótce ucichły pacierze i głośne chrapanie znać dało, że dziad usnął. Urwis zbliżył się ku niemu, obmacał ostrożnie i dopatrzywszy, że ręce obie nad głową założył, ściągnął je kluczką swojego sznura. Nim dziad się przebudził, trzy czy cztery razy obmotał mu pięści, a korzystając z bezwładności ich, począł obwiązywać gębę.
Silny łotr rwał się i miotał na wszystkie strony, ale napróżno, sznur był mocny, płachta zatulająca gębę w kilkoro złożona, do tego jeszcze nielitościwy Urwis po cichu zwalił blisko stojącą ławę dębową na piersi dziadowi, i tak wszystko urządziwszy aby do ranka ruszyć się nie mógł, sam wziąwszy za rękę Maćka, po cichu ze szkoły oknem wylazł.
— Nie bój się, rzekł mu gdy wyszli, mamy całą noc przed sobą, a ja drogę doskonale znam.
I to mówiąc pospieszył za płotami na gościniec, który ku Krakowu zmierzał.

KONIEC TOMU DRUGIEGO.





ZYGMUNTOWSKIE CZASY
POWIEŚĆ
z roku 1572
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.

Wydanie nowe, przejrzane i poprawione przez Autora.

Tom III.

LWÓW.
W księgarni Gubrynowicza i Schmidta
przy placu św. Ducha I. 10.
1873.

WARSZAWA.
W księgarni Michała Glücksberga.

Nakładem Rogosza, Pillera i Gubrynowicza & Schmidta.
Drukiem Kornela Pillera.





I.
LISMANIN.

Na ulicy Ś. Jańskiej, w kamienicy wielkiej, zwanej pospolicie Brogiem, której drzwi świeżemi okowy umocnione, z obu stron murem wystającym zakryte były, fórtka otwierała się nieustannie wpuszczając wewnątrz ludzi ze wszystkich stron miasta zbiegających, opończami i czapkami po większej części tak zakrytych, że twarzy ich nie łatwo dostrzedz było można.
Inni zdawali się znowu jakby naumyślnie, odważnie lice swoje przechodzącym ukazywać. Stukali do fórtki głośno, aby na siebie zwrócić oczy, gdy drudzy potajemnie przekradłszy się osłonieni do drzwiczek, pukali nieśmiało oglądając do koła. Jedni szukali oczów ludzi, drudzy ich unikali. Młodsi szydersko spoglądając na lud, zwycięzko wchodzili do Brogu, starsi drżeli biorąc za klamkę.
Lud przepływający ulicę i sąsiedzi spoglądali na kamienicę okiem bojaźń, ciekawość i pewien wstręt objawiającem.
Szmer wychodzący z niej, postacie ukazujące się w oknach, wszystko aż do surowego oblicza odźwiernego, który wyglądał ze drzwi, zastanawiało przechodzących.
Od rana począwszy zgromadzanie się ludu różnych klas zwiększało do południa, po nim fórtka zamknęła i śpiewy tylko lub głosy mówiących oznajmywały o licznym zbiorze wewnątrz. Bróg był zborem, pierwszym zborem reformowanych w Krakowie; lud co do niego napływał, wszystek już odpadł od matki kościoła, lub pragnął nowej nauki. W r. 1571, 26. sierpnia kamienica ta kupiona i na protestancki dom modlitwy przeznaczoną została.
Lecz zwróćmy się nieco i cofnijmy ku przeszłości, aby lepiej późniejsze wypadki wyrozumieć.
Wiemy jak reforma weszła do Polski, pierwsi jej apostołowie byli to ludzie, ani nauką obałamuceni, ani nadużyciami znękani; ale po prostu chciwi nowości, zepsuci, zawsze nowych swobód pragnący, budujący swoje znaczenie i wielkość chwilową na odszczepieństwie. Jest na nieszczęście w człowieku coś, co go pociąga ku złemu, fatalną ciekawością, niepokojem jakimś dręczącym. A gdy złe jeszcze zakazane, prześladowane, gdy niebezpieczeństwo grozi, tajemnica otacza, ludzie niebezpieczeństwem, zakazem, tajemnicą pociągani bywają silniej, niż najszlachetniejszemi pobudki gdzieindziej. Smutna to — ale prawdziwa. Reforma do Polski nie weszła przez uczonych, nie zaszczepiła się przez ludzi wielkich z ucisku głos zbolały podnoszących; apostołami jej byli: młodzież powracająca do kraju z zagranic, dumna nową nauką, oszuści, wywłoki mnichy, a po trochu malkontenci magnaci, którzy w sprawie religijnej szukali przewagi politycznej dla siebie i familii swojej. Stając na czele reformowanych, groźnie opierając się duchowieństwu katolickiemu, koalizując się przeciwko panującej wierze, nabywało się łatwo znaczenia, jakiego inne i większe zasługi dać tak prędko nie mogły.
Ludzie tak roją o prawdzie, że często w namiętnem jej poszukiwaniu błądzą, każde błędne światełko biorąc za nią. Tak się stało z reformą; duma, pierwszy do niej bodziec, stworzyła ją, ciekawość niespokojna przyjęła. Właśnie w ciągu panowania Zygmunta Augusta rozszerzać się silnie po kraju poczęła nowa nauka, którą tak doskonale zwali praojcowie nasi nowinkami. Nowinki więc wittembergskie i genewskie zewsząd poczęły kraj zalewać, a nic im tamy położyć nie mogło. Duchowieństwo oporem swoim z początku pociągało jeszcze ku niebezpieczeństwu, które mając pozór jego, nie było istotnem.
Największem złem na ówczas stała się obojętność panującego, który z kolei dawał ucho i serce duchowieństwu katolickiemu i reformowanym. Z jednej kancelarji, z jednym podpisem i pieczęcią, wychodziły z kolei listy zapewniające prawa i swobody dawnej wiary ojców, i broniące a zasłaniające od wszelkiego mięszania się duchownej władzy nowowierców. Jednego dnia podpisywano zakazy opowiadania nowej nauki, i przywileje na zbory i domy modlitwy. Z tego wszystkiego i z całego postępowania słabego Augusta widać, że tajemną miał do reformy skłonność. Szczęściem wszystko co go otaczało nadto tchnęło katolicyzmem, aby się odważył wyraźnie objawić co myślał. Ale przyjęte dedykacje i listy Konrada Gesnera, Henryka Bullingera i Kalwina, odpowiedź królewska Internuncjuszowi Lippomanowi, wyjazd jego do zboru w Wilnie, dowodzą tajemnej sympatji dla reformy. Wszystko zdaje się przekonywać, że Radziwiłłowie, pierwsi w Litwie apostołowie reformy, wpoili także w króla to zamiłowanie nowinek.
Nadto zawsze wahający się aby miał zerwać z całą przeszłością, August objawiał tajemne swe myśli nieznacznemi łaski i protekcją ludzi, pomawianych o rozszerzanie niebezpiecznych zasad.
Jednym z pierwszych w Polsce najniebezpieczniejszych może apostołów reformy i zapewne nie bez wpływu na Zygmunta Augusta, do którego osoby łatwy miał przystęp, był człowiek zepsuty, chciwy swobody, namiętny i chytry, na dworze Bony wyuczony sztuki skrywania swych myśli, Włoch, mnich franciszkan Franciszek Lismanin. W początku sprawiał on obowiązek spowiednika przy królowej matce, a spowiedź tej kobiety, której ręki syn lękał się dotknąć aby w pocałunku trucizny mu nie dała — była może dla człowieka niepewnego charakteru pierwszym szczeblem do niewiary. Lismanin wyuczył się przewrotności przy niej: mnisza suknia ciężyła mu, życie klasztorne go dusiło, nie mając ducha swego stanu, męczył się położeniem swojem. Jemu potrzeba było znaczenia, bogactw, swobody, nie pokornej misji pocieszyciela, nie zaparcia się ciała i przyszłości doczesnej. Lismanin potajemnie z początku na księgach wyszłych w Wittemberdze, Lipsku i Bazylei uczył się zasad nowej nauki, nauki dumy, którą zwano nauką rozumu. Pochwytawszy zasady, zresztą łatwe do pojęcia, bo na jednym gruntujące się przeczeniu, rozpoczął nawracanie. Wielu ciekawych, wielu chciwych nauki, wielu płochych i niespokojnych, przybiegli ku niemu w nadziei dowiedzenia się co to jest przecie ta nowość, która światem wstrząsać poczynała. Między uczęszczającymi do Lismanina na konferencje jego liczą nawet ludzi, których zkąd inąd posądzać o to trudno; mianowicie jednego kanonika krakowskiego Drzewickiego, Jakóba Uchańskiego kanonika także, potem referendarza i arcybiskupa prymasa, także Andrzeja Zebrzydowskiego, później biskupa krakowskiego. Bywał tam też Jan Trzecieski, Bernard Wojewódka mieszczanin i drukarz krakowski (Erazma Rotterdama uczeń), Jakób Przyłuski, Andrzej Frycz Modrzewski i inni. Zbierano się już w Krakowie, już w niedalekiej wiosce Aleksandrowicach; a Samuel Maciejowski, ówczesny biskup krakowski, spostrzegłszy to, wszelkiemi sposoby starał się rozszerzaniu nauki zgubnej zapobiedz. Lismanin wszakże mający opiekę w królowej matce i królu młodym, którego ciekawość naukową i skłonność do nowinek podsycał, w początku nie wiele się lękał zamachów biskupa. Reforma codzień w Polsce liczniejsza, silniejsza, codzień się stawała do ujęcia w kluby trudniejszą. Co w początkach na kilka osób, to teraz na tysiące wymierzać trzeba było, a takie prześladowanie, znęcanie się, i ciężkie i niebezpieczne. Smutno pomyśleć, że liczba obłąkanych zawsze prawie wymawia obłąkanie.
Maciejowski napróżno jednak chciał zręcznego Lismanina złapać, napróżno ostrzegał królowę i młodego króla o myślach tego człowieka. Dla potępienia niebezpiecznego apostaty, potrzeba było cokolwiek schwycić książkę, pismo, a tego Włoch nie dozwolił. Kilka razy powiadają, biskup wchodził do biblioteki Lismanina pod pozorem znajomości i stosunków (bo głoszono nawet, że biskupstwo krakowskie, za wstawieniem się franciszkana od Bony otrzymał), zabawiał się z nim poufale (Lismanin lubił bardzo grać w piłkę), ale schwytać Włocha na słówku, na piśmie, na najmniejszej oznace odszczepieństwa, nie było można. Skrycie reformator, pozornie był katolikiem; a choć wszyscy wiedzieli o konferencjach w Aleksandrowicach, nikt złapać tam ich z p. Karnińskim i innymi spólnikami nie mógł.
Tymczasem Lismanin wybierać się począł do Włoch, wysłany przez Bonę dla powinszowania wstąpienia na stolicę apostolską Pawłowi III, a wieść niosła, że Maciejowski obawiający się powrotu Lismanina, papieżowi go wskazał jako niebezpiecznego człowieka. Lismanin zawsze szczęśliwy dowiedziawszy się o tem podobno od Stanisława Karnkowskiego, podróżującego po Włoszech, nie dał się złapać.
Aż i Franciszek Stankar przybył do Polski, wezwany dla nauki języka hebrajskiego w akademji krakowskiej przez samego Maciejowskiego, nic o jego sposobie myślenia niewiedzącego na nieszczęście.
Położenie Lismanina, coraz krytyczniejsze, stawiąc go jako mnicha pod władzę bezpośrednią duchowieństwa, z drugiej strony uzyskana już przez nowowierców bezkarność, — natchnęły wreszcie myślą zrzucenia maszkary i pokazania jawnie kim był. Nie czekając więc dłużej, Franciszek Lismanin, do zguby za sobą wciągając kilku jeszcze słabych towarzyszów zakonników, zrzucił suknię mniszą i przyłączył do wyznawców nowej wiary.
Miasto zerwania z nim wszelkich stosunków, Zygmunt August nie przestał wywłokę okrywać swoją opieką; owszem zdaje się nawet że Lismanin począł na ówczas serjo myśleć o nawróceniu króla i że nie inszy był cel podróży jego późniejszej, jak przywiezienie ksiąg ku temu posługiwać mających. Tajemnie król rozkazał mu przygotować się do drogi, dostarczył na nią pieniędzy, polecił znaczne kupno ksiąg za granicą i szczególnie do Szwajcarji go skierował. Wyprawiony mnich haniebnie zawiódł zaufanie Augusta, i czy to obawiając się skutków dalszych swego odstępstwa, czy nie ufając królowi, aby się miał otwarcie nawrócić, pomimo namowy i przekonywania niejakiego Budrzyńskiego, z nim jako dworzanina jadącego, z pieniędzmi na księgi danemi pozostał w Genewie.
Ale z wyjazdem promotora reformy, nie odjechała zasiana przez niego nauka, uczniowie jego rozsiewali ją po kraju, przybywali nowi, którym bezpieczna Polska smakowała.
W początkach tulące się po wsiach nie daleko Krakowa zbory i domy modlitwy, powoli do stolicy wciskać poczęły. Na Krzemionkach, potem w Woli Decjuszowskiej, blizkiej miasta, w Chełmie u Chełmskiego chorążego Krakowskiego, zbierali się nowowiercy; a predykowali tam Sarnicki, Wiśniowski, Pauli i Przasnyski. Ośmieleni bezkarnością Justus Decius (syn Ludwika) dworzanin królewski i Bonar kasztelan biecki, spróbowali w samej stolicy urządzić domy modlitwy.
Przyłączyli się do reformowanych nowo, anti-trinitarjusze, i nauka ich szkodliwszą jeszcze wszystkim się wydając, wzbudzając wstręt powszechny, rzuciła naprzód cień na całe zbory. Coraz się później urządzając i asystencją swą legalizując, reformowani ośmielili się szkoły w samym Krakowie otworzyć. Nabyto ogród za cmentarz oddzielny służyć mający za bramą Mikołajską, którego kupno August, zawsze łatwy dla wszystkich, potwierdził przywilejem 1569. Naostatek dom murowany wielki na ulicy Ś. Jańskiej, zwany Bróg, o którym wyżej wspomnieliśmy, kupiony i prawie otwarcie nabożeństwo doń wprowadzono w r. 1571.
Z kilku przywiedzionych faktów łatwo miarkować, jak tu codziennie podrastała reforma; nie walką otwartą idąc, ale skrytem podziemnem działaniem nieustannem. Życie Franciszka Lismanina jest normą obcych apostołów w Polsce nawracających — krajowcy szczersi w swem obłąkaniu, więcej litość niż pogardę wzbudzają. Później dopiero, widząc ich wiążących się z obcemi i pukających o pomoc we wrota nieprzyjaciół, przekonywamy się, że przestali, rzucając wiarę narodową, być synami swojego kraju.
Lecz wróćmy do kamienicy naszej.
Był to dzień ósmy Grudnia, w którym katolicki kościół święto Niepokalanego Poczęcia Matki Bożej obchodzi. Protestanci dnia tego, nie dla święta, które odrzucali, ale widocznie z innego jakiegoś powodu zbierali się tak licznie do Brogu, ponieważ zwykle widywano ich w niedzielę uczęszczających do nowego zboru; zadziwiał się lud temu, nie mogąc pojąć, dla czego w święto katolickie protestanci schodzą się na swoje kazanie. Pomimo że w liczbie nawróconych było wielu panów, wielu bogatych mieszczan i ludzi do dnia wartości nie przywięzujących, więcej jednak daleko, zwłaszcza niemieckiego pochodzenia rzemieślników i takich, którzy pracując na utrzymanie codzienne, niedzielę tylko mieli swobodną.
Kilku żaków spieszących do kościoła na nabożeństwo, zatrzymali się słysząc śpiew we Zborze.
— Słyszysz — Pawełku? rzekł Janek, co to ryczy?
— Heretycy po swojemu Pana Boga chwalą.
— Co to? i u nich święto?
— Kat ich wie — a musi ich tam być dosyć, bo aż na ulicy psalmodją słychać.
Podnieśli oba oczy do góry, chwilę stali i kiwali głowami do siebie, dziwując się.
— Dalej, dalej, rzekł Pawełek, w miejscu kogutka na dachu, dzwoneczek przyczepią, potem dzwonek, potem dzwon, potem dzwonisko i będą się w głos o białym dniu na modlitwę wołać. Patrzaj co za zuchwalstwo!
Znajoma nam pani Marcinowa, przekupka, idąc z koszykiem podle, zatrzymała się także.
— Patrzaj ich! toć to już się nie kryją nawet.
— Czego się mają kryć, dorzucił przechodzący Czuryło. Toho łycha co dzień więcej, co dzień śmielsze, a kiedy im ksiądz biskup nic nie mówi, król nosa nie utrze, muszą hardzieć.
— Ależ mój dobrodzieju, zawołała Marcinowa, im to może wszystko jedno; ale nam, nam cośmy do naszego Pana Boga przywykli, strach w jednem mieście z niemi mieszkać!
Skaczy wraże, jak pan każe, odparł ponuro pan Czuryło.
— Ale to Pan Bóg ukarać musi — a karając ich, tych nieprzyjaciół ś. Trójcy, i nam się gotowo dostać.
— Nie bójcie się moja Jejmość, rzekł szlachcic, gdzie jest dziesięciu sprawiedliwych, tam stu złym dla nich Bóg przebacza.
— Prawda i to.
— Ale czego to oni się dziś zeszli? czy u nich święto?
— Gdzie zaś! Musiał jakiś predykant z za granicy przybyć z nowem bałamuctwem.
— Najpewniej — dodał wyglądający przez okno mieszczanin, bo od rana ruch był niezwykły, powiem państwu, że człowiekowi zimno się robi myśleć, co tam za horrenda i pudenda w tym domu. Kiedyś to się zapadnie. Ja tu już mieszkać nie chcę, abym tylko dom sprzedał, w drugi koniec miasta się wyniosę.
Takie były rozmowy, uwagi, postrzeżenia i strachy większości ludu, a to nie tylko w Krakowie ale wszędzie.
Wejdźmy do środka.
Z ciemnego przejścia, schody wiodły na górę; tam wielka sala, której okna wychodziły na ulicę, służyła za miejsce modlitwy. W jednym jej końcu znajdował się stół suknem pokryty, na nim krucyfiks i dwie świece, ozdób i obrazów żadnych, ściany nagie, kilka na nich napisów z pisma świętego, na wielkich deskach czarnych wywieszonych, zawierały główne teksta, któremi, źle je wyrozumiawszy, podpierali się reformowani.
Sala ta pełna była ludzi różnego stanu płci obojej, po większej części stojących. Kilkanaście znakomitszych osób było na przodzie, wydatnie, jakby przytomnością swą dowodzić chcieli, że wiara nowa ma w wyższych klasach społeczeństwa opiekę i współczucie.
Stary, siwy, z krótko postrzyżonym włosem, wysokiego wzrostu, ogorzałej twarzy, od której dziwnie białe odbijały włosy — czarno ubrany mężczyzna mówił do zgromadzonych słuchających go w uroczystem milczeniu. Teksta jakie na ówczas wybierali pospolicie predykanci, nie ściągały się jak teraz do nauki moralnej, ale do dogmatów w kontrowersji będących. Dla tego zapewne i każący pastor objaśniał ludowi swoją komunję pod dwoma postaciami, dla tego mówił przeciwko bezżeństwu księży.
Łatwo miarkować, jakie w drugiej części mowy zachodziły argumenta. Nienawiść katolicyzmu wywlekła tam wszystkie owe szkaradne powiastki, cały stos plugastw w pół zmyślonych, w pół przekręconych z prawdy, wyjątkiem tylko będącej nie prawem.
Życie mnisze, zakonne, to życie tak święte i wielkie, zostało zaparte, zniweczone, oplwane; możność poskromienia namiętności — zaprzeczona.
Mówca z niepospolitym zapałem odzywał się, a rzecz jego z energją, z dziwną czasem w bezwstyd przechodzącą naiwnością rozwinięta, w języku pełnym barwy, przeplatana śmiesznościami, żarty, powiastkami, widocznie zajmowała i przekonywała słuchaczy.
Każąc zdawał się predykant walczyć, tak się gniewał, srożył, tak namiętnie czynił sobie sam zarzuty i odpierał je gorżkiemi szyderstwy; tak się wysilał na dowody przeciwko własnym zręcznie wrzuconym podaniom katolickim. Widać było ze wszystkiego, że mu najbardziej chodziło o to, aby zmazać w nawróconych wszystkie ślady wiary odstąpionej, aby okazać jej mniemane fałsze i szkodliwe błędy.
Niekiedy gdy rzucał klątwy i szyderskie na katolicyzm zarzuty, twarz predykanta zmieniała się, czerwieniła, oczy występowały na wierzch, ręce drgały konwulsyjnie, ciało dygotało, pierś dyszała, zęby się z pod warg zsiniałych ukazywały. Na ówczas nie był to minister słowa Bożego, jak ich na ówczas zwano, ale zajadły prześladowca; nie był to łagodny opowiadacz słodkiej nauki, ale chciwy krwi i prześladowania człowiek. Drżał, rzucał się, biegał, padał, podnosił, wyciągał ręce, przewracał oczyma, pienił.
Znać było w nim, że niedawno jeszcze rozstawszy się z nauką, którą usiłował współwyznawcom obrzydzić, chciał siebie także przekonać, chciał swoje także odstępstwo we własnych uniewinnić oczach, swoje sumienie drgające jeszcze zagłuszyć.
Rzadko wielki zapał nie wzbudzi współczucia. Tak się i tu stało, pomimo przesady, gwałtowności, obrzydliwego znęcania nawet nad rzeczami, które wielu z przytomnych przywykli byli uważać za szanowne i prawie święte — mowca wszystkich żywo poruszył, i gdy poczynając psalm śpiewać sam, skończył kazanie, lud pozostał pod wrażeniem jego na długo.
Po odśpiewanych psalmach i pieśniach, po ukończonem nabożeństwie, ludzie zebrani rozchodzić się poczęli. Ale nie razem. Znaczniejsi pozostali jeszcze, inni obawiając się kupą wysypać na ulicę, umawiali kto wprzód miał wynijść. Poczęto z cicha rozmawiać.
— Kto to jest? pytali mieszczanie, ten stary nowy predykant?
— Powiadają że przybył z daleka.
— A po polsku tak mówi, jakby się w Polsce wychował.
— Bo się w niej wychować musiał. Teraz przybywa z Szwajcarji, ale o tem wara rozpowiadać obcym.
Staruszek który stał podle rozmawiających, szepnął im cicho...
— Ja go znam.
— Któż to jest?
— Pst! cicho!
— I ja go znam — rzekł drugi, albo się bardzo mylę, albo to jest...
— Cicho — nie rozpowiadajcie jeśliście go poznali. Bóg wie! Mówią że ksiądz biskup i między nas rozsyła swoje szpiegi.
— O! to pewna, lepiej milczeć.
— Chodźmy do domu — po drodze wam powiem, dodał staruszek, któren z ubrania na rzemieślnika wyglądał.
Gdy wyszli we trzech na wschody, obejrzawszy się bacznie, stary szepnął bliższemu, a wszyscy się dla słuchania go ponachylali.
— Wiecie, bywałem dawniej za młodszych lat używany od królowej matki do malowania izb w zamku; widywałem tam wszystkich dwór składających, często między innemi — spowiednika...
— Królowej?
— Bony, Bony — franciszkana. Ten się później na światło prawdziwe nawrócił i stał wielkim filarem kościoła Bożego; zwał się Lismanin.
— Miałżeby to być on?
— Niechybnie. — Zestarzał, alem go poznał. Zachwyciwszy coś pieniędzy królewskich na księgi, wyjechał do Helwetów i tam ożeniwszy osiadł. Król JMość powiadał słyszę, że gdyby go miał kiedy w ręku...
— Ale to nie może być on. Jakżeby śmiał?
— Otóż to i mnie dziwi.
— Zmienił nazwisko, nazywają go słyszałem Burgerem.
— Może być, ale pewny jestem, że to ten sam. Budrzyński by to najlepiej powiedzieć mógł, bo z nim razem jeździł i potem wrócił sam, ale go teraz w Krakowie nie ma.
— Śmiałość wielka!
— Bóg dodaje odwagi swoim posłańcom, dodał stary oddalając się — kto wie, może krwią przyszedł naukę nową zapieczętować. I gdyby go złapano!
— Schwytać go nie mogą.
Po tych słowach nowowiercy się rozeszli, inni wypływali powoli z sali i zwolna w ulicach nikli, tak, że dom wkrótce był prawie pusty.
W sklepionej nie wielkiej izdebce, przytykającej do domu modlitwy, siedział teraz predykant w szerokiem krześle, koło niego siedzieli, stali, znakomitsi nowowierce polscy: Ossoliński, Myszkowski, Filipowski, Lasocki, Stadnicki, Zborowscy i inni.
Z cicha rozpytywali oni pastora o postęp reformy za granicą, o panujących, którzy w opiekę swą wiarę nową wzięli, o znakomitszych uczonych pismami ją rozszerzających.
Na wszystkie pytania tak zwany Burger odpowiadał żywo, z wielką przytomnością i zapałem, jeśli nie szczerym, to przynajmniej doskonale udanym.
— Tak! tak! dodał, przyjdzie i nie daleki jest czas, gdy synowie fałszu padną przed światłością i przestaną kłaniać się bałwanom.
— Oto właśnie, rzekł Myszkowski, nowy wiary prawdziwej wyznawca. To mówiąc wskazał wysokiego, poważnej postawy, surowego oblicza mężczyznę.
Spojrzawszy nań, widziałeś do razu że spędził życie nie zamknięty między czterema ścianami, nie w pokoju i miękkiem próżniactwie, ale w bojach z sobą, z światem, ręką i duszą, sercem i ciałem. Surową też miał i ponurą fizionomją. Czarny wąs i broda krótko postrzyżona ocieniały z włosami wypełzłemi na wzniosłej czaszcze, gładkiej jak skóra, twarz bladą, chudą, żółtą, dumnego wyrazu. Czarne oczy wielkie, pokryte powiekami, głęboko oprawne, zasłonione rzęsą długą, spoglądały obojętnie i zimno. Usta ściśnięte, końcami lekko w dół pochylone, zmarszczkami już otoczone wespół z czołem i policzki, namiętności stare i gwałtowne opowiadały. Znać było, że nie zwykł się tamować, nie umiał przymuszać, nie cierpiał podległości żadnej, uporu swego pod niczyją wolą nie złamał. Postawy ogromnej, barczysty, rozrosły, szerokich ramion, silnie zbudowany, pomimo że się zbliżał do schyłku młodości, miał jeszcze pozór młodego, ufającego w swą siłę człowieka.
Był to książę Sołomerecki.
Wspomnieliśmy wyżej, że książę młodość swoją spędził na zagranicznych dworach. Przebiegając Germanją właśnie w tej chwili, gdy reforma usiłowała czynić prozelitów, zachwycił był nieco nauki nowej; nie porzucił wszakże wiary ojców, aż za powrotem do kraju, gdy w ślad za nim jeden z wysłańców niemieckich przybył na Ruś nawracać i wystawując księciu wielką rolę protektora reformy, zachęcał do walki, obiecując przewagę znakomitą, zapowiadając dni sławy i zwycięztwa.
Sołomerecki dał się nawrócić i zręcznemu pochlebcy dozwolił nieznacznie wziąść przewagę nad sobą. Wielkiej na to potrzeba było przebiegłości, aby człowieka charakteru niepodległego ujarzmić; ale wmawiając myśli, poddmuchując przekonania i rozkazy, przekonywając, że to co się poddaje, sam pierwszy zamierzał — można najnieugiętszego owładnąć. Tak się i tu stało, książę Sołomerecki został ewangielikiem z własnej niby woli, w istocie zaś za podszeptem niby zbiega którego przytulił, któren zdawał się czynić tylko wolą pana, a nie czynił jak swoją.
Imie książęcia, dawniej na Rusi wzięte, na dworze książąt Ostrogskich znajome i domowe, potrzebne było sprawie reformy, wciągając niejako w jej przyszłość rodzinę Ostrogskich, która później znacznie (w końcu XVI wieku), całkiem już za protestantami razem z Rusią grecką stanęła.
Książę przybyły do Krakowa, posłyszawszy o sławnym predykancie, ukazał się na kazaniu w Brogu. Tu go jak widzieliśmy przedstawiono kaznodziei, któren z żywem uczuciem powstał i ściskając jego rękę, nizko schyliwszy się, wymówił:
— Wasza książęca Mość możesz być wielkim kościoła filarem! Nasi bracia wszędzie jęczą w ucisku, tacy tylko ludzie jak wy, sprawie świętej Chrystusowego kościoła pomódz dziś mogą. Dusza moja raduje się waszemu nawróceniu, bo ono za sobą z szpon szatana wyrwać może tysiące.
Zimno dosyć, dość dumnie przyjął książę żarliwą przemowę.
— Bądźcie pewni, rzekł, że nie usunę się od braci w chwili niebezpieczeństwa, a błogosławić będę walce, bo w niej przeczuwam zwycięztwo. W Litwie, w Rusi katolicyzm widocznie upada, wstrzęsły się jego podstawy, duchowni nawracają się, biskupi tajemnie sprzyjają naszej nauce, król nie jest od niej daleki. — Senat pełen współwyznawców; Litwa rzuca kościoły a bieży do zborów, wywracają się bałwany i jutrzenka nowego dnia świta! Jeszcze chwila, a Polska cała uzna słowo prawdy.
— Amen! dorzucił uśmiechając się predykant. Niech się sprawdzą słowa wasze. I bodaj katolickie duchowieństwo nie obudziło się później, gdy dotąd tak wyśmienicie śpi nad przepaścią.
Predykant westchnął. — On wiedział o wprowadzeniu jezuitów przez Hozjusza do Polski i sam nie wierzył w przyszłość, którą obiecywał.





II.
BRATERSKA NIENAWIŚĆ.

Gdy się to dzieje w zborze, dzwony kościołów zwiastując święto, biją, na nabożeństwo wołając. — Wystroił się lud poczciwy, pobrały panie mieszczki czółka aksamitne ze złotemi galony, trzęsidła i manele, łańcuchy i sobole szubki, powdziewali kupcy opończe podbijane futrem, przybrali się żacy w świąteczne odzienie. — Wszyscy spieszą do kościołów modlić się. Dzień to bowiem, jeden z dni poświęconych czci Marji, do której kierowały się modlitwy wszystkich, westchnienia wszystkie, jako do najpierwszej, najpotężniejszej Orędowniczki.
Spójrzmy w kościół. — Tam organ brzmi, kadzidło płynie strugą niebieską, lud ławki i wszystkie miejsca zalega, ksiądz wyszedł przed ołtarz.
Za księdzem z zakrystji wychodzi siedmiu żaczków w białych niewinności sukienkach. Każdy z nich trzyma w ręku gałęź zieloną, utkaną świeczkami zapalonemi. — Organ ucichł, nastroił się do wtoru, a młodzi świeżemi głosy zanucili pieśń:
Jako róża między kolącym głogiem.
Między żaki śpiewającemi kląkł Maciek, a nucąc pieśń, łzy mu płyną po zbladłej twarzy. — Bo przyszło mu na myśl wszystko co w życiu przecierpiał, co zniósł, bo jak cień stanęła mu przed oczyma jakaś postać mglista, którą nazywał matką i westchnął do królowej niebieskiej, aby mu matkę powróciła.
Prawie w tej samej chwili gdy dziecka westchnienie leciało ku niebu, kobieta w czerni ubrana wciskała się przez tłum zgromadzony ku wielkiemu ołtarzowi. — Dwie towarzyszki niższej klasy, dwie sługi, wiodły ją i ułatwiały przejście. Obie podżyłe niewiasty. Nieznajoma, która jak łatwo się domyślacie była księżną Sołomerecką, matką sieroty — żaka — blada jak zawsze, piękna jeszcze, padła niedaleko miejsca, gdzie siedmiu wybranych chłopiąt z gałęźmi śpiewali pieśń o Bożej Matce.
Nagle oczy jej zapłonęły w modlitwie, padłszy na najbliższego. Oderwać ich nie mogła i silną ręką chwytając Agatę blisko stojącą, zawołała stłumionym, ale mocnym głosem:
— To on! to on!
— To on! pani... Ale na Boga nie wydajcie się... Dziś jeszcze mieć go będziecie, teraz, przy ludziach, w kościele...
— O! bądź spokojna. — Serce tylko matki zabiło na widok jego, poznało dziecię. — Teraz modlić się będę.
I zaczęła modlić się i płakać.
Maciek także skończywszy pieśń, gdy się odwracał, postrzegł kobietę w czerni, oczy w nią utkwił, nie pojmując dla czego, uczuł pociechę jakąś w sercu i słodko zapatrywał się w twarz, co ją zda się znał kiedyś, a której imienia nie mógł przypomnieć.
Tak przeszło nabożeństwo, gdy wszyscy rozchodzić się poczęli, kobieta w czerni musiała nareszcie wyjść także z kościoła. Żacy dobrze wprzód udali się do drzwi i tam stanąwszy w swoich białych sukienkach, z gałęźmi w ręku, zbierali jałmużnę.
Wychodząc księżna spotkała się z synem, który uśmiechając się łagodnie, rękę ku niej wyciągnął i powtórzył słowa przez żaków używane:
— Grosz dla żaczków!
Łzy napełniły oczy matki, wstrzymać się dłużej nie mogła, rzuciła ku niemu i zakrzyczała w głos łkając:
— Mój syn! mój syn!
Nikt nie pojmował co to znaczyć miało, lud się rozstąpił i ściskać począł natychmiast do koła. Wychodzący zatrzymali się i powrócili nazad.
— Co to jest? co to jest? — pytano tłumnie.
— To twoja matka! — zawołała Agata do sieroty.
On rzucił gałąź i zawiesił się jej na szyi.
— Matka! matka! Królowa niebieska oddała mi matkę! A! modlitwa moja wysłuchana.
— Chodźmy, chodźmy! przerwała w uścisku księżna, ty ze mną. Już cię nigdy nie opuszczę! Będę dzielić twoje niebezpieczeństwa, nic nam nie uczyni zacięty nasz nieprzyjaciel!
I rozstąpili się otaczający, wzajemnie wypytując tylko, a księżna unosząc syna jeszcze w białem tem ubraniu obrzędowem, siadła z nim do czekającej kolasy i w towarzystwie dwóch kobiet i kilku dworskich udała się do mieszkania.
Nie będziemy opisywać pierwszych chwil połączenia matki z dziecięciem, które dzięki listowi królewskiemu, uznane niejako, zapewnioną mając przyszłość, zasłonione opieką króla, lepszego nadal losu wyglądać mogło.
Tak przynajmniej roiła matka, ale myliła się biedna. Książę, który sądził ją zginioną, nie odbierając wieści, dowiedziawszy się o życiu, o bytności w Knyszynie, puścił natychmiast zajęte majętności, oddając je bez sprzeczki. — Ale czytając w liście tym imię syna odezwał się dziko:
— Jej! nie jemu! To obca krew, nieprawe dziecię. Zdusić je potrzeba dla sławy naszej, dla zmycia szkaradnej tej plamy. Gdzież są dowody tego małżeństwa, gdzie metryki, gdzie świadkowie? A gdyby ci byli, dość wątpliwości jednej, aby nas zhańbić. To dziecię umrzeć musi.
I nie chciwość tylko powodowała księciem, ale to wysokie pojęcie godności swojej familji, ta duma, która zawsze mu przewodniczyła, życie ludzkie mało ważąc, gdzie chodziło o sławę rodu.
Dumny że był ostatnią latoroślą swego szczepu, na której ważyła wielka i świetna w jego przekonaniu przeszłość, sądził się obowiązanym do opieki nad imieniem, mniemał powinnością swą odepchnąć tego, którego za nieprawego podrzutka uważał.
Kilkakroć zasadzał się na życie dziecka i nie taił się z tem wcale, wyszukiwał je ukryte, szpiegów wysyłał, płacił zdrajców: nic mu nie kosztowało rozkazać je zabić. A gdy z podziwieniem rzucano pytanie: Jak ludzkie życie tak mało cenić można? z gorżkim uśmiechem odpowiadał:
— Niech to spadnie na moje sumienie, niech krew ta na mojej zawiśnie głowie, bylebym od podrzutka był wolny.
Jakoż zaraz po liście królewskim zaniósł książę, zwyczajem u nas powszechnym, manifest do akt przeciwko dziecięciu, któremu imię książęce bez dowodów dawano. Potem udał się do Krakowa, poprzedzony przez wysłanych pierwej ludzi, którym poleconem było, dziecko schwytać i wywieść na obcą ziemię, lub uczynić z niem coby chcieli, byleby powrócić i wynalezionem być nie mogło.
Widzieliśmy jak starania te na niczem spełzły, jak matka przybyła do Krakowa, gdzie książę sam także się zjawił, oczekując obiecanego i zapowiadanego przybycia królewskiego, aby sprawę tę wyprowadzić na nowo.
Pan Czuryło, dawny sługa domu książąt Sołomereckich, przybył nad wieczorem do księżnej. Ona cała zajęta, po długich latach niepokoju i rozdziału, odzyskanem dziecięciem, rada by była odprawić niewczesnego gościa, ale przybyły nalegał pilnie, aby go wpuszczono.
Nie mogąc odmówić, księżna rozkazała wprowadzić starego szlachcica, który z miną przerażoną i przerażającą szybko się do niej zbliżył.
— W. ks. Mość wiesz — zawołał — o przybyciu księcia do Krakowa?
Sołomerecka pobladła i zmieszała się, wstała i zawołała:
— On tutaj! Pierwszy raz więc spotykamy się w życiu... Tak blisko.
— Książę od kilku dni bawi w Krakowie, dziś go widziano we zborze, o czem wiem od jednego z będących tam na kazaniu i nabożeństwie. On tu darmo nie przybył!
— Zapewne — odezwała się księżna. — Dobrze się stało, że tu razem jesteśmy. Potrzeba to skończyć. Jutro będę u niego.
— Wy! Pani?
— Ja! — rzekła dumnie powstając kobieta — niech wiem co mnie czeka, czego chce odemnie... Gdzie on mieszka?
— Nie wiem, odparł zafrasowany Czuryło.
— Proszę was, dowiedźcie się. — Jutro, nie dalej jak jutro, muszę się z nim widzieć, koniecznie!
Te słowa wyrzekła głosem tak stanowczym, pełnym siły niezłomnej, że szlachcic, który zabierał się odradzać, nie znalazł na to w ustach wyrazów.
— Idźcie i starajcie się dowiedzieć, dodała.
— Ale W. ks. Mość...
— Nie usiłujcie napróżno zmienić mego postanowienia. Ja widzić się z nim muszę.
— Rachujecie na siebie, że go przekonać, że żelazną jego wolę złamać potraficie?
— Na nic nie rachuję! Chcę go widzieć, chcę raz spojrzeć mu w oczy i spytać dla czego mnie prześladuje... I ja mam także wolę mojego rodu, niezłamaną, żelazną. Kobieta, cierpiałam i walczyłam jak mężczyzna.
Pan Czuryło po chwili rozmaitych, ale zawsze próżnych uwag, odszedł. Powlókł się dowiadywać o księciu i nie trudno znalazł jego mieszkanie. Sołomerecki nie miał powodu się ukrywać.
Wieczorem tegoż dnia księżna wiedziała co chciała, a nazajutrz przed południem, ubrawszy się w żałobne swoje szaty wdowie, wieść się kazała sama jedna do mieszkania brata.
Słudzy jej wierni, lękając się o panią, wcześniej zasadzili się pod rozmaitemi pozory do koła domu i stali w bliskości zbrojni.
Na widok przybywającej kobiety, która z zasłonioną twarzą domagała się, aby ją do księcia wpuszczono, dworzanin pobiegł oznajmić panu i wkrótce drzwi otwarto, a Sołomerecki stojąc oparty o stół, z wejrzeniem wzgardliwem i pełnem dumy, przyjął przybywającą.
Przeszedłszy próg, księżna na widok tego człowieka, który jej życie zatruł, uczuwszy mimowolne drżenie, potem własną bojaźnią przywiedziona do rozpaczy, odrzuciła zasłonę z twarzy i długo wpatrując się w niego, zawołała:
— Znasz mnie W. ks. Mość?
— Nie, odrzekł zimno książę.
— Widzisz tę twarz zbladłą, te marszczki na czole, te zgasłe oczy wypłakane...
Książę poczynał się domyślać, ale milczał.
— Wyście to, dodała, zatruli mi życie. Jestem siostra wasza, żona brata twojego... Wiecie teraz kto jestem. Przyszłam was zapytać, czego chcecie odemnie? I rychło li mnie lub dziecię zabić każecie?
Brwi księcia zmarszczyły się dziko, usta zatrzęsły, spojrzał, pomyślał i odpowiedział tamując się:
— Rad jestem pani siostrze... Śmierci waszej nie pragnę, za bratowę nie uznaję was. Pytacie mnie o dziecko — niech i ono żyje, byleby imienia poczciwego ojców moich nie brało nieprawnie... Wyrzeczcie się śmiesznych pretensyj, a przysięgam, że dziecięcia prześladować nie będę.
— Wy to zowiecie śmiesznością! A! bodajbyś kiedykolwiek raz w życiu choćby pojąć mógł na sobie, jak boli, gdy kto świętej prawdzie przeczy. Dziecię to... przysięgam wam, dziecię brata twego!
— Przysięga nie dowód dla mnie... dajcie mi dowody... oczyśćcie dziecko z pozoru nieprawości, ja je uznam naówczas.
Księżna stała zmięszana.
— Tak, dajcie mi dowody! Gdzie świadkowie mniemanego małżeństwa? gdzie dowody, że to dziecię brata mojego?
— Ja wam przysięgłam... Innych dowodów teraz w ręku nie mam. Ale sądzę, że przysięga Sołomereckiej warta świstka papieru... król...
— Król, uśmiechając się przerwał książę, któż wie jakie mógł mieć powody uznania tego dziecięcia.
I szydersko wymówiwszy te słowa, odwrócił się dumnie.
Wdowa na chwilę spuściła oczy, potem zajadlej jeszcze dodała:
— Podły zbójco... ty śmiałbyś sądzić...
— Obelgi kobiety, mościa księżno, są dla mnie jak wiatr. Bić się z niemi nie będę. Ale jeśliście po to tylko tu przyszli, aby mnie lżyć, każę wam wskazać drzwi.
— Sama je znajdę, odpowiedziała Sołomerecka. Jeszcze słowo tylko mości książę. Wasza dostojność książęca nie ma czem mitry swojej wyzłocić, wy pragniecie mego majątku.
— Będę go miał księżno... po was, poczekam.
— Ani po mnie, ani nigdy! zawołała wdowa z zapałem, ale ze zbójcą...
Sołomerecki żywo przerwał:
— Strzeżcie się, bym wam także nie odpowiedział podobnem a może gorszem słowem.
Wdowa zarumieniła się, ale nie cofając kończyła:
— Ze zbójcą, który napada na drodze, targujem się o życie, Tatarowi dajemy okup. Chcecie bym wam zapłaciła życie mego syna?
— Zapłacę wam, byście tylko imienia naszego na głowę podrzutka nieprawego nie kładli.
— Co chcecie za uznanie go? kończyła księżna, jakby nie zważając.
Sołomerecki miął w ręku kobierzec, o który się opierał i milczał.
— Połowa moich majętności za życie dziecka.
— Oddajcie mi całe, a nie uznam go! odparł książę dumnie.
— To ostatnie słowo wasze? spytała.
— Ostatnie! posłuchajcie mnie — nie chcę was podstępem brać. Dziecko te prześladować, gonić za niem, starać się będę je zgubić. Nie obronicie go przedemną, nie wykupicie niczem. To ostatnia moja obietnica. Majętności wasze przejdą na mnie.
— Nigdy! — zawołała kobieta płomieniejąc cała. Jeśli to dziecię nie odziedziczy ich po mnie — pójdę za mąż.
Sołomerecki zadrżał.
— Zobaczymy, rzekł, kto się odważy was zaślubić. Chcieliście wojny, przyszliście mnie do żywego rozdrażnić, nie odmawiałem nigdy walki, nawet z kobietą, dodał, nie odmówię jej wam. A teraz, zda mi się, nic już sobie nie mamy do powiedzenia.
Rozpacz, która dotąd utrzymywała Sołomerecką, zmieniła się w przerażenie i zupełny sił upadek. W chwili gdy książę ostatnich słów domawiał, łzy długo wzbierające na powiekach, potoczyły się po twarzy. Upadła na kolana i załamawszy dłonie:
— Bracie, zawołała rozdzierającym głosem, bracie, zlituj się nademną, nad dzieckiem — nad siostrą, krewną — zlituj się!
Ta nagła zmiana uśmiech tylko na usta księcia wywołała.
— Tak prędko, rzekł, z przekleństw i obelg do łez i prośby? Jedno nie może na mnie więcej nad drugie.
Wdowa jednak nie zrażona temi ostremi słowy, wołała ciągle:
— Zlituj się nad dzieckiem mojem — weź majętności kiedy ich chcesz, ale nie odbieraj mu życia, nie wydzieraj imienia.
— Odbieram mu tylko to, co do niego nie należy, rzekł zimno książę.
Sołomerecka postrzegła w tej chwili krucifiks stojący na boku i porywając się pobiegła, schwyciła, ścisnęła w rękach.
— Na ten obraz Boga ci przysięgam, to syn brata twego, to krew wasza, krew Sołomereckich.
Zdawało się że książę chwilę zawahał, ale wnet zmarszczyły mu się brwi znowu, warga podniosła dumnie.
— Nie wzywajcie mościa księżno imienia Bożego nadaremno. Ja przysięgom waszym nie wierzę.
— Czegoż ci potrzeba, abyś dał wiarę? przerwała rozpaczająca.
— Dowodów! dowodów prawnych, jasnych, aby nikt powiedzieć nie śmiał, że to dziecię, które imie nasze ma nosić, niepewnego jest rodu.
— Ale te dowody są.
— Gdzie one są? spytał Sołomerecki.
— Wysłane do Rzymu przez ojca twego.
— Szukajcie ich gdzie są, a wprzód nim uzyskacie, nadaremnie przełamać nie probójcie. Syn wasz zginąć musi, jeśli się dla niego nie wyrzeczecie imienia. Niech żyje pod innem nazwiskiem. Usiłujcie go ocalić.
— Mów, czego chcesz? wszystko zrobię.
— Zeznajcie sama, że nie jest dzieckiem mego brata, odsuń go od następstwa, dajcie mi zaręczenie, że w powtórne nie wstąpicie śluby — a syn twój — żyć będzie.
— Jakto, żebym uznała dziecko nieprawem, siebie zhańbioną!
— Tak jak, odparł zimno książę.
— Ty nie masz serca.
— Nigdym się nim nie chlubił — mościa księżno.
— Abym się wyrzekła dziecka, majętności, wstydu, wszystkiego!
— To do waszej woli, pani siostro, zupełnie do woli waszej. Jak chcecie.
I spojrzał na nią tym wzrokiem szyderskim i pogardliwym, którego biedna kobieta wytrzymać nie mogła.
— Ale ja mam świadka naszego małżeństwa, zawołała nagle porywając się kobieta.
— A! to bardzo szczęśliwie. Jakiego? spytał Sołomerecki.
— Kobietę — moją sługę!
— Kobiety nie świadczą, rzekł zimno. I cóż znaczy jeden świadek? a jeszcze taki?
— Ale przysięga moja!
— Dla mnie ona niczem. Jeśli to dziecko, powtarzam wam, ma nosić imie Sołomereckich, niech dowiedzie, że do tego ma prawo.
To powiedziawszy książę odwrócił się i zostawując bratowę w rozpaczy, sam odszedł.
Widząc że napróżno by było starać się pokonać nieugiętego w uporze swoim człowieka, Sołomerecka wyszła płacząc.
Żebrak stał u samych drzwi prawie, na korytarzu, odarty, zestarzały choć nie stary, w pół nagi, wyciągał rękę ku niej.
— Za dusze zmarłe! wyjąknął.
Ona spojrzała nań i rzuciła mu pieniądz, mówiąc:
— Módl się i za biednych żyjących.
Ubogi przyjął jałmużnę, pokłonił się i powtórzył:
— Za biednych niewolników chrześciańskich w niewoli u niewiernych.
Księżna na te słowa odwróciła się znowu.
— Dajcie, będę się modlił na ich intencją. Ja sam byłem w niewoli.
I wdowa dała drugą jałmużnę.
— Jak się zowiesz? spytała.
— Jak! nie pomnę! dwadzieścia kilka lat przykuty do łańcucha, obsypywany razami, pod biczem niewiernych, zapomniałem rodzinnej ziemi, języka i nazwiska własnego.
— Dwadzieścia kilka lat! powtórzyła wdowa mimowolnie. I dawnoś wrócił?
— Nie dawnom uciekłszy, przywlókł się tutaj.
To mówiąc dziwnem wejrzeniem mierzył odchodzącą, ruszył się za nią powoli, a gdy kolasa odjeżdżała od wrót, on spiesząc co sił, starał się dojrzeć, gdzie się zastanowi. Opatrzywszy dom, zasiadł na przeciw w rogu ulicy i sparty o kiju, smutnie w okna poglądał.





III.
FIRLEJOWI PISARZE.

To cośmy nieco wyżej o zaszczepieniu reformy w Polsce i Litwie powiedzieli, nie daje jeszcze dokładnego wyobrażenia stanu kraju i niebezpieczeństwa w jakiem zostawał. Ostatnie chwile panowania Zygmunta Augusta, brzemienne były przyszłością, której niepodobna naówczas zgadnąć i przewidzieć było. Wszystko zdawało się zapowiadać zwycięztwo dla nowowierców, upadek katolicyzmowi. W łonie duchowieństwa samego, wiara miała nieprzyjaciół. Stojący na czele jego prymas Uchański, który jakieśmy wyżej wspomnieli, uczęszczał będąc kanonikiem krakowskim na konferencje Lismanina, dość jawnie sprzyjał reformie. Nikomu to tajnem nie było, a przybyły do polski kardynał Commendoni znał go już z tej strony. Partja akatolików obiecując Uchańskiemu, w razie zupełnego odszczepieństwa, najwyższą władzę nad polskim kościołem, utrzymywała go w błędzie. Prymas jednak nie odkrywał się z nim tak aby zerwał zupełnie z katolikami, nie pewien zwycięztwa nowowierców, siedział jak pospolicie mówią na dwóch stołkach, a za przybyciem Commendoniego do Polski, z boleścią udaną płakał przed nim na upadek katolików i grożące wierze katolickiej w Polsce nieszczęścia. Nie uwiodło to wszakże kardynała, który z nadzwyczajną zręcznością, taktem prawdziwego dyplomaty, misją swoją spełniał.
O dwie najgłówniej rzeczy chodziło Commendoniemu, nakłonienie Polaków do wojny tureckiej i wsparcie słabej partji katolickiej. Słabość rządów Augusta w ostatnich chwilach panowania dodawała sił różnowiercom, którzy już głośno o zawładaniu państwem, o obiorze króla niekatolika i prześladowaniu wiary mówili. Tymczasem przyjęty jednak sobor trydencki, wprowadzony zakon jezuitów i gdy już katolicka partja zwyciężona być miała, walka na nowo rozpoczęta, zbiegiem późniejszych okoliczności, na stronę wiary wygraną została. Ale w chwili gdy się nasza powieść toczy, nadzieje różnowierców były u szczytu. Rachowali oni na Litwę, w której staraniem Radziwiłłów i Chodkiewiczów wszczepiona została reforma, pobudowane zbory i uciśnione do ostatka duchowieństwo; rachowali na sprzymierzenie się z greckiego wyznania ludźmi, rachowali na Uchańskiego, Firleja, Zborowskich i tylu innych w senacie zasiadających, a już reformie pozyskanych.
W samym Krakowie i okolicy było zbiegowisko reformowanych; na czele partji stali tu Zborowscy i Firlej. Na szczęście dwie te rodziny świeżo śmiertelnie poróżnione zostały.
Bracia Zborowscy, synowie Marcina, niepoślednie mieli w kraju znaczenie, wielu przyjaciół, dostatki i przewagę. Najstarszy z nich Andrzej, który jako głowa rodu braci w ręku trzymał, jeden tylko nie przyjął był nowej nauki.
Wszyscy zdawna nieprzyjaźni Janowi Firlejowi, wojewodzie krakowskiemu i marszałkowi koronnemu, teraz zajadle nań nastawać poczęli, gdy Firlej województwo krakowskie przed Piotrem Zborowskim wojewodą sandomierskim otrzymał, za wdaniem się Giżanki. Zborowski dumny i popędliwy poprzysiągł zemstę Firlejowi. Tym sposobem czego Commendoni najwięcej pragnął, to się stało, stronnictwo różnowierców rozdwoiło się.
Przewidując rychły zgon wycieńczonego na siłach Augusta, Commendoni więcej już o przyszłości, niż o teraźniejszej chwili myślał. Gromadził on do siebie wszystkich, na których katolicka partja rachować mogła, Alberta Łaskiego, męża wielkiego znaczenia, Andrzeja Zborowskiego (acz nie zupełnie, lecz w części jednak nowej wierze pozyskanego), Mikołaja Paca, Karnkowskiego i innych.
A tak, gdy Zygmunt August z rozpaczy w rozpustę rzucony, konał w Knyszynie, otoczony rozwiązłem i chciwem dworactwem; gdy Anna Jagielonka, tuż obok w nędzy prawie, a przynajmniej srogim niedostatku i opuszczeniu zostając, patrzała na skrzynie pełne pieniędzy, wywożone przez Giżankę; dwa stronnictwa od umierającego i bezsilnego odwróciwszy się króla, w kraju rzec można panowały.
Zręczny Commendoni nie pomału zastraszał niekatolików, trudno się go było jednak pozbyć; a kto wie czy przytomność jego nie stanowiła w tej chwili o utrzymaniu katolicyzmu w Polsce.
Jan Firlej, o którym wspomnieliśmy, jako o jednej z głów reformy, był to człowiek charakteru prawego, surowego, wzniosłego; jeden z tych ludzi tak moralnie wielkich, taką przewagę nad umysłami mających, że mu przyznawali niektórzy, jakoby koronę dla siebie roił i o nią się starał. U katolików wieść podobna chodziła o Albercie Łaskim. Firlej za młodu przez Jana z Wieliczki wychowany, potem do Lipska na naukę wysłany właśnie w porze, gdy Luter walkę z katolicyzmem rozpoczął, chwycił się nowej wiary, w której do śmierci wytrwał. Z Lipska do Padwy udawszy się, później ze stryjem swoim Stanisławem Tęczyńskim podkomorzym sandomirskim, odbył podróż do ziemi świętej. Część Azji przejrzawszy z powrotem do domu, na dworze Zygmunta. I zajął miejsce, na ówczas szczeblem do wyższych będące, miejsce w kancelarji króla, osadzonej największej nadziei młodzieżą. Widać jak dalece Firlej zaufanie Zygmunta posiadał, gdy ten na zjazd Wormski w 1545 r. do Karola V wysłał i za powrotem nagrodził dwoma starostwy. Następnie jeździł do Włoch, dla wysłuchania przysięgi Bohdana hospodara wołoskiego. Odtąd już wznosił się Firlej nieustannie, począwszy od trzydziestego roku życia, kasztelan bełzki, wojewoda bełzki, lubelski, marszałek koronny i wojewoda krakowski. Tak szybkie wznoszenie się a najbardziej ostatnia łaska królewska, podobno za wstawieniem się Giżanki otrzymana, zrobiła mu naturalnie nieprzyjaciół.
Zborowscy burzliwi, stali na ich czele.
Teraz gdyśmy kilką słowy narysowali przeszłość wojewody i dali poznać jego w kraju znaczenie, wejdźmy do jego domu.
Tyle razy opisywano domy panów polskich, wspaniałość ich, dwory liczne, królewski przepych magnatów, że nie sądzimy tu potrzebnem, wdawać się w opis szeroki i szczegółowy krakowskiego wojewody mieszkania. Bogactwa Firlejów niezmierne, dozwalały im żyć na stopie największej, utrzymywać dwór ze szlachty złożony, takiego znaczenia w Polsce będący, zwłaszcza w czasie blizkim wyboru nowego króla. Wykształconego smaku za granicą, wojewoda przepychem powierzchownym dogadzając zwyczajowi, innego rodzaju przepych zostawiał dla siebie. Kosztownie obrazy i posągi nabyte we Włoszech, ubiory wschodnie, pamiątki z miejsc świętych, zdobiły komnaty wojewody. Ogromne domostwo zajmowane przez niego z dworem, dzieliło się na trzy prawie oddzielne części różnego charakteru. W jednej mieściła się rodzina wojewody, jego żona i dzieci natenczas ostatnia z trzech małżonek Mniszchówna z domu, (co tłumaczy jakim sposobem Firlej przez Giżankę województwo krakowskie otrzymał). Tu on mieszkał sam, także przyjmował.
Druga część domu, dolna, zajęta była dworem i kancelarją wojewody, trzecia wszystkiem co koniecznie potrzebne do życia pańskiego, najmniej się pokazuje. Tam był zarząd kuchni, piwnic, stajen i t. p.
Powiedzieliśmy już, że wojewoda ogromny dwór utrzymywał. — Kancelarja jego składała się z największych nadziei młodzieży, przysposabiającej się tutaj do zajęcia później stanowisk najważniejszych w urzędach duchownych i cywilnych.
Pomimo że Firlej był ewangielikiem, nie wszystka młodzież dworska wyznanie to dzieliła; większość nawet katolicką była. Wojewoda mało na to zważał, dwie bowiem żony mając katoliczki i wszystkim dzieciom prawie dozwalając się wychowywać w pozorach tylko nowej wiary (gdyż wszystkie wyparły się jej), nie miał czasu apostołować. Zostawiał to innym.
Ogromna sala na dole pałacu, sklepiona jak wszystkie ówczesne mieszkania w mieście, zajęta była kancelarją wojewodziańską. Tu nie tylko urzędu wojewodzińskiego, ale raczej i bardziej osoby Firleja tyczące sprawy załatwiały. Podwojewodzi w osobnym oddziale domu i oddzielnej kamienicy, zastępował Firleja w tem co starościńskiego i wojewodzińskiego urzędu dotykało. Wielki stół pąsowem suknem pokryty przerzynał salę, bliżej ku oknom jej posunięty, kilkanaście krzeseł skórą wybitych i wysiedzianych, dwie ławy suknem okryte, stół otaczały. — Szafa za szkłem zawierała papiery i księgi, a z jej otwarcia widać było, że często się radzić jej musiano.
Wśród stołu porozrzucane karty, kałamarze, pieczęci, jedwab’ z motkiem zielony, wosk farbowany, leżały bez porządku.
Kilkunastu młodej szlachty kręcili się wesoło po sali, bo właśnie w tej chwili starszego i przełożonego nie było. — Wyszedł zwołany do pana wojewody, z czego korzystając chłopięta, porzucali pisma i jęli się swywoli. Dwóch tylko siedzieli nad księgami z głowy pospuszczanemi.
— Słuchaj Bonar, krzyczał drapiąc się na okno młody jasnowłosy, kuso ubrany chłopak. Niech mi się nie wiem co stanie, jeślibym nie wolał sto razy, tysiąc razy być żakiem ubogim, niż kancelarzystą pana wojewody.
— Bardzo temu wierzę, rzekł Bonar, tobie smakuje swoboda więcej niż przyszłość, niż nadzieje...
— E! co mi tam nadzieja! zawołał chłopak. Człek się niemi nie nakarmi, a co życia zmarnuje. O! mój Boże i jakiego życia, najśliczniejszego, najweselszego. Co mi potem z bogactw, z dostatku i złotego łańcucha na szyi, kiedy zęby się wykruszą, łeb wypełznie i starość siadłszy na karku, grzbiet pochyli.
— Wyśmienicie ci do twarzy, gdy mówisz o starości!
Wszyscy podnieśli oczy na siedzącego w oknie, który tak się wybornie wykrzywił, zgiął, usta skręcił i trząść począł, że nawet dwaj najpilniej piszący śmiać się poczęli. — Jeden z nich, jakby mimowoli oderwany od pracy, rzekł z westchnieniem, zakładając pióro za ucho:
— A lepiej, że młodość prześwistać, przehulać, i potem na starość chleba żebrać, łaski prosić, stękać?
— Lepiej i nielepiej, posłuchajcie panowie. Znacie wy żywot i sprawy pana Mikołaja Reja?
— Któżby ich proszę nie znał, wszak ci je pan Trzecieski opisał.
— Alboż nie pracował? hę...
— Alboż nie siedział jak my za stołem w kancelarji...
— E! to krótko — ! Nic nie umiał, nic nie robił, ledwie się trochę pomazał łaciną, a tak go czcili wszyscy, tak mu na świecie dobrze było! Jeszcze po śmierci sławy używa.
— Miej-że głowę pana Reja! rzekł piszący.
— To bo to licho, że głowy za żadne pieniądze nie dostać!
Wszyscy znowu w śmiech, bo widać było że jasnowłosy sprawiał w kancelarji urząd wesółka.
— A zresztą, dodał, starość zawsze nie wiele warta, choćby ją odpokutować, nie wielka szkoda, młodość zaś zmarnować, to jej całem życiem odpłakać nie można. — Śliczne nasze życie za kratą jak bydlęta w stajni, przywiązani do stolika jak do żłobu!
— A czemu sobie nie pójdziesz, kiedy ci źle?
— Dobra rada! Szkoda że jej nie posłucham. — Na żakam za stary, na predykanta za młody, na...
— Ot, siedział byś i pisał, przerwał drugi przepisujący, bo i nam przeszkadzasz w uszy świdrząc swojem paplaniem i sam czas marnujesz.
— Kochanku, ozwał się uśmiechając jasnowłosy, nie bądź taki porywczy. — Że tobie smakuje łacina arcybiskupa Uchańskiego, listy kardynała Commendoni i uniwersały które przepisujesz, nie chciej we mnie wmówić, aby tylko niemi żyć i oddychać było można. Ja przynajmniej wolę przechadzkę na Krzemionki, nad Wisłę, niż najpyszniejszą mowę kardynalską, napędzającą do wojny z Turkami.
Piszący schylił głowę i nic nie odpowiedziawszy skrobał dalej po żółtawym papierze. Inni spojrzeli nań tylko i dali mu pokój.
— Słuchaj Bonar, wołał jasnowłosy siedząc w oknie. — Chodźmy w rynek.
— Po co?
— Przewietrzyć się, a gdyby trafiło z kim potuzać, toby nas trochę rozkurczyło. Mnie ręce podrętwiały od pisania. Jeszcze mi dali taki niewyraźny list do wpisania w księgę.
— Jaki list?
— Biskupa kujawskiego do biskupa krakowskiego. — A tobie?
— Ja — wiadomości z Wołoch z kancelarji pana Łaskiego wpisuję.
— Już jeśli myślą, że to wesoła zabawka, zawołał jasnowłosy! — Słuchaj Bonar, chodźmy na rynek.
— A jak przyjdzie Dyl.
Dylem nazywano starszego, który był suchy i długi a milczący, twarz zaś miał barwy nieco drewnianej.
— Towarzysze z łaski swojej powiedzą, że nas kto posłał.
— Przynajmniej nie ja —
— Ani ja — odezwali się piszący.
— Im bo koniecznie się chce zostać kanonikami krakowskiemi! rzekł jasnowłosy.
Pracowici nic nie odpowiedzieli.
— Idziesz Bonar?
— Czegoś mi strach, odłożmy to na później, jeszcze gotowi wypędzić.
— Czegoż ty się boisz! zaśpiewał jasnowłosy. Niechże ja uboga chudzina z łaski wzięta, której kolanem odprawę dać mogą, ale ty krewny wojewody. — Gdybym był tobą, ja bym nic nie robił, tylko biegał po rynku, figle płatał i raz na dzień zjawił się tu, dla pokazania zębów Dylowi.
— Piękne dajesz nauki, ozwało się kilku.
Chłopak śpiewać począł znajomą piosenkę ówczesną:

Sześć dni roskosznie przedawam,
Siódmy diabłu oddawam.

— Skorzystałeś z przepisywania, rzekł jeden.
— Jako?
— Bo nie zkąd tylko z listu pana Orzechowskiego dowiedziałeś się o tej piosence — prawda?
— Prawda i nie miałem pokoju, ażem się jej nauczył.
— Od kogo?
— Ba od kogo, jużci nie kto mistrz do piosnek, jak żaki. Wyczytawszy w liście Orzechowskiego pierwsze dwa wiersze, chodziłem z groszem w ręku od żaka do żaka, wołając — kto mnie tej piosenki nauczy? Aż trafiłem na swego.
— Zaprawdę, było za co płacić.
— Albo nie? Wyśmienita piosenka, wolę ją od Kochanowskiego.
— Po co Dyl poszedł do wojewody?
— Kto go wie? odniósł dwa listy do podpisania, jeden do pana Mikołaja Mniszcha, drugi do referendarza.
— Mówią, przerwał trzeci z boku, że nam towarzysz przybędzie.
— Jaki? co? doprawdy? zrywając się z okna zakrzyczał jasnowłosy. Otoś mi nowinę dał. Niech-że cię pocałuję.
I wziąwszy w ręce głowę mówiącego, poważnie złożył na niej pocałunek głośny.
— Przynajmniej chmury się trochę u nas rozejdą! Otóż będziemy drwić z przybysza, o to mu figle płatać. — Ja naprzód —
— Naprzód, przerwał pocałowany, że z niego drwić nie będzie można, bo to nie taki urwipołeć jak ty. —
— Hę! a co królewski syn?
— Prawieś trafił?
— Cha! cha! wytłumacz-że mi tę zagadkę.
— Różnie różni plotą. Ale to książątko, zowie się Słomecki, czy Sołomecki, czy licho go wie jak, bo to z Rusi.
— Sołomerecki, poprawił inny.
— Wyborne nazwisko do przekręcania, dorzucił jasnowłosy. Będę go zawsze zapominał, Szłomecki, Słomicki, Słomkowski itd. Ale którędyż on króla JMci dotyka?
— Baśnie to, ale zawsze są. —
— Pani matka jego, podobna bardzo do królowej Barbary. —
— A! rozumiem. —
— I bawiła na dworze nieboszczki królowy matki.
— Jeszcze lepiej rozumiem.
— I stryj dziecka uznać go za synowca nie chce. Ma nawet słyszę ochotę wielką łeb mu ukręcić.
— Dobrze, będziemy go panem stryjem straszyć.
— Takiego biedaka? spytał inny. Wszak ci to nie dawno jeszcze żaczkiem był i chleba żebrał po ulicach.
— A to jak?
— A to tak, że pani matka musiała go wysłać, porzucić, wyrzec się, żeby stryj nań nieustannie się nasadzający dał mu pokój.
— O! patrzcie, tęgi stryj!
— Przyjaciel Zborowskich, to dość.
— Zborowszczyk! To już rozumiem dla czego wojewoda bierze chłopaka pod swoją rękę.
— Ale i tu w Krakowie przydybali nieboraka książątko i byli pochwycili.
— Cudem się wywinął!
— Ciekawym go zobaczyć, tego żaczka księcia! Ot, kto wie, może go i nie będziemy prześladowali. Tak tylko trochę z początku. Ale musi nam opowiedzieć całą swoją historją, bom już diable ciekawy.
— Ciekawyś jej?
— Słuchałbym całą noc ciekawych historji. Ale u nas to o nie trudno.
— Czemu trudno? przerwał piszący, gdybyś chciał czytać, nalazł byś ich dosyć.
— Kędy?
— A kroniki?
— Piękna mi historja! jak król do króla posyłał, król z królem bił się, król królowi dał córkę, wziął kawałek kraju. Mowy nad któremi ziewać trzeba do wyłamania szczęki, listy pełne polityki, a zimne, że je wziąwszy w palce ręce marzną.
— A czytałżeś historją pana Tęczyńskiego w Hiszpanji, którą wczoraj przepisywał Bonar?
— Nie! alem nie ciekawy.
— Przecież to włosy od niej na głowie wstają, — jak go tracić mieli.
— Doprawdy?
— Ot posłuchajcie kiedy chcecie. Przeczytam wam.
I wziąwszy księgę ze stołu jeden z młodzieży usiadł z nią u okna, reszta do koła, a jasnowłosy uczepiwszy się kraty żelaznej, wychylił w podwórzec.





IV.
JAN Z TĘCZYNA W HISZPANJI.
(Paprocki Herby 32 f).

Wiecie Waszmość, ozwał się czytający do swoich słuchaczy, jako się pan Jan z Tęczyna za pozwoleniem a rozkazaniem miłego pana rodzica swego, w podróż odprawił, naprzód na dwór cesarza Ferdynanda, gdzie pacholęciem był czas długi. A choć tu się mógł dostatecznie sprawom rycerskim przypatrzyć i wyuczyć ich, nie było mu tego jednego dosyć. Pomyślał później jakby się udać na peregrynacją do dalszych krajów chrześcjańskich, aby widzieć hominum mores.
— Gdyby tak mnie kto wziął, choćby za pachołka, rzekł jasnowłosy, w koniec świata bym ruszył.
— Milcz, a nie przeszkadzaj.
— Milczę. To powiedziawszy wychylił się jasnowłosy i począł kredą po żupaniku tyłem doń stojącego towarzysza rysować oślą głowę.
— „Miły pan rodzic, mówił dalej trzymający księgę, uczynił synowi tę powolność, żądze jego pochwaliwszy, listy mu od króla z kancelarji wyjednał do innych dworów, miał też pan Tęczyński cesarskie do królów i książąt ziem rozmaitych, do papieża, do króla hiszpańskiego, francuskiego, królowej angielskiej, króla portugalskiego i innych wielu.
— Kiedy już ma listy, niechże rusza w drogę, ozwał się jasnowłosy, schnę czekając jak go tracić będą.
— Co dalej następuje, własne jest opowiadanie pana Tęczyńskiego, które z księgi familijnej na to od wieków utrzymywanej, aby w niej sprawy wielkie i pamięci godne wpisywać. Pan wojewoda pozwolenie wziąwszy, wyjąć kazał. Słuchajcie... To właśnie jakby gadał sam pan Tęczyński.
— Słuchamy.
— „Nie będę waszmościom opowiadał, czytał z karty chłopiec, jako mi wielkie służyło szczęście w gonitwach a turniejach na dworze każdego, a raczej napomnę tylko, co mi się przeciwnego trafiło w hiszpańskiej ziemi. Z Rzymu bowiem wyrobiwszy sobie podług myśli mej listy u papieża do inszych państw królów, odpocząwszy w stolicy onej stawnej, gdzie tyle ciekawości widzenia godnych znalazłem, przypatrzywszy się obyczajom włoskiego ludu, wielce osobliwym i cudnym, umyśliłem dalej jechać...
Posłuchajcież tylko co mi się trafiło w francuskiej i hiszpańskiej ziemi, gdziem o włos, z dopuszczenia Bożego życia nie utracił, bo po tylu fortunnych rzeczach, przypadły i nieszczęścia, jako to więc bywa w peregrynacji.
Jadąc naprzód przez Francją do Hiszpanji, ziemią Gaskońską zwaną, kędy lud wielce zły jest i mściwy nad wiarę. Przyjechawszy nad morzem do jednego miasta, którego już nazwiska nie pomnę, zachciało mi się ostryg. Rzekłem tedy postulonowi, aby nabrawszy ich w worek wiózł za mną, które on wziąwszy w woreczek, uczepiwszy do konia, ruszył. Wyjechaliśmy z onego miasta i w mili już byliśmy jako pomnę na polu czystem, gdy postulon począł zwalniać kroku folgując swej szkapie i ostawać odemnie począł. Napomniałem go aby rychło jechał, ale on słuchać nie chciał, powtórzyłem to powtóre i po trzecie, ale on się niezdara oglądał tylko i po swojemu wlókł jak przedtem... Kiedy tak, rzekłem mu rozgniewany, zostań, że się, a ja pojadę dalej bez ciebie. Na co on obruszywszy się znowu, począł mi łajać różnemi owemi tamtych krajów wymyślnemi przekleństwy i w dodatku grozić. Nareszcie porzuciwszy ów worek ostryg, jął się do szpady, którą miał u boku i skoczył na mnie.
Jam nie od tego, choć i z prostym plebejuszem w potrzebie się zmierzyć, a więc do swej także. Ale jakoś z konia się biorąc, noga mi w szerokiem strzemieniu uwięzła, żem się zeń dobyć nie mógł, z czego korzystając postulon, ciął mnie po ręku, tak, że tylko co ręki nie odrąbał. Tu ja wymknąwszy nogę i konia zbywszy, na niego przypadnę i tnę go raz, a drugi, ażem brzydko okrwawił, zaczem na konia jego prędko przypadłszy, na którym tłumoki moje były nie małe, pobieżałem do posty.
Straszno mi było, abym w owym kraju cudzoziemskim za te rany wedle ich prawa nie odpowiadał, zafrasowałem się wielce, gdy mnie spytano o postulona. Alem ich odprawił tem, że mu koń ochromiał, aż się zostać musiał, więc lekko jedzie oddawszy tłumoki. Pospieszając zaś, nimby przybył ów postulon siadłem na inne konie i choć wieczór był, biegłem przeciwko nocy i noc całą bez oddechu.
Ale to był dopiero początek owych przygód, które mnie czekały na drodze hiszpańskiej... Jechałem dalej do Valadolid spokojnie, odbierając pieniądze w bankach, gdzie miły pan rodzic one mi posłał na ręce kupców.
Ostatnia już posta przed Valadolid, a był wieczór późny, zajechaliśmy do pewnej austerji, które tam zowią posada, aby spocząć. Nawinął się gospodarz i podnosząc latarkę ku mnie, chwilę zadziwiony postał, potem kłaniając się, zawołał:
— Mile witam u siebie hrabię z Tęczyna.
Obejrzałem się zdumiony zkąd mnie znał, aliścim go także sobie przypomniał zaraz. Był za moich pacholęcych czasów na dworze cesarskim ów Hiszpan, człek dobry i spokojny. Począł mi tedy wielką chęć okazywać i zatrzymywać u siebie bardzo gościnnie nie puszczając dalej. Chciałem był zaraz tego wieczora jechać do Valadolid, ale mi nie dał ruszyć.
— Hrabio, rzekł, daj się namówić na noc, bo ja wiem dla czego was wstrzymuję. Miasto Valadolid właśnie wielkim pożarem goreje, niebezpieczno teraz cudzoziemcowi wjeżdżać i ukazywać się, gdzie lud nieszczęściem rozjątrzony, każdego posądzić gotów że za jego sprawą złe się stało, zwłaszcza iż rozchodzą się wieści, jakoby podpalaczami byli ludzie jacyś obcy, nieprzyjaciele kraju. Zaczem — dodał — przenocujcie u mnie, a ja was jutro z rana do miasta przeprowadzę.
Rozmyśliwszy się tedy, postanowiłem u niego przenocować, zwłaszcza na jego dobrą dla mnie chęć zważając, i tak przy wspomnieniach cesarskiego dworu, za którym ów Hiszpan wzdychał, bo tam nie małe pieniądze zebrał, przeciągnęła się ochota długo w noc, że ja co rano miałem wstać, zasnąłem potem do południa i wyjechałem aż po rannym obiedzie. Ów Hiszpan jak był przyrzekł, prowadził mnie sam do miasta. — Ledwieśmy się do niego zbliżyli, postrzegliśmy dymy czarne nad niem i płomię żółte, całe place i ulice wygorzałe do szczętu, kędy pożar przeszedł. Wśród tej klęski, wlekli się kupami ludzie różni osmoleni, odarci, tumulty czyniąc, jak to bywa w podobnych razach. Ale Hiszpan mój mijał ze mną zręcznie kupy pogorzelców, gdy unikając ich wpadliśmy z deszczu pod rynwę jak pospolicie powiadają. Albowiem najechaliśmy na tych, co ich zowią Aguzeli (Alguazil), którzy są jakoby gwardją locum tenenti miasta tego.
Ci naprzód poczęli nas pytać, co za jedni byliśmy? Na co odpowiedział im Hiszpan, który mnie znał, żem był cudzoziemcem znakomitym, podróżującym dla swojej ciekawości. Nie spełna to oni zrozumieli, albo i nie chcieli może dać wiary, poczęli znowu pytać, którym imię moje powiedziałem i z dodatkiem podobno dla nich, bo mnie tak obcesowo naskoczyli jak zbójcy jacy. Na to oni w wielką furją wpadli, a nie słuchając gospodarza rzucili się otaczając nas. Jam do szpady nie miał czasu bo ich było wielu, z koni mnie wnet ze sługami zsadzili, tłomoki poodpinali, szpadę mi jeden oberwał, któremu gdy się bronię, drugi za puinał com go u pasa nosił pochwycił, inny za czapkę z bogatem spięciem, ale tej przecie nie dałem, broniąc się w ciżbie jakem mógł.
Odemnie rzucili się do sługi, który u pasa na sznurku miał klucze od wszystkich tłomoków, te mu naprzód odebrać chcieli, ale ja widząc to i wiedząc, że gdyby to odebrali, mogliby mnie łatwo zgubić: bo za kluczami temi były papiery i listy, z których mogłem dać sprawę o sobie, sam naprzód za klucze owe ręką chwyciłem. Poskoczył jeden z tego chłopstwa i zaczął je rwać do siebie — ja nie daję. On dobywszy miecza rękę mu odciąć grozi.
— Tnij, rzekę, nie dam. Aż się pomiarkował, gdy go postulon z gospodarzem poczęli uśmierzać i odszedł. Ja za klucze dopiero i do siebiem je wziął. Tak mnie pan Bóg od kalectwa ochronił; alem inaczej uczynić nie mógł, wiedząc że tam wiele ludzi niewinnych ginie tym sposobem, gdy pojmawszy rzeczy rozchwycą, listy popalą, a nareszcie i samego stracą bez wiary. Otóż gdy się to dzieje, właśnie wielkie było zamięszanie w mieście z powodu kupców, którzy dojść nie mogli, czyją sprawą tak szkodliwy ogień został podłożony. Chwytali więc każdego cudzoziemca, a drugich i męczyli srodze, aby się czegoś dowiedzieć.
Gdym tedy kluczów nie dał, otoczyli mnie ci ludzie do koła, a zebrało się ich we dwoje, tłum wielki ludu ze wszystkich stron, któren widział jak mnie szarpać poczęto. Pochwycili prowadzić mnie Algazilowie, a sług moich osobno, do gubernatora miasta, przez ulice płonące jeszcze, jakby złoczyńców jakich wiodąc i krzycząc, odgrażając się straszliwie. Gospodarz ów ze sługi memi i postulon szli także; postulon bowiem konie miał nazad prowadzić.
Na zakręcie ulicy wśród tłumu i zgiełku, spojrzę ja, com ledwie oczy dla sromu wielkiego śmiał podnieść, ażci jadą na koniach strojno i pańsko jacyś rycerskiego stanu ludzie; a obaczywszy tłum, stali w miejscu. — Spojrzę powtóre i zdumiałem się zrządzeniu opatrzności, poglądam jeszcze, aż oto jeden z nich poskoczy do mnie.
— Co to jest? Hrabia z Tęczyna? nie mylę się?
— Jam jest! ja — nie mylicie się. —
— Dla czegoż cię wiodą? zawołał drugi do mnie, i wstrzymali ową gwardję.
— Alboż wiem, za co w waszej ojczyźnie, rzekłem, spokojnie podróżujących zatrzymują i grabią?
Poczęli tedy oni na żołnierzy hałasować, ale to nie pomogło. Byli to: Conte di Luna znany mi z cesarskiego dworu, gdzieśmy razem z dworzanami pacholęty byli, Dundzian, Mamilcza i Robulus wielcy moi przyjaciele, z któremi miałem dawną zażyłość, pozsiadali zaraz do mnie z koni, czapkę mi włożyli, którą był zdarł jeden z tych chłopów, ową gwardją sługom swym rozpędzić kazali i między siebie z uczciwością wziąwszy, sami poprowadzili do Vicegerenta.
Srodze tak byłem moim tym wstydem zażarty, że gdyśmy przyszli do niego, nie powitałem go grzecznie ani hiszpańskim językiem, ale po łacinie. Ten mnie zapytał:
— Alboś Niemiec?
— Polak jestem, odpowiedziałem, hrabia z Tęczyna. Zatem poświadczyli moi towarzysze znajomi, ale on zażądał dowodów i wymagał ukazania listów moich. Odpowiedziałem, że tego uczynić nie mogę, bo mi wszystko zabrano i tłomoki i listy. Kazał je przynieść a były one na szczęście moje u Duńczynina Mauryki jednego z owych towarzyszy com ich spotkał, z którymi pospołu służyłem cesarzowi, za co dziękowałem Bogu. Bo gdyby je byli chwycili ludzie inni a rozpatrzyli sami, znaleźli by tam dwie rzeczy, wielce mi szkodzić mogące. Naprzód księgi sługi mego Celiusza, którego ojciec heretyk wielki, mieszkający w Bazylei (zwał się Celius secundus Curion), wydał był z Waldezjuszem (Janem) przeciwko papieżowi. Te gdyby byli napadli, sługa by pewnie poszedł na stos, a i panu Bóg wie coby się było dostało. Druga, miałem w owych tłomokach kilka przyprawnych kunsztów w racach z prochem, a te zobaczywszy, bez wszelkiego miłosierdzia byli by mnie spalili, gdyżbym się popadł w mniemanie, żem niemi miasto podpalił. Wszakże te race były w tłomoku uwinięte w koszulę; a że jakoś około tego czasu spalono kilka miast i Valadolid właśnie gorzało, o którem mówiono, że poszedł ogień z podpalenia, byłbym przypokutował niewinnie. Były także w tym tłomoku listy do królowej angielskiej, które zobaczywszy, jął mnie pytać Vicegerent, jakiej byłem wiary!
Rzekłem, katolik. Conte di Luna z drugiemi poświadczyli, że tak było.
A chociażem mu dowodnie listy pokazał, com za jeden był, rozjątrzony odpowiedzią moją, odesłał mnie do więzienia, do rozkazu królewskiego. Zaczęli go więc prosić znajomi aby puścił mnie na rękojemstwo, ale i tego rozjadłszy się uczynić nie chciał, a zatrzymał mnie w niewoli, gdziem się dobrze biedy najadł. Pisałem tedy do ks. Piotra Wolskiego Dunina z domu Łabęciów, który naówczas był w legacji do dworu hiszpańskiego od króla Zygmunta Augusta, a skoro go moje listy doszły, natychmiast rozkazano mnie oswobodzić, czego musiał Vicegerent dopełnić, acz mu się nie chciało.
Jechałem więc do króla ze skargą na owych hamowników i szarpaczy, co po drodze spokojnych ludzi zatrzymywali i otrzymałem sprawiedliwość, a nawet doświadczywszy łaski królewskiej, znaczne upominki odniosłem. A miałem tam i na dworze królewskim przygodę. Był Hiszpan niejaki nazwiskiem Cornero, poprzyjaźnił się ze mną, bywałem ja u niego, on u mnie w gospodzie z innemi, z któremi grywaliśmy często. Raz tedy przegrał do mnie ów Hiszpan sumę nie małą, ale jej zbytecznie żałując, chciał mnie zmusić abym mu ją powrócił. Nie mógł jednak tego dokazać, postrachem odgrażał się na mnie, z czegom ja ufając sobie naigrawał się jeszcze. Jednego wieczora wracałem od przyjaciół ulicą, a ciemno było choć oczy wykol; nagle zastąpi mi drogę, przed gospodą prawie, kilku płaszczami zawiniętych ludzi, chcąc mnie zelżyć. Jam wszakże ostrożny będąc, wziął się do szpady i przyparł do muru. Owi najęci siepacze ku mnie skoczą, ja po nich wezmę się rąbać tak, że pouciekali, sam też Cornero w tej potyczce ranny, tył podać musiał i więcej mnie nie zaczepiał.
Od tej przygody jakiś czas omnia feliciter succedebant. Zamierzyłem do Portugalji jechać, gdzie sama królowa rządziła naówczas, sprawując królestwo dla młodych lat króla. Tu z nawiedzenia Pańskiego złożony byłem ciężką chorobą, aż o mojem zdrowiu lekarze już małą nadzieję robili, ale za wielkiem staraniem i pilnością na dworze królowej, od której nie mało dowodów łaski i serca doświadczyłem, także za staraniem kardynała Malvecego, przyszedłem do pierwszych sił, acz nie prędko jednak.
Wróciłem ztąd znowu do Hiszpanii — i w drodze trafiło mi się jechać przez Granadę, dawną Maurytańskich królów stolicę, gdzie sławne budowy niewiernych ręką wzniesione, prawie czarodziejską pięknością zdumiewają. Kilka tu dni zabawiwszy, wyjechałem pod wieczór z miasta w dalszą podróż. Ledwieśmy w lasku stanęli z mulnikiem na popas, aż ujrzałem kawalkatę znaczną znajomych moich, którzy za mną gnali, chcąc mnie przytrzymać jeszcze dla przyjacielskiej biesiady. Nie mogłem wszakże bawić się dłużej z niemi dla pośpiechu, a poznać im się nawet dać nie chciałem. Zakrywszy więc twarz płaszczem, udałem sługę, słudze zaś panem być kazałem, a tak mnie młodzież owa, spojrzawszy pominęła. Zaczem spocząwszy i ja w drogę, pomyślałem sobie, żeby to tak może najlepiej było resztę podróży odbyć sługą niby będąc, a Celjusza panem czyniąc. Celjusz bowiem różnych ziemi języki dobrze znał i obyczaje, z ludem grubym i prostym doskonale sobie począć umiał.
Tu się przebrawszy wedle tej myśli, wjechaliśmy w góry, które się ciągną za Granadą, zowią się one Sierra Nevada, wierzchołki ich pokrywają śniegi i lody wieczne, zkąd nawet latem do miasta dla ochłodzenia wody, biedni ludzie bryły lodowe zwożą. Natrafiliśmy właśnie na wezbrany strumień i szeroko w jarze rozlaną wodę. Pytam przewoźnika: Czy można przez nią? Milczy.
Pytam go powtóre, czy muły przepłyną? potrząsa tylko głową i okazuje, że to trudno będzie. Ja tedy wtykam mu w rękę sztukę srebrną, aby pojechał próbować. Puścił się na jednym mule. Pókiśmy jeszcze około brzegu probowali i umawiali się, noc nadeszła, ale szczęściem księżyc był i świecił jasno, jakby naumyślnie. Już był przewodnik na drugiej stronie i wołał na nas abyśmy za nim płynęli. Ja tedy mojego muła ku wodzie skierowałem, ale iść nie chciał, począłem go bić, stoi właśnie jak mówią — gdyby muł uparty, słudzy go kijmi poczęli okładać, ale i to nic nie pomogło. Tymczasem przewodnik z drugiego brzegu woła, abyśmy płynęli prędzej gdyż nas mogą Maurowie błąkający się napaść i o gardło przyprawić. A muł jak nie chce tak nie chce w wodę. Naówczas Celjusz, który pana udawał, probuje swego muła, czyby za tamtym i mój łatwiej nie poszedł; w wodę go wpędził ale zaraz od brzegu ponurzył się, z siodła spadł, że go całkiem widać nie było i tylko muł spłynął na wierzch, bo go woda wyniosła i patrzeliśmy jak płynął niosąc na sobie szkatułkę moją z kotkiem morskim, którego wiozłem dla ciekawości do naszych krajów.
Gdy się to dzieje, a ja wyrzekając wielce za Celjuszem stoję, nadbiega jakaś hałastra z pochodniami. Woda też ta gwałtowna, z gór idąca, potrochu była opadła, poczęli szukać sługi, ale nie znaleźli tylko muła którego prąd uniósł i wbił pod jedno drzewo u brzegu.
Zatem zebrawszy co było zostało z owej nieszczęśliwej przeprawy, udaliśmy się z tem chłopstwem do wsi, gdzie była austerja. Zaraz się tedy wieść rozniosła, że jakiś cudzoziemski pan utonął, którego słudzy tylko pozostali (bom ja, jak wiecie, postać na siebie sługi wziął). W owej wsi starszy począł na mnie intrygować odebrawszy wszystkie rzeczy i tłomoki i kosztowności i com tylko z sobą miał. Tej nocy trzymali mnie pod strażą, a nazajutrz z rana zebrawszy ludzi wszystkich, poszli szukać utonionego. Znaleźli Celjusza daleko od owego miejsca, a przy nim paczki z kosztownemi ubiorami mojemi i rzędami na konie, także na nim ubior ze złotem, na palcach jego kilka pierścieni, drugie w kieszeni. Szli pytać mulnika, który powiedział jak widział że tamto był pan, a my słudzy.
Włożył tedy starszy owej wsi potwarz na nas, żeśmy pana swego utopili umyślnie i odgrażał się że nas wszystkich potraci.
Prosiłem go najmocniej, aby posłali po dowody do gubernatora od którego byliśmy tylko dwie mile, ale tego nie chciał uczynić, bo tam taki jest zwyczaj, że każdy sobie pan. Posadzono mnie z ludźmi razem do kłody. Było to jakoś, jeśli dobrze pomnę we Środę, tak żem ja i przez Czwartek przebył w srogiem więzieniu, a pojąłem dobrze, że ów starszy umyślnie chce nas potracić, aby zabrał tłomoki kosztowne, bo gdyśmy do niego po hiszpańsku mówić poczęli, rozumieć nas nawet nie chciał.
Tamem się już Bogu tylko, a Najświętszej Matce jego polecał, noc całą nie spiąc, srodze się frasując i pana rodzica mego a dom przypominając, myśląc że tu przyjdzie zginąć marnie, na obcej ziemi, śmiercią nie szlachecką, ale złoczyńców, zdrajców i gburów. Głowa mi od frasunku gorzała, nadziei nie miałem żadnej.
Rano jakoś w Piątek przyszli słudzy starszego, chłopstwo i tłum prowadzić nas i bez sądu zgubić dla tych marnych kosztowności, których pożądali, jako szat ze złotem, com ich na dworze króla hiszpańskiego używał, kilka łańcuchów, manelli, pierścieni, zapon. Lecz na moje szczęście, kiedy oni te rzeczy z tłomoków, dziwując się im wykładali, listy wszystkie cesarskie, króla hiszpańskiego, króla francuskiego, portugalskiego i t. d., innych książąt i panów, do tego pasporty moje hiszpańskie i portugalskie z innemi papiery, co były w puszce miedzianej razem, wypadły. Te gospodyni austerji do siebie wzięła. Bóg to zrządził. W Piątek rano przychodzi tedy chłopstwo i siepacze do więzienia naszego, gdzieśmy Bogu ducha polecali leżąc na słomie mokrej. Wiodą nas na stracenie wielką gromadą. Ale tylko cośmy za wrota owego domostwa wyszli, zerwie się burza sroga, wicher wielki i takie powietrze, że jeden drugiego o dwa kroki nie widział. Opatrzyli się siepacze, że pod tę złą chwilę nie ma co robić, trzeba ustąpić do domu i poczekać.
Tymczasem w Piątek, gdy się to dzieje, gospodarz onej gospody, kędyśmy siedzieli, mocno zachorował, a leżał w pół śmierci, posłano za księdzem aby go na tamten świat gotował. Ujrzał nas ksiądz przybyły i spyta, co my za jedni? Odezwę się jako do duchownego po łacinie, zdając mu ze wszystkiego sprawę, powiadając o listach, które zabrali mi z puszką. Pyta ksiądz kto je wziął?
— Gospodyni ma je u siebie, odpowiedziałem. Ksiądz do niej, a ona pokazała wszystkie jak znalazła. Przypatrzył się im ksiądz i pieczęciom także, zawołał starszego do siebie na którego powstał, jak śmiał podróżnych tak pochwytać i na nich nastawać. Zatem pobrawszy nas i papiery, dla gruntowniejszego rzeczy zbadania, jechał z nami nazad do Granady.
Tu powziął już pewną wiadomość o mnie od kapitana i innych przedniejszych w mieście, co mnie znali. Posłano zaraz do wsi tamtej za chłopstwem, kazano kilku pojmać, rzeczy wszystkie mnie powrócić i na gardle nawet miano karać tych zbojów, co by uczyniono pewnie, gdybym był na nich instygował. Ale do czego by mi się to przydało?
Nie tracąc czasu, znowum swoją krzywdę i despekt mi wyrządzony opisał ks. Duninowi Piotrowi Wolskiemu, będącemu w Madrycie pod tę porę posłem; na tem przestając.
Jużem się był tyle razy w tej hiszpańskiej ziemi nabrał strachu, żem z niej jako żywo co najprędzej chciał uciekać. Za trzecim noclegiem od Granady w ziemi maurytańskiej, jadąc do Sywilji (Sevilla) kwapiąc się bardzo, a nie chcąc bawić w drodze, słudzy którym ja przykazałem aby pośpieszali, przodem się byli wyprawili. Z tych jeden wiódł muła z tłomokami i strawą, bo tam na taki kraj byliśmy trafili, gdzie czegośmy z sobą nie przywieźli, tego nie dostali. — Jeść nie było co. Trafiło się nam dwie drogi, jedna w lewo, druga w prawo, zaczem słudzy moi pojechali przed się w lewo, a ja o tem nie wiedząc udałem się w prawo, minąwszy dobrą drogę. Jadąc ja na mule, a w tem słonko zaszło, zamierzchło. — W godzinę prawie drogi trafiłem ja na jedną chałupkę, w której nie zastałem nikogo jeno stare babsko. — A była ta chromina położona w górach i zaroślach gęstych, na ustroniu i pustyni. Począłem rozpytywać baby o drogę i gospodę, ta zaczęła mi coś odpowiadać i pokazywać, ale czy to dla wygody dziwnej, czy dla języka tamtego kraju przekręconego po chłopsku, zrozumieć jej nie mógł. Obaczywszy że nocleg niepewny i ludzi moich nie ma, chciałem muła nazad wyprowadzić i jechać dalej, aliści wypadną kilku zbirów z chałupy na mnie prosto, wezmą mnie pod boki, jeden za muła chwyci, drudzy wpychają do izby. — Ja im się poczynam opierać, oni mnie pod boki macają i co który znajdzie przy mnie — to zabierze. Jeden chwycił kaletę z pieniędzmi (bom ich miał część przy sobie), drugi czapkę ze spięciem, trzeci puinał i szpadę; ba i pierścienie którem miał na palcach i w kieszeniach, co mi je podawali towarzysze i dobrzy przyjaciele — panięta i dworzanie cesarscy na braterstwo i pamiątkę — odebrali.
Tak, żem się tylko został w jednym błahym kabaciku, do którego się już nawet także poczęli przymawiać bardzo wymownie, jakby go zedrzeć ze mnie. Chcę ja wyjść z izby do muła — idzie dwóch za mną i pilnują, nie dając stąpić kroku. Nadrabiam fantazją, ale mnie strach ogarnął, bo byłem w ich ręku jak w oprawców, pustynia wielka, drożyna którą nikt nie jeździł, ani nadziei posiłku, domyślałem się już, że słudzy inną stroną pojechać musieli.
W tem spojrzę z owej izby przez drzwi, aż za nią druga komnatka, wejdę tam, a jeden z tych łotrów za mną w krok. Nie ma sposobu. Wziąłem wiązkę słomy która tam leżała na ziemi, jakbym się chciał położyć (bo noc już była późna), a tego co za mną wszedł zacznę prosić, żeby mi wody przyniósł.
Wyszedł jakoś, a wychodząc drzwi za sobą przywarł, ja je zaraz lepiej jeszcze drągiem którym znalazł pod ręką podparł, a sam począłem szukać jakby tu umknąć. Było tam okienko nie wielkie w las, ale wysoko w ścianie, ani do niego doleść. — Szczęściem jakiś tam kamień leżał pod niem blisko, podtoczyłem go wziąwszy się na siłę, pocznę probować aby wyleść.
Trudno. Wyjmę rękę, potem głowę, a ledwie wycisnąwszy się przez nie i padłszy w podwórze, zacznę uciekać w zarośla. Tu mi rzeczka drogę zagrodziła. Wchodzę w wodę po pas. Była to rzeczka, jak to w tym kraju nie rzadko, otoczona skałami, co się nad nią powychylały w różne strony. Spojrzę do koła dokądby się tu schronić, Bóg mi dał dopatrzeć otworu w skale nad wodą, do którego przystępu nie było, tylko przez nią. Ja tam co prędzej wcisnąłem się skuliwszy i przycichłem.
Nie minęło ćwierć godziny, słyszę hałas u brzega za sobą, pocznę mimowoli drżeć od strachu i zimna, bom był bez wszelkiej broni. Widzę światło padające na wodę, a owi zbirowie z pochodniami klnąc idą, szukają mnie wszędy śladem. Myślę, jakoś mnie Boże uchował nie raz, uchowaj i teraz — pocznę się modlić w duchu. A tak zrządzeniem Bożem poszukawszy mnie chwilę, odeszli znowu. Tu dopiero przekonałem się jawnie że szło o moje gardło.
Było już dobrze potem w noc, począłem z mojej tej dziury wyłazić nazad i biedz drogą w tył, kędym przyjechał. Księżyc świecił jasno, tom też musiał krzakami się przedzierać, aby mnie goniąc nie zobaczyli; późno już w noc, nad dzień, ujrzałem na drodze kawalkatę w kilka koni i mułów, kolass i ludzi, którzy byli przededniem wstawszy w drogę się wybrali. Wyjdę ku nim kwapiąc się, a ten co jechał szlachcic jakiś z żoną zawoła na mnie.
Ja do niego — pyta co za przyczyna żem tak odarty? pocznę mu opowiadać przygodę moją i zdawać sprawę o wszystkiem. Dał mi zaraz ów szlachcic konia, zsadziwszy sługę swego i jechaliśmy razem do tej chałupki. Po drodze wstąpiliśmy do wioski, która była w górach niedaleko, aby z sobą wziąść ludzi dla pojmania złoczyńców, ale przybywszy na miejsce nie zastaliśmy już nikogo w niej krom owej baby, którą zabraliśmy z sobą.
Szlachcic ten dał mi brata swego, aby mię odprowadził do noclegu, gdzie ludzie moi byli na drugiej drodze, pożyczył płaszcza swego, kalety, czapki, szpady i puinału. Trafiłem przecie na zafrasowane sługi tegoż dnia, to tylko com miał przy sobie straciwszy, owemu przewodnikowi memu okazując wdzięczność, wedle możności obdarowawszy go[4].“
— Co? już koniec? spytał jasnowłosy.
— Koniec.
— A ja bym do wieczora był słuchał.
Dwaj piszący ruszyli ramionami.
— Co za szkoda, żem tam z nim być nie mógł!
— Żeby jak Celjusz utonąć?
— O! ba, nie dałbym się wodzie, jestem lekki.
— A potem co ma wisieć —
Wszyscy poczęli się mocno śmiać, gdy w tem drzwi się otwarły i dwie osoby weszły do sali.





V.
U FIRLEJA.

Zastraszona groźbami brata, księżna nie wiedziała co począć z sobą i synem, gdy nadszedł w samą porę pan Czuryło. Przywiązany do rodziny, z którą jego ojciec i dziad węzłami pokrewieństwa, potem domownictwa połączeni byli. Stary szlachcic myślał tylko o tem, jakby księżnie, którą za panię swoją uważał, skutecznie dopomódz.
Wziął się więc natychmiast do śledzenia kroków, związków, stosunków przyjaźni i myśli prawie księcia Sołomereckiego. Łatwo mu było nieznajomemu niby przypadkowie ująć sobie dworzan, niczego się nie domyślających. Od nich to naprzód dowiedział się, że ich pan jest przyjacielem poufałym Zborowskich. Ta wiadomość podała mu myśl ucieczenia się o pomoc do Firleja. Poszedł z tem do księżnej; a że rodzina Sołomereckich miała dawne jakieś stosunki z Firlejami, wdowa chwyciła się podanej rady żywo i z największą wdzięcznością. Pan Czuryło nastawał na to, aby nie spuszczając się na inne pobudki, nie zapominała powiedzieć o przyjaźni Zborowskich dla księcia. Był to pewny środek zainteresowania wojewody.
Szlachcic nie omylił się. Wojewoda wysłuchał wszystkiego zimno, ale gdy księżna nadmieniła, że jej prześladowca ufa w pomoc Zborowskich.
— W. ks. Mość, rzekł dumnie wojewoda, możesz rachować na moją. Syna jej biorę do siebie, zobaczymy czy książę i panowie Zborowscy ośmielą się go tknąć.
— Brat mój, brat mój, odpowiedziała wdowa, odważy się na wszystko. Czyż nie przekupywał sług, nie nasyłał zbójców, nie usiłował pochwycić biednego dziecka? nie sprzeciwia się woli królewskiej?
— Zobaczymy, zawołał Firlej — pocierając szpakowatego wąsa, kto tu w Krakowie pan, czy Zborowscy czy ja. Syn W. ks. Mości zostanie u mnie, nie wstyd mu tak jak innym zacząć od mojego dworu, nauczy się, przetrze między ludźmi; a tu go ręka nieprzyjaciół nie dosięże. Wy pozostaniecie w Krakowie?
— Jakkolwiek pilno mi na Ruś, będę oczekiwać na króla JM.
Firlej głową potrząsł smutnie.
— Muszę też wysłać do Rzymu, dla odzyskania dowodów mojego małżeństwa, tam wyprawionych przez księdza Hausera przed laty kilkunastu.
— Jak go zowiecie tego księdza? spytał wojewoda.
— Hauser.
— Coś mi się to nazwisko błąka. Słyszałem o nim. Nie powrócił do kraju nazad.
— Wiesz co o jego losie? żywo przerwała księżna.
— Gdybyście mężnie znieśli, powiedział bym.
— Niech wiem przynajmniej, mam li mieć nadzieję lub nie?
— Żadnej mościa księżno — na nieszczęście ksiądz Hauser z Rzymu wybrał się do Grecji, chciał zwiedzić Azją i miejsca święte, chciał podróżować trochę świata, jakom i ja za młodych lat czynił.
— Cóż mu się stało?
— W. ks. Mość nie rozpaczaj, dodał Firlej, ale wiemy to z pewnością, że się dostał na morzu będąc w ręce tureckich morskich łotrów, którzy go wespół z innemi schwycili w niewolą. Naprzód u Turków na galerach, potem u Tatar, dokąd go przedano jako tłumacza zdatnego, żył dość długo. Dowiadywał się do kraju prosząc o wykup, ale nikt o tem nie pomyślał. Musiał zemrzeć w niewoli.
— A z nim ostatnia moja nadzieja! krzyknęła księżna w rozpaczy i płakać poczęła.
— Posłuchajcie mnie jeszcze, przerwał Firlej zastanawiając się. W Rzymie ksiądz Hauser zrobić musiał co mu polecono. Tam więc ślad pozostał tej sprawy i można mieć z akt konsystorza wyjęte dowody.
— Sądzicie, panie wojewodo?
— Tak sądzę i napiszę o tem do kardynała Commendoniego. Nadto mu chodzi o pozyskanie nas, aby dla mnie uczynić tego nie miał.
Sołomerecka nie umiała wojewodzie wyrazić swej wdzięczności. Nazajutrz Stanisław kniaź Sołomerecki, młode szesnastoletnie pachole, czarno ubrane, (gdyż księżna ślub uczyniła inszej sukni mu nie dać, pókiby przez rodzinę uznany nie był), udał się z matką do pałacu wojewody Firleja. Stary popatrzył mu w oczy, pogładził poufale po czuprynie i kazał zawołać starszego sekretarza.
— Słuchaj, rzekł do niego, gdy suchy i długi ( przezwany Dylem) pan pisarz wojewodziński stanął u drzwi z pokornym ukłonem. Słuchaj waszmość panie Wierzbięta, oto jest powinowaty nasz, książę Sołomerecki, którego matka w opiekę moją oddaje i poleca mi. Jest to dziecko prześladowane, zagrożone przez familją związaną ze Zborowskiemi. Waszmość oka z niego nie spuszczaj. Mogą mu co złego uczynić. Polecam go wam; niech się uczy w kancelarji naszej, niech się wyciera między ludźmi, niech będzie jak waszmość poczciwy, a jak ojcowie odważny, szlachetny.
— I ja go wam polecam, przerwała postępując matka, i zdejmując z palca pierścień kosztowny, podała go panu Wierzbięcie, który nań wielkie oczy zrobił... Przyjmijcie ten błahy upominek od matki, abyście spojrzawszy nań, prośby jej przypomnieli. Ja wam oddaję najdroższy mój skarb.
Pomimo patetyczności tej sceny, która oblana była łzami księżnej, pomimo surowego oblicza wojewody, trudno się było wstrzymać od śmiechu patrząc na pana Wierzbiętę.
Był to chudy, stary już mężczyzna, niezmiernie poważnego oblicza, wyropionych oczów i tak sztywny, twardy, żebyś rzekł lalka drewniana. — Anima damnata wojewody, spełniał jego rozkazy ze ścisłością nadzwyczajną, nie pojmując aby co im na zawadzie stanąć mogło. Wprawny w pisanie listów i kancelaryjne formy, milczący i utrzymujący tajemnicę jak kamień w wodzie na dnie, nie żonaty, nie potrzebujący wiele, cały oddany pracy, nie pożądający rozrywek, był to rodzaj narzędzia nałogiem już tak nakręconego, że inaczej myśleć i działać nie umiał, tylko wedle normy swojej od lat kilkudziesięciu. Dodajmy że pan Wierzbięta całe prawie życie spędził w kancelarjach, gdzie go szacowano, i z których wyjść na wyższe stanowisko nie pragnął. Skromny w ubraniu aż do zaniedbania, obojętny na powierzchowność, w wyszarzanym kontuszu granatowym, w długich butach ciemno-burakowych, obwiązany pasem jedwabnym prostym, pan Wierzbięta nigdy nie miał innego klejnotu w swojem posiadaniu nad sygnet z krwawnikiem, nigdy nie marzył o pierścieniu; gdy więc księżna podała mu kosztowny podarek, zrobił minę tak pociesznie zafrasowaną, spojrzał na wojewodę tak dziwnie, cofnął się tak przerażony, że Firlej sam uśmiechając się rzekł:
— Dla czegoż nie mielibyście przyjąć.
Pan Wierzbięta wziął, schylił się podziękować, ale mając już pierścień w ręku, zupełnie nie pojmował co z nim począć. Na myśl mu nawet nie przyszło, aby go włożyć na palec. Palce pana Wierzbięty były to chude i długie klocki, pokryte jasnym włosem, zawalane atramentem i zupełnie wyrzekające się wszelkich ozdób. Biedny pan pisarz począł od intencji chowania pierścienia za nadrę, ale pomiarkował że ztamtąd wypaść może, potem pomyślał o kieszeni, kieszeń była podobno dziurawa, dopiero ostatecznie nie mając co robić wsunął go na palec. Ale że się na nim kręcił i groził upadkiem, pan Wierzbięta musiał go ścisnąć w dłoni.
Cała ta pocieszna scena odbyła się w jednej chwili i księżna zajęta dzieckiem wcale jej nie widziała; wojewoda, który ją przewidywał, znając poczciwego swego pisarza, uśmiechał się nieznacznie.
— Niech W. ks. Mość będzie pewna, dodał łykając ślinę pisarz pomięszany, że będę czuwał nad księciem, jak...
Chciał powiedzieć, jak nad własnem dziecięciem, ale w chwili wymówienia zdało mu się, że to będzie za mało i jąkając się dokończył:
— Jak nad najświętszym depozytem.
— Jestem tego pewny, rzekł wojewoda. Znam cię i mogę ręczyć. Wyznaczemy kniaziowi komnaty podle moich i nie będziemy go spuszczać z oka.
— A teraz, dodał Firlej, niech pójdzie poznajomić się z towarzyszami. Nie shańbi go towarzystwo dobrej szlachty Bonarów, z któremi jestem spokrewniony, Skrzeńskich, Ponętowskich i Górków. Każdy szlachcic, a nie mało książęcych imion na dworach swej braci poczynają i uczą się, jak potem własne złożyć dwory.
Stanisław na wezwanie matki pokornie jako starszemu i opiekunowi podziękował wojewodzie, ucałował matkę, która nad głową położyła mu znak krzyża świętego i wyszedł z panem Wierzbiętą.
Na ówczas to otwarły się drzwi sali, jakeśmy powiedzieli w końcu ostatniego rozdziału, i w towarzystwie starszego sekretarza wszedł książę Sołomerecki.
Jasnowłosy chłopiec stoczył się z okna na ziemię, wszyscy rzucili do stolika, a pan Wierzbięta, przybrawszy minę uroczystą, z ręką ściśniętą w kułak (bo w niej ciągle trzymał pierścień) odezwał się do zgromadzonych:
— Oto waszmościów nowy towarzysz, książę Sołomerecki, którego mi specjalnie pan wojewoda polecił, którego ja specjalnie waszmościom polecam, który zasługuje, który...
Pan Wierzbięta wcale nie był wymowny, pisał łatwo, ale potocznej rozmowy utrzymać nie mógł, tem bardziej gdy uroczyście trzeba było wystąpić. Na tem więc skończyło się przedstawienie.
Wszyscy ciekawie zwrócili oczy na nowoprzybyłego, dosyć onieśmielony, zwłaszcza przypomnieniem żakowskich otrząsin, lękał się i tu czegoś podobnego. Niektóre z chłopiąt poglądali nań nawet z wyraźną ochotą przyczepki, ale wszystkich rozbroiła pełna łagodności, szlachetnego wyrazu, smutku głębokiego a razem jakiejś młodzieńczej powagi fizjonomia książątka.
Pierwszy jasnowłosy Michał Szpet po cichu odezwał się sympatycznie ku niemu pociągniony.
— Siadajcie, my was poznajomim z naszą robotą. Nie wielka to rzecz.
— Książę, przerwał pan Wierzbięta, nie będzie obowiązany do żadnej pracy, życzyłbym tylko aby się jej przypatrywał... To nigdy nie zaszkodzi.
— Dla czegoż bym na równi z towarzyszami nie miał dzielić się robotą? — odpowiedział Sołomerecki. — Owszem, proszę pana wyznaczyć mi.
— To potem jeśli zechcecie, potem. Tymczasem przypatrzycie się.
W tej chwili szanowny pan Wierzbięta obmacał się że klucza od swojej izdebki zapomniał, i zawsze trzymając pierścień w ręku, milcząc wyszedł z sali.
Pomimo wielkiej ochoty żartowania i pomęczenia trochę wedle zwyczaju nowo-przybyłego, wszyscy uczuli dla niego taką jakąś sympatję, że nikt począć nie śmiał. Wieść o niebezpieczeństwach, prześladowaniu, nie mało się też do tego przykładała.
— Jakkolwiekbądź, szepnął pan Ponętowski do Szpeta, trzeba żeby wedle zwyczaju ucztę nam wyprawił.
— Może nie ma za co? odrzekł jasnowłosy, dajmy mu spokój.
— Gdzie tam! wszak za listem królewskim odzyskali majątki. No! powiedźcie mu o zwyczaju.
Stanisław dosłyszał tych słów.
— Najmocniej proszę, odezwał się obracając do mówiących, powiedźcie mi zwyczaje. Byłem żakiem, sprawiano mi otrząsiny, może ten obrzęd i u was się odbywa?
— Nie, nie lękajcie się, ale dla poznajomienia z towarzyszami.
— Mam osobne mieszkanie i przygotowanie wszelkie — pozwolicie się więc prosić na wieczorną zabawę?
— Właśnie, właśnie, zawołał Szpet klaskając w ręce, bo i czas po temu. — Żaczki się weselą (bez przymówiska) chodząc z jasełkami, my powinniśmy także przystojnie się zabawić. — Bieda tylko, że to dziś wilja. —
— A zatem na jutro!
— Zgoda, pierwszy dzień święta.
— Będziecie więc łaskawi?
— Będziemy łaskawi zjeść i wypić co nam dasz, odparł Szpet. — A teraz kiedyś ciekawy, siadaj W. ks. Mość za stół, ja wam pokażę co robiemy. Oto: starsi piszą listy, memorjały, uniwersały i t. p., my je przepisujemy; przepisujemy także memorabilia ciekawe różne, dyarjusze i t. p. Ale nie zawszeż nad pisaniem siedzieć, to by szlachcicowi nie przystało, zwłaszcza kto się omniszyć nie myśli i na kanclerstwo nie patrzy. — Mamy konie, mamy broń, mamy podwórzec szeroki, gonim czasem, z kopją uwijamy się, strzelamy do Turka i rycerską sprawą zajmujemy się. Pan wojewoda nawet bardzo na to mile patrzy; a W. ks. Mość umiesz co tego rzemiosła?
— Nigdym się go nie uczył; prędzej jeszcze pisać niż rąbać się i toczyć koniem potrafię; muszę dopiero począć naukę rycerską.
— Dobrze traficie, jest tu stary Smogulski, który was i prędko i wyśmienicie ułoży do szabli i konia. — Ale, dodał Szpet, jeśli to wam nie przykro, powiedźcie swoją historją. Mówią o was, żeście nie mało biedy skosztowali.
Staś zarumienił się, ale odmówić nie mogąc, bo by to był brak zaufania, począł opowiadać towarzyszom to co z przeszłych już wiemy rozdziałów.
Dwaj starsi wstali od pisania i także słuchali.





VI.
NOC BOŻEGO NARODZENIA.

Na całym chrześcjańskim świecie Bożego Narodzenia święto obchodzi się uroczyście, wesoło; wielka to bowiem rocznica dnia w którym się Zbawiciel urodził, co świat miał wywieść ze stanu upadku do walki i zwycięztwa nad grzechem. W dawnych czasach, gdy jeszcze duch wiary głębiej przejmował serca wszystkich, święto to i inne daleko z większem uniesieniem i zapałem religijnym obchodzone były. Boże Narodzenie, Zmartwychwstanie, Zielone święta, były dniami wesela dla całego kraju, a zwłaszcza dla ludu.
Nadeszła w XVI wieku reforma zmieniła nieco zwyczaje, odrzucając większą część obrzędów, jakoby bałwochwalstwem tchnących. Ale i reforma z ludem, z pamiątkami odwiecznemi, od razu gwałtownie zerwać nie mogła. To co później odrzuciła całkowicie, musiała w początkach tolerować. Jakkolwiek dwór wojewody Firleja był już zupełnie protestancki, żona jego katoliczka, wielu domowników i dworzan tego wyznania, obchodzili dnie uroczyste wedle starych zwyczajów. W dzień wilii Bożego Narodzenia osobny stół nakryto dla katolików dworzan, któren piękna i młoda Mniszchówna, ostatnia Firleja żona, z domownikami swemi zajęła.
Ukazały się gwiazdy na zimowem niebie, nakryto do stołu i złamaniem opłatka, życzeniami szczęścia, poczęła się skromna przy pewnym wytworze uczta chrześcjan czuwających i oczekujących Narodzenia Bożego.
Nadchodzące święto rozweselało wszystkich, i pomimo uszanowania dla pani wojewodzinej, która zresztą sama z ciężkością powagę matrony z młodemi laty swemi pogodzić mogła, dworzanie na szarym końcu uśmiechać się i w pół cicho mówić poczęli. Późnym już wieczorem wstano od stołu, ale nikt z katolików spać iść nie myślał, zebrali się starsi i młodsi do Sołomereckiego, którego pokochali od razu i oczekiwali godziny mszy pasterskiej.
Dawniej zwłaszcza w miastach, uważano za obowiązek znajdować się na tym obchodzie nocnym, z którego winszując sobie, wesoło rozbiegano do domów spocząć do ranka.
Dworzanie katolicy księcia wojewody, trzymając się zwyczaju, zebrali się także w projekcie udania do kościoła. Około północy ruszyli wszyscy, razem z panią wojewodziną, która do kościoła Panny Marji jechała.
Ulice Krakowa nie spały. We wszystkich oknach gorzały światła, nikt prócz reformowanych (i to nie wszystkich) nie zasnął, dzwony odzywały się z wysokich wież kościelnych, okna domów pańskich smugami żółtego światła przerzynały czarnej nocy oponę. Konni, jezdni, piesi, rozmawiając, z pochodniami, z latarkami rogowemi i papierowemi w ręku spieszyli na mszę Pasterską. U drzwi kościelnych dźwięczała pieśń dziadowska i wołanie o jałmużnę.
Na ciemnem tle nieba wyiskrzonego mrozem, ale bez księżyca, mrugały gwiazdki blade, tajemniczo w ziemię patrząc.
Wiatr dął ostry od północy — dachy spiczaste od kamienic bielały śniegiem, skrzypiał on pod nogami idących, a chorągiewki wież i ganków szeleściały obracając się.
Tłumy żaków z pieśniami przebiegały ulice; więcej jeszcze cisnęło się do kościołów. Poczęła się msza Pasterska. Na Gloria, z chórów kościelnych ozwały się wedle zwyczaju głosy żaków naśladujące spiew ptasi, ryczenie zwierząt, zadęły fujary chłopskie.
Obrzęd ten z wielą innemi dziś zarzucony, powiadać miał, że się narodził Pan, którego wszelki zwierz chwali, któremu wół i osioł służyli pierwsi, pierwsi uklękli przed nim, któremu pastuszkowie pokłonili się przed innemi.
Dziś by to może śmiesznem się zdało, i wówczas już szydzili z tego reformowani, ale lud rozumiał znaczenie głosów i modlił się goręcej słysząc je.
Zawieszone w kaplicy jasełka, do których po mszy lud się cisnął, wyobrażające dziecię Jezus w żłobie, Józefa i Marją przy nim, świeciły zapalonemi do koła świecami, wyjawione zostały po wszystkich zwłaszcza zakonnych kościołach.
Około jasełek stara nasza pieśń brzmiała, pełna prostoty i wdzięku:
W żłobie leży
Któż pobieży i t. d.
Takich pieśni prawdziwie wesołych, radosnych, śpiewano mnóstwo, i jak u grobu Zbawiciela jęczał żal Matki i płacz chrześcjańskiej duszy, prostemi ale poetycznemi wydany słowy, tak u żłobu śpiewał świat cały ptaszęcym głosem wesela.
Musieli ojcowie nasi mocno być wiarą przejęci, gdy stworzyli te pieśni nabożne, jakim równych nie ma podobno żaden naród. Niektóre kantyczkowe, tak niesłusznie wyszydzone śpiewy, są arcydziełami uczucia i poruszają bardziej, niż najszczytniejsza modlitwa. Są one śmieszne dla tych tylko, którzy nigdy wiary nie mieli, uczucia ocenić nie potrafią i wszystko czego nie pojmują zbywają szyderstwem.
Wesoło, ochoczo, śmiejąc się, winszując, lud płynął z kościołów, przy odgłosie dzwonów zwiastujących Narodzenie Boże. Żacy wrzeszczeli kolędę — dziadowie kolędę śpiewali, całe miasto kolędowało.
W jedną stronę szli Bursarze niosąc ogromną gwiazdę z papieru woskowanego, oświeconą wewnątrz; w drugą ze śpiewem i chichotaniem posuwały się jasełka, za niemi skakał żak przebrany za kozę, drugi za konia, trzeci za niedźwiedzia, czwarty za niedźwiadnika cygana.
Był to początek tylko owych peregrynacyj jasełkowych, które się od pierwszego dnia święta przedstawiały potem kilka tygodni. Pomimo mrozu i późnej nocy, wesoła ciżba dworzan pana Firleja i połączonych z niemi znajomych zatrzymała się śród ulicy, gdzie żacy stanęli pod kamienicą z szopką.
— Zrzućmy się, zawołał Szpet, niech nam jasełka pokażą.
— Dobrze, dobrze — ozwały się głosy zewsząd i każdy dobył pieniądz z kieszeni, otulił się opończą lub futrem, wybrał miejsce, oczekiwał dramatu. — Żacy, którym przewodniczył Urwis, zajęli miejsce pod bramą domostwa, ale zważając na ostry wiatr cofnęli się za zgodą wszystkich do gospody otwartej. Tam w kącie izby, w jednej chwili napełnionej ludem, stanęła szopka na stole. — Do koła przodem panowie dworzanie, dalej słudzy ich, mieszczanie i tłum widzów ciekawych. Nigdy w naszych teraźniejszych teatrach tak głębokie nie panuje milczenie, tak zaostrzona nie oczekuje na widowisko ciekawość. Scena ta maleńka, lalki co na niej grają drewniane, pożycza im wyrazów żak prosty, a tak się wszyscy patrzeć i słuchać gotują — aż miło.
Obejrzmy widzów, jak postawali na palce, powyciągali szyję, pootwierali oczy. — Pani Marcinowa z córką Jagusią ciśnie się nie lękając dworzan do pierwszego rzędu, ufa w posiłek pani Janowej, która jej towarzyszy. Twarzyczka wdzięczna Jagusi, różowej, białej z siwemi oczkami dziewczynki, więcej pomogła tu niż łokcie i kułaki Marcinowej; a z córką przypuszczono i matkę do pierwszego rzędu, jako malum necessarium.
Z podziwieniem ujrzał Staś, teraz dworzanin już i pobożne chłopię, poczciwą Marcinowę. Nie zapomniał on jałmużny co mu pierwsza na wejście do stolicy serca dodała i zbliżył się do przekupki.
— Nie poznajecie mnie? rzekł do niej.
Mieszczka zrobiła wielkie oczy, pociągnęła ku sobie córkę i spytała...
— A bo co?
— Pamiętacie tego żaczka, któremuście dali gomółkę płaczącemu i modlącemu się za miastem?
— A bo co?
— To ja, to ja...
— To wy? to być nie może. — A któż wy jesteście? a dla czegoż?
— Długa to historja, odpowiedział Staś, dziś mam matkę, jestem dworzaninem pana wojewody, ale nigdy — o nigdy nie zapomnę waszej jałmużny.
Marcinowa rumieniąc się z poczciwego wstydu, odbąknęła:
— Nie ma tak o czem pamiętać!
— Kto to taki? spytała stojącego obok dworzanina.
— Kniaź Sołomerecki!
— Książę!
— Tak jejmościuniu, ale widać że się znacie zdawna.
— Jakże! w Imię Ojca i Syna, tażem ja mu dała była jałmużnę!
— Kiedy był żaczkiem...
— Tak! ale powiedzcież mi, jakim sposobem on — książę — tak był opuszczony? nie pojmuję, przecież ma matkę...
— O! to strasznie długa i zawikłana historja, odpowiedział spytany.
— Wyobraźcie sobie pani Janowa. — Ale ja muszę się tej tajemnicy dowiedzieć koniecznie. — Wszak to ja księciu dałam jałmużnę, pamiętacie, wówczas, gdyśmy razem za miasto wyszły...
— Nic nie pamiętam.
— Na Boga narodzonego, to osobliwsza historja. — Gdyby mi nie wstyd, prosiłabym tego książątka, żeby mi opowiedział.
Sołomerecki dosłyszał tego i obracając się ku mieszczce, rzekł — przyjdę kiedy do waszego straganu i powiem wszystko.
— Niech ci Pan Bóg nagrodzi, bo bym się spaliła od ciekawości.
Gdy się to dzieje, w drugim końcu izby dwóch ludzi spina się na palce, włażą na ławę i wskazując ręką na Sołomereckiego, szepczą:
— Oto ton! gdy w tłumie wychodzić będzie, zarzucić mu płaszcz na głowę, zatulić gębę i za mną...
— Dobrze, ale jeśliby dworzanie...
— Ciemno w ulicy, uważajcie tylko dobrze który i szybko z nim potem...
Ale oto szopka już ustawiona, świeczki pozapalane, nad nią kręci się jasna gwiazda, Urwis pokłonił się z za teatru znajomemu swemu Stanisławowi, i rozpoczynają.
Koza kręcąc głową stoi z jednej strony, niedźwiedź z drugiej. — Koza co raz to poskoczy ku Jagusi, a Jagusia ciśnie się do matki i krzyczy ze strachu, a przytomni się śmieją.
Widzicie naprzód żłób, stajenkę, w żłobie leży dzieciątko spowinięte, obok niego Józef święty sparty na lasce, klęczy tuż Matka Boża. — Wchodzą prowadzeni przez anioła pasterze i kłaniają się. Wół i osiół pochylili głowy nad ubogą kolebką Zbawiciela, i wedle słów pieśni rozgrzewają oddechem chłodne powietrze zimnej szopki...
Wszyscy poklękli i śpiewają:
W żłobie leży
Potem: Anioł pasterzom mówił
Potem: A cóż z tą dzieciną będziem czynili?
Braciszkowie mili, że się nam kwili,
Zaśpiewajmy mu wesoło i. t. d.
A gdy ta pieśń brzmiała, za każdą zwrotką ochoczego śpiewu cały zgromadzony lud tak głośno, tak raźnie wywodził; — Hoc, hoc — Pa-pa — Ta-ta i t. p., że aż miło było słuchać.
W tej to prostej piosence tyle uczucia, tyle prawdziwej radości.
— Cicho, cicho, otóż i dramat.
Wyszedł z czerwoną brodą Herod i każe dzieci mordować, rozpiera się na scenie, a Urwis co za niego gada, tak głos swój nastroił, że dzieciom aż straszno. Nie długie panowanie Heroda. — Otóż i śmierć z kosą, ot djabli, którzy po niego przychodzą. — Napróżno im się wyrywa, wyprasza, chce opłacić — nic nie pomaga, szarpią go i niosą do piekieł.
To rozwiązanie tak przewidziane i pewne, wzbudza jednak w patrzących dziwne uczucia. Jeden z bliżej stojących wyrobników, mikształtnikami zwanych, palnął pięścią w stół i zawołał:
— Dobrze mu tak, gałganowi!
Chwila upłynęła i wysuwają się nowe postacie. — Stara baba robi masło, djabeł jej pomaga.
Na widok silnych poruszeń starej baby, widzowie polegają od śmiechu.
Z udaną gorliwością djabeł to jej podstawia maślnicę, to przytrzymuje, to bije, a za każdą razą jakiegoś figla spłata. — Rozlewa się mleko, wywraca naczynie; djabeł ubolewa, płacze, jęczy, a coraz to szturchnie starą, to popchnie, to szczypnie.
Niepodobna opisać jak to bawi patrzących, którzy wyłażą na ławki, na stoły, aby lepiej widzieć komedją. Pomimo figlów djabelskich masło nareszcie zrobione, wymyte i złożone w jaszczyku.
— Co z masłem będziemy robili? pyta baba djabła.
— Wiecie co matuniu, odpowiada ogoniasty zasiadając przed nią z miną poważną, pójdziemy na targ i przedamy. — Jeść szkoda.
Idą tedy na targ, ale w drodze djabeł odkrada jaszczyk, wylizuje masło i napełnia naczynie, nie możemy powiedzieć czem, dość że czemś bardzo niesmacznem i niepachnącem. Uczyniwszy to, namawia babę, aby wróciła do domu i zjadła sama masło dla swego zdrowia. Baba daje się przekonać, wracają. Djabeł rozpala ogień, przynosi zamiast prosięcia kota i piecze go przy ogniu z przygotowanem masłem.
Stara poczyna wołać swojego faworyta Maciusia, ale się go dowołać nie może. — Siadają do stołu, po długim ogonie poznaje baba zdradę, walka się rozpoczyna. Djabeł bez broni, stara występuje z ożogiem. Naturalnie kończy się porwaniem do piekieł czarownicy.
Arędarz i arędarka oszukujący chłopów ukazują się na scenie, — i tu nieuchronny szatan czatuje na nich uśmiechając się. Widziemy go skurczonego pod stołem karczemnym i śledzącego oczyma każdy obrót żydów. Żydzi go nie widzą, a ta okoliczność silny w patrzących wzbudza interes. Po pociesznej scenie z chłopami rozpoczyna się druga między małżeństwem, która się kończy bitwą. Djabeł występuje w roli rozjemcy.
Jeden Urwis mówi za wszystkich, za Heroda, za śmierć, babę, djabła, żyda i żydówkę, a za każdą razą odmienia głos, i to cienko, to grubo, to chropawo się odzywa pociągając sznurki swych lalek.
Jeśli współczucie może radować artystę, Urwis powinien był być zupełnie szczęśliwym, widzowie bowiem tak doskonale przejmowali się sytuacjami, tak się na całe gardło śmieli, tak klęli, że dla nich widocznie złudzenie było całkowite.
I nowa też składka zaraz się dla żaczków zsypała w czapkę. Ciżba poczęła się wysuwać na ulicę z gospody. Dworzanie pana wojewody już wychodzić mieli, gdy Marcinowa chwyciła silnie za rękę Sołomereckiego.
— A to wy?
— Poczekajcie na miłość Bożą.
— Co chcecie?
— O was tu chodzi...
— Cóż takiego? Co takiego? spytali dworzanie inni.
Marcinowa tajemniczo położyła palec na ustach i uprowadzając nieco w stronę księcia, rzekła mu:
— Nowy spisek na was się knuje, tylko co dwóch ludzi za mną stojących umawiali się jak was przy wyjściu z gospody pochwycić. Bądźcie ostrożni.
— Co to? co to? przypadając spytał Urwis, który uradowany składką, nadbiegł pomówić z dawnym towarzyszem. Rozumiem, pewnie znowu Lagus, lub jemu podobni.
— Coś takiego.
Dworzanie w chwili się naradzili.
— Zasadzić się na nich.
— Niech dwóch wynijdzie naprzód i zasiądzie.
— Ja, wychwycił się Urwis, porywając za kij z kąta.
— Wy, rzekł Szpet do Sołomereckiego, we środek.
— Mam przecie szablę.
— Dajcie jej pokój, teraz nie czas jej używać. Pozwólcie się nam pobawić.
Naradziwszy się, Urwis z dwoma ze dworu wyszedł; udając odchodzących do domu, zastanowili się niedaleko i czatowali na zasadzonych. Ale nikogo widać nie było.
Po chwilce Sołomerecki z resztą towarzyszów wysunął się z gospody. — Nadspodziewanie jednak nikt nie posunął się ku nim.
— Zasadzka gdzieindziej, rzekł Szpet: trzymaj się Sołomerecki środka, jest nas dziesięciu, żak idzie z nami, damy sobie rady.
Szli więc dalej w milczeniu. Noc była ciemna, mroźna i od śniegu tylko przeźroczysta. — Na zawrocie żebrak, któregośmy widzieli goniącego za księżną wyjeżdżającą od brata, ozwał się do nich ponuro:
— Miejcie się na baczności!
Dworzanie wojewodzińscy chcieli go zatrzymać i wypytać, ale rzucił się w ciemne przejście i znikł im z oczów.
W tejże chwili prawie czterech ludzi pijanych, śpiewających na całą ulicę, zbliżyli się ku nim. Każdy z nich w inną stronę się zataczał, tak że to ztąd, to zowąd do kupki dworzan wpadli. Nikt nie posądzał ich nawet, i śmiejąc się z opilców, Szpet począł nawet draźnić jednego, gdy ten z pod czapki nasuniętej spojrzawszy na idących, we mgnieniu oka zarzucił Sołomereckiemu opończę swoją na głowę i świsnął. Inni poskoczyli ku niemu i nim dworzanie dobyli szabel, już czterej napaśnicy chwycili księcia i unieśli. Urwis idący przodem w przeciwną stronę nie uważał tego, ale krzyk go obudził; razem z innemi począł biedz za uciekającemi, których widać było przemykających po pod kamienicami.
Nagle jak w wodę wpadli, znikli. — Ulica w tem miejscu rozchodziła się na krzyż, a że pełno było na niej powracających z kościołów, a noc ciemna, nie podobna rozeznać, gdzie się napaśnicy podzieli. Urwis popędził w jedną, dworzanie w dwie inne strony podzieliwszy się.





VII.
WYZWOLONY.

Nazajutrz rozpacz była w domu księżnej, a gniewem wrzał wojewoda. Ponieważ nikogo innego posądzać nie było nawet można o pochwycenie pacholęcia, tylko księcia Sołomereckiego, wojewoda rozesłał szpiegi swoje, rozstawił podle mieszkania jego ludzi i kazał kroki śledzić. Nie tyle mu może o dziecię, co o obrazę własną, co o skarcenie zuchwalca, który na jego dworzanina śmiał się porwać, chodziło. Wojewoda siwe brwi marszczył i stukając w stół pięścią wołał, że nie daruje winnemu, gdy go odkryje. Księżna płakała. Z rana zaraz udała się do Firleja, on jej przyrzekł pomoc i w istocie pracował gorliwie, aby wynaleźć dziecię; ale to matki zaspokoić nie mogło.
— Dziecko moje, syn mój, wołała, o Boże mój, o Boże, ratuj je, ratuj mnie, zlituj się nademną!
I obłąkana, z pałacu wojewody rozkazała się wieść do księcia Sołomereckiego. Dworzanie szydersko się kłaniając wdowie, otwarli jej podwoje.
Książę siedział w krześle ponury. Jakby się spodziewał tych odwiedzin, nie zdziwił się niemi, zachmurzył tylko.
— Dziecko moje, syn mój! zawołała wpadając matka.
— Czego chcecie? nie rozumiem was mościa księżno, rzekł zimno Sołomerecki.
— Dziecko moje, porwane przez was, gdzie jest? oddajcie mi je.
— Powtarzam, że was nie rozumiem.
— Dziś w nocy pochwycono mego syna, książę — zlituj się nademną — wróć mi go.
— Kto pochwycił syna waszego? z wyraźną niespokojnością zrywając się rzekł książę. Pochwycono go, powiadacie?
— O! nie udawajcie na Boga, nie chciejcie matki oszukać — książę.
— Nie oszukiwałem w życiu nikogo, dumnie odparł Sołomerecki. Nie wiem gdzie jest syn wasz, gdybym go porwał i gdybym wiedział o nim, nie taiłbym się przed wami, jak się nie taję, że chcę go mieć w ręku i że mu zgubę gotuję.
— Weźcie wszystko książę — wszystko — a oddajcie mi syna.
— Ale ja nie wiem gdzie jest ten podrzutek! zawołał książę. To nowy wybieg wasz, dodał po chwili namysłu. Umieściliście go u wojewody dla tego, że Zborowscy są przyjaciołmi memi, teraz samaś go pewnie odesłała, kędy? nie wiem, aby ukryć przedemną i upominasz się go u mnie, dajcie mi pokój.
— Wszystko co mam za syna mego!
— Wszystko co W. ks. Mość masz nie może zapłacić hańby imieniowi wyrządzonej. Ale ja nie wiem gdzie on jest.
— To być nie może! wy wiecie, książę, na wszystko święte zaklinam, na wnętrzności twej matki, na głowę ojca.
— Dajcie mi pokój, księżno, szukajcie go gdzie się wam podoba — ja o nim nie wiem!
— Słuchaj, z zapałem macierzyńskiego niepokoju o dziecku zawołała księżna, chcieliście abym się dla niego wyrzekła imienia, majątku, abym wam zapewniła posiadłości rodu naszego. Spełnię wszystko, uznam się zhańbioną, dziecie moje nieprawem, siebie bezecną, oddam co mam; powróć mi go.
Książę się zastanowił chwilę, ale pomyślawszy, szydersko odrzekł:
— Wybornie! wiedząc że go wam wrócić nie mogę, sami go gdzieś znowu ukrywszy, udajecie teraz —
— Książę — ja płaczę, łez udać nie można.
— Dla czegoż nie?
— Oddaj mi syna, oddaj Stanisława.
— Dajcie mi pokój, mościa księżno. Nie zapieram się, że radbym go mieć w moim ręku, ale go nie mam.
— To być nie może! Więc wasi ludzie, więc nie wiecie chyba, któżby go śmiał porwać, dlaczego?
— Wybornie udajecie, rzekł Sołomerecki nieporuszony, ale mnie to nie oszuka. Baliście się, abym go od Firleja nie pochwycił, co bym był nieochybnie uczynił, dla tego zapewne. Ale ja go znajdę! zakrzyczał.
Księżna nie wiedziała co myśleć, osłupiała, z rękoma załamanemi stała przed nim.
— Ja go znajdę! powtórzył książę. Może myślicie zapozwać mnie o porwanie dziecka? myślicie z pomocą wojewody wymódz co postrachem? Ja się niczego i nikogo nie lękam mościa księżno, ani wojewody, ani was, ani samego króla! tknąć mnie nikt nie śmie. Niech przekonają! niech przekonają! Nie przekonanego więzić nie można. Wojewoda się nie odważy.
I podniósł pięść zaciśnioną w górę.
— Ale któż o tem mówi? zawołała Sołomerecka, ja was przyszłam błagać, nie grozić wam.
— Powtarzam wam, krzyknął popędliwie wywracając stół stojący przed nim Sołomerecki. Ja nic nie wiem!
— Słudzy wasi.
— Nie wiem! nie wiem! nie wiem! Jeśli słudzy, nie wiem także — nie męczcie mnie dłużej!
— Litości książę!
— Ja nie mam litości.
— Zlituj się.
— Nie umiem się litować.
— Wszystko co mam.
— Nic od was nie potrzebuję, prócz wyrzeczenia się dla syna imienia, którego nosić nie powinien.
— Ja się go wyrzekam.
— Dobrze, dajcie mi to na piśmie, urzędownie.
— Ale oddajcie mi syna.
— Syna — ja nie wiem o synu waszym, gdy mi dacie zaręczenie, razem z wami szukać go będę.
— Nie lękajcie się zdrady, zawołała Sołomerecka, przysięgam wam — oddajcie mi syna, wszystkiego dopełnię.
Książę zgrzytnął zębami z gniewu.
— Ale do stu tysięcy czartów — ja nie wiem gdzie jest!
— Książę, to być nie może! któżby go pochwycić mógł?
— Nie wiem, na Boga nie wiem!
— Wy! wy byście nie wiedzieli!
Sołomerecki zniecierpliwiony zadzwonił silnie i rzucił o ścianę dzwonek, który trzymał w ręku. Słudzy wpadli tłumnie.
— Wołać mi Nemirę!
Drugiemi drzwiami wszedł zielono ubrany mężczyzna, ten sam któregośmy widzieli u Hahngolda.
— Gdzie jest to dziecko? spytał go książę surowo.
— Ja nie wiem, przerażony rzekł Nemira.
— Kto je porwał? ty? twoi? ten żyd? mów! prawdę mów! mów przy niej. — Jeśli go masz w ręku tem lepiej — mów!
— Prawda, mości książę, odbąknął nieśmiało Nemira, ja — chciałem — to jest — starałem się, spełnić żądanie W. ks. Mości względem tego dziecka — ale...
— Ale, nie bąkaj, mów mi, a prędko! zawołał Sołomerecki posuwając się ku niemu.
— O! mów na Boga! mów, dodała matka.
— Ja — ja — ja nic nie wiem.
— Twoi go porwali dziś w nocy?
— Nie — mości książę, nie.
— Może ten żyd — wiesz.
— Jaki żyd? żyd? drżąc podchwyciła księżna.
— Nie, mości książę, ja nic nie wiem.
— Widzicie! widzicie! odwracając się do księżnej, rzekł Sołomerecki, cały poburzony i zapieniony z niecierpliwości i gniewu. Ja nic nie wiem, wyście to sami go skryli, wy udajecie. Ale na Boga nie ukryje się on przedemną, nie! nie!
I rzuciwszy wejrzenie srogie krwią zaszłe na bratowę, Sołomerecki oddalił się z Nemirą, którego odwiódł w głąb domu.
Gdy wyszli do drugiej komnaty, książę stał chwilę zamyślony, popatrzał w oczy dworzaninowi.
— Ty w istocie nic nie wiesz? rzekł wolniej.
— Nic, Mości książę, zupełnie, pierwszy raz słyszę.
— Ale ten żyd, umówiony od was dawniej, wiedział o tem, może chce mając w ręku chłopca targować się? Może to on go porwać kazał?
— Tego nie wiem mości książę.
— Spiesz do niego! Jeśli tam jest to chłopię, zostawić. Wszystko co chcę otrzymam. Nikt inny nie mógł go porwać, jeśli nie wymysł matki.
— Ale ona płakała mości książę.
— Łzy kobiece! to rosa codzienna! Nie kupić ich! Nemiro — idź.
Nemira skoczył na konia w stajni i popędził ku mieszkaniu Hahngolda, ale tam żyda nie zastał. Powiedziano mu że od dni kilku nie widzieli go w domu, niespokojni nawet byli o niego — gdzie się podział. Nemira pojechał do Bursy, której był kampsorem, ale i pan Pudłowski i nikt o żydzie powiedzieć nie umiał, od dwóch tygodni znikł z miasta.
Nie wiedząc kogo Hahngold używał wprzód do porwania dziecka, Nemira nie mógł dalej badać, powrócił więc do domu z niczem. Książę Sołomerecki palił się ze złości.
— To ich robota, wołał, rozesłać szpiegi, zapłacić choćby ostatniem, zastawić moje klejnoty — do ostatniego rzędu, a dojść gdzie on i co z nim zrobili.
Toż samo prawie, zimniej tylko, mówił wojewoda Firlej, który posądzając nikogo innego tylko księcia Zborowskich, klął się, że porwanego odszuka. Dziesięciu żydków sprawnych, których wojewoda do wszystkich podobnych używał robót, rozlecieli się po Krakowie, po okolicach. Matka ze swojej strony pieniędzmi, prośbami, łzami, starała się nakłonić otaczających ją, aby dołożyli starania dla odszukania dziecka. Ona pomimo zaklęć, nie mogła przypuścić nawet, aby kto inny nad Sołomereckiego był sprawcą tego nowego nieszczęścia.
We łzach gorżkich przepędziła ona cały pierwszy i następne dni święta, nie wychodząc już tylko do kościoła, nie widując tylko pana Czuryłę i swoich domowników. Nie miała już nawet siły drugi raz jechać do wojewody, któren odwiedziwszy nazajutrz Sołomereckę, starał się w nią wlać otuchę, zapewniając, że syna jej wynaleźć musi. Ale rozesłani szpiegowie nic stanowczego nie przynieśli.
Od pierwszej bytności księżnej u Sołomereckiego, ubogi który otrzymawszy jałmużnę, biegł za powozem do jej domu, który później ostrzegł idących dworzan w nocy Bożego Narodzenia, aby się mieli na baczności, siadał teraz zawsze na progu kamienicy, w której mieszkała księżna, lub na przeciw jej okien. Człowiek ten niedawno wpisany do Bractwa, opowiadający się niewolnikiem wyzwolonym niedawno z jassyru niewiernych, okrywał się tajemnicą dziwną.
Ponury, milczący, nie przestając z nikim ze swoich, niewiedzieć gdzie uchodząc na noc, ani wiedzieć zkąd zjawiając się na dzień, zdawał się przemyślać nad czemś długie godziny i rzadko kiedy wyciągał rękę po dar przechodzących. Szczątek żelaznego łańcucha, oznaka zbytej niewoli, wisiał mu zawsze na ręku. Obojętny na chłód, na słotę, na obelgi i razy, z oczyma wlepionemi w okna kamienicy, lub niebo, całe dnie nieruchomy przepędzał.
Czasem tylko zbliżając się do drzwi domu, którego zdawał się pilnować, mrucząc coś spoglądał wewnątrz, a gdy napotkał sługę ochotnego, rozpoczynał z nim rozmowę, wypytując o księżnę.
— Co was ona obchodzi? pytali go.
— Co? hm! dała mi kilka razy jałmużnę! Niech jej Bóg nagrodzi. A potem, jestem rodem z Rusi, moi rodzice służyli u jej rodziców, dziadowie u dziadów. Słyszałem o tem w dzieciństwie.
— Jak się nazywasz?
— Nie pomnę — nie pomnę! — Dwadzieścia kilka lat niewoli!
— Możnaż zapomnieć nazwiska?
— O! można! z głębokiem powiadał westchnieniem.
Nazajutrz po porwaniu młodego Stanisława, ubogi siedział u proga jak zawsze. Słudzy już tak do niego przywykli, że go nie spędzali. Widział wyjeżdżającą i powracającą księżnę, a gdy zalana łzami stąpiła w ganek, zatrzymał ją wyciągając rękę.
— W imie matki Bożej.
— Módl się za dziecię moje.
— Bądźcie o nie spokojni, odrzekł ubogi. Wczoraj...
— Ty wiesz co? spytała żywo.
— Byłem tam.
— Byłeś? mów.
— Słyszałem umawiających się.
— Kto oni?
— Jacyś, jacyś — szlachta. Było ich czterech. Przestrzegłem dworzan, ale to nic nie pomogło.
— Ci ludzie? znasz ich może.
— Nie znam, ale to nie byli ludzie księcia.
— Ty znasz księcia?
Ubogi spuścił głowę. Bóg czuwa nad uciśnionym, rzekł. Bądźcie spokojni.
— O! gdybym mogła.
— Strzeżcie się Czuryły, szepnął bardzo cicho żebrak. I on tam był wczoraj. Dodał jakby zmuszając się, z wyrazem boleści.
Matka stanęła zdziwiona, przerażona, nie pojmując co to ostrzeżenie znaczyć mogło, i po chwili zdumienia nie pytając więcej weszła do domu.
Nie mogła ona najmniej jednak posądzać wskazanego starca, który tyle jej dał dowodów swego przywiązania.
Przestroga żebraka zdała jej się omyłką dziwną, wszakże niespokojna, posłała za nim. Pana Czuryły nie było w Krakowie, odjechał niewiedzieć dokąd.
Rozmyślając nad tym wypadkiem, księżna co raz bardziej poczęła dziwić się słowom żebraka i natręctwu tego nieznajomego człowieka, którego od niejakiego czasu wszędzie spotykała. Posądzająca jak wszyscy nieszczęśliwi i zdradzeni, wpadła na myśl, że mógł być szpiegiem księcia.
Chwytając się jej, rozkazała natychmiast śledzić ubogiego i nie spuszczać z oczów. Sama zaś rozesławszy ludzi na wszystkie strony, w niepokoju i modlitwie oczekiwała wiadomości. Ale napróżno. Dnie po dniach mijały, a rozesłani jeden po drugim z niczem powracali. Wojewoda Firlej nic nawet przez swoich wprawnych szpiegów dowiedzieć się nie mógł nad to, że w nocy wilii Bożego Narodzenia pięciu ludzi ciemno ubranych wyjechali z Krakowa drogą ku Rusi. Jeden z nich w pośrodku jadący, średniego wzrostu, wysmukły, płakał i wyrywać się zdawał milczącym towarzyszom, którzy nic mu złego nie robiąc, gwałtem jednak prawie uprowadzili go z miasta, dokąd zdaje się chciał powrócić.





VIII.
NAD BOHEM.

Kilkonastą laty wprzód nim opowiadane zaszły wypadki, między Bracławiem a Winnicą, nad skalistym brzegiem Bohu, który po zielonej kręcąc się łące, gdzie niegdzie nastawiał czarną skałę mchem porosłą, stał mały zameczek na wzgórku. Wał wysoki, opalisadowany otaczał go kręgiem; z jednej strony opływała rzeka, z drugiej woda fosy głęboko wyrytej, na której bokach tu i owdzie wyrzynał się kamienny pokład.
Dawno nie deptane wały pokryły się darnem zielonym, dzikiemi chwasty, a gdzie niegdzie dziki chmiel zarzucał się na palisady i gęstemi splotami okrywał je, wycinane swe liście zwieszając na bujno porosłe bodjaki, drobną tarninę i szypszynę. Piękne są brzegi Bohu, bo gdzie wzgórek dozwoli wzrokiem sięgnąć dalej, to widzisz gaje brzozowe i brzostowe, łąki zielone, pola złociste, role czerwonawe, wsie w sadach ukryte, kopuły wysmukłych cerkwi, krzyże wiejskich cmentarzy, i środkiem Boh jak wstęgę, a gdzie niegdzie źwierciadła stawów, błyszczące od promieni słonecznych. — Ale piękny widok ten nie zawsze równie był pięknym. Często wpadający z pod Oczakowa lub Budżaku Tatarzy przepłynęli płomieniem po polach, po wsiach, stratowali zielone łąki i dymem zakopcili Podole; a gdzie były wesołe osady, sterczały czarne pale pogorzałych chałup, wysokie słupy upadłych cerkwi, osmolone skelety drzew.
A nim naszli Tatarzy, uprzedzali ich wedle podań ludu kruki i ptastwo gromadami lecące, wisiała długo chmura w stronie od której przyjść mieli, powietrze było ciężkie i duszne, a nocą dźwięki niepojęte przebiegały powietrze i ziemia drgała jakby ze strachu wczesnego.
Zameczek o którym mowa, nigdy jeszcze nie był w mocy tatarskiej, zimą broniły go strome wały, starannie wodą polewane i jak szkło ślizkie, rzeczka która tu bystro płynęła nie zamarzała nigdy, nareszcie kilka działek ku wrotom obróconych, w baszcie wchodowej ustawionych. Nie opodal pod skrzydłem zamku, długa sadami uwieńczona rozsypała się po wzgórzu pochyłem wioska. — Zdala na widnokręgu bielał gród Winnicki, Korjatowiczowska dzielnica. Wnętrze opasane wałami, bardzo było szczupłe. — Jedna wchodowa ze spuszczanym mostem baszta broniła wejścia, dwie inne mniejsze stały na rogach czworoboku nieregularnego, a raczej w dwóch punktach koła zajętego wałami, na usypach podniesionych nieco.
Palisada łączyła bramę i dwa boczne bastjony, z których strzelnic patrzały działa na biegącą doliną drogę.
Wewnątrz kilka tylko budowli murowanych. Naprzeciw wrót długi piętrowy budynek z jednem wejściem warownem i strzelnicami, z kilką oknami nieregularnie powycinanemi na rzeki i smugi wychodzącemi, nic go nie zdobiło, z dwóch tylko rogów uczepione jak gniazda jaskółcze maleńkie bastjoniki, zawieszone w górze, zakończały długą gładkę ścianę, przeciętą dwoma odrapanemi szkarpami. Prostopadle do głównej budowy dwie inne mniejsze i niższe zajmowały resztę placu. Ściany ich niepodniosłe, ale dachy za to śpiczaste i kilka nad niemi okopconych kominów. Oprócz tego stajnie, składy, murowany skarbiec okrągły, kryły się za oficyną i folwarcznym domem. Dwie stare lipy, jedyne w podwórcu drzewa, smutnie nad wał wychylały gałęzie.
Ku rzece, po za domem, nie wielkie miejsce zasadzone wiśniami, brzostami, brzozami i młodą lipiną, formowało niby ogródek, na którego wolnych od drzew grzędach uprawiano ogrodowinę. — Z wierzchołka wału gdzie się wysuwały nań drzewa, dziwnie piękny odkrywał się widok na rzekę naprzód, potem na dalekie łąki, pola i Winnicę, jakeśmy wprzód opisali. Ten też tylko widok mógł ożywić nieco mieszkańcom zameczku smutny ich pobyt w ciasnem ogołoconem z drzew prawie i szczelnie opasanem miejscu.
Z okien piętrowych głównego domu, z baszt i bramy tylko, można było spojrzeć dalej, z podwórca zaś i dolnych piątr nic nad palisadę i wał nie dojrzałeś.
W tym to ustroniu stryj opiekun, sierotę swoją, którą za syna wydać pragnął, lat kilka przetrzymał w srogiem zamknięciu. Świeży wypadek z bogatą dziedziczką z domu Ostrogskich uczynił go nieufnym, bojaźliwym, niespokojnym. Nie wiedząc czy potrafi obronić, starał się ukryć dziedziczkę wielkich majętności, które lękał się dla domu swego ujrzeć straconemi. Tutaj zaś w pustym prawie dla napadów tatarskich kraju, gdzie bogaci właściciele lękali się przemieszkiwać i jakiemikolwiek dochody kontentując, spuszczali je na rządców co się odważyli wziąść na się obowiązek ciężki władania dobrami; tutaj nie było kogo lękać się księciu. Wprawdzie smutnie, samotnie, dziko rosła synowa przyszła, ale bezpiecznie za to. Nie obawiał się bowiem najmniej książę Tatarów, raz że zameczek jakkolwiek mały, był obronny i nie do wzięcia, dobrze osadzony, w działa, prochy i kule zawsze zaopatrzony: powtóre że Tatarzy rzadko miewali czas o zamki się kusić. W wielkich tylko wyprawach i to na krótko czasem próbowali szczęścia, a jeśli od razu nie zdobyli, odstępywali.
Tu zaś dla niezamarzłej rzeki, stromych wałów i czujnej straży, niespodziane pochwycenie było prawie niepodobnem.
Biedna sierota, z starszą od siebie nieco Agatką, dziewczyną wiejską do usług dworskich wziętą, z ochmistrzynią Janową i kilką sługami, smutnie najweselszy wiek pędziła. Kilka razy jak burza przeszli mimo zamku Tatarzy i widziała ich z zamkowej baszty sypiących się szarańczą na puste, wyludnione wcześnie sioła, widziała bezsilnie oskakujących wały, rzucających strzały do bramy dla wystraszenia oblężonych, podnoszących na żerdziach skrwawione głowy pobitych ludzi. Jedno to tylko przerywało smutnie, powolnie wlokące się godziny jak siostry rodzone, jak bliźnięta do siebie podobne. — Po przerażeniu, po pogromie, przebiegali często nazad Tatarzy (jeśli co zwyklej nie szli drugim szlakiem), albo puszczała się za niemi pogoń.
Napady tatarskie zawsze prawie zimą się trafiały, wiosnę, lato, jesień trzeba było spędzić, głosu nawet obcego nie słysząc w ciszy głuchej. — Przerywał ją tylko wieczorem głos dzwonów po rosie dochodzący z Winnicy, szmer wioski niedalekiej, odzywy ptastwa na błotach i szum wiatru na polach hasającego.
Jakie były zatrudnienia sieroty? Jak wszystkich kobiet naówczas. Nikt nie myślał o nauce, bo dla niewiasty kądziel, modlitwa, dziecko stanowiło wszystko. Przygotowanie więc do przyszłego życia nie wiele kosztowało. Uczono prząść, szyć, czasem trochę pisać (nasze księżne w XVI. wieku ledwie się niekiedy podpisać potrafiły), zresztą modlić się, ręcznych robót kobiecych wytworniejszych, gospodarstwa itp. Większa część tych rzeczy nabywała się bez pracy prawie, z napatrzenia, machinalnie; zostawało wiele czasu swobodnego na piosenki i dumania.
Sierota nasza śpiewała rzadko, dumała wiele. Nic tak nie usposabia do myślenia jak samotność tęskna.
W cieniu kilku tych drzew za zameczkiem rosnących, na ławce darniowej, w towarzystwie Janowej lub Agatki, czasem sama, sierota Anna całe dnie przesiadywała z kądzielą swoją, z krosnami, na których wzorki wyszywała. — Wieczorami słuchała głosu dzwonów, śpiewu ptaków, szmeru rzeki. — A kiedy nad tym szerokim krajobrazem, tak urozmaiconym i pięknym, zaszumiała burza, lubiła z baszty modląc się wprawdzie, drżąc trochę, patrzeć na pędzące chmury po nad ciemniejącą ziemią.
Wieczorem to były powieści bez końca, śpiewy nieustanne. Agatka na czele, za nią inne dziewczęta rozpowiadały dziwne stare dzieje, o Żmijowym wale, o Tatarach, o Wilkołakach, o zielu Baranku itp., śpiewały ruskie smutne pieśni, o sokołach kochankach, o mogiłach stepowych i kozakach mołodcach.
Wszak wiecie podanie o zielu Baranku, podanie które nietylko w ustach ludu, ale w poważnych księgach starych znajdziecie. W tatarskiej ziemi rosnąć ono miało na nizkiej łodydze, wychodził z roli baranek, zupełnie zwierzątku tego nazwania podobny, nawet wełną okryty, zjadał on do koła trawy otaczające, potem usychał. Powieść o tej dziwnej roślinie znalazła zupełną wiarę wszędzie, nasz Okolski ją jeszcze i późniejsi nawet powtarzają.
Takiemi to powieściami o dziwach, o zaklętych królewnach i królewiczach po nie przybywających zdaleka, karmiono smutną jej młodość. W samotności wcześniej dojrzała, wcześniej rozwinięta, prędko straciła Anna[5] wesołość, którą w jej położeniu dziecię tylko mieć mogło. Pytała często otaczających o to, co się jej w życiu własnem niepojętem wydawało, ale jej nie umieli czy nie chcieli wytłumaczyć.
Jednego wieczora siedziała zamyślona na wałach zamku pod wiśniowemi krzaki, cisza panowała do koła, słońce zachodziło jaskrawo, gdy ją obudził z drzemiącego dumania, co się obwija po głowie, podobne niewyraźnemu marzeniu, śpiew jakiś. — Głos był obcy, nieznany, męzki, szedł z dołu, z nad rzeczki. — Stado dzikich kaczek zerwało się z zarośli i przeleciało po nad zamkiem; a ruska piosnka brzmiała a brzmiała.
Anna słuchała jej z upodobaniem, bo to było nowem dla niej. Głos męzki tak świeży, miły, mocny, pierwszy raz odbijał się o jej ucho. Oczyma szukała śpiewaka. — Na Bohu płynął łódką młody chłopak i podniosłszy oczy na zamek, zastanowił się nieco, w łódce leżała rusznica. Pływak był młody, przystojny, ubrany jak szlachta się nosiła, przez plecy miał torbę, w ręku wiosło, na głowie słomiany kapelusz.
Z dziecięcą ciekawością wyskoczyła Anna na wał, aby go bliżej zobaczyć. On się ukłonił. Zapewne nie wiedział do kogo mówił, bo poufale odezwał się do niej:
— Podsłuchaliście mnie.
— Przepraszam, śpiewajcie.
— To bo ruska piosenka.
— Ja lubię ruskie piosnki.
— Najlepiej bo śpiewać, kiedy nikt nie słucha.
— Dla czego?
— Człek myśląc że go słuchają, chciałby co najlepiej, a nie potrafi nawet dobrze.
— Kto wy jesteście? zkąd? pierwszy raz was tu widzę.
Nieznajomy chłopak wskazał na gaj zdaleka ciemniejący na wzgórzach.
— To moja Słoboda; albo raczej ojcowska, ale ojciec daleko — ja tu sam. — A wy tutejsi? spytał.
— Tutejsza, odpowiedziała rumieniąc się Anna.
Ubiór księżniczki wcale jej stanu nie okazywał, skromna sukienka mogła zarówno pokrywać sługę szlachciankę przy księżniczce będącą jak ją samą. Szlachcic może i nie wiedział kto mieszkał na zamku; pokłonił się uśmiechając, ruszył wiosłem i długo oglądając za siebie, odpłynął dalej.
Nazajutrz wieczorem po rosie znowu brzmiała dumka młodego myśliwca, który płynął z chutoru swego zarośla na kaczki i skierował pod zamek, zatrzymał się, spojrzał.
Anna stała na wale.
Przemówili do siebie słów kilka.
— Do zobaczenia, rzekł chłopak płynąc dalej.
Trzeciego dnia dłużej niż poprzedzających stała łódka na Bohu, dłużej stała księżniczka oparta o palisadę wału; a odjeżdżając nie żegnał jej chłopak, ona powiodła za nim okiem długo, długo, aż gdzieś w trzcinach zniknął. To patrzała na drżące trzciny, póki drżały, potem w mrok wieczorny i nareszcie powróciła do zamku. On nie wiedział kto ona była, miał ją za równą sobie, za córkę rządcy; za sługę — i nie pytał kto ona. Ona nawet nie myślała, kto on taki.
Czternastoletnia na ów czas księżniczka, starszą się jednak wydawała nad lata, wysmukła, blada, jasnowłosa, niebieskiego oka, smutnego wyrazu twarzy, łatwo mogła pociągnąć ku sobie młodego, co nie widział nic nad opalone i rumiane wiejskie dziewczęta. Smutek jej twarzy nawet zdobił ją niewymownie. — W samotności łatwo przywyknąć do pierwszego co ją przerwie i rozjaśni. I Anna przywykła do cowieczornych odwiedzin sąsiada, do piosnek jego, do rozmów z nim, do wesołych żartów, któremi ją rozrywał. — Nikt na nią nie patrzał, nikt tym schadzkom wieczornym nie przeszkadzał, miały one ponętę tajemnicy, bez niebezpieczeństwa żadnego.
Długo tak, bardzo długo znali się, nie wiedząc o sobie wiele i bawili nie patrząc w przyszłość. — Nie mówili o sobie; — nie wiem jak nazwać to uczucie, które dwoje sierot (i tamten bowiem był prawie sierotą) łączyło. Miłość jest gwałtowna, niepohamowana, przyjaźń nadto chłodna, nałóg zaobojętny. — Oni się kochali, ale nie miłością znajomą nam powszechnie, nie samą tylko przyjaźnią, nie nałogiem też zimnym. Anna kochała go jak pierwszą w życiu rozrywkę, pierwszą może własność, jak się kocha tego co naprzód nas postrzegł, polubił i przywiązał do nas. — On kochał ją jak piękne, cudowne zjawisko, o którego pochodzenie pytać nie śmiał, aby mu nie znikło. Pierwszego wieczora poufały prawie, następnych stał się nieśmiały, lękliwy, posłuszny skinieniu, wdzięczny za uśmiech. Więcej nie żądał.
Nie wiem jak prędko dowiedział się, że nieznajoma dziewczynka była księżniczką; ale potem już się on nie pokazał na łódce, na Bohu, nie było schadzek wieczornych. — Anna niespokojna, próżno wyglądała.
Po niejakim czasie ujrzała go w zamku. Trwoga była od Tatar, sąsiedzi zbiegli się tu wszyscy, rad im był dowódzca: bo ręce w takim razie drogie. Ale przybyły widocznie unikał księżniczki.
Tatarowie rozsypali się w okół i plądrowali, dłużej nad zamiar pozostać musiał szlachcic na zamku. I znowu, znowu się zbliżyli, nowa prawie zawiązała znajomość, ale teraz ściślejsza, żywsza, straszniejsza na przyszłość. On, wdzięczen, że go wybrała, przysięgał jej całe życie poświęcić, ona ze łzami w oczach mówiła mu cicho:
— Opiekun żeni mię z synem swoim, z moim bratem, nie mogę być twoją.
— Tyś księżna, ty bogata — ja szlachcic — wiem że moją nie będziesz! Ale gdy pójdziesz za mąż, ja rzucę się na wojnę i dam zabić Tatarom...
I płakali tak cicho, i mówili tak skrycie, że nikt łez nie widział, ni słów nie podsłuchał. Nie śniło się nikomu o tem.
Księżniczka dochodziła lat piętnastu, rosła, rozwijała się z tem uczuciem, które z nią razem rosło, powiększało się, bez nadziei na przyszłość. — On był smutny, coraz dzikszy, coraz niecierpliwszy i za każdą razą, gdy do zamku przybywał, gdy się potajemnie widywali, zdawał się lękać bardziej czegoś.
Nareszcie jednego ranku zaturkotało we wrotach, książę stryj z synem przyjechał, wioząc z sobą księdza. — Anna w dni kilka zaślubioną została. Z wychodzącym nad Dniestr za Tatarami jej mężem, przyłączył się na wyprawę nieznajomy sąsiad z za Bohu. Męża przywieźli ranionego w oko strzałą; tamten nie wrócił więcej.
I nie było o nim słychać, i nie śmiała o niego pytać, i może go zapomniała?
Nie wiem. — Z tylą łzami, mogła spłynąć pamiątka wiosenna dni kilku weselszych. — Czegoż ludzie nie zapominają???





IX.
TATARSKA NIEWOLA.

Dziwne są czasem przeznaczenia ludzi... Księżna Anna nie kochana w życiu przez nikogo (bo mąż ani miał czasu się do niej przywiązać), przeszła długie lata smutne, żyjąc może jednem tylko przypomnieniem kilku chwil weselszych, przypomnieniem człowieka co ją kochał, co nie śmiąc się przybliżyć nawet do niej, gdy ją ujrzał tyle wyższą od siebie, poszedł na zgubę umyślnie i zginął.
Lecz pamiętała ona o tem czy nie?... Któż wie co się w sercu dzieje. To pewna że nikomu nie mówiła, bo nikt nie wiedział o tajemnych schadzkach, o poznaniu się owem, o rozstaniu...
Szlachcic porzucił Słobodę swoją, na ręce zaufanego domownika napisawszy do brata, aby ją objąć przyjechał, a sam kilkunastu ludzi zebrawszy, przyłączył się jako ochotnik do garstki, która na czele mając Sołomereckiego, puściła się w pogoń za Tatarami, uprowadzającemi ogromny łup z Podola.
Pomimo przebiegłości napastników, którzy idąc na kraj obcy i wracając, doskonale umieli ślady za sobą zacierać, mnożąc je tak, aby niepodobna było rozeznać w którą stronę się udali, gdy obciążeni łupem, nową drogą dla większych zaborów wracali, pożarne łuny i dymy zdradziły Tatarów. Sołomerecki napróżno usiłując ich z tej strony Dniestru dognać, musiał się przeprawić niedaleko Chocima i puścić ku Budżakowi za Ordą.
Tatarzy, połączone Ordy Budżacka i Jedyssańska, zmykali ku Białogrodowi, trzymając brzegu rzeki i gęstych zarośli rozciągających nad Dniestrem. Codziennie pogoń była bliżej, ale dopędzić nie mogła uciekających żwawo.
Nareszcie niedaleko Tyhina (Benderu) wieczorem dnia wczesnej wiosny, ujrzano tylne straże Tatarów, ale nie pora była stoczyć z niemi bitwę. — Noc nadchodziła, deszcz lał, ziemia stepowa oślizła, koniom i ludziom więziła nogi i stąpić śmiało nie dawała. Tatarzy zdawali się znużeni i nie obracając ku pogoni, padli obozem z tamtej strony miasteczka Tyhina z jeńcami razem. Jeńcy i łup jeszcze nie byli podzieleni, odzyskać ich można. Sołomerecki wysłał część swoich, aby puściwszy się stepem okrążyli nocą obozowisko i z tamtej strony od Białogrodu razem z nim nazajutrz uderzyli. Sam chciał zająć półkolem Tatarów tak, aby ich do Dniestru przyprzeć. Ale na to siły mu nie wystarczały, więcej jednak ufając odwadze niż liczbie, od zamiaru nie odstąpił, rachując na to, że Tatarowie znużeni, że ogromne trzody, kupy jeńców, wozy łupu, nie dozwolą im myśleć nawet o walce. Ale się mylił. Orda uciekała dla tego tylko, aby garść pogoni za sobą wprowadzić na znany kraj, otoczyć i wyciąć. Liczba Tatarów daleko była większą, niż się spodziewano. Znając jak oni wiele zwykle z sobą koni prowadzą, i jak przez to wojska ich ogromnemi przy małej liczbie ludzi się wydają, Sołomerecki zbyt zmniejszył lik Ordy. Gdy tymczasem Budżackiej, Białogrodzkiej i Jedyssańskiej z nad Kujalnika Ordy kilka tysięcy było, a część główna która się przodem cofała, wypocząć czas miała. To co Sołomerecki zamierzał względem Tatar, oni myśleli, przygotowali dla niego, z tą różnicą, że z większą siłą, a odesłana garstka dla zajęcia tyłu obozowi tatarskiemu, do reszty osłabiła księcia.
Ludzie wysłani pławniami dniestrowemi dla przybliżenia się do obozu tatarskiego i wzięcia o nich języka, nic groźnego nie zobaczyli. Obóz leżący za Tyhinem w stronie Białogrodu na równinie stepowej blisko rzeki, chociaż ogromny, nie zdał im się groźny. Rachowali na liczbę wielką luźnych koni i większą jeszcze ztąd i jeńców podolskich. Tak więc bitwa gotująca się na ranek, zdawała wcześnie wygraną. W obozie polskim cieszono się nią noc całą, gotując o świcie na tabor uderzyć. Ale krótka była radość. — Około północy dwóch czy trzech srodze rannych przybiegli oznajmując o zupełnem zniszczeniu garstki wysłanej, którą w gołym stepie otoczywszy, wyrznęli Tatarzy tak, że ledwie kilku wymknąć się potrafili. Tylko co ochłonięto z postrachu i naradzano się co czynić miano, wahając już, czy nie lepiej by zbyt nierównej walki unikając, cofać, gdy z wielkim krzykiem zewsząd ukazujący się Tatarzy na polskie obozowisko naskoczyli.
Dzień ledwie świtać poczynał, deszcz pruszył, konie i ludzie pomęczeni byli, a co gorzej wódz i naczelnicy wszyscy pomięszani świeżą stratą, która zupełnie szyki popsuła i z napastników zmieniła ich na broniących się już tylko napaści. Postrach stał się wielki, ale mimo to Tatarzy nie zaraz rady dali taborowi. Jakkolwiek Polacy z wieczora dopiero wczoraj nadeszli, ani się oszańcować, ani miejsca wybrać mogli dobrego, szczęście im posłużyło, że się przyparli do szczątków starego trajanowego wału, który jako tako z jednej strony ich zasłaniał. Z drugiej były pławnie dniestrowe, któremi chyłkiem śród zalewów znajomych, ruszyli się Tatarzy. Jakkolwiek naprędce rozbity obozik, otoczony był jednak wedle zwyczaju wozami, połączonemi łańcuchy. Tatarowie niezręczni, w kilka tysięcy często taborowi podobnemu z kilkuset ludzi rady dać nie umieli.
I tu tak się stało z początku. Skoczywszy na strzał Orda, harcować poczęła do koła, ale przed silnym ogniem za wozami ukrytych żołnierzy ustępować kilkakroć musiała. Sołomerecki zagrzewał swoich, aby się trzymali, a widząc otoczonym zewsząd, myślał nad wieczór, porzuciwszy wozy, przerzynać nazad. Niektórzy radzili wpław Dniestr przebyć i uciekać. Ale ogromnie rozlane wody wiosenne myśleć nawet o tem nie dozwalały, a w razie możności nie wiele by to posłużyło, gdy z drugiej strony Jedyssańska Orda, koczująca niedaleko, napaść ich zaraz w stepie mogła.
Zamknięci w obozie swoim, umacniając go ile możności, Polacy odstrzeliwali się Tatarom, którzy ze swojej strony krążąc nieustannie w koło, zasypywali oblężonych strzałami i posuwali się coraz bliżej, starając zapalić wozy taboru.
Położenie garstki tej było rozpaczliwe, długo trzymać się tak, choćby najodważniejsi, dla braku żywności nie mogli. Potrzeba było koniecznie przebojem pójść na zginienie lub uratować. Ratunek wszakże wielce niepewny, bo ćma Tatar napływała. Zostawiwszy obóz swój pod strażą słabszych i zwoławszy świeże posiłki z niedaleko koczujących aułów, w bałkach naddniestrowych, Orda ze wszystkich stron opasywała tabor. Wkrótce nic widać nie było do koła, tylko tłumy dziczy z wrzaskiem, z zapalonemi oczyma hasającej po stepie. Od Dniestru nawet opasali ich Tatarzy, wielkim wiankiem ruchawym osaczając.
Na straszny ten widok garści ludzi wpadłych w zasadzkę, walczącej z tłumem kilkakroć liczniejszym, wszedł dzień wiosenny jasny, wietrzny, pogodny. Zamknięci w obozie widzieli jak na dłoni Tatarów, nadbiegających od Tyhina coraz liczniej, potrząsających tykami przygotowanemi, puszczających strzały i wywijających nożami. — Na srogich twarzach dziczy malowała się piekielna radość, mieli bowiem w ręku nieprzyjaciela, który poddać się prędzej — później musiał. Niektórzy przyskakiwali pod same wozy rzucając żagwie zapalone i kłaki, ale po wczorajszej słocie wilgoć broniła od ostatniej klęski pożaru.
W tej ostateczności Polacy wznieśli się do bohaterskiej odwagi. Widząc zgubę swoją, postanowili nie poddać do ostatniego. Urządzono kolej do obrony wozów, ściśniono rzędy, wszyscy rzucili na kraje taboru. Dopuszczając napastników do siebie jak najbliżej, za każdym wystrzałem kładli trupem całe seciny Tatarów. Z piekielnem wrzaskiem i zajadłością, odzierając swych trupów, wywlekając pobite konie z pod ognia, cisnęli się zapaśnicy nowi.
Tymczasem w polskim obozie brzmiała jakby na urągowisko stara pieśń, nie zapomniana jeszcze:
Bogarodzicy.
Osmaleni prochem, ranni od strzał, zawalani błotem, Polacy jedni nabijali rusznice, drudzy celowali i strzelali. Nie było tam już wodzów, towarzyszów i ciurów, ale jedno wojsko, w którym biła jedna odwaga. Wszyscy się zrównali rozpaczliwem męztwem w obliczu niebezpieczeństwa.
Sołomerecki stojąc na wozie nieco dalej, donośnym głosem kierował strzałami, niekiedy sam nabitą rusznicę zmierzał i wprawny strzelec nie chybił nigdy, rzucał się między swoich, rozstawiał, leciał gasić ogień, kazał zataczać wozy ze środka obozu w drugi rząd do koła, biegał, zachęcał.
Im gęściej uścielała się trupem ziemia na strzał od polskiego obozu, tem zajadlejsi stawali Tatarzy. Będąc pewni że tę garść zduszą w chwili i jednym postrachem do poddania znaglą, Białogrodzianie i Jedyssancy pienili z gniewu na widok pobitych.
Gdy pierwsza chwila przerażenia przeszła, Polacy przeciwnie, z pogodnem czołem i pieśnią pobożną, stanęli gotowi umierać. Potrzeba było widzieć, jak wesołe śmiechy odzywały się po obozie, gdy o krok świszczały nad głowami strzały tatarskie. Rannych wynoszono natychmiast do środka taboru pod naprędce wczoraj uklejone z nad dniestrowych brzostów i dębczaków szałasy, ale po opatrzeniu ran i zatamowaniu krwi, silniejsi wyrywali się iść walczyć znowu. Pewni śmierci, którą przenosili nad sromotną i ciężką niewolę, ostatkiem sił chcieli walczyć, aby przynajmniej nabić dziczy jak najwięcej. W tym powszechnym zapale nie było jednego, coby się nie rozpalił widokiem męztwa wszystkich, obojętności na śmierć i niebezpieczeństwo.
Jednym z najzuchwalszych był szlachcic z nad Bohu. Klęcząc na wozie, otoczony bronią, z okiem krwią zabiegłem, z twarzą od prochu osmoloną, z rękoma zakrwawionemi, bo mu rusznica jedna przeładowana przy wystrzale się roztrzasnęła, brał broń nabijaną ciągle przez dwóch z tyłu stojących pachołków, mierzył i strzelał. Czapka nasunięta na uszy pełna była tatarskich strzał uwięzłych w jej futrze i wierzchu, suknia podarta także strzałami, kilka lekkich ran sączyło krew, on nic nie czuł, na nic nie uważał. Ręce mu się trzęsły, krew wrzała, policzki gorączkowym rumieńcem paliły. Głośniej od innych śpiewał Bogarodzicę.
Nagle zamieszanie jakieś w obozie uczuć się dało, strzały zrzadniały, ludzie szemrać poczynali, bojaźliwie za siebie oglądać. Tatarzy ośmieleni przypadli. Nasz szlachcic skoczył z wozu zobaczyć co się działo, i ujrzał niedaleko Sołomereckiego rannego strzałą w oko.
Ten widok na chwilę zmięszał wszystkich, ale kilku starszych i odważniejszych poczęli wołać, zachęcać i znowu wszyscy rzucili się do wozów. Na czele ich był szlachcic.
— Mścijmy się za niego, zakrzyczał, do rusznic, bij psiego syna!
— Bij Tatara!
Cały dzień bezskutecznie przyskakiwali Tatarzy zgrzytając zębami do taboru napróżno. Ogień nie ustawał, padali gęsto i niczego dokazać nie mogli. Naówczas biorąc się na sposób, przyciągnęli pod tabór pobranych w nocy jeńców i poucinawszy im głowy, poczęli niemi rzucać do obozu. Ale widok tego okrucieństwa rozsrożył jeszcze Polaków. Nad wieczorem Tatarzy widać namyśliwszy się, przestali napaści i niedaleko, otaczając garstkę obsaczoną, pokładli spoczywać, tak jednak że ich rusznicowe strzały dosięgnąć nie mogły.
Sołomerecki i wielu innych rannych, obóz w nieporządku i zamięszaniu, znaczna część prochu i kul wyszafowana, znużenie, wszystko kazało myśleć prędko o czemś stanowczem, gdyż jutrzejszego dnia mogło i żywności i ładunków zabraknąć.
Wszyscy zgodzili się na wycieczkę i przebój. Tatarowie nigdy się tego po całodziennej walce nie spodziewali. Polacy miarkując w której stronie oblegający byli najsłabsi i najmniej liczni, rzucając wszystko co obciążyć mogło w ucieczce, osiodławszy wypoczęte konie zmierzchem zaśpiewali znowu, rozerwali tabor i w nagromadzone rzeczy swoje, które rzucić musieli, podłożywszy ogień, wypadli na spiących prawie Tatar.
W jednej chwili zgiełk i zamięszanie stało się okropne. Cała siła Ordy wstała do koni i zaparła drogę tej garści. Polacy strzelając i tnąc przebijali się przez tłumy. Czarna chmura zasłaniała zachodnią łunę, deszcz lać począł, ziemia ślizka usuwała się z pod kopyt koni. Jedni padali roztratowani w mgnieniu oka, drugich stryczkami z koni chwytali Tatarzy i zsadzali wlokąc i chłostając, inni pobici strzałami walili się ranni; reszta skupiona ciasno, odstrzeliwając się, odcinając, parła naprzód. — Za niemi obóz płonął pożarem, a reszta tłuszczy poskoczywszy ratowała z płomieni co mogła jeszcze pochwycić, roznosząc szeroko po stepie rozżarzone głownie i szczątki pożogi.
Nie wielka garść Polaków potrafiła wymknąć się Tatarom. Ścigana przez nich do Chocima prawie, unosząc z sobą Sołomereckiego, dostała przecie w Podole. Z wesołej pogoni idącej z nadzieją odbicia jeńców, wróciła kupka rannych, zwalczona głodem, bojem, znużeniem, nie do poznania zmienionych i opłakujących straty niepowetowane najodważniejszych, największej nadziei braci.
Nasz Nadbożanin, kilką strzałami ranny, wyszedł był z innemi z obozu, ale sam dobrowolnie zostawszy się odstrzeliwać na tyle pocztu, pochwycony został przez Tatara, który nań pętlę zarzucił i wpół uduszonego pod nogi swojego konia pociągnął.
Nigdy prawie Tatar nie posuwał zemsty i zajadłości do zabójstwa bezbronnego jeńca, a to dla ważnej przyczyny. Jeniec była to majętność; czy okupiony przez swoich, czy przedany do Turcji stanowił zawsze pewną sumę. Niewolnicy niewierni u Turków wysoko cenieni i szacowani jako niezmordowani pracownicy, z trudnością nawet za dość znaczne sumy wykupieni być mogli, przysłowie bowiem przesądne muzułmanów powiadało, że kto ma chrześcjanina niewolnikiem, ten nigdy głodu i niedostatku nie dozna. Tej to okoliczności winien był życie Nadbożanin nasz, któren wkrótce straciwszy z oczów swoich, skrępowany i przywiązany do siodła, za panem nowym do obozu za Tyhinem wlec się musiał.
Straszliwy był widok jego.
W stepie równym i mogiłami tylko gdzie niegdzie zasianym, pokrytym zieloną wyskakującą po wiosennych deszczach trawą, zbitą kopyty Ordy, wyżłobionym kilką jarami, na lewo ku Dniestrowi, szeroko leżała Orda Białogrodzka i Jedyssańska powracająca z łupieży podolskiej. Dymiły ogniska, nad któremi pieczono końskie schaby, gotowano zacierkę z prosianej mąki i juchę z dorzniętych szkap, mąką zatartą. Konie ogromnemi stadami pasły się do koła, ku Dniestrowi gęsto na zielone już pławnie zbiegając. Tam i owdzie rozsypane były wozy, napełnione wszelkiego rodzaju łupem. Na nich widać było suknie pańskie i chłopskie, bogate sprzęty, ubiory kapłańskie, połamane krzyże i kielichy kościelne, zbroje, futra, makaty, płótna.
Stada wołów, owiec, koni, leżały znużone na ziemi szukając strawy i wody, nie mając siły się podnieść. Mnóstwo ich pozdychało i ze zdętemi brzuchy, wyciągnionemi skościałemi nogi, odartą skórą, czerwieniało gołem ścierwem. Dalej leżeli, stali, siedzieli powiązane w tył mając ręce, nieszczęśliwi niewolnicy wszelkiego stanu, płci i wieku. Starcy, dzieci drobne (najmilsza zdobycz Tatarów, bo ich wychowywali w swej wierze i obyczajach), kobiety. Niektórzy nadzy prawie, inni popaleni straszliwie, inni ranni, inni obłąkani nieszczęściem i bezprzytomni.
Był to obraz straszliwy, wstrząsający. Do koła ta dzicz upojona zdobyczą, wesoła, rozbestwiona, krwawa, we środku jeńcy płaczący i w milczeniu oczekujący najstraszniejszej chwili, podziału łupów. Starcy z wejrzeniem osłupiałem, dziewczęta z zapuchłemi od płaczu oczyma, matki rozpaczające, niemowlęta pojone mlekiem kobylem i leżące same na ziemi, po kilkadziesiąt razem; dzieci śmiejące się i skaczące, bo nierozumiejące jeszcze co się z niemi działo. Nad każdą kupą Tatarzyn z biczem na straży, często kobieta nawet wpół naga, baranim kożuchem okryta, z roztwartemi ustami i krwawą źrenicą.
Nie jedna niewolnica zapominając o sobie, szukała oczyma pochwyconej dzieciny, wyrwanej córki, nie jeden ojciec płakał za synem, który zmarł w drodze nie mogąc zbiedz za koniem Tatara, padł gdzieś w stepie i został na wieki. Mężowie rozdzieleni od żon, napróżno starający się zbliżyć do nich, dzieci wyciągające zdala ręce do matek. Wśród tego obrazu, siwo-włosy stary ksiądz, z krzyżem z dwóch kijków białych związanym na piersi, w łachmanie na zbitych i silnych plecach, klęczący i pocieszający swoich, sprawiedliwością Bożą, nagrodami wiecznemi. Głos jego głuszą krzyki Tatarów, pisk dzieci, ryki bydła i gwar obozu.
Dalej, to dwa trupy blade odarte do naga, na których już siedli kruki i skubią oczy otwarte; jasne włosy dziewczyny rozwinęły się na stepowej czarnej ziemi, siwy włos rozsunął się po skroni. Nad niemi stara kobieta siedzi związana i płacze, to jej mąż, to córka.
Ale oto chwila stanowcza, w której obraz okropny, jeszcze się staje straszniejszym jeśli być może — chwila podziału jeńców. Murza dowodzący wyprawie, usiadł przed rozbitym z pilśni namiotem, wszyscy znoszą, spędzają, zwożą, co kto ma. Ludzie, bydło, rzeczy ściskają się w jedną kupę. Wydzielają część dowódzcy, części pojedyńczych ludzi, Orda się potem rozsypuje w step znowu. Złoto i srebro i suknie i konie i bydło i ludzie, zarówno niemiłosiernie dzieli milczący stary dowódzca wyprawy. Temu ojciec, syn drugiemu, tu matka a tam córka, tam mąż, a tam żona.
Każdy pędzi własność swoją przed sobą i napróżno jedni ku drugim wyciągając ręce, wołają, płaczą; — padają pod razami śmiejących się Tatar. A matka patrzeć musi na hańbę córki dziecięcia, mąż na zesromocenie żony, ojciec na katowanie syna. Krzyki bestjalskiej radości, wołania o pomoc która przyjść nie może, jęki gwałconych, ryczenie chłostanych, mieszają się ze śpiewem Tatarów i tętętem koni. Ci modlą się, tamci mdleją i konają ze strachu, inni poszaleli z rozpaczy. Dzieci na wozach bawią się sznurkami co je krępują i uśmiechają do siebie. Ksiądz stary głośno, wyraźnie odmawia modlitwę. Dwa razy ręka Tatara zatuliła mu usta uderzeniem krwawem, a kapłan nie przestał.
Murza powoli podjął łuk z ziemi, kazał się ludziom odstąpić i patrząc na krzyż, który starzec tulił do piersi, wymierzył do serca. Dobroczyńca! Strzałą jedną położył go trupem.
Szczęśliwy był Nadbożanin, że nie miał nikogo swego, nikogo nawet znajomego w tym tłumie. Schwycony, skrępowany, pociągniony, poszedł obojętnie na katownią, sądząc że ją zniesie odważnie. I zniósł by był własne cierpienie. Ale okropny widok, ale głosy wołające znanym językiem o pomoc do Boga, głosy kobiet bezsilnych wyrywających się napróżno zwierzęcym napaściom dziczy, oszaliły go prawie. Padł na ziemię zakrywając oczy, zatulając uszy, wzywając śmierci. Uczuł się chwyconym za powróz, który go krępował; stawiony przeciw Murzy, odpędzony na bok, nie postrzegł nawet komu się dostał w niewolę.
Nad wieczór dnia następnego, po dopełnionym podziale i najstraszniejszych okrucieństwach, dzicz ruszać się poczęła i rozbijać. Biczem z miejsca ruszony, Nadbożanin powstał i przytroczony do siodła, poszedł za nowym panem. Z nim razem była nie młoda niewiasta, dziecko niemowle i starzec bezsilny. Tatarzyn, który prowadził ich; doskonale rozporządził wszystkiemi, kilka sztuk bydła popędził przed sobą, dwa konie luźne szły obok niego, na jednym siedziała kobieta, na drugim starzec i dziecko; wszystkie trzy szkapy obwieszone były sukniami, skórami i różnym sprzętem. Ogromny łup zebrany w Podolu i Rusi katolickiej dozwolił każdemu z najezdników, dobrą uprowadzić zdobycz. Nadbożanin postrzegł w torbie wystający błyszczącym rogiem srebrny lichtarz z jednej strony konia, z drugiej żelazną patelnię. Starzec płakał, kobieta osłupiałem okiem patrzała, dziecko drzemało, Tatarzyn w milczeniu popędził bydło. Orda rozbiła się była i Białogrodzcy w swoją stronę, Jedyssańcy w swoją się udawali; Nadbożanin dostał się jednemu z Jedyssańców koczujących w bałkach nad Kujalnikiem za Dniestrem. Mimowolnie spojrzał w twarz swemu panu. Był to stary już człowiek srogiej twarzy, wklęsłych małych oczu, krótkich włosów czarnych, żółtej cery, odstawionych uszu. Na nagiej jego piersi kawałek baraniej skóry szerścią na wierzch obrócony, zszyty z przodu, marszczył się i garbił szeroko. Ręce z pod niego nagie, naga szyja wystawała, część nóg także obnażonych wisiała na sakwach któremi koń był obciążony; łuk miał i kołczan na plecach, nóż za pasem, kilka torb i dużo sznurów i łyk u łęku. Nie było wyrazu nasyconej radości jaka błyszczała w oczach innych Tatarów, na twarzy dzikiej, chmurnej, milczącego Jedyssańca. Zdawał się głęboko myśleć i machinalnie tylko dopełniać nadzoru nad zaborem swoim. Kilka razy zagadali do niego bracia mijając go, ale nic im nie odpowiedział. Zresztą uważał Nadbożanin, że drudzy byli dlań prawie z uszanowaniem. Jedyssaniec zboczywszy nad Dniestr, posuwał się drogą po nad pławniami, po stromych górach, szukając zda się brodu dla przebycia rzeki. Ale wiosenne wody wezbrane, szumiące, od koryta rzeki w odnogach długich po dolinie rozlane, zdawały się zupełnie nie do przebycia. Kilka razy zastanowił się Tatarzyn i pojechał dalej. Wjechali w laski skompij, brzostów, dębów i tarniny, środkiem których wydarte wodami jary; szare skały i żółte kamienie piaskowe z wnętrzności swych pokazywały. Przebywali strumienie, małe łąki, gąszcze i nareszcie stali spocząć na wzgórzu z którego daleki widok rozpościerał się na Dniestr, zarośla i kraj z drugiej strony rzeki. Tatarzyn w milczeniu zsiadł z konia, pospędzał biczem jeńców, puścił bydło w paszę, dobył zaraz pieczeni końskiej z pod siodła i począł jeść. Niewolnicy podzielili się kawałkiem chleba, któren wynieśli z obozu, chleba na żywność dla nich zabranego umyślnie, stwardniałego, spleśniałego, czarnego i zbrukanego błotem i krwią.
Inni krążący w tej stronie Jedyssańcy, poczęli się zbierać także na popas i porozpalali ognie, ale opodal od pierwszego. Tamci ustawiwszy podróżne kociołki gotowali z jaglanej mąki i sera kobylego ulubiony swój pokarm. Niewolnicy na boku cicho, płacząc rozmawiali z sobą. Nieznajomi, w tej chwili byli wszyscy braćmi i nikt z nich nie spytał drugiego — kto był? Każdy swoją nędzę opowiadał, mówił jak go pochwycono, lub opisywał co za katownie wycierpiał.
Na popasie od drugich niewolników dowiedział się Nadbożanin, że Tatarzyn któremu przypadł w niewolą, nie był Tatarem ale Tatarką. Jeden z Jeńców rozumiejący nieco języka dziczy, słyszał rozmawiających o niej Jedyssańców zowiących ją straszliwą czarownicą. Ciż sami opowiadali, że kobieta wyszła na wyprawę z mężem i synem, straciła obu w oblężeniu obozu polskiego i mówili że pewnie swoich więźniów wymyślnie przez zemstę pozabija. Żałowali oni jeńców jako straconego towaru, który by się mógł dobrze sprzedać w Białogrodzie, do Stambułu lub Adrjanopola.
Dowiedziawszy się Nadbożanin, że go prowadzi kobieta, czego poznać było niepodobna, zadrżał ze wstydu i postanowił wyrwać się z jej rąk. Tatarzy popasający pozostali, kobieta smagnęła biczem swoich niewolników i popędziła ich dalej. Złość ją brała, że Dniestru przebyć nie mogła, a z gniewu biła Nadbożanina i co raz to w oczy plwała starcowi, to schyliwszy się z konia do ziemi, zagarnąwszy garść błota, rzucała nią na spokojnego i niewzruszonego niewolnika. Niekiedy zgrzytnąwszy czarnemi zęby, pospieszała bijąc konie, odwracając się coraz i spoglądając gniewliwie na Dniestr. — Gdy się dobrze od innych Tatar oddalili, Nadbożanin zaczął mówić do starca.
— Uciekajmy, to kobieta!
— Nie chcę? gdziebym uciekł? odpowiedział starzec.
Tatarka zabroniła im mówić do siebie chłoszcząc obu. Szlachcic, począł powoli więzy krępujące go z tyłu, rozrywać; mrok padał.
Rozdłubawszy węzeł i utrzymując łyko dla niepoznaki w rękach, jeniec począł zwalniać kroku, jak gdyby ze znużenia, zostawać się, przypadać i jęczeć. Tatarka kłuła go nożem bez litości; ale w chwili gdy zajadle uderzała go nim, Nadbożanin pochwycił ją za rękę, wyrwał żelazo i skoczywszy z tyłu na konia, porwał ją za gardło.
Wrzasnęła straszliwie; — bojąc się aby jej krzyku do koła snujący się nie posłyszeli Tatarowie; szlachcic ścisnął za szyję tak, że ducha wyzionęła, a zrzuciwszy trupa, puścił się nazad.
Ale konie przywykłe do Tatarki i czujące dom w przeciwnej stronie stepu, nie łatwo dały się zwrócić. Kobieta i starzec łamali ręce i płakali.
— Nieszczęście! nieszczęście, wołali, zgubił nas, muszą złapać! złapią i będą karać jak zbójców, będą myśleć żeśmy mu pomogli. I stary drżał bezsilnie z przestrachu.
Nadbożanin nic mu nie odpowiedział, sam po chwili namysłu spuścił się z konia, porwał sakwy z mąką z niego i uskoczył w zarośla. Ledwie miał czas przypaść w gęstwinie, gdy Tatarowie nadbiegli i pochwytali jeńców. Ale zamiast mścić się, cieszyli ze śmierci kobiety, która ich część powiększała. Jeden wziął starca i dziecko, drugi kobietę, worki rozerznęli na dwoje; a niewiedząc czy miała więcej jeńców i z jakiej przyczyny nagle skonała kobieta, pojechali dalej ku Białogrodowi, szukając albo brodu, albo łodzi.
Szlachcic mniemał się ocalonym, postanowił iść powoli brzegiem rzeki, zaroślami, wodą, aż na Wołoszczyznę, miarkując że mu mąka w sakwach będąca, użyta oszczędnie, wystarczyć powinna. Całą pierwszą noc drapał się gęszczami i trzciną nazad. Nadedniem głosy Tatarów zmusiły go przypaść w wodzie prawie. Ale rany niedawne, głód, znużenie, zimno przejmujące od wody, poczynały działać.
Szlachcic uczuł się słabym; zawrót głowy, szum w uszach, drganie kolan, przeraziły go, bojąc się aby gorzej nie zachorował siedząc w miejscu i poddając się osłabieniu, zwlókł się i ciągnął dalej. Coraz gorzej a gorzej się czując, ku południowi rozciągnął się na pagórku, zamknął oczy, oczekiwał śmierci. Gorączka silna odjęła mu zupełnie przytomność, dziwne mary snuły się po drgającym mózgu. Widział się na łódce na Bohu, a na wale zamkowym uśmiechającą mu Annę, podającą rękę, wzywającą ku sobie, widział siebie w swej Słobodzie odludnej, na progu domostwa, gdy stada koni, owiec, bydła, wracają wiosennym wieczorem z paszy do domu, rozmawiającego z czeladką.
— To był sen tylko panie! mówił mu stary pasiecznik, wasza niewola, wasze nieszczęścia, to był sen. Łódka się na Bohu kołysze, płyńcie.
A młody chłopiec znów skakał w łódkę i płynął pod zameczek. I znowu witała go tam Anna podając rękę.
Sny ciemne i sny jasne następywały jedne po drugich, potem zamierzchło zupełnie, znikło wszystko.
Nadbożanin obudził się silnie miotany i targany, otworzył oczy, kilku Tatarów stali nad nim i wodą w twarz mu rzucając, wstrząsając nim usiłowali ocucić. Osłabionego i trawionego gorączką wsadzili na wóz wiozący łup, przywiązali powrozem do sterczących boków ogromnej arby parą wołów ciągnionej i pojechali ku Białogrodowi powoli.
Nazajutrz oczom biednego niewolnika zabłysnął poczynający się w lewo Liman dniestrowy. Na prawo był step, step na wszystkie strony dziki, nagi, najeżony tylko kurhanami, nasiany kośćmi bydła i ludzi wpół oszarpanemi z mięsa przez dzikie ptastwo i wilków. Zdala nad Limanem ogromnym jak morze, ukazały się szare mury Białego grodu, ściany zamku, minaret nad nim sterczący, księżyc meczetu; drzewa gdzie niegdzie osłaniające rozsypane do koła, liche domki lepione z kamienia, pokryte trzciną.
Wieczór był pogodny, jasny, wiosenny, świat się budził do życia, powiew łagodnego wiatru zwiastował cieplejszą porę; step zieleniał, kwitnął. W milczeniu posuwała się arba ku miastu, Tatarzy jechali na zmęczonych koniach wolno i poglądali zamyślono to na Liman i w stronę morza i Krymu, to na wieże starego zamczyska. — Białogród stawał się coraz wyraźniejszy, widać było baszty piętrzące się, okolny mur najeżony zębami, skałę czarną stanowiącą podstawę ogromnej budowy i ulice miasta poplątane, wązkie, ostawione domostwy podobnemi do kup gruzów, przysypanych kupą słomy. Gdzie niegdzie na ciemnem niebie wschodo-południa, wił się czarny dym tatarskich ognisk. Muezzin wołał z minaretu na modlitwę.
Przebywszy część miasta rozsypaną na płaskiej przestrzeni i pochyłości stepu ku Limanowi schodzącemu, złożoną z wązkich przesmyków, kamiennemi murki nad którą tylko dachy i gdzie niegdzie zaparte wrota wystawały, wyjechali na plac przed zamkiem obszerny, pusty. Tu rozmówiwszy się z kilku innemi Tatarowie, jedni zawrócili ku Bugasowi, tak zwanej od ujść dniestrowych części miasta, drudzy z jeńcem skierowali do zamku.
Szaro-białawe mury wrot, stanęły na oczach schorzałemu więźniowi, który tracąc powoli odzyskaną przytomność, począł sobie wyobrażać, że się znajduje na Bohu pod zameczkiem księżnej Anny i uśmiechnął się jakby do niej. Tymczasem przebywszy sklepiony wchód ziemny, most, minąwszy na prawo łaźnię Baszów Akkermanu, arba wioząca szlachcica, wtoczyła się w pierwszy podwórzec i zastanowiła prawie u samych wrót, na przeciw minaretu.
Z wierzchołka galerji Muezzin krzyczał piskliwie wiersze Alkoranu. Niewolnik usłyszał w jego krzyku głos Anny i zupełnie obłąkany, odpowiedział nań pieśnią tęskną, którą zanucił leżąc na wozie.
Silne uderzenie w głowę Tatara, który wziął to za naigrawanie niewiernego, pozbawiło znów nieszczęśliwego Nadbożanina przytomności.

KONIEC TOMU TRZECIEGO.





ZYGMUNTOWSKIE CZASY
POWIEŚĆ
z roku 1572
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.

Wydanie nowe, przejrzane i poprawione przez Autora.

Tom IV.

LWÓW.
W księgarni Gubrynowicza i Schmidta
przy placu św. Ducha I. 10.
1873.

WARSZAWA.
W księgarni Michała Glücksberga.

Nakładem Rogosza, Pillera i Gubrynowicza & Schmidta.
Drukiem Kornela Pillera.





I.
SŁUP MĘCZARNI I JAMA WILCZA.

Gdy oczy otworzył, znalazł się więzień w ciemnem i zawartem miejscu, podniósł głowę i nie ujrzał nic, tylko mury wysokie, w górze przecięte kilką wązkich okien, któremi słabe światło bladej nocy wpadało. Ręka jedna go bolała, za tę rękę uczuł się przykutym łańcuchem do słupa podpierającego sklepienie wieży, na której dnie wespół z wielą innemi więźniami leżał. Do koła chrapanie uśpionych, jęki słabych i rannych, krzyki we śnie marzących jeszcze o przebytych katuszach rozlegały się, towarzyszył im jednostajny szum wiatru i pluskanie limanowej wody o mury więzienia. Kilkudziesiąt jeńców jak on na łańcuchy do słupa przykutych, sparci oń, lub wywróceni na ziemię wysłaną kamieniem i potrząśnioną trzciną suchą, leżało. Wszyscy tak byli znękani, tak nieszczęśliwi, że żaden z nich nie miał wejrzenia i politowania dla nowo przybyłego towarzysza. Niedola bowiem, nędza, nękają i zatwardzają człowieka; szczęście robi go czułym i miłosiernym; a choć długo przeciwnie mniemano, dziś wiemy jak dalece to prawda. Ludzie szczęśliwi wstydzą się niejako swojego szczęścia wobec niedoli, i jeśli nie z szlachetniejszych pobudek, to dla tego aby nie patrzali na cierpienie, wesprą je; przeciwnie cierpiący, znękani, odpowiadają na skargi zawsze słowami Gwatymozina: „A jaż na różach jestem?“
Wszyscy towarzysze Nadbożanina zdawali się zupełnie zobojętnieli na nędzę swoją i cudzą. — Ci co usnąć mogli, pomimo chłodu, wilgoci, zaduchy smrodliwej i ran swoich, spali, ci którym sen nie przyszedł na powieki, jęczeli z rozpaczą lub milczeli w odrętwieniu. Żaden się nie pochylił ku budzącemu z bolesnem westchnieniem jeńcowi. Towarzysz tuż na jednym barłogu leżący, popchnął go sobą tylko i obróciwszy głowę na ramię, spojrzał obojętnie, mówiąc pół głosem: Żyje!
— Bodajbym nie żył! ozwał się szlachcic.
— Każdy z nas to codzień powiada, odparł zwracając się i układając do snu niewolnik, ale cóż to pomoże?
To powiedziawszy czy zasnął, czy udawał że spi. Powoli rozwidniać się zaczęło na dnie wieży i okropny widok uderzył oczy Nadbożanina. W koło słupa wyciągnięci na trzcinie, leżeli, siedzieli, drżeli pokurczeni biedni brańce, przykuci jedni za nogi, drudzy za ręce, inni wpół ciała, po większej części obnażeni, odarci, poranieni okropnie, z ranami nieopatrzonemi, nie zawiązanemi, ropiącemi, gnijącemi ohydnie.
Starzec siwy konał z drugiej strony słupa klnąc i wyrzekając.
— Żona, dzieci, wołał — swoi! Wszyscy zapomnieli, nikt nie wykupił. Żona, dzieci — przeklęci! Niech im sprawiedliwość Boża takiemi męki jak moje zapłaci na drugim świecie. Dzieci! nie mam dzieci! nie mam dzieci! przeklęci. Pięć razy posyłałem o wykup. I coraz ciszej wyrzekając, ostygł i skośniał.
Obok leżący tylko głowy podnosili i znowu na trzcinę upadli.
Średnich lat z czarną długą brodą mężczyzna, sparł się na łokciu, popatrzał i śmiejąc się dorzucił:
— Patrzcie! do śmierci rachował na żonę i dzieci!! Potem gorżko westchnąwszy poruszył głową w dłoniach.
Za umierającym obok niego leżeli chorzy, zarażający jedni drugich ranami, których zgnilizna powietrze napełniała, a towarzysze przykuci łańcuchem odsunąć się nawet nie mogli od nich. Jeszcze dalej leżał trup wpół od robactwa stoczony, z którego łańcuch opadł, a nie wyniesiono go ztamtąd. Stosy brudów wałem otaczały słup nieszczęsny, słup męczarni, jak go zwano. O! była to straszliwa męczarnia, której opisać nawet niepodobna. To pobratymstwo choroby i zdrowia, śmierci i życia, zgnilizny i gnojów z młodością, u jednego słupa, w koło którego na długość tylko łańcucha wlec się mogli jeńcy. Raz w dzień jak psom rzucona strawa nędzna, zeschły suchar, woda wpół słona Limanu, nieprzywykłym szkodliwa, a do oddychania powietrze zgniłe, nieprzewiane świeżym powiewem nawet wilgotne, zatęchłe.
Dnie długie bez pracy żadnej, na trzcinie, w zgniliznie, dłuższe jeszcze nocy czarne, a z nikąd słowa pociechy, a nigdy słowa nadziei. Bo w XVI wieku rzadko i to tylko najznakomitszych z niewoli wykupywano. Na jednych składała się Rzplita, drugich okupywali krewni, ale trudności w wyszukaniu jeńców, w dostaniu się na Tatarszczyznę, wszystkich zresztą odstręczały. Rzadki był bardzo przykład ucieczki z niewoli.
Jeńcy zabrani przez Tatarów szli potem na sprzedaż do Turcji, na galery sułtańskie, lub w nadziei okupu gnili w Białogrodzkich wieżach.
Ciężkie i straszne to było życie, prawdziwy czyściec ziemski, piekło doczesne. Każdy wzdychał do śmierci, możniejszych i dostojniejszych tylko trzymano w innych częściach zamku, nieco lepiej żywiąc i obchodząc się z niemi; co się tycze innych, tych przykuwano, karmiono, jak psy chłostano, gdy się zbytecznie miotali, lub zabijano nawet okrutnie.
Wszyscy prawie towarzysze u słupa męczarni byli szlachtą podolską i wołyńską, zabraną już na wojnie, już w wyprawach Ordy; jedni dawniej, drudzy świeżo przykuci. Wychudli, zżółkli, różnili się tylko tem, że niedawno przybyli mieli nadzieję jakąś zawsze, starsi nieszczęściem już żadnej. A srogiego ich losu nie słodziła nawet braterska litość i pomoc wzajemna. Każdy się rwał na swoim łańcuchu i jęczał za siebie, nie patrząc na drugich.
W długie dnie, jeśli który mówić, opowiadać zaczął, płakać nad swoją dolą, to drudzy go zagłuszali brzękiem łańcuchów i zmuszali milczeć, bo cudze nieszczęście przypominało im straty, których gwałtem chcieli zapomnieć. Zewnątrz czy zamek wrzał gotującą się wojną, czy milczał odpoczynkiem, nic nad plusk wody o ściany wieżycy nie dochodziło do uszu zamknionych. A gdy nowy towarzysz kładł się na miejscu niedogniłego trupa w barłog niewoli, nikt go nawet nie spytał o wieści ze swojego świata, o którym wiedzieć nie chciał, nie spodziewając się go już zobaczyć.
Nieco lżejszy był los tych niewolników, których Aga turecki, dowodzący w Białogrodzie, do własnych posług używał, ale takich było kilku tylko szczęśliwszych i choć ich okładano razami, za najlżejszą często wymyśloną winę, nie skarzyli się, bo przynajmniej oddychali powietrzem wolnem i choć w łańcuchach, poruszali się, twarze ludzkie, niebo nad głowami, świat Boży widzieli. Użyci wewnątrz zamku nosili wodę ze źródła nad Limanem w stronie południowej położonego, łamali kamień niedaleko miasta na nowe budowy, palili w łaźni u wejścia zamku znajdującej się itp.
Nadbożanin wyszedłszy z ran swych i niemocy jako jeden z najmłodszych i najsilniejszych, wybrany został w miejscu zmarłego woziwody i okuty w kajdany, jeszcze od krwi jego pordzewiałe. Los ten tak ciężki wydał mu się szczęściem! Zobaczył znowu świat, mógł chodzić, mógł być sam jeden choć chwilę. Na noc tylko zapierano ich kilkunastu razem w loch ciągnący się pod wałem zamkowym i wychodzący kraciastem oknem na Liman z dwóch stron, na którego przeciwnym brzegu, o półtorej mili odległym, bielała mizerna wioszczyna Chadżi-Dere.
Ruch podwórców zamkowych, widok wojsk, dworu, lepsza trochę strawa i nadzieja ucieczki odżywiły jeńca. Całe nocy bezcenne on i towarzysze jego naradzali się tylko, jak uciekać i dokąd? Dokoła ziemia tatarska klinem do morza przytykająca, z jednej strony Liman i Dniestr, a za niemi step zowiący się jeszcze polskim za Zygmunta I., ale za syna jego już powolnie przez Tatar na koczowiska zajęty i owładany. W tę stronę ucieczka była najłatwiejsza, a jednak z tysiącem trudności i niebezpieczeństw połączona. Bo przypuściwszy że półtorej mili Limanu przebyli więźniowie, z drugiej strony nagim stepem zasianym Tatarami przedzierać się było potrzeba ku Uzu, to jest Dnieprowi, do kozaków i stannic polskich nad granicami będących. Step ten wprawdzie gęstemi był przecięty jarami (bałki), ale w jarach koczowali Tatarzy Jedyssańscy, a po nad brzegiem morskim stały wioski tureckie i twierdze.
Pomimo tylu trudności, jeńcy marzyli tylko o swobodzie, która jakkolwiek ucieczką do uzyskania ciężka, nie była jednak bezprzykładną. Ale naprzód jak przebyć Liman? Na łódce, skądże jej dostać? Dniem każda łódka postrzeżona być może od Białogrodu do Chadżi-Dere, a nocą obłąkać się łatwo, wpędzić na tamy piasku, lub wiatrem odegnanym być ku Bugazom (gardłom) Dniestru, ku morzu.
Cała wiosna, lato, jesień, na pracy ciężkiej i nocnych o swobodzie rozmowach ubiegały. Gdy księżyc świecił, zamknięci na noc w lochu, cisnęli się wszyscy do kraciastego okna, patrzeć na Liman, na brzeg drugi, co się zwał, choć już nie był w rzeczy, polskim. Nadeszła zima, zima ciężka, morze na kilkanaście staj od brzegów zamarzło, ściął się i Liman Dniestrowy. Tym sposobem ucieczka była w połowie ułatwiona. Podobieństwo wymknienia się rozżarzyło niewolników, jedni z gwoździ poznajdowanych i kawałków żelaztwa usiłowali porobić narzędzia do rozbicia kajdan, drudzy zbierali ukradkiem żywności i chowali w lochu, gdzie ich na noc zamykano, inni łachmany odzienia i skór baranich dla zasłonienia się od chłodu gotowali. Krata wychodzącego na Liman okna była gruba, gęsta, ale jak najpospoliciej w budowach tureckich drewniana i oddawna przez zamykanych tu nadruszona tak, że jednem stuknieniem ręki wybić ją było można.
Nie zastanawiając się nad tem co wyniknąć może, wszyscy pięciu zamknięci w lochu umówili się następnej nocy uciekać. Księżyca nie było, śnieg tylko, który popruszył ziemię, nieco światła dawał, niebo chmurne, zamieć grożąca.
Wcześnie dosyć, aby mieć czas w ciągu nocy przebyć Liman, dostać się na drugi brzeg i ukryć gdzie w jamę, lub wybitej dla dostawania kamienia górze, wybrali się z drżeniem i biciem serca biedni jeńcy. Krata została wyłamaną, a ledwie padła tocząc się z hałasem po skale, gdy każdy chcąc być pierwszym na swobodzie, rzucili się w otwór.
Łańcuchy jedni drugim porozbijali kamieniami, nie bez kalectwa i ran. Ale czem tam rana i ból, gdzie chodzi o oswobodzenie się z takiej niewoli?
Zaledwie wybrawszy się na lód i ubiegłszy kilka kroków od twierdzy, której ciemne mury groźnie sterczały nad głowami zbiegów, postrzegli wszyscy, że ciężej będzie przebyć Liman niż się zdało. Śnieg suchy na lód upadłszy, pozwiewany w kupy, gdzie niegdzie leżał tak grubo, że po pas brnąć w nim trzeba było, gdzie niegdzie zmieciony i z pod jego szklistej śliskości jak szyba, wyciągały się zmarzłe wody Dniestrowe.
Tu i ówdzie, jak się to często trafia na Limanie, lód skutkiem mrozów i zmian powietrza popękał i między dwoma krajami jego, na sążni dwa lub trzy czerniały otwory w których woda szumiała. Te rozpadliny albo bardzo daleko i z wielkim nakładem drogi obchodzić było potrzeba, albo przeskakiwać. Zapędziwszy się z samego początku, dwóch utonęło. Reszta — reszta ostrożniej, ale szła naprzód zawsze, to skacząc, to obiegając wodę, to brnąc zaspami śniegu, to ślizgając się na lodach obnażonych. Ale trzej zbiegli wkrótce poczęli ustawać i sporzyć o kierunek drogi, jedni chcieli iść w lewo, ku Chadżi-Dere, drudzy w prawu nad morze. W tem zerwała się zawierucha śniegowa i do reszty obłąkała uciekających. Dwaj upadli znużeni na pół Limanu i Nadbożanin sam tylko pozostał. Nie było czasu litować się, namawiać, trzeba było śpieszyć; rzucając ich więc i krzyknąwszy tylko, aby w razie schwytania nazajutrz powiedzieli że utonął, puścił się lodami kierując tak, aby wiatr mieć w prawo zawsze i rachując, że powinien minąć wioskę turecką, a wyjść między morzem a nią na stały ląd. Już miało świtać, gdy po niesłychanych trudach i znużony tak, że ledwie się wlókł szlachcic nasz, stanął na ziemi. Ale nie czas spoczywać, trzeba było wprzód miejsce znaleźć bezpieczne.
Bliskość wioski dawała mu nadzieję odkrycia gdzie łomów kamienia, dla przesiedzenia dnia, jakoż pod wzgórzem na północ, to jest tyłem do morza a otworem do lądu obróconem, wyszukał pieczary, zasypanej na pół śniegiem. Świeże tylko zwierzęce po niej ślady i kilka kropel krwi zdradzały przejście wilka. Ale zwierza nie lękał się tyle Nadbożanin co Tatara.
Właśnie schwyciwszy na stepie koło stożysk w koszarach owcę, wilczyca wciągnęła ją była w jamę swoją, gdy podniosłszy kamień u wejścia szlachcic wpadł tuż za nią. Dwoje tylko oczów błyszczących w ciemności zobaczył, a kierując się niemi, tak silnie ciął kamieniem w głowę zwierze, że ledwie czas mając schwycić go za nogę i zapuścić zęby w ciało, upadło w pół martwe. Lękając się, aby jego krzyku nie posłyszano, zbieg nie pisnął nawet, starał się w milczeniu ścisnąwszy zęby, rozerwać wilczą paszczękę, która się zcięła w skonaniu na jego nodze. Walcząc z bólem i dobywając sił ostatka, dokazał tego nareszcie, padł i spoczął. Krew lała mu się z nogi strumieniem, ale w jego położeniu mało go to obchodziło! Tyle już cierpiał i bez tego! Wytchnąwszy z zaziajania, obwinąwszy nogę, zaszywszy się w najgłębszy kąt pieczary pełnej kości, pierza i podartej skóry zwierząt, Nadbożanin ujrzał obok siebie wilczycy ścierwo i zduszoną owcę. Była to droga zdobycz. Począł obie skóry zdzierać, aby się niemi odziać, a urwawszy zębami mięsa zaduszonej owieczki, zjadł chciwie, napił się śniegu, a chwilę jeszcze powalczywszy ze snem, zmrużył powieki.
I w tej chwili, w której każdy inny człowiek byłby marzył o pogoni, o niewoli, biedny zbieg śnić począł snem swoim zwyczajnym, płynął po Bohu z piosenką. Anna stała na wałach zamkowych i witała go uśmiechem i mówiła mu:
— To było marzenie, chodź ze mną.
A potem szli przez bogate komnaty, ręka w ręku, oko w oku, i wybiegali na ogród, z którego ukazywał on jej słobodę swoją w gaju, ona mu rzekę zakręcającą się w dolinie, gdzie go pierwszy raz ujrzała.
Dwoje świecących oczów zapałały nad głową śpiącego, on się przebudził. To był wilk, który poczuł krew w jamie i zastawszy człowieka najeżył się, nasrożył, dumając jeszcze czy nań się rzucić, czy uciekać. Grzbiet bestji cały nastawił się włosem, wygiął, oczy na wierzch wyszły, język wywieszony, zęby białe z pod sinej wargi świeciły. Nadbożanin ledwie miał czas porwać się na nogi, gdy płowy napastnik już go pochwycił. Walka w tej ciasnej jamie, w której o ostre zewsząd kamienie się tłukli co chwila, tarzając po odartych ścierwach wilczycy i owcy i po wyschłych kościach, walka była okropna i zajadła. Nareszcie schwyciwszy wilka za gardło, pomimo szamotania jego, zdusił Nadbożanin i sam upadł nań wysilony do ostatka. Więcej potłuczony i podrapany, niż ranny, dzięki skórom któremi się świeżo okrył, po godzinnym spoczynku jął się do odarcia wilka. Dzień był wielki, mróz silny, światło dniowe wpadało do jamy przerażające, straszne, bo co chwila zdradzić mogące. Chadżi-Dere, wieś turecka, której w początku nie postrzegł zbiegły, była tak blisko, że głosy mieszkańców dochodziły ukrytego, ryk bydła i beczenie owiec słychać było. Dzień wydał mu się śmiertelnie długi, a zasnąć już nie potrafił, chociaż teraz mógł być bezpieczniejszym od wilków stepowych, gdy się sąsiednia wioska rozbudzać zaczęła.
Nad wieczorem wzdrygnął się szlachcic słysząc zbliżające coraz wyraźniejsze a wyraźniejsze głosy ludzkie i szczekanie psa. Głosy to były dziecięce, swawolne, wesołe. Zastanowiły się niedaleko od pieczary i żywo, tłumne dochodziły wyraźnie uszu ukrytego zbiega. Pies zawył, on usłyszał tupanie blisko, potem ujrzał łeb psa i oczy iskrzące w otworze.
Pomimo nawoływań dzieci, pies uporczywie szczekał na wilcze ścierwa i na człowieka, którego napadł, aż zwabił swawolących do siebie.
Śmielszy, starszy Tatarzyn lat około dziewięciu, wpół nagi pomimo mrozu, kawałkiem kożucha tylko osłoniony, zajrzał, krzyknął i począł wołać towarzyszów. Było ich tyle, że choć dzieciom, obronić się słaby nie mógł, a przytem posiłkujący im pies i bliskość osady tureckiej wszelką wymknienia się mu odbierała nadzieję. Wnet dzieci otoczyły pieczarę, szczując psem nieszczęśliwego, wołając nań, rzucając kamieniami do jamy. Jeden z nich pobiegł do wioski po starszych. W rozpaczy obsadzony tak niespodzianie zbieg, chciał się przebijać, uciekać, ale sił nie miał, podniósł się, nogi mu zadrżały, padł na kamienie. W mgnieniu oka ludzie ze wsi z biczami, z kijmi, z powrozami nadbiegli, wyciągnęli go i popędzili, wśród radosnych odgłosów dzieci do Chadżi-Dere.
Nazajutrz sprzedany przez Turka (do którego pies należał, a raczej na którego podwórzu kości ogryzał), przytroczony do tatarskiego konia, szlachcic szedł stepem ku kujalnickiej bałce, gdzie był auł, mieszkanie jego nowego pana.
W rozdole szerokim i ciągnącym się ku morzu, środkiem którego płynął strumień wąziutki, zakończony ku południowi Limanem, stała wioska tatarska.
Opodal od siebie były namioty z pilści okrągłe, różnej wielkości, szare, tak urządzone, że na wóz włożone i przeniesione z miejsca na miejsce być mogły. U góry klapa na sznurku podnosząca się wypuszczała dym ogniska, kilka słupów w ziemię wbitych budowę tę utrzymywały. Wewnątrz ubogo. Wiadro z wodą z jednej strony drzwi, wiadro z mlekiem kobylem fermentującem z drugiej, środkiem ognisko z Kazanem na żerdziach zawieszonym, do koła siedzenie, trochę broni, kożuchy, worki z mąką, worki z serem, sznury i łyka, ot wszystko; kobiety chociaż u Tatarów, jak w innych wschodniego pochodzenia ludów, były prawie niewolnicami; tu jednak więcej daleko miały swobody, niż u Turków. Wchodziły i wychodziły swobodne bez zasłon, mięszały się do mężczyzn, niekiedy szły na wojnę nawet.
Nadbożanin u nowego pana nieco łagodniej utrzymywany, karmiony tąż strawą co panowie i konie (mąką jaglaną), obracał żarna, nosił wodę i dopełniał innych cięższych posług domowych. Właściciel czekał tylko pory i zręczności do zbycia go.
To była dopiero pierwsza połowa życia niewoli Nadbożanina, który wkrótce potem sprzedany do Stambułu, dziesięć lat spędził na galerach sułtańskich, razem z wielą innemi współbraćmi.
Jednostajnie płynęło życie niewolnika, przykutego do ławki, robiącego wiosłem do zdechu, póki pletnia nadzorcy ostatka sił z wycieńczonego nie wyparła. Nazajutrz toż samo, toż samo zawsze.
Jednym z wypadków ważniejszych życia Nadbożanina było przykucie do jednej ławy obok pochwyconego duchownego, z Polski rodem, który zabrany przez zbójców morskich, sprzedany w Stambule, popadł na galerę, chociaż sił nie miał potemu.
Ksiądz ten zesłany był od Boga, aby umysły ponękanych podniósł, aby ich ożywił nadzieją wyższą i oddawna odrętwiałych do religijnego życia pociechami wiary ku niej nawrócił. Sam pracując z innemi, zamiast jęczeć na rany i pracę, ksiądz Marek cały się wylał na osłodzenie losu współbraciom. Z kolei wymowny, natchniony, pełen uczucia, potem wesół i spokojny, zapałem swym i pogodą duszy podniósł upadłych i zbolałych. Niewolnik, zdawał się nie czuć swej niewoli, tak mocno wierzył w życie drugie, w nagrody za grobem i wlewał to zaufanie w towarzyszów. Schorzały, blizki śmierci, dzielił czas wytchnienia na modlitwę i nauki zbronione.
Jednej nocy księżycowej, pięknej i cichej, galera płynęła po morzu Marmora, gdy Marek upadł na wiosło swoje i z złożonemi rękoma wołać począł:
— W ręce twoje Panie.
Nadzorca spał, najbliższy księdza, nasz szlachcic, rzucił się ku niemu, on konał. Piękna to była śmierć! Tak spokojna, tak zaufana w przebudzenie wesołe, tak niepłacząca świata i oderwana od niego! Z dolin wiatr przynosił woń rozkwitłych jaśminów, tamarysów i akacyj, morze było ciche, fale fosforycznemi blaski migały, galera płynęła powoli, w dali Stambuł bielał na szafirze niebios wysmukłemi minarety swych meczetów i długiemi mury sułtańskiego seraju, na których ciemniały rozsypane drzewa; dalej czarne cyprysy cmentarzy wśród grobowców białych szumiały smutnie. Cicho było, on konał i modlił się.
A obejrzawszy do koła, rzekł słabym do towarzysza głosem:
— Bracie, zachowałem przy sobie papiery, skrypta ważne dla jednej rodziny, umieram, ciało moje wrzucą w morze, weź je, przychowaj, może kiedy szczęśliwszy powrócisz do kraju, oddaj je komu służą, może inny... Niedokończył ks. Marek i skonał. Tak Nadbożanin odziedziczył po nim zwitek papierów, który starannie zachował.
A długie, długie były lata niewoli, postarzał w nich, siły stracił, zgiął się, jednak często zwracając ku rodzinnej stronie wzdychał jeszcze za ojczyzną i śnił że płynął po Bohu, pod wał zamczyska, na którym stała Anna. Pamięć tej chwili życia nie zgasła w nim do ostatka.





II.
POWRÓT DO RODZINY.

Mamyż opisywać rozciągłe, utrapione dni niewoli, które lat kilkanaście życia zabrały człowiekowi, co miał odwagę cierpienia bez jęku, a nie potrafił pojąć, by chrześcjanin odjął sobie życie dobrowolnie, i tak podle z placu boju uciekał? Nie, nie, dosyć i tak czarnych nici w tej plecionce naszej, dosyć; a dla tych co celu obrazów nie dojrzą, pewnie nawet zanadto.
Znękany pracą i prędko łamiącą najpotężniejsze siły młodości niewolą — nasz Nadbożanin, myślał już że mu przeznaczono skończyć życie na obcej ziemi. Jak innym i jemu nareszcie przyszło to rozpaczliwe przekonanie niemożności ucieczki i wykupu — nie prędko, po wyczerpaniu wszystkich oszukujących nadziei.
W tem z galery puszczony, sprzedany dostał się do Adrianopolu naprzód, potem znowu na Budżak, z wysłanym tam na dowództwo do Białogrodu Seraskierem. Nie było już ludzi, co by pamiętali dawną jego ucieczkę do Chadżi-Dere, nie strzeżono go nawet pilniej nad innych, nie podejrzewając o myśl oswobodzenia; zwłaszcza że Seraskier lekką mu wyznaczył pracę i łagodnie z nim obchodzić się kazał, myśląc że litościwie traktowany łatwo się da zbisurmanić.
W nim na widok miejsc bliższych już ojczyzny, zda się o krok tylko od niej odległych, żywo zabiło serce. Niepomyślna ucieczka pierwsza nie zraziła go, zapragnął spróbować drugi raz, co raz już nie udało mu się. Ale teraz lepiej osnuł swój plan i głębiej nad nim pomyślał, nie chciał wspólników, bo obawiał się zdrajców, ufając że sam sobie wystarczy.
Niepodobieństwo zbieżenia inaczej za Liman, i przebycia go inaczej jak po lodach, wstrzymało go do zimy. Dostał sobie strój tatarski, umiał języka tyle, że mógł ujść za Dżambułata, twarz ogorzała i zmieniona, nie wzbudzała podejrzenia. O konia nietrudno mu było. Tymczasem na pogranicze do Bałty wysyłano Agę, mającego tam leżeć na nieustannej straży od Polski. Dziwnym trafem niewolnik Seraskiera dostał się w podarku jednemu Adze. To go zbliżyło jeszcze do ojczyzny, którą prawie z nowej siedziby mógł widzieć, mógł jej powietrzem oddychać. Nie wzbudzał podejrzenia wcale, bo powiadał zawsze że jest z dalekiego kraju i na oko zdawał się godzić z swym losem.
Gdy przebywszy step pusty, aułami tylko Tatarów Jedyssańców po bałkach koczujących przecięty, stanęli nad Kodymą. Nadbożanin ujrzał swoje rodzone Podole i zadrżał. Zginąć lub wrócić do kraju, rzekł w duchu, zginąć lub tam się dostać!
Bałta naówczas była mizerną turecką wioszczyną, z tej strony Kodymy, pod stopami gór rozciągnioną. Z przeciwnej nie było jeszcze żadnej osady i puste tylko gdzie niegdzie lasami obrosłe, wznosiły się wzgórza zielone. Znacznie później dopiero na pograniczu tem powstało miasteczko przeciw tureckiego zbudowane. Ale wówczas sami Turcy i Tatarzy zajmowali Bałtą, kilkanaście zniszczonych chałup w dolinie nad Kodymą. Kilka ośmioskrzydłowych wiatraków (zwyczajnych w Turcji), jeden lichy gliną wylepiony minarecik i meczet słomą poszyty, dom Agi nieco porządniejszy, mizerny Bazar składały całe miasteczko, a raczej osadę. Było to tylko stanowisko straży, zarówno dla bezpieczeństwa od Polski, jak dla utrzymania Tatarów na wodzy urządzone. Turcy bowiem w Budżaku, Tyhiniu i Akkerman; w Uzu, Oczaków i twierdzę Chadżi-Bejską trzymali; w Krymie zamki swojem wojskiem i dowódzcami obsadzali. Tym sposobem zapewnili sobie władzę nad Tatarami i ciągłą na nich baczność mieć mogli.
Ujrzawszy się na pograniczu Podola, wązką tylko rzeczką oddzielonym od kraju swego, Nadbożanin uczuł takie wezbranie gwałtownego pragnienia swobody, że długo wytrzymać i rozważnie do ucieczki przygotować się nie mógł. Nie jadł, nie spał dnie całe, gdy nie miał wyznaczonego zatrudnienia, siedział pod górą patrząc na polską stronę. A jednak gdy już się do ucieczki zabierał, pokazało się tysiąc nieprzewidzianych trudności. W nocy pilnowano go, w dzień niepodobna się było wyrwać; Aga sroższy od Seraskiera lubił swoich niewolników katować, i ciągle znęcać się nad niemi, ciągle ich mieć pod ręką. Rozpacz zaczynała przejmować wygnańca. Jednej nocy w pół nagi, bez przygotowania, postrzegłszy możność wymknienia się, wyłamał drewnianą kratę okna, przelazł mur podwórza, rzucił się w rzekę i puścił pędem w stronę rodzinną. Biegł dopóki mu sił stało, polami, lasy, rozdołami, bez spoczynku; ciągle się obawiał pogoni, ciągle ją słyszał za sobą; a pierwsza wieś którą zobaczył, pierwszy krzyż cerkwi, dojrzany w jarze, powitał padając na twarz, bijąc czołem, płacząc jak dziecko.
Był na swojej ziemi! swobodny!
Piękne Podole! ale dla tego, kto po kilkunastu leciach wygnania, niewoli, złamany, zgięty powraca do kraju w którym się urodził, jakże jeszcze stokroć piękniejsze! Jak żywo szlachcicowi przypomniało się wszystko ubiegłe. Pierwszy sen na ziemi swojej ukazał mu znowu łódkę na Bohu, Annę na wałach zamku. Lecz gdzie ta nieodzyskana przeszłość!
Nie u wszystkich wiarę i politowanie znalazł zbieg. Jedni głowami kiwali słysząc jego opowiadanie o ucieczce z tureckiej osady, drudzy dość obojętnie przyjmowali ten wypadek; nikt mu o dawnych znajomych nic powiedzieć nie potrafił.
Odziany przez litościwą starą wdowę, zaopatrzony trochę na drogę, pospieszył przez Nesterwar[6], gdzie naówczas licha mieścina pod skrzydłem zameczku obronnego wyciągała się ku Bracławiu i Winnicy. Kto teraz widział Podole, żyzne, kwitnące sadami, złotemi łany okryte, zasiane wsiami co się w stawach błyszczących przeglądają, nie może mieć wyobrażenia kraju w owych czasach, gdy sąsiedztwo tatarskie wystawiało go na ciągłe pożogi i wyludnienia. Lepianki w pół do ziemi przytulone stojące między opalonemi słupy starych popalonych domostw, ogorzałe drzewa, gdzie niegdzie kawał pola wydarty i zasiany, bez nadziei zbioru; wsie rzadkie, zameczki po wzgórzach nad wodą, a to wszystko lasami i zaroślami poprzecinane, taki był obraz pięknego Podola.
Kiedy od stepu wzniosły się chmary ptastwa, powiał wicher tumanami dymów, kiedy spodziewano się Tatar w gości, naówczas cała ludność cisnęła się do zamków, w lasy i pieczary. Ale często i te ich nie potrafiły obronić od napastnika. Często ryk bydła, dym ogniska wydawał tajemne schronienie ludu, który napadniony niespodzianie w lesie, dymami wypędzony z pieczar, ginął na miejscu lub szedł w niewolę. Zamki tylko ostawały się zwykle, bo zamki rzadko napastywali Tatarzy, nie mając do tego ani czasu, ani ochoty walczyć.
Nadbożanin znalazł Podole swoje pięknem mimo śladów opustoszenia niedawnego, mimo pustych rozłogów szeroko się ciągnących i tej woni pustyni i pożaru, która długo cięży nad zwojowanym krajem. Ale idąc do swoich z sercem przepełnionem uczuciami, z pragnieniem znalezienia braci, okrutnie się zawiódł. Gdzie się spodziewał niejako rodzinę powitać, zastał tylko obojętnych ludzi, co na niego z ciekawością lub nieufnością patrzali.
Sam obcy między swemi, nigdzie ręki przyjacielskiej, nigdzie politowania, nigdzie radości.
Od dworu do dworu, od wioski do wioski wlokąc się szlachcic o kiju przeszedł okolice Tulczyna, zobaczył stary Bracław i zapłakał nad Bohem, który mu przypomniał młodość.
Boh płynął jak dawniej, wioska kwitła nad nim, ludzie tylko się zmienili, zdrętwieli. Napróżno rozpytywał o Annę, o swoją słobodę, nikt mu nic powiedzieć o nich nie umiał, poszedł dalej. Biło a biło mu serce, gdy ujrzał na pagórku nad Bohem białe mury grodu, któren znał tak dobrze. Był ranek, dzwony na ranne nabożeństwo wołały, gdy wychodząc z zarośli, stanął przeciw promu wiodącego Bohem do Winnicy. Tu bardziej jeszcze wzruszony niż kiedykolwiek, wszedł w miasto, a otwarty znalazłszy kościół powlókł się do niego i upadł na kolana w kruchcie. Patrzał na przechodzących i jednej znajomej twarzy! nikogo. Poglądano nań z podziwieniem zimnem, z ciekawością obojętną. Prawie bezprzytomny z wychodzącemi z kościoła się wytoczył, stanął, obejrzał, przypomniał znajomego i rozpytawszy o jego mieszkanie, poszedł. Nie było w domu.
Drugi przyjął go, wysłuchał, płakał nawet: ale widząc tak odartym, tak biednym prędko uszedł, lękając się, aby nie wymagał pomocy. Coraz bardziej zrozpaczony, nie ociągając się już dłużej w mieście, brzegiem Bohu poszedł do swojej słobody; sto razy zastanawiał się w znajomych a tak mało zmienionych miejscach.
Nareszcie ujrzał zameczek i usiadł na ziemi, bo nie miał odwagi pytać, zbliżyć się; tak żywo teraz niepowrotna przypomniała mu się przeszłość. Po długiej walce z sobą stanął u wrot jego.
Nic a nic się tu nie zmieniło, tylko drzewa trochę podrosły, tylko mury się porysowały, tylko chmiele gęściej okrywały palisady, trawa bujniejsza rosła na wałach. Zdaje się, wczoraj dopiero ztąd wyszedł.
Ale zameczek stał pusty, załoga w nim nieliczna. Spytał o księżnę, nikt mu o niej powiedzieć nie umiał: jedni utrzymywali że była na Rusi, drudzy że w Krakowie, a mówili o niej z pewną jakąś niespokojnością, wahaniem. Poszedł spojrzeć na wały, na wiśniowe drzewa wyglądające ku rzece, gdzie stawała Anna, a potem z sercem rozdartem puścić się ku swojej słobodzie.
Któż nie wie jak łatwo, jak mocno serce się przywiązuje do kawałka ziemi, któren człowiek nazywał swoim? Cóż dopiero gdy po długiem oddaleniu, po przebytych nieszczęściach, znowu się do niego dostanie. W gaju nie opodal od Bohu, na pagórku, stała słobódka szlachcica. I tu żadnej, żadnej zmiany! Postrzegł wśród gęstych drzew za dąbrową swój domek biały, z słomianym dachem, z otaczającą go pasieką, z przytykającym doń ogrodem.
Wszystko jak dawniej, jakby od wczora dopiero rzucone.
Przez otwarte na pole wieśnice, u których siedziała mała dziewczynka, wszedł w dziedziniec. Któż nie pamięta w Homerowych śpiewach tego cudnego miejsca, gdy Ulisses nie poznany od wszystkich, przez wszystkich zaparty, od psa tylko starego za pana uznany zostaje, od starego psa konającego na śmietniku. O! często wierny stary pies zawstydza ludzi pamięcią i wdzięcznością. Ale tu i psa nie było co by poznał dawnego pana.
Brzuchaty szlachcic w białym kitlu płóciennym, w kapeluszu słomianym siedział na ławce w ganku, psy rzuciły się na podróżnego, odwołano je. On płakał i płacząc usiadł na wschodach, napróżno oczy zwracał na przechodzących, na gromadzących się w koło, nikogo znajomego.
— Jakto? więc, rzekł w rozpaczy, nikogo! nikogo, co by mnie poznał! nikogo co by powitał pana?
— Pana! hę? zawołał szlachcic wstając, jak to pana? hę? albo co?
— Piętnaście lat temu, ozwał się przybyły, poszliśmy na Tatar z księciem Sołomereckim, ciężką przebyłem u niewiernych niewolę! A za powrotem nawet jednej twarzy znajomej, jednej ręki przyjaźnej co by moją dłoń uścisnęła!
— Byłbyś więc Waćpan — spytał szlachcic.
— Nie pamiętacie Czuryły? rzekł do otaczających oswobodzony.
Wieśniacy i słudzy popatrzali się na siebie, poszeptali, pokiwali głowami.
— Piętnaście lat! to kawałek czasu.
— Nie ma więc nikogo?
— Już to po trochu wszyscy przypominamy, ale poznać. —
— To nie on, rzekł ktoś z tłumu.
— Trzeba Marty zawołać.
A Marta była dawniej gospodynią w słobodzie, ale teraz tak zestarzała, oślepła, że się z chaty swoich wnuków już nie wywlokła.
Szlachcic ruszał ramiony stojąc w ganku widocznie niespokojny; nadeszła żona jego, dwoje małych dzieci, dworscy. Otoczyli wszyscy biedaka, różnie się i dziwując i wątpiąc o prawdzie jego opowiadania.
— A mój brat? spytał Czuryło.
— A! brat! to to brat, pan Wencesław!
— Brat mój, co się z nim stało?
— A umarł, odrzekł spokojnie szlachcic i właśnie po nim okupiłem ten kawałek ziemi.
Czuryło zamyślił się gorżko.
— I jeśli myślicie procesować, dodał łykając niespokojnie ślinę nowy dziedzic.
— O! bądźcie o to spokojni, odparł Czuryło, nie mam ani woli, ani sposobu do tego. Chciałem tylko zobaczyć słobodę moją i pójdę dalej.
— Dokąd? rzekł cicho szlachcic, zawsze niespokojny.
— W świat, przed siebie.
Nim starą Martę przywiedli, żona szlachcica podała pić i jeść Czuryle; ale głodnemu i spragnionemu innego pokarmu było potrzeba.
Przyszła naostatek staruszka, wiedziona przez odarte wnuczątko, kijem się podpierając i coś marmocząc pod nosem.
Czuryło wstał.
— O! ona mnie nie pozna! ona ślepa.
— Czyj to głos? spytała zastanawiając się Marta.
— Marto Wołynko, zawołał Czuryło, nie przypomnisz sobie dawnego pana?
— To Czuryło! podnosząc nagle głowę zakrzyczała nagle ślepa. To on! głos jego. A zkąd wy paneczku?
— Z niewoli tatarskiej.
— Na krzyż pański, piętnaście lat, i oczy moje zgasłe już cię nie zobaczą, ale cię poznałam, poznałam po głosie. To ty dobry paneczku?
I rozpłakała się. Szlachcic gryząc wąsy stał w ganku ciągle, poglądał na żonę, kręcił głową niespokojnie.
— Gdzie Marcjan twój syn?
— Siedzi w pasiece.
— On mnie pozna, zawołał dawny dziedzic, ja go rozpytam, pozwólcie przyjść Marcjanowi.
Dość nie rad całemu wypadkowi posłał szlachcic po Marcjana, który o kuli się przywlókł z pasieki, porzuciwszy swój warsztat tkacki. Do razu poznał, przypomniał pana i padł mu do nóg, poczęli oba płakać przypominając sobie dawne czasy.
Pozwolono przenocować w kuchni panu Czuryle, a nowy dziedzic widocznie nie rad przybycia dawnego dziedzica, dał mu dość wyraźnie do zrozumienia, że rad by go wyprawić co najprędzej.
Sam też Czuryło nie myślał tu bawić, a że przed wyprawą zakopał był w ogrodzie nieco grosza, chciał tylko swoje dobyć i iść dalej, pilnowano go jednak nie wiadomo dla czego tak ściśle, że do ogrodu w nocy wyjść nie mógł. Nazajutrz obdarzywszy, pozbył się niemiłego gościa szlachcic, który całą noc spędził w nieprzyjemnych przeczuciach procesu, nie wiem dla czego, tak mu strasznego.
Pan Czuryło poszedł do pasieki do Marcjana i pozostał tam dzień następujący, a w nocy z pomocą pasiecznika wdrapał się do ogrodu, gdzie pod bzowemi krzaki zakopany był jego garnek i butelka. W garnku nie tknięte pieniądze, w butelce zasmolonej papiery swoje znalazł, a nagrodziwszy poczciwemu wieśniakowi puścił się w dalszą drogę.
Dopytawszy o Sołomereckich, że ich na Rusi wołyńskiej szukać należało, ciągnął tam. Ale i tu księżnej nie było. Słyszał tylko o prześladowaniu jakiemu uległa, o dziecku które znikło i o wyjeździe jej do Krakowa.
Poszedł do Krakowa. Po drodze opowiadając się jako Litownik; (tak zwano więźniów z niewoli wyzwolonych), przyjmowany mniej więcej litościwie wszędzie żebrał, zostawując swój grosz na nieprzewidziany raz.
Oprócz swoich papierów dobytych na słobodzie, niósł także powierzone na galerze papiery owego księdza zmarłego w Stambule, których nie miał czasu i ciekawości przepatrywać, obiecując sobie w Krakowie dowiedzieć o rodzinę, dla której służyły.
Przybył do Krakowa Czuryło i opowiedziawszy się wedle zwyczaju w gospodzie Bractwa Miłosierdzia, jako Litownik, z łańcucha okruchem, począł ulice stolicy przebiegać.
Nie potrzebujemy dodawać, że żebrak spotkany u drzwi księcia przez Annę, przesiadujący koło jej domu, był Czuryło.
Odarty, zmieniony, zawsze się spodziewał że prędzej później poznany zostanie.
Napróżno! Sam się nastręczać i przypominać wzdragając, czekał, ale księżna sobą i dzieckiem zajęta, czy zapomniała Nadbożanina, czy tak był zmieniony, zdawała się nic sobie nie przypominać.
Była i druga osoba w Krakowie, do której napróżno także zbliżał się oswobodzony. Stary Czuryło kilka razy rzucił mu jałmużnę z westchnieniem, nic więcej. A jednak był to syn jego, ale syn którego starzec dawno się zaparł, o którym zapomniał, syn urodzony wkrótce po ślubie, słabe dziecię siedmio-miesięczne, nieuznane przez ojca, opłakane przez niewinną matkę, przypłacone jej życiem.
Drugi raz potem żonaty, stary Czuryło drugiego miał syna, na niego zlał całe przywiązanie, ale śmierć nie tylko jego, ale z nim i wnuki mu odjęła. Pozostał sam jeden, nie raz już w tem osieroceniu wspominając coraz częściej pierwsze dziecię odrzucone, odepchnięte i jak sądził przepadłe w boju. Towarzysze bowiem wyprawy Sołomereckiego opowiadali, że Czuryło zginął mężnie się potykując.
Boleśnie było wracającemu do kraju nikogo w nim dla siebie nie znaleść, ale boleśniej jeszcze ocierać się codzień o dom Anny, co go nie poznała, o ojca, który go zapomniał. Długo walczył z sobą, ale przemógł smutek dręczący, potrzeba odzyskania swoich. Już miał się dać poznać ojcu, gdy wypadkiem znajdując się nie daleko gospody, gdzie umawiano się o porwanie młodego Sołomereckiego, zdało mu się, że ojciec należał także do spisku.
Bez wahania oznajmił o tem księżnie, ale strapiony odkryciem, nie zbliżył się do ojca.
Jałmużną żyjąc, dnie całe pod domem Anny z oczyma w okna jej wlepionemi siedząc, pędził tak długie dnie smutne Czuryło. Ani nadziei, ani nadziei być poznanym! Kilka razy mówił z Anną, ona patrzała na niego i nic jej, ani głos, ani twarz nie przypomniała dawniej tak dobrze znanego człowieka.
W takiem położeniu rozpacz by porwała była każdego; i w końcu ścisnęła też serce znękanego, który nie tłumacząc sobie co z tego wyniknąć może, i jak ostatek nadziei utracić łatwo, jednego wieczora wcisnął się w uliczkę na której mieszkał ojciec jego.
W pobliżu kościoła stary Czuryło obrał był sobie ubogie mieszkanie, w którem sam jeden czas pędził. Jedną stronę nie wielkiego domu zajmowali gospodarze u których się stołował, drugą, dwie izdebki, stary.
Największy porządek panował w tych małych, wybielonych, wymytych i zawsze świeżych komnatkach. Okna ich błyszczały jasnemi szyby, podłogi wysypane świeżym piaskiem żółtym, ściany wytarte z najlżejszego pyłu. W pierwszej izdebce piec zielony z przypieckiem do siedzenia ciepłego, kilka krzeseł skórą obitych, ława szeroka z kilimkiem, stół na nogach wykręcanych, zegar w kącie, krucyfiks na oknie, obraz Najświętszej Panny Częstochowskiej na ścianie. W drugiej mniejszej łóżko księże, wązkie, twarde, skrzynia okuta żelazem, szabla z gromnicą i wiankiem święconym nad głowami na makacie, stara rusznica w kącie, torba borsucza na kołku, książka od nabożeństwa u łóżka. A każdy sprzęt tak czysty, tak otarty, świecący, jakby nowy i wczoraj dopiero postawiony; na starych nie znać zużycia, nie widać wieku; każda rzecz w swojem miejscu nieodmiennie, nieporuszenie.
I życie starca jak jego mieszkanie jednostajne, metodyczne, dniem do dnia podobne.
Zbliżając się do domu, w którym miał się jeden z najważniejszych wypadków życia rozstrzygnąć, żebrak na chwilę tylko zaląkł się, zapragnął stanowczą chwilę oddalić, potem nabrał odwagi i posunął ku wejściu.
Pana Czuryły nie było, wedle zwyczaju modlił się jeszcze w blizkim kościele. Żebrak usiadł na wschodach, oczekiwał nań. Około południa ujrzał zmierzającego z namarszczoną brwią ku domowi. Zbliżając się postrzegł stary siedzącego żebraka, wlepił weń oczy i dobywszy kaletki, pośpieszył rzucić grosz.
Litownik powstał brząkając łańcuchem, podziękował, ale nie ustąpił.
— Idź z Bogiem, rzekł mu Czuryło.
— Nie za jałmużną przyszedłem do was, odpowiedział żebrak.
Siwe brwi starca namarszczyły się.
— Czego chcesz? spytał.
— Pozwólcie mi wejść.
Zastanowił się chwilę ojciec, dobył klucza na rzemyku i toczonym wałeczku uczepionego, otworzył powoli mieszkanie i zimno rzekł wprowadzając Litownika:
— Otrzyj nogi na słomiance.
Te słowa w takiej chwili ścisnęły za serce nieszczęśliwego. Zachwiał się, oparł o drzwi, stał w milczeniu.
— No, mów-że czego chcesz? rzekł Czuryło stawiając laskę na miejscu zwyczajnem, wieszając czapkę na przeznaczonym jej kołku.
Syn nie wiedział jak począć.
— Spokojne życie! spokojne! szepnął po chwili, powiedzcie mi panie Łowczy nigdy wam...
— Zkąd wiesz o mnie? zapytał niespokojnie stary.
— Zkąd! Dawno, dawno was znam.
— Ty! mnie! Jak się zowiesz?
— Dowiecie się. Ale powiedzcie mi wprzód, czy w tem spokojnem życiu nigdy nie przychodzi wam zgryzota do serca, ciężkie jakie na głowę wspomnienie?
— Co ma znaczyć to pytanie? zawołał ostro i po swojemu chmurząc się stary, dziwnie bowiem uderzyło go to pytanie, które przypadkiem trafiało na ranę ukrytą. Czuryło na wspomnienie żony i pierwszego syna doznawał nie raz niepokoju duszy, uznawał się względem nich winnym, a przywodząc na pamięć anielską łagodność, dobroć, niewinność dziecinną kobiety, której struł życie popędliwem i nieusprawiedliwionem podejrzeniem, bolał nad przeszłością.
— Co ma znaczyć to pytanie? powtórzył.
— Nigdy nie pożałowałeś Heleny i jej syna?
— Heleny! jej syna! wykrzyknął starzec odchodząc od przytomności. Co to jest? co to jest? Ktoś ty?
— Kto? widzisz, biedny człowiek, co lat wiele wycierpiał w niewoli, co ostatek życia na swoją przywlókł ziemię.
— Zkąd wiesz? Kto ci powiedział? Dla czego? Starzec gubił się w domysłach, nie mogąc wpaść na jedyny prawdziwy.
— Kto jestem? odpowiedział Litownik, syn Heleny.
— Syn Heleny! o Boże, mój syn! zawołał starzec. Lecz w tej chwili gdy się miał rzucić już ku niemu, ta myśl stara, to podejrzenie zabójcze o niewierności żony, znowu go oburzyło. Cofnął się, schmurzył.
— Wiedziałem, że tak mnie powitasz, ojcze. Ale starzec walczył i zwalczył uczucie, niegodne siebie, rzucił się ku synowi, wołając:
— Przebacz mi! przebacz!
— Niech ona przebaczy, ja nic nie mam do darowania ci ojcze!
O! słodki był uścisk ojcowski dla wygnańca, co lat kilkanaście nie kosztował uścisku żadnego, nie słyszał słowa przyjaźni, przywiązania.
Wnet stary usadowił syna i zaprzątnął się nim, a choć chwilami jeszcze niewygasłe uczucie jadło mu serce, mógł już je zwalczyć, zwyciężył.
Długie opowiadanie wypadków wyżej opisanych zajęło dnia resztę. Stary Czuryło płakał, rzucał się i klął niewiernych, noc zastała ich jeszcze rozmawiających.
— Ojcze mój, rzekł nareszcie syn, dla czego powiedz mi należałeś do porwania syna księżnej?
— Ja? niespokojnie marszcząc się zawołał stary, ja? Kto ci to powiedział?
— Widziałem cię umawiającego się.
Czuryło widocznie się pomięszał.
— Ani słowa o tem, rzekł, później wszystko się wytłumaczy, wyjaśni.
Gdy to mówił syn, widział na twarzy starca taki niepokój, taką trwogę, że najdziksze podejrzenia przeszły mu po głowie.
— Wszystko się wyświeci, dodał Czuryło, a teraz nie pytaj.
— I zwrócił rozmowę, ale resztę wieczora widoczna dręczyła go niespokojność.
Nazajutrz zrzucił nareszcie odzienie żebraka i łańcuch Litownika oswobodzony. Skromne szlacheckie odzienie zastąpiło łachmany.
Nowa suknia zmieniła go zupełnie i pomimo niezatartych śladów, które na wieki zostawia cierpienie, Czuryło ukazał się w niej czem był: średniego wieku, ogorzałym, z wpadłemi oczyma i policzki, mężczyzną — postawy szlachetnej, miny trochę dumnej.
— Czy pozna mnie choć teraz? mówił do siebie, czy pozna?
— Moje dziecko, rzekł stary wzdychając, nie ma niewdzięczniejszej pamięci nad kobiecą, niewierniejszej nad książęcą, nie spodziewaj się tego!
Opalone lice oswobodzonego pobladło, ale nic nie rzekł na to.





III.
GŁÓD I MÓR.

Rankiem wiosennym pięciu podróżnych zbliżali się ku Wilnu. Było to w r. 1572, w chwili właśnie, gdy litewska stolica ledwie po strasznym morze i głodzie przychodzić do siebie zaczynała.
Powietrze które z niej wygnało Zygmunta Augusta w roku przeszłym, jeszcze słabe wprawdzie i zmniejszone, grasowało. Okropna ta klęska zostawiła po sobie długo nie zatarte ślady i dłuższą jeszcze straszliwą pamięć kary Bożej. Świetne Wilno Augustowe, to miejsce zwane rozkoszy jego kuźnią, tyle pamiętne sercu, okryte było żałobą.
Przed rokiem jeszcze żyło ono, życiem ulubieńców królewskich, wesołe, jasne, huczne, ludne, bo do stu tysięcy mieszkańców liczące. Zewsząd napływali doń rzemieślnicy, szlachta, panowie, zbiegali się ludzie, chcący swobodnie zarobić na życie. Od lat wielu opuszczone już przez poprzedników Zygmunta dla Krakowa, za młodości jego, pobytem Augusta ożywione naprzód zostało. Tu mieszkał on krótko z Elżbietą, tu poznał Barbarę, tu spędził krótkie szczęście swoje, tu ją pochował wołając, że niewdzięczna Polska kości jej mieć nie będzie!
Pamiątki przywiązały go do tego miasta na zawsze, Wilno odtąd stało mu się ulubionym pobytem, ukochanem schronieniem. O krok od zamku był grób Barbary, a choć wesele brzmiało nie raz na Krzywym grodzie, przebijać je musiało wspomnienie dwóch zmarłych kobiet, zawsze przytomnych pamięci królewskiej. Za panowania Augusta czarodziejsko wzniosła się Litwy stolica. Zamek opuszczony na Swintoroha, rozszerzył się, zajął domy sąsiednie i wystarczyć nie mógł mieszkańcom. Do niego przylgnęły puszkarnie, obok poczęły się wznosić mury kościoła nowego Św. Barbary, przeznaczonego na grób Elżbiecie i Radziwiłłównie. Zamek dolny więcej naówczas obszernością swoją niż wspaniałością zastanawiał. Kilka ogromnych dziedzińców otoczonych gmachami o trzech, dwóch i jednem piętrze zalegały przestrzeń wielką, łącząc się z katedralnym kościołem, z górnym zamkiem i zamkową ulicą. Po nad dachy Krzywego grodu wystawała wysoko latarnia na wieżycy, świecąca żeglującym na Wilii, stroma góra z arsenałem i gruzami kościoła św. Marcina stanowiła tło obrazu. Dalej ciemniały wzgórze Trzykrzyżskie i zarośla Antokolla.
Wielkie komnaty zamkowe teraz już stały pustką, dwór z nich uciekł, kilkunastu sług i straży pilnowali tylko zamku. Nic w nim wewnątrz uderzającego, prócz biblioteki królewskiej i czarnej sali. Czarna sala, o której pisze Górnicki, na pamiątkę zapewne żalu po stracie Barbary pociągniona suknem tego koloru, była upodobanem Augustowi mieszkaniem, jak czarna suknia upodobanym jego ubiorem. Któż nie widzi, porównywając to z jego ostatnich lat rozpustą, że rozpacz niepohamowana wpędziła go w tę przepaść, dała na ręce Sokołom (tak zwał kobiety) i skróciła mu życie. W czarnej sali za całą ozdobę były dwa obrazy, portret Elżbiety i Barbary, naprzeciw siebie. Obie młode, obie z uśmiechem słodkim, obie smutnego oblicza, obie zgasłe bez czasu, obie zabite ręką Bony.
Teraz i biblioteka i Czarna sala i ulubione puszkarnie Augusta — wszystko pustowało.
Bo pustką było Wilno całe.
Niedawno żywe ulice, rynek, przedmieścia stolicy, która odznaczała się tem między miasty polsko-litewskiemi, że w niej najrozmaitsza ukazywała się ludność, martwe stały. Domy kupców ruskich, kupców niemieckich, sklepy Ormian i Turków, kramy żydowstwa zaparte żelaznemi drągi, zamknięte. Na ratuszu kilku tylko burmistrzów, we wrotach bezsilne straże. Rok temu nazad widziałeś tu najdziwniejsze twarze, najosobliwsze stroje, Turków, Ormian, Greków, Tatarów, Żydów, Rusinów, Polaków, Litwę, wszystkie wyznania i wiary ocierały się o siebie. Piątek muzułmanie, sobotę izraelici, niedzielę chrześcjanie święcili, wszystkie języki sąsiednich krajów mogłeś usłyszeć w mieście, teraz cicho, cicho i ledwie kiedy niekiedy dzwon kościelny woła na modlitwę pozostałych i powróconych miastu mieszkańców.
Podróżni wjeżdżający od Ostrej bramy, zatrzymani zostali przez straż naprzód, która pod przewodnictwem burmistrza rozpatrzyła ich papiery, dla dojścia czy nie jechali z zapowietrzonego miejsca. Chociaż Wilno zniszczone już było przez mór, lękano się jeszcze powrotu jego i wznowienia z nową siłą. Przebywszy wrota w których paliła się przed obrazem okiennicami zamkniętym lampa, podróżni wjechali w ulicę. Straszny i dziwny obraz oczy ich uderzył. Domy zdawały się nie zamieszkane, wrota ich pozamykane, okiennice dolnych piątr zaparte. Gdzie niegdzie wyłamane drzwi, wybite zapory, ukazywały ruinę i zniszczenie wewnątrz, jakby po świeżym rabunku, rozrzucone tam i sam sprzęty pokruszone leżały. Wśród ulic, pod gankami kamienic, wygasłe ogniska obrzucone kośćmi zastygły, zostawiwszy na murach sąsiednich czarne okopcone po sobie ślady. Kupy śmiecia, brudów, słomy i kałuże błotniste zawalały przejazd.
Z wzdrgnieniem cofnęli się podróżni przed trupami. Nie można bowiem było wszystkich posprzątać i leżały dotąd nagie, sine, konwulsyjnie pokurczone ciała pomarłych z powietrza i głodu. Niektóre poczwarnie chude zdały się skeletami, bo napróżno głodne tłumy ludu, który się rzucił z okolic przebojem na Wilno, sądząc że się tu wykarmi; napróżno żarły ścierwa, gryzły kości i korę drzew, niedostatek był taki, że wszyscy prawie wymarli. Mór dokonywał tego, co głód nie przeżył. Mieszczanie, urzędnicy, duchowni zakonnicy nawet, musieli uciekać z miasta, a na ich miejsce nagie, rozpasane rozpaczą, wpadły chmury błąkających się po kraju ogłodzonych. W jednej chwili puste domy były odbite, co w nich znaleziono wywleczone, spalone dla ogrzania, zgryzione zębami konających. Po pustych podwórzach widziano kupy upojonych głodem ludzi, w około ogniów na których płonęły drogie sprzęty i bogate szaty. Jedni oszaleli, skakali i krzyczeli, drudzy konali w boleściach, deptani nieludzko, inni śmieli się sami do siebie i zbliżającej śmierci.
Ale wkrótce wrzawa grobowa ludu napływającego do Wilna ustawać poczęła, głód się powiększył, mór wzmógł, trupy secinami zawalały ulice, domy, podwórza, krużganki kościołów, cmentarze. Codziennie wozy ogromne wyrzucały za bramy trupów, codziennie było ich pełno, codzień mniej ludu, który się rozpierzchał lub wymierał. Nareszcie puste zostało Wilno. Gdy nasi podróżni zajechali tu, już tylko reszty moru dogorywały, a grobowa cisza zastąpiła piekielne wrzaski. Ale ślady świeżej przeszłości były żywe jeszcze. Te ciała zmarłych opowiadały straszliwą historją klęski, co kilkadziesiąt tysięcy ludu zniszczyła. Tam matka tuląca dziecię do piersi i w uścisku skośniała, tam starzec zębami trzymający drzewo, które chciał gryźć w głodnej rozpaczy, tam bój dwóch szalonych o ogryzek kości, skończony śmiercią obudwu.
W obliczu niebezpieczeństwa tego, nie było kto by śmiał z nim walczyć lub tamę położyć myślał. Jeden, jeden tylko brat zakonu świeżo wprowadzonego do Wilna na walkę z reformą, jezuita Łukasz Krassowski, pozostał ratować dusze, gdy ciał nie było można. Słuchając spowiedzi zapowietrzonych nędzarzy, sam się zaraził i umarł. Męczennik! Gdy mór ustawać począł i lud zalewający miasto, śmierć wyżarła, powrócili wylęknieni urzędnicy i nieco porządku. Ale ludność rozbiegła i handel nie ośmieliły się jeszcze zajrzeć do miasta.
Wielka też to była murów pustynia. Kościoły w większej części zaparte, ratusz milczący, rynek pusty, tam i sam szczątki pożarów, zniszczeń, ślady śmierci. A środkiem ulic powolnie wlekące się wozy, pełne trupa.
Mniej daleko straszny jest plac boju. Tam wrzawa przynajmniej, tam życie jeszcze obok zgonu i zniszczenia, tam zapał i siła; tu cisza przeraźliwa, zapowiadająca zda się koniec świata.
Pobledli podróżni przebiegając ulicę wiodącą od Ostrych wrót ku zamkowi. Wszędzie jedno a coraz tylko odmiennie się przedstawiając ich spotykało. Zniszczenie i śmierć. Wywabione koni tententem, kilka głów wyjrzały z okien ukradkami z postrachem i skryły się prędko. Św. Jański kościół i naprzeciw niego stojący zbór ewangelicki, oba były puste. Im bliżej zamku tem mniej spotykali trupów i wypalonych domostw. Tu zda się jakieś jeszcze poszanowanie, czy straż pilniejsza przystępu broniła, pusto tylko było. Z domu Halabardników wyglądały kilka wychudłych, zżółkłych przerażeniem twarzy strażników.
— Co za klęska! jakie zmiany! — zawołał jeden z podróżnych. — Trudno poznać to przed chwilą jeszcze tak żywe, tak ludne, tak piękne miasto.
Młody chłopak jadący z czterema innemi odwracał oczy.
— Przerażające ślady zniszczenia!
— Żywej duszy po domach, kościoły zamknięte. Widzicie ten stos przypartych do ściany i do siebie, zapewne dla rozgrzania się ludzi? Wszyscy pomarli!
— To ludność wileńska? spytał chłopiec.
— Nie, odparł jeden z towarzyszących mu, to zbiegli z całego kraju ogłodzeni, co tu ratunku szukali, a śmierć znaleźli. Byłem jeszcze w Wilnie, gdy mór się poczynał, wszyscy kupcy i mieszczanie, oprócz najuboższego tłumu żydowstwa, pouciekali z miasta.
— Zastaną pustkę i domy zrabowane.
— Któż to myślał o rabunku? komu się mógł on przydać?
— O! zawsze się znajdą chciwi, nawet godziną przed skonaniem; a wielu też nie o zbogacenie, ale o ogrzanie tylko chodziło. Biedni palili księgami! rzekł wskazując na niedogaski stosu.
W milczeniu posuwali się dalej.
— Ale nie masz-że już niebezpieczeństwa? spytał chłopak.
— Nie, nie ma, lud wymarł, a lud to go z głodem i sobą przyniósł. Niestało go, powróci da Bóg życie. Macie w tem dowód, kiedy pan wojewoda Narewski (podlaski) do Wilna się udał. Nie jechałby bez potrzeby w ogień.
— Zapewne, dodał drugi, kiedy o nim posłyszą i drudzy powrócą.
— Już i burmistrzowie po bramach i zmarłych przecie zwożą karami na przedmieścia i gdzie niegdzie taki człek żywy się pokaże, a powiadają, że prócz tłumu tego co wymarło, wprzódy nikogo nie było.
— Księża nawet wyjechali, dodał drugi.
W tem się zastanowili u wrót zamkowych, z których blady, drżący, nie młody już mężczyzna bojaźliwie przeciw nim wystąpił.
— A zkąd to Pan Bóg prowadzi?
— Z Krakowa!
— Ho! a zdrowi tam?
— Wszędzie dzięki Bogu, prócz w Wilnie.
— Straszna klęska, odpowiedział wrotny, ledwie tę klęskę przebyłem. Co za życie, co za życie!
— I Bóg was uchował?
— Cudem! cudem! A co oczy moje widziały, tego żaden język nie wypowie.
Podróżni zatrzymali się.
— Toście tylko zapewne widzieli co i my po ulicach.
— A! to tylko ostatki! wzdychając rzekł wrotny. Z wierzchołka wrót, drżący, co chwila obawiając się napaści, ukrywając się od oczu, poglądałem kilka miesięcy, a mnie się zdaje że wieków kilka, na te nieopisane okropności.
— Czemżeście żyli?
— Trochą sucharów, odrobiną wody, którą po kilku tygodni zmienić nie było można. Bo jak wyjść? Rozszarpano by! A potem zaraza! Zdawało się że to nie ludzie ale dzikie zwierzęta, bez pamięci na Boga, na siebie, na śmierć! Nie było rodziny, nie było przyjaźni, był głód tylko. Jeden anioł w czarnej sukni na tysiące szatanów.
— Co za anioł? spytał chłopiec.
— Ksiądz! nowego zakonu, on chodził z wodą, z chlebem i Bożem ciałem od gromady do gromady. A często chwytano go, szarpano, wywracano, bito; często o bochenek suchy walczyły całe seciny ludzi, rozbijając się, goniąc z wrzaskiem po ulicach. Z wierzchu mojej bramy poglądałem na to drżąc, zdawało mi się, że niepodobna abym widok taki mógł przeżyć. A teraz gdy się wszystko dzięki Bogu skończyło, jeszcze gdy zasnę, słyszę te wrzaski pospólstwa, widzę te łuny pożarów. Ciężkie to brzemię na starą głowę takie wspomnienie, dodał wzdychając, można rozum utracić.
Podróżni posunęli się dalej, ale ich wrotny pytać począł:
— A król Jegomość?
— Był w Tykocinie, w Knyszynie teraz.
— Zdrów?
— Jak zawsze.
— Niech go Bóg chowa. Dokądże jedziecie?
— Na Antokol.
— Do kogo? tam tak pusto jak tu!
— Wojewoda Narewski Sapieha przybył do swego pałacu i zajął go.
— Już? zaprawdę odważny.
— A na zamku, nikogo?
— O! było nas dosyć, ale jedni powymierali, drudzy poszaleli i pouciekali ze strachu, teraz powoli przybywają, będą się potem przechwalali, jakby dotrzymali placu. A dalipan, rzekł stary wrotny zamkowy, łatwiej w boju dotrzymać niż w takim ukropie. Przecież dzięki Bogu, ludzkie twarze już się pokazują!
To mówiąc wszedł nazad, widząc oddalających się podróżnych. Ci posunęli się dalej po nad Wilją ku Antokolowi. Na Łabędzim ostrowiu nie było łabędzi Augustowych, głodni je pochwytali, w Zwierzyńcu na Wierszupce zabito zwierz wszystek; wszędzie ślady przejścia tego potoku morowego, niedogarki ognisk, barłogi opuszczone, kości białe. Okolica spustoszona jak po srogiej wojnie. Szopka w której starodawny kościół Ś. Piotra się mieścił z krzyżykiem na dachu, oszczędzona przecie jako miejsce święte, plebanja zaparta, bo proboszcz wyniósł się do Niemęczyna.
W drzewach za kościołem i plebanją ujrzeli podróżni nasi murowany dom wojewody podlaskiego Fryderyka Sapiehy. Ale nim się do niego dostali, zastanowili naprzeciw kościołka i starszy rzekł do chłopięcia:
— Wiecie, dla czegośmy was wywiedli z Krakowa i wierzycie nareszcie, że pan Czuryło i my z nim wespół czyniący, nie jesteśmy zausznikami nieprzyjaciela, ale obrońcami waszemi?
— Tak jest, wiem, wierzę — dziękuję, odparł Staś Sołomerecki, (on to był bowiem), ale powiedzcie mi proszę, dla czegoż matka moja o tem nie wie, czemu to nie z jej wolą, czemu pisać nawet?....
— Mości książę, odrzekł starszy, lękając się o was, matka gotowa była wyrzec się wszystkiego dla ocalenia. Gdyby wiedziała gdzie jesteście, postrach mógłby ją zmusić do wydania tajemnicy. Lepiej żeby opłakawszy chwilę, mogła się później bezpieczeństwem pocieszyć. Dla niej to zarówno jak dla was uczyniono.
Widzicie że w takim razie tajemnica jest konieczną, tajemnica to nawet na dworze Sapiehy.
— Ależ sam wojewoda?
— Sam wojewoda o wszystkiem wiedzieć musi, dodał starszy, to koniecznie, ale nikt więcej. Będziecie nosić imię obce, nieznane, i tu zdaje się Sołomerecki wyszukać was nie potrafi i gdyby nawet znalazł, opieka okryje was silna.
— Lecz czy zechce?
— Mamy silne listy instancjonalne. Tymczasem posłane prośby do Rzymu będą miały czas wrócić zrezolwowane, a wy nauczycie się tu rycerskiego rzemiosła przy znakomitym mężu, który szablą i piórem służył krajowi.
— Jedźmy, rzekł drugi.
— Pamiętajcie, dorzucił starszy, tajemnica dla wszystkich, jedno nie zdradzi was i nowych niepokojów, nowych niebezpieczeństw naprowadzić może. A tutaj nie znajdziecie kto by was tak skutecznie obronił.





IV.
SAPIEHOWIE.

Chociaż pospolicie Litwę i Polskę już w XVI. wieku wyobrażają sobie prawie jednym co do obyczajów, języka i fizjonomji powierzchownej, co do wewnętrznych urządzeń krajem; wcielenie tej prowincji moralne, po tylokrotnych unjach, nie było jeszcze dopełnione jak później, a wiele różnic stanowczych kraj Polski od Litwy odcechowywało.
Dzikszą jeszcze pomimo trzech wieków upłynionych była Litwa, obyczaje ostrzejsze, przepych dopiero wszczynać się począł i to po dworach magnatów tylko, których królewski dwór uczył wytworu. Radziwiłłowie pierwsi wzbici dumą z królewskiego połączenia, z książęcych tytułów i niezliczonych łask Augusta, dali przykład zbytku. Ale nikt w początkach nie chciał i nie mógł naśladować. Pańskie fortuny w Litwie i tutaj rzadsze; nawet książęta krwi Jagiellońskiej, Olgerdowe rozrodzone potomstwo, nie mieli rozległych majętności. Nie uczuto też jeszcze tak głęboko potrzeby przepychu. Szlachta żyła całkiem po prostu, skromnie, ubogo i w pół dziko prawie; budowy drewniane po większej części okrywały Litwę, sioła jej z chat nizkich i dymnych złożone do lasów przyparte, lud ubogi, pracowity, uciśniony kryły. Wygody życia nie ceniono, kraj potrzebom swym wystarczał, a sąsiednie miasta tylko i bogatsi zdobywali się na zagraniczne wyroby. Wieśniak okrywał się swojej roboty suknem, kożuchem, płótnem, obówiem; wóz jego nie miał nic żelaznego.
Szlachcic niemajętny mało się różnił od wieśniaka; żona jego i córki w domowych chodziły tkaninach, on sam krajowem okrywał się suknem, pasem fabryki domowej podciągał; jadł co mu urodziła ziemia, pił miód pszczół swoich i piwo własnego waru. Wiódł życie ustronne, ciche, pracowite i na wpół dzikie.
Samotne to życie rodziło wprawdzie przesądów wiele, wad wiele, ale obfitowało także w cnoty — zaciszu i prostocie właściwe. Gościnność, otwartość wielka, męztwo, zapasami ciągłemi z naturą i ludźmi rozwinięte, odznaczały Litwina. Mówił nie wytwornie, umiał nie wiele, i to co wpoił ojciec, czego nauczyło doświadczenie; ale dla obcych i nieszczęśliwych wylany, dla swoich sprawiedliwy choć nie zawsze łagodny, prawy we wszystkiem; za szorstkość płacił poczciwością.
W Polsce więcej daleko znała szlachta swoją przewagę, siłę i godność, w Litwie lękliwie jeszcze używała swych przywilejów. Szlachcic polski na zjeździe pod Lwowem za Zygmunta I. zagroził panom szablą, litewski nie pomyślałby nawet o tem, tak szanował swoich książąt i magnatów, z starego nałogu. Pokorniejszy od polskiego szlachcica, gdy go do żywego dotknięto, Litwin krzywdy nie umiał darować, mścił się do ostatka, karał zabójstwy, krwią mazał posłuszny temu pogańskiemu jeszcze zabytkowi — uczucia zemsty, której prawna kara zaspokoić nie mogła dostatecznie. Nie udawał się też do prawa chyba rzadko i niechętnie, wolał sobie sam wymierzyć sprawiedliwość.
Z poddanym — bliżej go będąc, może mniej srogo obchodził się szlachcic litewski, nie przywykł go jeszcze uważać za bydlę, bo niedawno razem z wieśniakiem podlegał nieograniczonej władzy panującego. Ta władza, jakkolwiek umiarkowana znacznie nadanemi prawy, jeszcze w Litwie zawsze była większa niż w Polsce za ostatniego Jagiełły.
Jak życie było proste na Litwie, tak gospodarstwo zaniedbane i dzikie. Uprawa roli nie dawała korzyści, siano więc prawie tylko tyle ile spotrzebować miano; dochody stanowiły miody, woski, skóry i t. p. Ale potrzeby też były małe i łatwo zaspokoić się dające, nie szukano przyjemności innych nad łatwe i pod ręką będące. Myśliwstwo po ogromnych lasach rozrywkę razem i korzyść przynosiło, gospodarstwo było zatrudnieniem i zabawą: wieczorna pogadanka u komina kończyła dnie spokojne, a wywalona wichrem barć w lesie, nieraz stanowiła przedmiot rozmów długich i pełnych zajęcia rozpraw. Niedźwiedź co przeszedł z lasu, łoś co się ukazał u stogów, był wypadkiem wielkiej wagi, wspomnieniem na długo.
Spokój Litwy, w którym ona spała szczęśliwa, zamąciły wkrótce wypadki. Walka z Polską o Podole i Wołyń, którą podsycali możni, potem sprawa unji, tylu mająca nieprzyjaciół, potem nareszcie reforma.
W ledwie nawróconej Litwie, gdzie przywiązanie do nowej wiary nie mogło być jeszcze wielkie, gdzie dwa i tak już wyznania walczyły z sobą; a lud kłaniał się po lasach bałwanom i czcił dotąd drzewa i węże, reforma wpadająca z gorącem pragnieniem nawracania, z wrzaskliwym zapałem, musiała głów wiele obłąkać. Oświecenie nie mogło być jeszcze tak upowszechnione aby zapobiegło złemu. Ci co się uczyć chcieli, (a było ich nie wiele) musieli szukać nauki w Krakowie lub Pradze, bogatsi w Lipsku i Padwie. Reszta nie pojmowała należycie wiary, i dla tego łatwo, łatwiej niż w Polsce odwieść się od niej dała, za małe uznając wielkie i stanowcze różnice.
W jednej chwili Wilno z katolickiego stało się prawie reformowanem, kościoły nieważone i opuszczone; magnaci pociągnęli za sobą szlachtę ślepą i idącą za ich przykładem, pod ich powagą. Senat wkrótce litewski tylko kilku liczył katolików, reszta albo była greckiego obrządku, albo przyjęła reformę. Na Żmudzi duchowni katolicy znikli, w stolicy wznosiły się zbory, na Łukiszkach, na Rybnym końcu, przeciw św. Jana. Nikt nie myślał radzić, a król obojętnie na to patrzał. Tymczasem Radziwiłłowie koryfeowie reformy szczepili ją wszelkiemi sposoby, sypiąc pieniędzmi, łudząc popularnością lub protekcją swoją. Duchowieństwo padło na duchu całkowicie. Wtenczas to Hozjus z biskupem Walerjanem wprowadzili zakon jezuitów, a pierwszy męczennik Krassowski zapowiedział wielkie losy stowarzyszeniu, co liczyło między członkami swemi ludzi tak bohatersko pogardzających śmiercią.
Lecz wnijdźmy do pałacu Antokolskiego, gdzie wojewoda podlaski Fryderyk Sapieha, świeżo przybyły, przyjmował pokrewnego Pawła, kasztelana kijowskiego. Wielka tu różnica od dworu Firlejów, Tarłów, Zborowskich, co się uczyli przepychu za granicą i wrócili bardziej cudzoziemcami niż Polakami. Na dworze jak na twarzy Pawła kasztelana Kijowskiego i Fryderyka wojewody Podlaskiego, jak w mowie ich znać starych Litwinów, ludzi odrębną na sobie zupełnie powłokę noszących. Oba bowiem, jeden pobytem w Rusi moskiewskiej, drugi poselstwy do Moskwy, nabrali coś obyczajów tamtejszych, stroju nawet i miny; choć oba dobrowolnie tam żyć nie chcieli. Otaczający dwór ze szlachty rusko-litewskiej złożony, nie wytwornie strojny, nie szczebiocący układnie, wyglądałby dziko przy Firlejowych lub Łaskiego dworakach. Barczysty to lud, chmurnych wejrzeń, potężnych rąk, zawsze do szabli gotów, nieustraszony i nie ważący słów swoich na szali grzeczności i tak zwanej wówczas polityki.
Barwa szara okrywała dworskich, koni ich mierzyny, siodła skórzane, pasy ze skóry palonej, szable w żelaznych pochwach, kołpaki futrzane na głowach; a suknie panów i sług staroświeckim jeszcze krojem. Włoskiego tu nie zobaczy się ubioru, tak zwyczajnego w Polsce, ani hiszpańskich płaszczów, ani węgierskich maszkarnych przebierań; ale delje długie, kontusze po kostki ciemne, opończe szare. Klejnotów też nie ma wiele na pokaz, a ma je kto, to chowa od wielkiego święta.
Izby tego domu Sapieżyńskiego (gdyż naówczas pałacem go jeszcze zwać nie było można) nie wszędzie nawet obite były, po większej części nagie i pobielane tylko. Za cały sprzęt w nich ławy dębowe i jesionowe stoły, krzesła proste, piece kaflowe; w oknach szyby małe ołowiem oprawne, od tyłów nawet pęcherzem pozaciągane, podłogi sosnowe, potrzęsione jedliną, łoża twarde.
Ozdobą w nich oręże porozwieszane, szable krzywe, nie ze wszystkiem jeszcze zarzucone łuki z kołczanami pąsowemi, rzędy na konie świecące, kulbaki sadzone, dywdyki szyte, skóry niedźwiedzie, rysi i lisów.
Obyczaje dworu surowe, poważne, męzkie. Włoskie zwyczaje miękkie, galanterja, muzyka, trefne pieśni, skoki i słówka nie przyjęły się na Litwie. Ze zgrozą widział lud maszkary wileńskie Augusta i jego zniewieściałość. Kobiety usunione prawie od towarzystwa męzkiego, utrzymywane dość surowo, ani same się psuć, ani mężczyzn niewieścić czasu i zręczności nie miały.
Przędły kądziel, tkały płótno, szyły w krośnach i słuchały rodziców i mężów. Spiewać i mówić o miłości uważało się za rzecz sromotną i nieprzyzwoitą mężczyznie, a sprośną dla kobiety. A jednak przywiązanie stadeł były wieczne, były trwałe i nieporuszone, małżeństwa połączone świętym węzłem.
W komnacie bardzo po prostu przybranej, na dębowej ławie siedzieli Paweł kasztelan i Fryderyk wojewoda; oba starcy prawie, ale zdrowi jeszcze i silni, oba wzrostu słusznego, twarzy rumianej, z zarosłemi brody i wąsami. Oblicze ich było poważne, surowe, męzkie, takie właśnie jakie widujemy na starych obrazach.
Paweł był starszy, siwy i nieco przygięty, Fryderyk rzeźwiejszy i żywszy.
— Jakież tedy wieści z Knyszyna? — zapytał Paweł wojewodę.
— Złe, zawsze złe — odrzekł wstając i przechadzając się z niecierpliwością wojewoda. — Ciż sami otaczają go co otaczali; taż sama obojętność i bezczynność. E! do sto kaduków zniewieściał nam, zbabiał ze wszystkiem. A szkoda, szkoda, bo serce złote. Włochy tylko go zepsuli.
Kasztelan westchnął.
— I nie jego jednego, rzekł, ale pono wielu, ale bodaj nie na długo i nie na wszystkich puścili jad w obyczaje. Ktoby to poznał dziś stary lud polski i litewski, co się wstydził dawniej tego pokryjomu zrobić, z czego dziś chełpi w oczy świata. Abominacja! Ale gdy powietrze ustało, król by wrócić powinien?
— W Tykocinie mór go dognał, wyjechał do Knyszyna. Bóg wie.
— Giżanka z nim?
— I ona i jej poplecznicy, Mniszkowska kupka. A piszą że panowie senatorowie i inni przystępu nie mają, że skarby wielkie wywożą a wywożą.
— Myśleć by o tem senatorom, gdy król nie myśli.
— Jegoć to.
— Ależ użytek z tych poczciwych zbiorów niegodny.
Oba westchnęli i zadumali się.
W tem wszedł starszy dworzanin wojewody i oznajmił o przyjeździe nieznajomych jakichś ludzi, którzy sam na sam z panem wojewodą widzieć się chcieli.
— Tu ich wezwać, rzekł Sapieha, nie mam tajemnic dla pana brata.
— Ale oni mieć je mogą, odparł kasztelan wstając i chcąc wynijść, wojewoda go nie puścił.
Stanisław Sołomerecki ze starszym towarzyszem podróży weszli do izby, skłonili się nisko, a podali listy swoje Sapiezie. Spojrzeli na chłopię co u proga stało, potem po sobie, a wojewoda zawołać kazał kogoś do przeczytania listów.
— Za łaskawem pozwoleniem, rzekł towarzysz księcia, gdybyście raczyli sami te listy przejrzeć i w tem jest przyczyna.
Wojewoda rozerwał sznurki i zbliżywszy się do okna począł czytać.
Głębokie panowało milczenie. Odczytawszy, nie chcąc zapewne mieć nic skrytego dla kasztelana podał mu otwarte pisma wojewoda, a sam postąpił do Sołomereckiego.
— Pozdrawiam was, rzekł, u mnie otwartem sercem przyjmuję i pozostać proszę. Zapewnie po Firlejewskim dworze nie zasmakuje wam litewska dzicz, jak ją tam w Polsce zowią.
— Bardzo krótko byłem u pana wojewody, rzekł Sołomerecki, a dawne moje życie....
— Po części to już wiemy, przerwał wojewoda, spróbowaliście biedy. Ta nigdy człowiekowi nie zaszkodzi. Twardnieje w niej jak żelazo rozpalone w wodzie, próbuje się jak w ogniu złoto.
— I uczy losowi nie ufać, dodał kasztelan. Jam także wygnaniec i cierpiał nie mało, a nigdym nie żalił się na to. I owszem.
— I ja się nie użalam, cicho dorzucił Sołomerecki, dla matki tylko to mnie boli.
— Pobożne dziecko Bóg błogosławi.
— Jakie imię nosić będziesz? spytał wojewoda, bo widzę że własnego nie możesz.
— Jakie się wam panie wojewodo zda.
Stary pomyślał gładząc brodę i odpowiedział:
— To wszystko jedno, daję wam do wyboru.
— Zwałem się będąc żakiem w Krakowie Maciejem Skowronkiem.
— To przynajmniej Skowroński!
— Niech będzie jak się wam podoba, panie wojewodo.
— Zawołać mi Grydy! — klasnął w dłonie Sapieha.
Po chwilce wszedł żądany. Był to olbrzymiego prawie wzrostu człowiek, barczysty, silny, już szpakowaciejący, rumiany, z krótko ostrzyżonym włosem, ogoloną brodą i ogromnym wąsem. Ubrany w obcisły kaftan łosi i kontusz szary, buty czarne długie, nóż za pasem, czapka w ręku lisia z wierzchem aksamitnym.
Gryda był starszym marszałkiem nad dworem wojewody.
— To jest pan Skowroński, polecony mi wielce — rzekł Sapieha — biorę go na swój dwór, będziecie mieli oko na niego pilne.
— Dopilnuję — rzekł Gryda spoglądając surowo w chłopca.
— Tylko łagodnie Grydo, bo to musi być jak z lica widać trochę pieszczone.
— No! no! my go tu Jaśny Panie odpieścim, zmężnieje u nas i odejdzie mu ta bladość.
Wojewoda się przyśmiechnął.
— Łagodnie mój Grydo.
— A już kiedy pan wojewoda rozkaże.
— Wielce mi polecony jedynak.
— Tego mu nie winszuję — gburowato odrzekł marszałek. — Z jedynaka, to wiadomo panie wojewodo...
— Ale nie w waszych rękach.
— A juściż, nie dałbym tak wyrość. Stanisław pobladł nieco, ale zwróciwszy łagodne wejrzenie na marszałka, pomimo jego postawy i odgróżek, postrzegł łatwo, że nie tak był straszny, jak za strasznego chciał uchodzić.
Opatrzywszy Sołomereckiego w pieniądze, odzienie i poleciwszy od siebie marszałkowi, towarzysze jego podróży, tegoż dnia prawie niewidząc się z nim, odjechali. Znowu więc sam jeden pozostał wśród obcych i nowych postaci. Całkiem jednak różny to był świat młodzieży od dwóch widzianych i poznanych przez niego wprzódy.
Dwór Sapiehy wojennego ducha i zatrudnień nadewszystko, składał się z dworzan do rycerskiego sposobiących rzemiosła. Co u pana Firleja wytchnieniem tylko i niejako zabawką było, to tu zajmowało wszelkie godziny i za cel uważane było. Jak dzień, poczynano od modlitwy, wojewoda już katolik trzymał przy sobie kapelana i codziennie z całym swym dworem słuchał mszy świętej w kaplicy domowej lub podróżnej. Niekiedy w drodze stawiano ołtarz pod umyślnie rozbitym namiotem.
Po bardzo skromnem śniadaniu, które jak obiad składały proste narodowe potrawy, obficie podane, wszyscy szli do zatrudnień. Jedni toczyli końmi, drudzy bili się w szable, inni strzelali do tarczy z łuków i rusznic; wyłączywszy tych, których posyłano gdzie, za sprawą jaką, z listem i t. p.; obiad poprzedzony modlitwą trwał krótko, po nim powtarzały się ranne zatrudnienia, wieczerza, modlitwa znowu i to razem odbyta w czasie gdy po kościołach dzwonią na Anioł Pański, zamykały dzień. Wcześnie kładli się wszyscy spać. Nie znano tu co kości, co gra, śpiew i inna nad rycerską zabawa. Nic pieszczonego i miękczącego nie było w obyczajach dworu, kobiety usunione i oddzielone zupełnie.
Gryda rządził dworem wojewody. Jak ogromny, barczystej postaci i słów srogich, tak był słaby i miękki człowiek. Nie żeby brak mu było odwagi, bo tej dał dowody na placu bitwy nie jednej, ale łatwo się przekonywać dawał, łatwo złagodzić.
A że w oczach jego nad tę dobroć i łagodność ukrywaną, nic nie mogło być sromotniejszego, Gryda udawał gbura i złośnika, upartego i ciężkiego człowieka. Nieustannie gniewał się niby, srożył, groził, marszczył i łajał. Dworzanie co go znali, często nadużywali nawet drażniąc poczciwego Litwina dowiedzionej cierpliwości, nic się go bowiem nie lękali. Dla nowych ludzi, marszałek mógł się wydawać piekielnym złośnikiem i nie pohamowanym prześladowcą, bo słowy w istocie takim był, ale nigdy uczynkiem.
Takim właśnie zdał się Sołomereckiemu, który słysząc jak go napominano o łagodność, wyobraził sobie, że wpadł w ręce nielitościwego oprawcy. Towarzysze umyślnie go w tym błędzie utrzymywali, udając bojaźń sami, a Gryda znowu groził mu nieustannie, dowiedziawszy się że jedynak i ciesząc się wrażeniem jakie uczynił na Stanisławie.
Do korespondencji jeden tylko był duchowny na dworze wojewody, który razem kapelana obowiązki sprawiał, kancelarji żadnej.
Wkrótce razem z Pawłem kasztelanem kijowskim, Fryderyk z Wilna ruszył obawiając się jeszcze powietrza, do dóbr Rożańskich. Podróż odbywała się powolnie i poważnie, w miasteczkach stawano po klasztorach, po wsiach u szlachty, która Sapiehów podejmowała z uszanowaniem i radością. Nigdy ta rodzina nie była popularną, ale dawniej im mniej się zniżyła, tem szacowano ją bardziej, poważano więcej.
W Rożanie nowe życie się rozpoczęło, łowów i dalekich wycieczek. Wojewoda smakował w lasach, lubił prawie niewygody i pomimo podeszłego wieku, mawiał że to hartuje. To też nie nowina mu było przepędzić noc pod gołem niebem, na kożuchu, albo w chacie leśnego lub bartnika. Sołomerecki musiał się zaprawić pod takim panem do niewygód, do męzkiego życia, do szabli, konia i niebezpieczeństwa.
Raz z Rożanej wyjechał wojewoda na dziki w lasy nad Jasiołdą się ciągnące. Wcześnie przygotowano szałasy, zwieziono żywność i zegnano ludzi do Berezowego błota. Spodziewano się i dzików i łosi. Wojewoda niechcąc wejść na pałatkę dla niego sporządzoną, stanął koło pieńka na ziemi. Nie daleko na strzał od niego postawiono Sołomereckiego. Rozjuszony dzik już się miał rzucić na wojewodę, który wystrzelił swoją rusznicę na głuszca, nie spodziewając się już grubego zwierza, gdy Stanisław odważnie wycelowawszy położył go trupem. Kula wprawdzie świsnęła koło ucha Sapiezie, lecąc na odyńca, ale wieprz się zwalił. Ten mały na pozór wypadek zjednał serce wojewody Sołomereckiemu. Pocałował go w głowę na miejscu i rzekł przy wszystkich:
— Zuch jesteś moje dziecko, chociaż o włos nie obroniłeś dzika odemnie, bo mi kula przesła mimo uszów.
Odtąd ze szczególną pieczołowitością czuwał wojewoda nad Sołomereckim, sam wskazywał mu zajęcia, sam codzień wypytywał o zatrudnienia, sam częstokroć naglądał nawet na niego.
— Będzie z niego człowiek, mówił do Grydy.
— Pan wojewoda łagodnością swoją go psujesz, odpowiadał marszałek. Żeby to tak na moją wolę go dać, dopiero bym go wykrzesał!
— Cóżbyś zrobił? — spytał Sapieha.
— Siekłbym bez litości!
— Gdyby cię nie wstrzymywać, rzekł śmiejąc się ukradkiem wojewoda.
— Dopierobym ich wytresował! ale tą łagodnością. I kiwnął głową.
— Gubię ich? nie prawdaż? spytał Sapieha.
— Tego J. W. Panie nie powiem, ale to człowieka miękczy, a mężczyzna powinien być jak kamień.
— Jak ty jesteś?
— Nie pochlebiając sobie.
— Straszliwie się ciebie boją twoi podwładni.
— Drżą na widok! zawołał Gryda. O! bo wiedzą że nie daruję! Już co moje serce, to się z zajęczem nie bratało, nie skobieciło.
Wojewoda, który wiedział jakę to przyjemność sprawia roli Grydzie, gdy się chwali z twardości i srogości charakteru swego, dał mu pokój.
Nie będziemy opisywali dłużej pobytu kilkomiesięcznego Stanisława Sołomereckiego na dworze Sapiehy. Wiele on na nim zyskał ze wszystkich względów pod okiem wojewody. Brakujących mu najbardziej rycerskich obyczajów tu nabył; a chociaż umiał bardzo nie wiele, Sapieha nie uznał potrzebnem, aby się uczył więcej.
On powiadał zawsze:
— Szlachcic lepiej szablą powinien pisać niż piórkiem. Niech mu głowę otworzą, katechizmu nauczą, Boga chwalić, rządcę obrachować, a będzie z niego. Więcej nauki robi zarozumiałym, niewieści, miękczy i jeszcze czasem (co najgorsza) do kacerstwa doprowadza. Nauka jak sól dobra kiedy jej nie wiele. Nauka rozumu nie daje, dodawał.
Gdy się to dzieje w Litwie, książę Sołomerecki w Krakowie usiłuje dowiedzieć się o synowcu. Ale napróżno wysyła na Ruś, bezskutecznie grozi matce i nareszcie wyjeżdża rozżarty w przekonaniu, że ona go ukryć musiała.
Na drodze spotyka się z jednym ze czterech szlachty, który z polecenia Czuryły odwieźli byli Stanisława na dwór Sapieżyński.
Był to Łęczycanin, wielki przyjaciel dzbanka, wielki wielbiciel butla, gotów sam się sprzedać za wesołą pohulankę. Właśnie podróżny jego grosz całkiem był wyszedł, towarzysze nie mogąc mu na każdym noclegu i popasie dotrzymać, opuścili go i on sam pozostał. Siedział na przyzbie gospody rozmyślając co sprzedać, czy zapaśny kontusz, czy dosyć niepotrzebną opończę. Z tych dwojga uznawszy zbyteczniejszym kontusz, który dwom pokoleniom mnogie lata wysłużył, wywołał żyda i począł targ.
Chociaż szlachcic doskonale udawał że mu na ujuczonym koniu kontusz w tłumoku wadzi, że się go pozbywa dla ulżenia szkapie, żyd nie w ciemię bity, poznał potrzebę i począł od tego że kupić nie chciał. Naturalnie, wkrótce potem kontusz został sprzedany za pół ceny, choć sukno dwubarwiste, grube i nieznoszone, a Łęczycanin nasz smoktał z kufelka, rozmyślając poważnie.
Dwór księcia Sołomereckiego całkiem cudzoziemską fozą, z pazikami, z biegunami, w krezach, w bufach, kusych płaszczach zajechał przed gospodę. Sam książę jechał rydwanem, za nim pod kapami szły konie podwodne. Ale w całym tym przepychu nie wiem jak a jednak wyraźnie przeglądał niedostatek. Gdzie niegdzie dziura, tam i sam łata, gęsto plam, sznurek w miejscu skór, ćwieki miasto mosiężnych odpadłych ozdób, konie chude, ludzie niesforni, wszystko zdradzało niebogatego podpanka. Żyd nawet poznał się na tem, ale nie Łęczycanin, który podpojony już podwójnie utratą kontusza i wziętym trunkiem, wyobraził sobie, że się spotkał najmniej z Radziwiłłem lub Ostrogskim.
Jedyna porządniejsza izdebina zajęta była przez szlachcica i jego kulbakę z jukami. Słudzy Sołomereckiego chcieli go bez wielkiej ceremonji wyrzucić, gdy sam książę nadszedł i będąc w jakiemś szczególnem usposobieniu, Łęczycanina nazwawszy panem bratem, prosił go aby pozostał.
Szlachcic rumiany jak jabłko, z kuflem w ręku stał przy ścianie tak uszczęśliwiony przemówieniem pańskiem, że dał by się był za nieznajomego porąbać, chociaż nie wiedział nic więcej nad to, że to był książę. Myślał jak powiedziałem, że Radziwiłł lub Ostrogski. Trunek usposabiał go do otwartości, grzeczne obejście do wylania serdecznego i na pierwsze zapytanie Sołomereckiego, począł mu najszczerzej opowiadać wszystko, chociaż poleconą miał tajemnicę.
— Zkądże WMość powracasz, czy dokąd jedziesz?
— Powiem M. ks. Mości, odparł szlachcic z radosnym uśmiechem, to cała historja, rzekłszy prawdę.
— No? i ciekawa?
— Rzekłszy prawdę, jak z książki.
— Opowiedźcież no mi to.
— Ha! ale to tajemnica, zawołał Łęczycanin podnosząc rękę do góry. Arkan Mości książę.
— Proszę, obojętnie wrzucił siadając Sołomerecki. Szlachcic ciągle stał przy ścianie z kufelkiem swoim w ręku.
— Jeźli W. ks. Mość jesteś ciekawy, a raczysz mi dać słowo, że nikomu, ale to nikomu w świecie, rzekłszy prawdę.
— No, no, nikomu. I cóż to?
Sufficit. Tak było. Poczynam, rzekłszy prawdę, od początku.
— To najbezpieczniej, tym sposobem trafi się najpewniej do końca. Cóż dalej?
— Święte słowa W. ks. Mości. Jak to ślicznie powiedziano. Sto lat księciu Jegomości!!
Książę kłaniającemu się uśmiechnął.
— Siedziałem u pani Krzaczkowej. Z pozwoleniem W. ks. Mości, rzekłszy prawdę, wątpię, abyś W. ks. Mość wiedzieć mógł nawet o Krzaczkowej; ale to jest w Krakowie najsławniejsza gospoda, alias prawdę rzekłszy szynk. Tandem uczciwi ludzie do niego oczęszczają. Organista nawet od P. Marji, et alii honoratiores. Siedziałem tedy u Krzaczkowej (Marzec u niej wyśmienity), gdy szlachcic pewien, (imię jego zataję, imię bowiem tajemnica), wchodzi i mówi mi coś tak mniej więcej praeter propter. Chcesz Waść zarobić grosza i cudzym kosztem podróż odbyć?
Ja, jako nigdy uczciwego nie odmawiałem zarobku, tak i tu też. Mówię mu:
— Prawdę rzekłszy — zgoda, pomówmy ono o warunki, a tymczasem niech dadzą piwa. I on prawda kazał dać piwa, ale sam nie pił. Cóż się tedy dzieje? proponuje mi, razem z innemi trzema szlachtą, porwać pewnego chłopczyka.
Sołomerecki zerwał się z ławy i powstał.
— Co to jest W. ks. Mości, może wody? albo piwa? spytał szlachcic.
— Nic to, nic, mówcie dalej, rzekł książę miarkując się i siadając, bardzo ciekawa jakaś historja.
— Istotnie, nie pochlebiając sobie, rzekłszy prawdę.
— Ale dalej.
— Idę dalej M. książe, porwać mówi chłopczyka, żaczka czy tam co, i uwieść w pewne miejsce. Ja mówię, a co za to? On mi to to, to owo, nareszcie umówiliśmy się o miejsce, czas i warunki. I prawda kazał dać znowu piwa, którego nie pił, tylko ja. Nazajutrz, w samą noc Bożego Narodzenia.
— Z wilii na pierwszy dzień? spytał nie mogąc się pohamować książę.
— Tak, tak, porwaliśmy go i uwieźli.
— Dokąd?
— Proszę tylko słuchać! Chłopiec z początku się komosił, ale ten szlachcic coś mu powiedział i tak udobruchał że pojechał. A trzeba W. ks. Mości wiedzieć, że to nie lada chłopię! Wielkiego rodu. I myśmy go uwieźli od jakiegoś prześladowania jak powiadali.
— Ale gdzieżeście go uwieźli? rzekł książe.
— W tem, Arkan M. książe.
— A za garniec miodu powiesz mi? rzekł pogardliwie książe.
Szlachcic się obruszył niesłychanie.
— Ja!! Z przeproszeniem W. ks. Mości, prawdę rzekłszy, za królestwo tego świata tajemnicy nie powiem!
— To bardzo uczciwie i szlachetnie, rzekł książe miarkując się; ale w tem szepnął coś do sługi i wniesiono garniec miodu. Dawszy się wprzód dobrze prosić Łęczycanin począł pić, pijąc wyznał że dziecko wywieźli do Litwy, ale więcej ani słowa. Naleganie jednak i widoczna niespokojność księcia nie uszła oka pijanego, zaczął coś lamentować, domyślać się że głupstwo zrobił i udając potrzebę spoczynku, wyniósł kulbakę i juki do sieni, osiodłał konia, obejrzał się i uciekł.





V.
CZURYŁOWIE.

My powrócimy do Krakowa znowu, gdzie pan Czuryło z synem idą do księżnej. Dodajmy że Anna o stosunkach pokrewieństwa tak blizkiego dwóch Czuryłów zupełnie dawniej nie wiedziała. Dziecko opuszczone i zaparte nie miało nawet miejsca w wspomnieniach starca; syn nigdy o swej rodzinie jej nie mówił. Gdy się więc we dwóch ukazali u księżnej, z przybycia ich razem nic wnosić nie mogła.
Było południe, Anna tylko co powróciła z kościoła; oznajmiono pana Czuryłę. Pomimo podejrzenia jakie miała na niego z powodu przestrogi żebraka, księżna nie śmiała przypuszczać aby stary wierny sługa mógł ją zdradzić.
Przyjęła go więc prawie jak zwykle. Starzec z promieniejącą twarzą wszedł do komnaty uśmiechając się tajemniczo; pokłonił Annie wedle zwyczaju i wskazując syna, który pobladł i drżał spoglądając na księżnę, rzekł:
— Przyprowadzam W. ks. Mości mojego syna. Anna podniosła oczy, zastanowiła je na nieznajomym długo, zdawała się coś przypominać niewyraźnie, zarumieniła mimowoli i spuściła głowę.
— Biedny, zawołał Czuryło, przecierpiał wiele w niewoli tatarskiej, trudno go nawet poznać, tak się odmienił. Z młodego chłopaka prawie starzec.
— W niewoli! smutnie powtórzyła Anna. I długożeście zostawali w niej?
— Kilkanaście lat — M. księżno.
Na głos pana Czuryły znowu oczy nań podniosła, wlepiła uważnie i jakby odpędzając wspomnienie dziwnie powracające, dodała:
— A jakżeście z niej wyszli? wykupieni?
— Uciekłem M. księżno! O! ciężka była i niewola i ucieczka i powrót do swoich. Napróżno szukałem kto by mnie poznał, ojcu nawet przypomnieć się sam musiałem: w domu, w okolicy, wszyscy prawie zabyli dawnego znajomego, niektórzy go zaparli, inni wierzyć mu nie chcieli.
— W domu? spytała niespokojna widocznie Anna, gdzieżeście wprzódy mieszkali?
— Na Podolu.
Księżna pomięszana obróciła się do starego Czuryły.
— Nigdyście mi nie wspominali o synu.
— Byłem niesprawiedliwy względem matki jego, względem niego. Bóg mnie pokarał i odebrał drugie dziecko. Teraz dopiero upamiętałem się, ale po czasie.
— Jakim sposobem wzięty zostałeś w niewolę? spytała rzucając nań ukradkowe spojrzenie.
— Byłem na wyprawie jednej nad Dniestrem, gdzie inni poginęli, jam nawet śmierci nie znalazł, tylko ciężką niewolę.
— Dawno?
— Latam nawet pogubił, odrzekł smutnie Czuryło, kilkanaście. Byłem potem w Budżaku, w Konstantynopolu, Adrjanopolu, więźniem na łańcuchu u ławy galery, w pracy, w poniewierce, w chorobach; uciekający, łapany, bity jak zwierz, pogardzony jako zwierze. Nareszcie dostawszy się na pogranicze nad Kodymą uciekłem.
— Z kim byliście nad Dniestrem, na tej wyprawie? spytała hamując się Anna.
Stary Czuryło poglądał to na syna, to na księżnę, serce mu biło młotem, jak dawno już, jak za młodych lat, oczekiwał rozwiązania z niepokojem i trwogą.
— Z księciem panem.
— Z moim mężem? spytała rumieniąc się Anna.
— Tak jest.
Znowu rzuciła nań wejrzenie, silne, pełne zapytań i nadziei. Czuryło ledwie mógł się pohamować.
— Gdzieście mieszkali wprzódy? na Podolu mówicie, ale w której stronie?
— Nie daleko Winnicy, rzekł Czuryło.
Anna zapominając się zupełnie ze łzami w oczach, drżąca, poczęła się w niego wpatrywać, i z krzykiem zawołała zrywając się z siedzenia:
— To on! to on!
Naówczas szczęśliwy tym dowodem niespodziewanej pamięci, Czuryło rzucił się przed nią na kolana, ale słowa wymówić nie mógł, płakał, Anna padła na krzesło we łzach cała.
Stary nie wiedział co począć.
— Tak to ja, to ja jestem, rzekł nareszcie Nadbożanin, i niech dzięki będą W. ks. Mości, żeście starego sługę swego poznali. Ta chwila nagrodziła mi niewolę tatarską, męki lat długich, wszystko!
— Być-że to może? być-że to może? przerwała Anna. To nie sen? to wy? I mogliżeście mnie poznać?
— Poznałem W. ks. Mość od razu, gdym prosił u niej jałmużny u drzwi ks. Sołomereckiego, ale wówczas nie byłem poznany, ani później gdym siadywał pod tym domem długo.
— Jak to? ten żebrak, litownik?
— To ja byłem.
— Ja was poznać nie mogłam.
— Nic dziwnego! Jam was poznał, bo te lata co mnie przybiły, zgniotły, W. ks. Mości płynęły cicho, spokojnie.
— O! nie mówcie tego, nie wiecie. Nic nie wiecie! Te lata i dla mnie przeszły ciężkie zostawując ślady. Moje dziecko, wy wiecie los mego dziecięcia! Wydarte, porwane znowu.
I płakać poczęła.
Stary Czuryło przechadzał się niespokojnie po komnacie, usiłując napróżno pohamować szarpiące go uczucie.
— Nadzieja w Bogu! dodał cicho.
— W jednym Bogu! powtórzyła księżna, jakby z wymówką.
— I w waszych przyjaciołach, dodał młodszy z zapałem. Znajdziemy go, powrócim W. ks. Mości, ja sam, ja, pójdę i nie ukażę się, chyba z nim.
— Niech wam Bóg płaci! Wy nie wiecie jak kocham syna. Stracić go! Jedyną pociechę, której dzieciństwa widzieć nie mogłam, którą wypieścić nie było mi wolno. Życie tak krótkie, straszno pomyśleć, że upłynie mi samej jednej, zawsze tylko w tęsknych nadziejach za dzieckiem, we łzach.
Stary kręcił się poruszony do żywego.
— A wolała byś, dodał cicho, wolała byś W. ks Mość, aby był tu i został może pochwycony?
— Wszakże i tak schwycony został, z podziwieniem odparła księżna.
— Tak! tak! Ale kto wie?
— Co chcecie powiedzieć?
— Hm! Ja tego nie wiem, już nic nie wiem, ale jednak, miarkuję. Książę Sołomerecki gniewny, niespokojny, nie ma go więc w rękach swoich. Wyjechał z Krakowa odgrażając się i furjując. Więc ks. Stanisław nie jest w jego ręku. Ja myślę.
— Ale gdzież być może?
— Ja nie wiem, dodał Czuryło ruszając ramionami ale może kto z przyjaciół go uchował, ukrył.
— Z przyjaciół? z podziwieniem zawołała Anna. Na Boga, mój stary Czuryło, tracicie przytomność. Gdyby przyjaciel, czybym ja o tem mogła nie wiedzieć?
— Ja nic nie wiem, ale ja tak miarkuję, mówił stary, że nie powiedzianoby W. ks. Mości, naprzód dla tego, aby się przypadkiem nie wydała.
— Ja! moje dziecko! własne dziecko!
— Mimowolnie! pomięszany rzekł starzec.
— Zresztą mój dobry Czuryło, czyżby przyjaciel chciał mnie tak dręczyć?
Szlachcic poprawił kontusza, a raczej go szarpnął na sobie.
— Ja nic nie wiem, odparł, ale miarkuję, że, nareszcie kto wie? Wyjdzie to na lepsze.
— Daj Boże! z westchnieniem zawołała Anna.
— A jeżeli może się tylko to zrobić, ja odkryję księcia, ja! Dziś, zaraz jadę i nie wrócę aż z nim!
Stary spojrzał na syna z nieukontentowaniem.
— Gdyby był w Krakowie, to mu tysiąc niebezpieczeństw by groziło. Książę...
— Wszak mówiliście że wyjechał? przerwała Anna.
— Dopiero wczoraj, widziałem jego orszak cudzoziemskiego autoramentu i dziurawe łokcie dworzan, dodał wzgardliwie szlachcic.
Anna rzuciła nań wejrzenie surowe, jakby mu przypomniała, że to był jej krewny, a jakkolwiek występny i nieprzyjaciel, nosił nazwisko jej dziecka. Stary się pomiarkował.
— Bądź W. ks. Mość spokojna, rzekł z cicha.
— Jak chcecie, abym o niego spokojną być mogła?
— Na mnie się spuśćcie.
— Na mnie, przerwał syn, ja go wynajdę. Czuryło ręką machnął niecierpliwie.
— Jakem szlachcic i stary sługa W. ks. Mości, rzekł kładąc prawą na piersi.
— Przyjaciel, poprawiła go księżna.
— Ręczę, że księciu nic w tej chwili nie zagraża, bądźcie spokojni.
— Zkądże o tem wiecie? żywo mu przerwała Anna, porównywając jego słowa w umyśle z przestrogą syna, więc wiedzielibyście?
— Nic, nic nie wiem! zawołał uparty szlachcic, ale spodziewam się — czuję.
— Więc tylko na wiarę, nadziei — przeczuć, zaręczacie mi?
— Dość W. ks. Mości, że zaręczam.
— Nie, nie dość, przerwała Anna, musicie mi powiedzieć.
— Ojcze, zawołał syn, jeźli wiecie co?
— Nic nie wiem, nic, odfuknął stary.
— To być nie może! wy coś wiecie!
— Wiem, nie wiem, rzekł Czuryło osaczony, niespokojny, nie wiedząc jak sobie dać rady, a niechcąc się wygadać, a powiedzieć nie mogę.
— Na Boga! matce! matce! zawołała księżna składając ręce.
— Ale ja nic nie wiem.
— Mój dobry stary Czuryło, ty nigdy nie umiałeś fałszu wyrzec tak, abyś się nie zarumienił i nie wydał go. I teraz ty mnie zwodzisz, ty wiesz. Miałżebyś okrucieństwo, taić przed udręczoną matką?
Stary związany, zmięszany, pod wejrzeniem księżnej i syna zmilkł, potarł czoło, stęknął.
— To bo to nieszczęście, szepnął, nigdy nie mogę utrzymać tajemnicy. Licho mi nadało w to się wdawać, kołyś ne pip, ne ubiraj sia w ryzy.
— Na Boga was zaklinam!
— No, no, cicho tylko, mógłby kto posłyszeć. Cóż robić!
— Ty wiesz gdzie on jest?
— Wiem, szepnął stary, ale nie powiem; tego to taki nie powiem.
— Któż go porwał?
— Ja! rzekł Czuryło, ja!
— Ty?
— Dla czego?
— Abyś W. ks. Mość, straszona przez brata, nie mogła, nie mając w ręku dziecka, wyrzec się dla ocalenia mu życia, nazwiska ojca i całej przyszłości, do czego byłaś już gotowa.
Księżna osłupiała.
— O! poczciwy stary przyjaciel. Ty! powtórz mi, tyś go uwiózł?
— I nie chciałem nic W. ks. Mości mówić, aby się to przypadkiem nie rozniosło. Ale bądźcie o dziecko spokojni. Ono jest w pewnem, bezpiecznem miejscu.
— Dzięki niech będą Bogu, zawołała Anna, i to pewno? to pewno?
— Jak mnie W. ks. Mość żywym widzisz.
Gdy to mówił pan Czuryło, ulica zatętniała, zatoczył się rydwan i wnet u drzwi dał się słyszeć głos naglący, głos znany księcia Sołomereckiego, który w gniewie sługi rozpychając, bieżał do komnaty.
— To on! z przestrachem zakrzyczała księżna, to on. Mówiliście że wyjechał!
— Sam widziałem. Chyba powrócił!
Drzwi się otworzyły z trzaskiem i Sołomerecki wpadł do komnaty, srogi, gniewny, dumny, trzęsący się z wzruszenia.
— Pani siostro! zakrzyczał na progu, przyszedłem wam oznajmić.
Anna zbladła rzuciła się w krzesło.
Młodszy Czuryło z zaiskrzonemi oczyma stanął jakby gotów do walki, mierząc oczyma nieprzyjaciela.
— Oznajmić wam, że wiem wszystko! Czuryło stary zatrząsł się, zsiniał.
— Co wiecie? słabo spytała Anna.
— Syn wasz! podrzutek ten! w Litwie!
— Myśleliście że się to udane porwanie ukryje przedemną, ale nie. Wczoraj dowiedziałem się o wszystkiem, jutro rozsyłam, jutro sam jadę za nim. Wiecie moje warunki?
— Ale ich nie przyjmie, szepnął stary Czuryło.
— Milczeć! zawołał książę, do niej mówię nie do was. I wpatrując się w starca dodał: Wyście machinowali to porwanie! wiem, wiem! Poznaję was z opisu.
Księżna milczała, młody Czuryło za ojca i nią zastawił się.
— Pozwolisz sobie W. ks. Mość odpowiedzieć, rzekł, że są warunki, nad których przyjęcie lepsza jeszcze śmierć.
— Do was nie mówię, krzyknął Sołomerecki.
— Ale ja mówię do was! zawołał płomieniejąc szlachcic.
— Kto jesteście? spytał porywczo.
— Kto? szlachcic równy wam kniaziu.
— Równy mnie?
— A może lepszy! dodał gorżko Czuryło, bo na niczyje nie czychałem życie, a swoje nastawić gotowem.
— M. księżno, burząc się wołał książę, czy długo słudzy wasi będą mnie bezcześcić?
— Słudzy! ja niczyim sługą nie jestem.
— A któż, kto jesteś? wpatrując się szydersko rzekł Sołomerecki, może ulubieniec ks. Jejmości? I zaśmiał się szatańsko, bo postrzegł, że Czuryło i Anna oboje się pomięszali.
— O! to niegodne! nieludzkie! prześladować słabą kobietę, zawołała, nachodzić jej dom i urągać nieszczęściu bezbronnej.
— Bezbronnej! nie, rzekł Czuryło, W. ks. Mość uczyniłeś mi cześć nazywając ulubieńcem. Nie zasłużyłem na to imie, bom prawie nieznajomy, ale pragnę jeźli nie ulubieńcem, stanąć przynajmniej obrońcą.
— Przeciw mnie! zaśmiał się dumnie, prostując Sołomerecki, przeciw mnie!!
— Przeciw W. ks. Mości.
— Chyba przeciw sługom moim, równym a może lepszym od ciebie!
I zmierzył go wzrokiem tak wzgardliwym, że Czuryło, kładąc rękę na szabli, postąpił z ściśnionemi zęby ku księciu jakby go chciał wyzywać lub porwać się nawet na niego.
Ojciec pohamował syna i odwodząc za rękę, rzekł:
— W. ks. Mość chcesz więc koniecznie czyjejś krwi?
— Was wszystkich gdyby można! wykrzyknął Sołomerecki, godnych wspólników mojej miłej pani siostry. Tak krwi, chłosty do krwi.
I silnie trzaskając drzwiami wyszedł rzuciwszy na księżnę wejrzenie gniewu, pogardy i pogróżek pełne.
Czuryło chciał się rzucić za nim, ale go księżna wstrzymała płacząc.
— O! niech idzie, niech idzie, nie wstrzymujcie go, dajcie mu pokój. Nie pozbawiajcie mnie ostatnich przyjaciół. On i was gotów — Brat! brat! dodała, a! czemuż przynajmniej nie obcy!!
W tej chwili rydwan księcia przesunął się mimo okien, a on wyglądając z niego, rzucił jeszcze okiem na siedzącą u okna Annę. Zadrżała spotkawszy groźne jego wejrzenie i znowu mocniej płakała.
— Ale zkąd-że wiedzieć może! rzekł niespokojnie stary, to przechodzi moje pojęcie. Wszystko tak ułożone było tajemnie, tak ostrożnie, ludzie użyci...
— Wydać musieli.
— To być nie może, zawołał stary, ale, dla wszystkiego pójdę się dowiedzieć. Jeźli książę wie cokolwiek, potrafiemy na to poradzić, przeniesiemy go gdzieindziej, aż papiery nadejdą z Rzymu przez nuncjaturę żądane, wedle obietnicy pana kasztelana.
— To nic nie pomoże, odparła Anna, czyż nie widzicie, że nic go nie przekona, że przekonany nawet, tajemnie zawsze by go pozbyć się pragnął?
— Nie sądzę, znuży go ta próżna i niczem później niedająca usprawiedliwić się walka.
— Jego! czyż nie wiecie, że mu o majątek chodzi więcej niż o wszystko? A jednak jam mu go dawała.
— Potrzeba go się pozbyć, rzekł w tej chwili młodszy Czuryło, inaczej to się skończyć nie może.
— To mówiąc rzucił znaczące spojrzenie na ojca i zdawało się, że uknuł jakiś zamiar, któren mu pilno było przyprowadzić do skutku, bo się rzucił ku drzwiom.
— Co myślicie? co mówisz? zawołała księżna.
— Nie ma innego sposobu, pozbyć się go potrzeba, powtórzył Czuryło.
— Ale to być nie może!
— O! może, pani, zaręczam.
Anna pobladła.
— Wybyście chcieli?
— Nic prościejszego, zabić go.
— Wy?
— Ja! szczęśliwy będę, jeźli mi się to uda.
— Ale wy, wy zginiecie sami, on silny, on otoczony, on ostrożny.
— Zginąć mogę i chcę. Na cóż się teraz przydało moje życie, dodał smutnie. Zobaczyłem kogom chciał widzieć, wyczerpałem najgorsze i najlepsze, nie mam się czego spodziewać i na co się szczędzić.
— Dla ojca, dla... I księżna pomięszana zamilkła. Na Boga! mówiła po chwili, porzućcie tę myśl niegodną was. Skazić się zabójstwem.
— Nie, Mości księżno, ukarać tylko prześladowcę waszego.
— Karać nie do was należy.
— A któż go ukarze?
— Zostawcie to królowi i Bogu, dla mnie dość uczynicie gdy mnie, a raczej tylko dziecko moje zagrożone ochronicie od niego.
— Chodźmy ojcze, rzekł młodszy, nam potrzeba dojść zkąd książę wie, chodźmy. Chwili nie mamy do stracenia.
I rzucając Annę poruszoną zjawieniem dawno opłakanego człowieka, groźbami księcia, wieścią wydobytą nareszcie od pana Czuryły; ojciec i syn poszli szybko w miasto umawiając się, jakim sposobem dalej poczynać sobie mieli.
Stary głowę łamał, jak znaleść swych wspólników, o których prócz jednego naczelnego, nie wiedział; pewny zaś był, że nie on wydał tajemnicę.
Ponieważ przez nikogo o reszcie dowiedzieć się nie mógł, tylko przez Krzysztofa Pieniążka, pospieszył więc do niego.
Powiedzmy tymczasem, kto był pan Krzysztof Pieniążek. Chociaż z rodziny dawniej mieszczańskiej, dochrapał się ojciec jego szlachectwa, które zresztą wielu mieszczan krakowskich otrzymało (i dlatego to w Paprockim tyle kart wydartych gdzie spis Rajców Krakowa), przylepił do starych Odrowążów, kupił wioskę w okolicy i rzuciwszy handel, począł żyć wystawnie, bratać z wyższemi od siebie; i jak to zawsze bywa, opłacać trzeba było poufałość szlachty wielkiemi ofiary. Jedni brali pieniądze, drudzy kazali się za to karmić i poić, a pan Pieniążek zebrany uczciwą pracą ojca i dziada majątek, puścił przez ręce mniemanych przyjaciół. Drogo opłaciwszy stosunki, drożej mu jeszcze przyszło okupić ożenienie z wdową pięknego imienia wprawdzie, ale wielce podszarzanej sławy. Synem tej wdowy był pan Krzysztof. Dumna kobieta uciskała męża i wyciągając go na życie kosztowne, wystawne, do reszty zrujnowała. Pan Pieniążek umarł naprzód z żalu, że dziecku które kochał nad życie, losu zapewnić nie mógł: wdowa drugi raz rzuciła i syna i imię wzięte, a zabrawszy klejnoty, sprzęt droższy i co było kosztowniejszego, uciekła z Włochem doktorem za granicę. Sierota pan Krzysztof wychował się żakiem, poprzysięgając nienawiść rodzinie swej matki od której opuszczony został i pogardzony, służył potem za granicą wojskowo w Węgrzech i Holandji. Powróciwszy, po bracie ojcowskim bezpotomnie zmarłym odziedziczył maleńką kamieniczkę i osiadł w Krakowie. Tu żył z niewielkiego dochodu posiadłości i różnych spraw, do których po prostu mówiąc najmował się. Pożyczał on ręki i szabli, ale zawsze dobrej tylko sprawie: podejmował się posyłek ważnych i tajemnych i t. p. Nigdy jednak inaczej (bo to kładł za pierwszy warunek), aż przekonawszy się najdokładniej, że nic podejrzanego, nic niepoczciwego nie kryło się w powierzonem mu zatrudnieniu.
Kamieniczka pana Pieniążka wznosiła się między dwoma ogromnemi domostwy. Plac przez nią zajęty widocznie dawniej oddzielać tylko musiał dwie budowy; później przy powiększającej się ludności zajęty został dopiero. Wąska a wysoka kamienica z spiczastą schodkowaną facjatką, miała trzy piętra nad poziom i okienko w poddaszu: obok otaczających ją, wydawała się jak wieżyczka. Sklepik zajmował dół, kupiec pierwsze piętro, ubogi mieszczanin drugie, kobiety jakieś wielce podejrzane trzecie, a w poddaszu umieścił się sam pan Krzysztof. Szkoda mówić, żeby mu tam miało być wygodnie; bo mijając to, że do niego leźć było potrzeba po długich, po kręconych, ciemnych, wązkich i coraz bardziej stromych schodkach; całe mieszkanie składały dwie ciupki. Jedna z oknem na ulicę w facjacie, nizka i tylko w środku wyprostować się dająca, bo boki spuścisty dach ucinał, druga z okienkiem w dachu małem, pęcherzem zaciągniętem, za skład służąca.
Pierwsza zawierała łóżeczko jak żłobek wyleżane, skórą i kołdrą pokryte, z poduszką czarną skórzanną i makatką wytartą. Na niej dwie pary ogromnych pistoletów w mosiądz oprawnych, rusznica, szabla, szpady i t. p. aż do tureckiego noża. Na stoliczku lichtarz z łojówką, szklanka, butelka, grzebyk do włosów i forma do lania kul. Na krzesłach słomą wybitych, odzienie porozrzucane bez ładu, dalej dzban nadtłuczony, miska podobna, kilka par butów i u drzwi skrzynka nie domknięta.
W pośrodku izby pierwszej siedział pan Krzysztof, naprawując sam rozprutą suknię i śpiewając wesoło, gdy pan Czuryło zdyszany, zapukał do drzwi.
— Drzwi i serce otworem! proszę, rzekł zwracając się i igłę w zęby biorąc gospodarz.
Weszli, jednem wejrzeniem zmierzył ich pan Pieniążek i podsuwając krzesła, sam zająwszy miejsce na łożu, wesoło powitał.
— Cóż tam szanownego pryncypała sprowadza? zapytał. Ot widzicie, zajmuję się krawiectwem choć szlachcic, ale nie za pieniądze, tylko dla własnej uciechy, tandem to nie powinno klejnotu mi kalać.
— Zapewne, rzekł pan Czuryło.
— Nigdym nie mógł zrozumieć, co to ma do szlachectwa i poczciwości (bo to u mnie wszystko jedno), że kto pracuje ręką?
— Mego syna wam polecam, przerwał stary.
— A cieszę się mocno! ale go pierwszy raz widzę, nie wiedziałem nawet.
— Z tatarskiej niewoli wraca.
— O! do sto katów, nie dziw że pożółkł. Koninę jadł a kobylem mlekiem popijał!
— Wiecie, tajemniczo szepnął Czuryło, że nie pojmuję jak wszystko się wydało.
— Co? to być nie może! zawołał Krzysztof rzucając odzienie z niecierpliwością, to być nie może!
— Jakem poczciw. Dziś książe powrócił, na drodze musiał się dowiedzieć, że go wywieziono do Litwy. Ale od kogo?
— Nie rozumiem, klnę się częścią że nie pojmuję. Za towarzyszów ręczę, a na oku ich wiodąc do samego Krakowa przywiodłem.
— Kiedyście wrócili?
— Trzy dni temu.
— Wszyscy?
— Czekajcie! A jestem w domu, Łęczycanin się na chwilę pozostał był i opóźnił, ale wczoraj powrócił. Nikt inny jak on. Spił się jak bela.
I ze zgrozą podnosząc pięść dodał:
— Przysięgam, że go więcej nie użyję, niech z głodu zdycha i co chce robi.
To mówiąc pobiegł do drzwiczek od drugiej izdebki, schylił się w nich we dwoje i począł wołać:
— No, wstawaj i chodź tu — słyszysz?
— Hę? idę, idę, odrzekł mu głos stłumiony, prawdę rzekłszy, nie wyspałem się jeszcze, ale idę.
I wnet prawie we drzwiach ukazał się dosyć skromnie, bo w nieodbitem tylko odzieniu, Łęczycanin przecierając oczy i drapiąc głowę.
— A co? spytał wodząc do koła wejrzenie jeszcze spiące.
— Mów prawdę! głośno zaryczał Pieniążek, a nie, to cię z okna tego na ulicę precz wyrzucę, — mów prawdę.
— Ale jakąż? bo dalipan niewiem czego chcesz. Mam sto wielkich prawd do powiedzenia, poczynając od najogromniejszej względem doskonałości Marcu u pani Krzaczkowej.
— Tu nie o kpiny idzie, mospanie, ale o zdradę!
— O zdradę! No, cóż to jest? pytajcie.
— Wyście zdradzili, wydali.
— Ja! ja! ze zgrozą cofając się załamawszy ręce, rzekł szlachcic. Pudendum, horrendum! Ja!
— Ty, bo nikt inny nie mógł, chyba ty zapiwszy się.
— Ja! co? kiedy? komu?
— Nie spotkałeś się z nikim w drodze, przyzostawszy za nami?
Szlachcic pstryknął palcami i kiwnął głową, jakby rzekł: Teraz wiem.
— No! no! rozumiem!
— A, widzisz.
— A, zobaczycie, że nic się nie stało, spokojnie odparł Łęczycanin, dajcież mi no gadać.
— Mów, a prawdę, rzekł pan Krzysztof.
— Otóż to tak było: Drugiego dnia, kiedy mi koń zakulał, jadę ja sobie powoli i zajeżdżam do karczmy.
— Tegom się spodziewał.
— A gdzie chcecie, abym zajeżdżał? Dosyć że zajeżdżam, goły zupełnie i do tego koń zmęczony, ciężkie juki.
— Patrzajcie, to już kłamstwo.
— Ciężkie, obstaję przy tem, i tak ciężące, że musiałem kontusz mój stary, pamiątkę po ojcu, dla ulżenia mu sprzedać.
— I kupiłeś piwa?
— No! a cóż robić miałem? Złe to było prawda, ale jakie było, takie musiałem przyjąć. Nie było rady, siadam i piję. Aż tu rumot, turkot, strach! zajeżdża jakiś magnat, pan, książe.
— Otóż jest, rzekł Czuryło.
— Tak jest, książe, dodał szlachcic, ale to nie koniec. Słudzy jego chcą mnie rugować gwałtownie z izby, opieram się, on sam Serenissimus czy Celsissimus nadchodzi, i łagodnie, powolnie, każe mi się zostać. Ja dla sług, aby im okazać com za jeden, zostaję ze swoim kufelkiem. Wszczyna się rozmowa.
— I wszystko wydane! rzekł Czuryło smutnie.
— Poczekajcie no, jeszcze nie. Pyta mnie zkąd ja, kto ja. Powiadam, dziwna to historja i poczynam mu opowiadać.
— Tak! niegodny! zdradzać, zawołał Krzysztof z oburzeniem, zdradzać!
— Ale nie, mówię mu, bez nazwisk i miejsc. On mnie pytać poczyna, ja się trzymam ut decet. Nalega i powiada: Powiesz za garniec miodu? Tem mnie obraził! Rzeknę mu: Ani za królestwo świata. On to chwali i każe dać miodu, ale tak mnie napiera, tak napiera, że djabeł wie jak wygaduję się z Litwą.
— I z wszystkiem?
— Jakem szlachcic, nie! Ale postrzegłszy że kręto, język się plącze od miodu, bojąc aby mi czego więcej z pod serca nie wydłubał: za kulbakę, za juki, niby spać, a zabrawszy się, na szkapę, w nogi.
— Nic nie powiedziałeś więcej?
— Cóż to? myślicie, z dumą rzekł Łęczycanin, żem gotów przedać się! ha, mosanie, to krzywda, to dyshonor, za to mi odpowiecie. Nigdym nikogo nie zdradził!
— Ależ się taki bardzo nie potrzebnie wygadał.
— Ludzka rzecz, a języka w porę powstrzymałem. Za te podejrzenia winniście mi...
— Garniec piwa, dorzucił pan Krzysztof.
— Przynajmniej Marcu — i to od Krzaczkowej.
Pan Czuryło trochę uspokojony zgodził się na indemnizacją, i szybko wyszedł.





VI.
GRONOVIUS I DURAN.

Gdy Czuryłowie wchodzili do kamieniczki pana Pieniążka, w tym samym prawie czasie zatoczył się powóz Sołomereckiego przed wrota, zastanowił, i chmurny książe, osłaniając płaszczem, wszedł w ciasny dziedzińczyk. Widocznie szukał kogoś, obejrzał się do koła, parsknął ze wzgardą i wszedł na wschody wiodące do mieszkania pana Krzysztofa. Opowiadanie Łęczycanina miało się ku końcowi, gdy Sołomerecki zbliżał się ku drzwiom. Tu spotkał chłopaka, odarte dziecię posługujące Pieniążkowi.
— Gdzie tu mieszka, spytał, Gronovius?
— Grenobisz? Tu nie ma żadnego Grenobisza.
— Stary, łysy, siwy, cudzoziemiec, doktor.
— Na tyle mieszka doktor, ale nie Grenobisz, ten się jeszcze gorzej nazywa, bo Duran.
— A! Duranus! Gdzie? na tyłach? Prowadź mnie do niego.
— Ja! nie mam czasu, skrobiąc się sparłszy na poręczu wschodów, rzekł Jacuś.
— Wszak nic nie robisz?
— Ej! skrobię się! obojętnie mruknął chłopak.
— Grosz ci dam!
Chłopiec zdjął łachman czapki, przesadził poręcz, skoczył na wschody i potoczył się w dół jak kula, śpiewając piosenkę.
Sołomerecki zastał go na dole siedzącego na ostatnim wschodzie i świszczącego przeraźliwie.
Pan Czuryło z synem właśnie także schodzili, gdy głos księcia, znany im, bo świeżo słyszany, doszedł ich z dołu.
— O! już tu jest! rzekł młodszy, pewnie szuka Łęczycanina.
Zeszli szybko w cichości, ale gdy go mieli dognać, książe właśnie zawrócił się w dziedziniec za Jacusiem do Gronoviusa i Durana.
— Dokąd poszedł? spytał młodszy.
— Zdaje się, że do tych czortów czarnoksiężników.
— Jakich?
— Dwóch przeklętych Niemców, których pan podkomorzy koronny sprowadził dla doktorstwa, alchemii i nie wiem tam jakich praktyk tajemnych.
Tak było w istocie, Gronovius i Duranus byli nadwornemi pana Mniszcha, który ich pod ten czas odesłał do Krakowa. Jeden z nich na przemiany towarzyszył prawie zawsze podkomorzemu i jeździł za dworem królewskim z nim razem. Oni z Egidem, któregośmy wyżej widzieli, posługiwali w różnych razach Mniszchom i Giżance. Nie zapominajmy, że jak wszyscy wówczas, tak i król wierzył we wróżki, w czary, magią i czarnoksiężników, że się radził astrologów wieszczbiarzy, a nawet prostych bab, jak Budzikowa i Korycka.
Nim z Sołomereckim wejdziem do Gronoviusa i Durana, musimy uprzedzić czytelników, że wierny swemu czasowi książe podzielał zaślepienie wszystkich względem czarnoksiężników i magii. Wyczerpawszy wszystkie sposoby szkodzenia bratowej i bratankowi, Sołomerecki gniewny, rzucał się do ostatniego, szedł pomocy żądać od mniemanych wszystko widzących i wszystko mogących Gronoviusa i Durana.
Ci dwaj zajmowali na tyle kamieniczki pana Pieniążka mieszkanie dolne i piwnicę. Dawniej ono służyło za szynkownią, i dla tego wejście do lochu było z wnętrza. Urządzając swoje laboratorjum wybrali sobie umyślnie dwaj czarnoksiężnicy to miejsce, jako ukryte i dla nich wygodne.
Maleńkie drzwiczki w grubym murze wykute wiodły do tej tajemniczej ciemnej i nizko sklepionej pracowni. Sowa wypchana z rozczepierzonemi skrzydły u wejścia, oznajmowała mieszkanie Gronoviusa i Durana.
Duża izba urządzona była tak widocznie, aby uczynić wrażenie na wchodzących. Z dwóch wązkich okien, patrzących w ciasną uliczkę, jedno osłonione było czarnem suknem, drugie mało co wpuszczało światła. W pośrodku nizki, na grubych nogach wyciągał się stół, cały pokryty księgami, pismami, kawałkami drzewa, wosku, horoskopami, kwadraty astrologicznemi, kośćmi i t. p. Zegar i głowa drewniana straszna, rodzaj terafim, zajmowały środek stołu. Na ścianach wisiały wypchane zwierzęta różne, kości mammutowe, suknie wyszyte w znaki niebieskie i tajemnicze cyfry.
Dalej na pułkach słoje z monstrami w spirytusach, flaszki, gliniane kufle i hlaki, garnki, kolby szklanne do alchemicznych doświadczeń rozrzucone były. Na lewo wielki kapturem pokryty komin, przypierał do alchemicznego piecyka, na teraz zagasłego. Mnóstwo ziół schły porozwieszane i porozrzucane.
Słabe światło okna jednego powiększało jeszcze dziwaczność tej izby, nie dając dojrzeć niczego dokładnie: głowa tylko, którą zwać będziem terafim, kościotrup w kącie, mumia w swych powijaczach w drugim, wyglądały z cieniów.
Dwóch ludzi znajdowali się w pośrodku za stołem. Jeden maleńki, garbaty, łysy, z rudą brodą i okiem jednem zagasłem, zmrużonem, drugi poważny, piękny, słusznego wzrostu, dumnej postawy, w czarnej sukni z łańcuchem na szyi.
Mały zwał się Duran, słuszny Gronovius. Znać było że pierwszy był nie jako pomocnikiem tylko i anima damnata drugiego; chociaż w twarzy Gronoviusa, pięknej i na pozór nawet szlachetnej, w oczach jego zmrużonych, wargach przyciętych sarkastycznie, czytać było można, że i bez pomocnika chytry cudzoziemiec byłby się obszedł; sam by potrafił sobie wystarczyć.
Gronovius zajęty był pisaniem listu, Duranus rysował kwadrat magiczny napełniony liczbami, które naprzemian kreślił czarno, niebiesko i czerwono.
— Mistrzu, ozwał się chwilką przed nadejściem księcia poczwarny karzeł, szydersko, złośliwie, jak wam się zdaje, król JM. rad będzie swojemu kwadratowi?
— Nie przeszkadzaj mi pisać.
— A gdybym koniecznie chciał przeszkadzać? dodał złośliwy karzeł.
— W takim razie powiedz mi, to wcześnie przestanę.
— Nie, nie, pisz, chciałem tylko sprobować twojej cierpliwości.
— Nadużywasz jej Duran oddawna.
— Do prawdy?
I to mówiąc, jednem okiem, ale ognistem i kolącem spojrzał na Gronoviusa. No, no, pisz, pisz. Wprawdzie, oprócz kwadrata królewskiego, miałem z wami i o czem innem do pomówienia.
Tu umyślnie zawiesił.
— No, to mów, słucham, pewnie o wielkiem dziele?
— A o czem-że by innem?
— Myślę właśnie, o słonecznej wodzie.
— Znalazłeś co nowego?
— Zdaje mi się.
— Formułę nową, sprobujemy jej dzisiaj, wchodzi do tego elixir Aristaci i balsam merkuryjalny, wąż ukrzyżowany (siarczan złota) i księżyc.
— To nieszczęście że wąż będzie dużo kosztował, a wszystkie dotąd próby daremne.
— Cicho! na cóż to powtarzać tak głośno? alboż nie zostało nam tysiąc jeszcze prób, w ostatku zaś wyrocznia terafim, która powie, jak piękne robi się złoto i kamień filozoficzny?
— Zapewne, odparł Gronovius, ale twój terafim milczy jak pień.
— Bo też to nie jest prawdziwy Androides, ani Terafim. Wiesz co potrzeba do prawdziwego?
Gronovius się wzdrygnął.
— Cóż to! w proporcję wielkości wynalazku! dodał złośliwy Duran śmiejąc się. Jedno dziecię!
— Krew, zabójstwo.
— E! e! dajcież mi pokój ze skrupułami nie w porę. Wszystko to głupstwo. Bylebym tylko dostał co potrzeba. Pierworodne dziecię, głowę pierworodnego, rozkłutą dobrze, wytartą oliwą i solą ammonjacką. Otoczym ją świecami, podłożym złotą blaszkę pod język z imieniem demona wyrytym na niej, a powie nam co zechcemy.[7]
Na te właśnie słowa nadszedł książe, który do drzwi zapukawszy, ukazał się nagle, zszedł dwa stopnie w dół i stanął przed Gronoviusem wychodzącym na jego przyjęcie.
— Doktor Gronovius?
— Ja jestem!
Książę spojrzał na Durana, który niewstając zwrócił oko na niego i mierzył go niem bacznie.
— A to? spytał.
— Mój towarzysz, Duran.
— Do usług, mruknął karzeł. Co rozkażecie?
— Chciałbym pomówić tajemnie.
Gronovius powstał, drzwi zaryglował i skinąwszy na Durana, otworzył drzwi lochu, do którego wprosił księcia. Loch urządzony był na posłuchalnią, gdyż głośna nawet w nim rozmowa dosłyszaną być nie mogła. Wilgotne jego ściany okrywał papier zapisany znakami, figurami, linjami, lampa płonęła od sklepienia zwieszona, maleńki stolik z trupią głową w pośrodku, trochę gratów po kątach.
Gronovius podał zydel księciu, sam siadł w krześle. Duran ukazał się na wschodach w cieniu.
— Słucham.
— Rzecz taka: — Jest dziecię, które zgubić chcę.
— Dziecię?
— Chłopiec piętnastoletni.
— Cóż dalej?
— Dziecię to chcą udać za syna mojego brata, ja chcę aby nie żyło.
— Rozumiem, rzekł Gronovius, ale my się nie podejmujemy gubić ludzi, tylko im, ile nasza umiejętność dozwala, pomagać.
— Ja was też nie proszę o zgubienie dziecięcia.
— Więc o cóż, M. książę?
— Zkąd wiecie, kto jestem? czerwieniąc się spytał Sołomerecki, który żywo powstał na te słowa.
— Ja wszystko wiem, zimno odparł Gronovius.
— Więc wiecie także czego od was chcę?
— Chcecie wiedzieć, gdzie się to dziecko znajduje.
— Tak jest, nieśmielej już odpowiedział Sołomerecki, trąc ręką po czole.
— I nic więcej? wlepiając weń oczy rzekł Gronovius.
— Trucizny, wyrzekł tak cicho książe, że czarnoksiężnik raczej się domyśleć niż dosłyszeć musiał.
To mówiąc położył na stoliku woreczek z pieniędzmi. Gronovius schował go do kieszeni.
— Chodźmy na górę, zawołał, postaramy się zadość uczynić waszemu żądaniu. Duranus spiesznie poskoczył na krzesło i udał bardzo zajętego pracą, tak że się nawet nie odwrócił gdy weszli.
— Duranus, zawołał Gronovius — ten — wskazał na księcia, chce wiedzieć, gdzie się podziewa dziecko, o którem w tej chwili myśli.
— Wnet, odrzekł Duran, schwytując się i wymierzając oko na Sołomereckiego, powiedźcież mi naprzód, jakiej chcecie wróżby?
— Jakiej? alboż wiem, byle mi powiedziała czego żądam.
— Jest mnóstwo sposobów dojścia prawdy. Wywołaniem umarłych, tłumaczeniem snów, obserwacją gwiazd i konstellacji, aeromancją, pyromancją, hydromancją, rhabdomancją, ksilomancją i kleidomancją i innemi.
— Ja tam nic nie wiem, dumnie odparł książe, wróżcie jak chcecie, bylebyście mi powiedzieli gdzie jest.
— Wywołaniem umarłych? spytał Duran myśląc że zastraszy.
— Jak się wam podoba, zimno rzekł Sołomerecki.
— Albo za pomocą tej głowy, to jest Teraphim?
— Jak chcecie.
Gronovius i Duran spojrzeniem zdawali się naradzać, następnie ostatni obnażył ręce po łokcie, zdjął drewnianą głowę, ustawił ją na podłodze, zakreślił koło, wziął rószczkę, natarł się jakąś maścią ze słoika dobytą i począł biegając szeptać.
Książe stał niemy, zdziwiony i pomięszany. Duran szybko miotając się mówił, jakiś głos zdawał się mu z za okna, to z lochu, to z góry na przemian dopowiadać słowy nie zrozumiałemi, głucho. Ile razy książe głos ten dziwny, stłumiony posłyszał, obracał się to tam, to tam, ale nigdzie nie mógł dojrzeć zkądby pochodził. Gronovius oparty o stół patrzał obojętnie.
Duran wybiegawszy się dobrze, stanął wreszcie i rzekł kładnąc laskę. Skończone, wiem teraz wszystko.
— Słucham was.
Karzeł zdjął srebrną tackę ze stołu i podstawił ją księciu, mówiąc:
— Dla terafim! co ofiarujecie dla terafim?
Garstka pieniędzy brzękła na tacce.
— Pytajcie mnie, rzekł Duran.
— Gdzie on jest?
— W Litwie, odpowiedział karzeł.
— Mianowicie?
— Na dworze Sapiehy wojewody Podlaskiego.
— Kto go tam zawiózł?
— Czterech szlachty, na czele jej Krzysztof Pieniążek.
— Z czyjego rozkazu?
— Nieznajomego szlachcica.
— Jego imię?
— Głowa nie wie.
Książe się zamyślił. Dobrze, rzekł, a teraz reszta.
Gronovius mruknął na Durana. Ten podstawił drabinkę do półki, rozgarnął słoje, wyszukał flaszki z czerwoną jakąś mieszaniną, nalał z niej kilka kropel w maleńką bańkę, tak zrobioną, że mogła być zawieszona na sznurku i noszona na szyi, a potem podał ją księciu.
— Tylko tyle?
— Aż nadto wystarczające, odpowiedział Gronovius.
Sołomerecki schował podaną sobie flaszeczkę za suknię, pochodził po izbie, jakby się chciał uspokoić, wskazał ręką na drzwi, które mu Duran odemknął i powoli wyszedł.
Jacuś stał na drodze i świstał.
— A co paniczu? dostałeś lubczyku? spytał przedrwiewając; mówią że oni lubczyk przedają, hę? Czy to prawda?
Popchnięty w milczeniu, odskoczył na kilka kroków, zdjął czapkę i pokazując język, dodał niby żegnając:
— Nogi całuję, Lubczyka.
Ledwie się drzwi zamknęły, gdy Czuryło pukać do nich począł i wszedł z synem niespokojny.
Dwaj czarnoksiężnicy naradzali się nad czemś w pośrodku izby, Gronovius wyszedł naprzód.
— Chcę z wami pomówić na osobności. Wskazał na drzwi lochu, do którego on, syn i Gronovius weszli. Duran stanął na wschodkach.
— Wiecie kto od was wyszedł? rzekł Czuryło nie dobrze pokrywając niepokój, którego doznawał w tem miejscu dla niego straszliwem.
— To do was nie należy.
— Owszem za tem idę.
— W tem tajemnicy nie ma, Sołomerecki był u was.
— Być może, ja osób nie znam, nie wiem.
— Pytał was o bratanka.
— Nie pamiętam.
— Daliście mu flaszeczkę, którą wychodząc zgubił.
Gronovius pomięszał się niewymownie na widok bańki, zabełkotał, wstał i rzucił wejrzenie ku Duranowi.
— Ta bańka, mówił stary dalej, zawiera truciznę dla bratanka.
— Nie wiem, ona nie odemnie.
— O tem się później przekonamy, mówił Czuryło usiłując udawać odwagę, której mu wielce brakło.
— Ale czego wy chcecie od nas, zapytał poważnie Gronovius. Jeśli straszyć, uprzedzam was, że mnie się lękają, a ja się nikogo nie boję.
— Być może, jednak. Pozwólcie mi ułożyć się z wami.
— O co chcecie, ale mi nie groźcie.
— Powiedźcie mi czego od was chciał ten co wyszedł?
— Wszak wiecie.
— Domyślam się tylko.
— Domyślacie się może słusznie.
— Powiedzieliście mu gdzie jest bratanek?
— Powiedzieliśmy o co pytał. Dajcie nam tę bańkę — proszę, dodał, wyciągając rękę, może ona wzbudzić podejrzenia, obmowy i chociaż nie odemnie wyszła.
— Od was.
— Nie, wszelako choćby dla ciekawości mieć bym ją pragnął.
— Oddam wam ją, powiedźcie mi, czego on przychodził. Tu pan Czuryło dostał sakiewki, wyjął trochę pieniędzy i położył na stole.
— Oddacie mi bańkę?
— Przyrzekłem.
Głos z góry pochodzący, stłumiony i straszny, wyrzekł z wielkiem przerażeniem pp. Czuryłów obu:
— Pytał i odpowiedziano mu: Dziecię jest u Sapiehy.
Gronovius nie zdziwił się wcale głosowi, zsunął pieniądze, zabrał bańkę, a nim mieli czas wynijść, zaczęto silnie bić we drzwi. Czuryłowie byli już na wschodach, Gronovius pospieszył naprzód, Duran odryglował.
— Zgubiłem bańkę, rzekł głos ze drzwi.
— Wiem, odpowiedział Duran i nie będziecie mieli drugiej.
— Płacę, zawołał wchodzący.
Czuryłowie poznawszy głos, zatrzymali się w lochu, Gronovius pospieszył do drzwi, poszeptał coś i wszystko ucichło.
Książe odszedł.
Szlachta nie wiele pojmując co się w koło niej działo, wyszła powoli do pierwszej izby. Turkot powozu zapowiedział odjazd księcia.
Zaledwie dobyli się z mieszkania dwóch czarnoksiężników, u wejścia spotkali mnóstwo osób ciągnących się tutaj, kobiety zakwefione, panów z nasuniętemi na głowy czapkami, mieszczan, młode dziewice. Jedni pukali do drzwi, drudzy oczekiwali kolei, chroniąc się w ciemnych kątach kamienicy i unikając siebie.
Między temi poznał p. Czuryło, panią Janowę zubożałą kupcowę, która obok Marcinowej stragan miała, Agatę powiernicę księżnej, p. Pudłowskiego senjora bursy, znacznego między wielą swoją połamaną figurką, żyda Hahngolda przechadzającego się w ciemnej galerji i mierzącego okiem wchodzących i wychodzących.
Wszyscy niespokojnie poglądali na drzwi pracowni Durana i czekali kolei. Pan Krzysztof schodził z Łęczycaninem ze wschodów, spojrzał na sowę i zawołał:
— Utrapieńcy! ot co ludu czeka na ich rady i wróżby. Gdyby mi tak pięknie za mieszkanie nie płacili, nigdybym ich tu nie trzymał! A w nocy jak poczną smażyć, to śmierdzi na cały dom, tak że wszyscy moi sąsiedzi się skarzą. Osobliwsza, czem oni tak smrodzić mogą, bo te zapachy do niczego niepodobne.
— A wiecie że i ja byłem u nich, rzekł Łęczycanin.
— No! a tyż tam po co?
— Radziłem się na nogę.
— Cóż ci dali?
— Plaster bardzo skuteczny, a jacy grzeczni, częstowali piwem, niezłe nawet, gawędziliśmy długo. Prawda że ten mniejszy trochę brzydki, ale co skuteczny to skuteczny człowiek! Noga się zgoiła za trzy dni.
— Czy tylko nie wyśpiewałeś im czego?
— Za kogoż mnie to macie?
I zeszli razem w ulicę, kierując się do blizkiej garkuchni.





VII.
PAPIERY.

W mieszkaniu księcia Sołomereckiego nowe przygotowania do podróży, słudzy wszyscy na nogach, konie wyprowadzając siodłają, zaprzęgają, a zgraja żydów lichwiarzy, pijawek czarnych, kręci się w dziedzińcach. Książe zawsze potrzebny pieniędzy, przywykły tak do wystawnego i marnotrawnego życia, że odmienić go już nie mógł; w gorączkowem tem zniecierpliwieniu oddaje ostatnie klejnoty w zastaw, pamiątki po ojcu, pamiątki po matce. Chmara żydów ciśnie się do izby, gdzie starszy dworzanin zawiera te wstydliwe i upokarzające umowy. Jedni rozpychają drugich, kłócą, bo każdy chce zyskać; dają się bić, bezcześcić, łajać, a nie ustępują.
Książe, z obojętnością wielkiego pana nie patrzy, nie dowiaduje się nawet; wydobywa klejnoty, spoziera na nie bez łzy w oku, bez żalu, i oddaje, obelgami obsypując lichwiarzy, których sam wezwał. Potrzeba mu pieniędzy na drogę, ostatnie sposoby dostania ich wyczerpał, przyjaciele pożyczać nie chcą; udał się do żydów.
W kąciku Kampsor Hahngold rozpatruje kutas pereł i pierścień z szafirem; dalej drugi waży srebrną złocistą nalewkę z miednicą. Na dworzanach księcia czyni to wrażenie niemiłe, szepcą między sobą, oglądają się, wahają.
— Słuchaj Miklasiu, mówił starszy jeden do młodzika w zielonej barwie, coś tu się u nas źle święci. Ostatki żydzi biorą.
— A co nam do tego.
— I bardzo Miklasiu! To pachnie ruiną i nędzą, ostatki! a potem może i chleba zabraknąć. Trzeba o sobie myśleć.
— Ja myślę, że jeszcze pora, nic nie nagli, będzie miał pieniądze.
— A! będzie, ale czy to te pieniądze wystarczą na długo? Żydowski grosz, to się rozłazi prędko, rzekłbyś że się spieszy powracać do nich nazad. I za te kutasiki nie wiele go dostanie, bo żyd inaczej jak połowy wartości nie da.
— A więc cóż?
— Trzeba o sobie myśleć. Ja podobno konia wziąwszy i jurgieltu zapomniawszy, drapnę szukać innego pana.
— Powiedz-że i mnie, kiedy, to i ja z tobą. Inny, podsłuchawszy rozmowy, przysunął się.
— Nie spieszcie się, panowie bracia, fortuna jeszcze się do nas obrócić może. To jest casus ekstraordynaryjny, wygramy bitwę z księżną Jejmością i będziemy bogaci.
— Jeżeli wygramy.
— To nie ulega wątpliwości.
Obcy jakiś wsunął się między dworzan.
— Panowie bracia, należycie do dworu księcia Sołomereckiego?
— Tak jest.
— A nie życzylibyście sobie odmienić pana?
— Czemuż nie, jeżeliby się co dobrego nadarzyło.
— Wyśmienitego, nadarzyć się może.
— Cóż takiego?
— Księżna Sołomerecka potrzebuje dworzan dla siebie i syna, podwójny jurgielt da i barwę, a kto wie, co dalej. Za wierne usługi. U niej obietnica święta i jest z czego otrzymać.
Starszy się oburzył.
— Księżna! nieprzyjaciółka pańska.
— Ba! mości panowie, a cóż wam uczyniła?
— I bardzo wiele, z jej przyczyny nasz książę goły tak, że jurgieltu zapłacić nie ma z czego, a na drogę klejnoty zastawia.
— Któż mu winien, wszak księżna Jejmość dawała mu majątek, gdyby tylko chciał jej dziecka nie prześladować.
— I nie przyjął?
— Ani chciał słuchać. A przytem księżna swoim dworzanom mogła by dać jakąś gratyfikacją, co by załatało ten nie wypłacony jurgielt.
— Doprawdy?
— Ja myślę.
— Wy od niej jesteście?
— Nie, proszony tylko o wyszukanie. Myślałem że widząc co się tu dzieje, zechcecie może zapewnić sobie bezpieczniejszą przyszłość.
Dworzanie poczęli z sobą umawiać się.
Wieść jak błyskawica przeleciała między niemi; starsi, za niemi młodsi poczęli wahać się; a gdy raz przypuścili możność porzucenia księcia, myśl ta coraz się wszelkiemi okolicznościami utwierdzała. Niektórzy pozabierawszy swoje szkapy ze stajni, wybierali się jechać.
Starszy złapał ich we wrotach.
— Dokąd mości panowie? dokąd?
— Nie ma tu już co robić pono, jedziemy szukać służby.
Jak tylko jeden odważył się to wyrzec, reszta poszła za nim. Nieznajomy czekał z obojętną twarzą niedaleko wrót. Starszy pobiegł do księcia.
— Dwór W. ks. Mości, zawołał zdyszany, dworzanie...
— Co się stało?
— Odjeżdżają.
— Jak? dokąd?
— Rzucają służbę.
— Z jakiego powodu? To być nie może.
— Bóg wie, zapewne zlękli się dzisiejszej rannej z żydami sprawy.
— Podli! rzekł bledniejąc Sołomerecki dumnie, niech jadą na złamanie karku! Nie wstrzymywać ich, zapłacić jurgielt ostatniemi.
I zaciął zęby, oczy mu się zaiskrzyły, padł na krzesło blady.
— Słyszysz W. Mość? ostatkami im zapłacić, nie chcę ich teraz, znajdę innych, nie chcę gdyby mnie na klęczkach prosili. W tem jest czyjaś podmowa. Idź.
Starszy wyszedł i nawołując wyjeżdżających z podwórza:
— Mości panowie bracia, rzekł, za pozwoleniem. Książe Jegomość kazał mi wam jurgielt opłacić na was i na konie, proszę do mnie.
Ta niespodziewana wiadomość zachwiała dworzany, porzucali konie, poszli odbierać pieniądze, kilku sądząc że się omylili i wstydząc swojego kroku chcieli pozostać. Starszy oznajmił że ma polecenie odprawić ich. Inni wierni księciu nie myśleli nawet o odjeździe; ale takich kilku tylko pozostało, reszta wysunęła się za wrota z nieznajomym, który ich poprowadził z sobą, szepnąwszy coś Hahngoldowi. Żyd pobladł, zamamrotał coś do drugich żydów, a lichwiarze w oka mgnieniu porzuciwszy jeszcze nie otaksowane klejnoty i nie chcąc już w żadną wchodzić umowę ustąpili.
Starszy pobiegł do księcia.
— M. książe, żydzi traktować nie chcą.
— Co się im stało?
— Nie pojmuję! nie rozumiem, poszeptali coś z sobą, porzucili umowy i poszli.
— Wszyscy?
— Wszyscy. Książę osłupiał.
— W tem jest jakaś sprawa szatańska. Pieniędzy! pieniędzy i jechać! Muszę spieszyć, oni to dziecko przekleństwa uwiozą znowu! Do Litwy, do Litwy. Rób W. Mość co chcesz, a dostań mi pieniędzy.
— Nie wiem co mam robić, nie pozostało nic, gdy żydzi odmawiają.
— Innych wezwać.
— Było ich przed chwilą więcej niż potrzeba, teraz nie ma ani jednego.
— Ale z jakiegoż powodu?
— Nie pojmuję.
— Może warunki?
— Ja nie podawałem żadnych, wedle dyspozycji W. ks. Mości godziłem się na proponowane przez nich.
— Cóż ich odstręczyło? to coś jest.
— Jest, ale niepojętego!
Książe uderzył o stół pięścią.
— Wyjeżdżać! zawołał.
— Ale to niepodobieństwo!
— Wyjeżdżać mówię!
— Dworzanie uszli.
— Mniejsza o to, wyjeżdżać, wyjeżdżać!
— Nie ma pieniędzy.
— Wystarczy tych co są.
— Opłacone za rozkazem W. ks. Mości jurgielta.
— Wszystko wyszło?
— Do grosza, nawet dla dwóch zabrakło.
— Sprzedaj Wpan co chcesz. Wyjeżdżać, muszę dziś wyjechać.
— Ale cóż sprzedamy?
— Zastaw Wpan duszę, krzyknął książe w gniewie, a dostań pieniędzy; potem rzucił się do papieru i pióra, prędko napisał słów kilka do Piotra Zborowskiego i kazał wysłać dworzanina do niego.
Gdy się to dzieje, zrozpaczony i zniecierpliwiony książe przechadza się po izbie kroki wielkiemi, głowa mu płonie, miesza się, klnie, niepokoi. Sto razy pyta czy nie wrócił posłaniec od Zborowskich. Nareszcie przyjechał.
— Przywiózł pieniądze?
— List tylko!
Nieczytając, rzucił go na podłogę, oczy mu się roziskrzyły, zapaliły, zęby zgrzytnęły.
— Przyjaciele, zawołał, przyjaciele, niech ich szatan zdusi!! Rodzaj gorączki, rodzaj obłąkania opanowywa go, nie wie co począć.
— Wyjeżdżać! woła, wyjeżdżać! konie, powóz, sprzęty, sprzedać wszystko, pojedziemy we dwóch, we trzech a wyjeżdżać, wyjeżdżać!
Nie mniejsza niespokojność w gospodzie księżnej i u pp. Czuryłów, ta o synu zwątpiła, chce posyłać za nim; ci namawiają się co począć, młodszy wybiera się sam w drogę. On to odmówił dworzan księcia i przyjął ich dla Anny, sądząc że tym sposobem wstrzyma wyjazd jego, on szepnął żydom słowo czarodziejskie, które wstrzymało pieniądze. Ale i to nie pomogło zupełnie.
— Potrzeba go uprzedzić, rzekł młody Czuryło, jest nas kilku, wszystko gotowe, jedziemy, a nim książe przybędzie na dwór Sapiehy, już tam Stanisława nie zastanie.
To mówiąc, począł sposobić do drogi. Stary pomagał mu sam.
Z tłomoczka wypadł zwitek papierów zasmolonych długiem noszeniem po wierzchu, czerwonym sznurkiem jedwabiu związanych.
— Co to jest? spytał stary.
— A! to jeszcze pamiątka mojej niewoli.
— Jaka?
— Wiosłując na galerze tureckiej pod Stambułem, miałem za towarzysza i sąsiada biednego księdza przez zbójców morskich zabranego. Ten umierając oddał mi papiery jakieś, zaleciwszy abym za powrotem do kraju komu należeć będą przesłał, mają bowiem posługiwać jakiejś rodzinie naszej. Ksiądz był Polak podobno, lub przynajmniej długim pobytem u nas spolaczały. Wracał z Rzymu, gdy go pochwycili zbójcy.
— Widziałeś te papiery? spytał stary.
— W niewoli musiałem ukrywać i przepatrzyć nie miałem czasu, wróciwszy nadto byłem sobą zajęty; miałem to kiedyś uczynić później.
— Zobaczmy lepiej zaraz, przerwał stary, uderzony myślą jakąś szczególną.
— Zobaczcie ojcze, ja pośpieszę się w drogę wybierać.
Stary usiadł, rozwiązał sznurki, rzucił okiem, nagle wykrzyknął:
— Jezu! Marja! Co za zrządzenie!
— Co to jest?
— Ty nie wiesz?
— Nic nie wiem.
— Papiery ks. Hausera! papiery Sołomereckich! Ksiądz powracający z Rzymu to był on!
— Kto taki?
— Ksiądz wysłany przez nich, dla legalizacji małżeństwa księżnej. Wygrana! wygrana! zwyciężyliśmy!
— Nie pojmuję. Cóż to są za papiery?
— Wszystko skończone, tryumfujem, rzekł stary chwytając czapkę i laskę. Chodźmy do księżnej, do księżnej.
I zdyszany Czuryło, nie mogąc pohamować swej radości, schwycił się na pierwszego konia jakiego mógł znaleźć pod ręką, poleciał.
Księżna Anna tylko co powróciła z kościoła, smutna słuchała opowiadania sługi, który o odmówieniu dworzan przez młodego Czuryłę, o spóźnionym wyjeździe księcia zdawał jej sprawę. Spostrzegłszy Czuryłów obu z twarzą rozjaśnioną przybywających, nie wiedziała co myśleć.
— Czemu nie w drodze? spytała, on wyjeżdża.
— Nie wyjedzie jeszcze tak rychło, odrzekł młodszy.
— A tymczasem dobrą nowinę W. ks. Mości przynosim.
— Jakąż? co się stało?
— Wielki i ważny a najmniej spodziewany, nigdy nieprzewidziany wypadek.
— Na Boga, cóż może być takiego?
— Papiery ks. Hausera.
— Znalazły się? zawołała księżna podbiegając.
— Najosobliwszym trafem, mój syn...
— Odzyskał je, jakim sposobem?
— Będąc w niewoli, był towarzyszem księdza Hausera, zmarłego jak się pokazuje na galerze tureckiej. Konając polecił papiery memu synowi. Ten ich nawet nie patrzał dotąd. Dziś, gdyśmy się w drogę wybierali, wypadły.
Spytałem, przejrzałem je. Oto są.
Księżna Anna płakała z radości.
— O! to opatrzność Boża nad nami!
— Ale, dodała po chwilce, potrzeba księcia wstrzymać, to nic nie pomoże. Co począć z niemi?
Czuryło namyślał się chwilę.
— Radziłbym W. ks. Mości, rzekł, udać się z niemi do Firleja, pozwać księcia przed sąd arbitrów, aby przy świadkach zmuszony był niezbitemi dowody uznać wasze małżeństwo i dziecię z niego urodzone. Spieszcie tylko aby nie wyjechał.
Natychmiast księżna Anna kazała zajechać kolasce, siadła i udała się do Firleja.
Zastała go, że to było rano jeszcze, w komnatach żony. Dziwny to był widok, starca cudzoziemskim strojem wykwintnie ubranego, siwego już i dobrze podstarzałego, obok świeżej i młodej małżonki.
Była to, jakieśmy rzekli wyżej, trzecia już żona kasztelana, Mniszchówna z domu, lat ledwie podówczas dwadzieścia licząca. Bogata, strojna, siedziała z mężem panem u stołu, na którym ostatnie kasztelana dziecię bawiło się wielkiem piórem strusiem.
Stary kasztelan z uśmiechem poglądał na tę latorośl swego domu, a w jego wejrzeniu znać było dumy o przyszłości dziecięcia.
Księżna oznajmiona weszła.
— Cóż sprowadza miłą W. ks. Mość u mnie przytomność? spytał kasztelan.
— Szczęśliwy traf i prośba, odpowiedziała Anna.
— Bardzom rad, jeżeli jej w czem usłużyć potrafię, odparł kasztelan, mam bowiem na sumieniu zawiedzione W. ks. M. nadzieje względem dziecięcia, któregom się opieki podjął.
— Nic się złego nie stało, moi to przyjaciele z Krakowa go wywieźli potajemnie, bez mojej wiadomości, obawiając się napaści księcia.
— Doprawdy? I gdzie się dziecię znajduje?
— Na dworze Fryderyka Sapiehy.
Firlej zagryzł usta trochę nie rad, ale prędko wracając do grzeczności uprzedniej i uśmiechu, spytał:
— W czemże W. ks. Mości użytecznym jeszcze być mogę?
— Cała moja nadzieja na was, papiery o które starałam się przez nuncjaturę już są w mojem ręku.
— Jakto? ktoś skuteczniej odemnie wyjednał je?
— Nie, oryginalne papiery ks. Hausera znalazły się dziwnym trafem. Towarzysz niewoli jego w Turcji, wyzwolony przywiózł je. Oto są. Błagam was, wezwijcie do siebie księcia, arbitrów, niech ludzie widzą, niech sądzą, niech się to wszystko nareszcie bez mego wstydu zakończy.
Kasztelan spoglądał na podane papiery, przerzucił je wstając.
— Będzie, rzekł, jak pragniecie, jutro wezwę do siebie wszystkich znajdujących się w Krakowie panów braci senatorów i znakomitszą szlachtę, wezwę księcia, aby zmuszony był w obliczu ich uznać bratanka i później retraktacji nie mógł już uczynić. Bądźcie spokojni. Cieszę się waszą pomyślnością z duszy i serca.
— Ale książe jest na wyjezdnem, goni w Litwę za biednem dziecięciem mojem, nie wiem czy go wstrzymać potraficie.
— Sądzę, że potrafię, rzekł dumnie Firlej. Wnet poszlę do niego dworzanina z wezwaniem na dzień jutrzejszy, nie pisząc dla czego, a rozstawię moich ludzi, aby go z oka nie spuszczali i w razie upornej woli wyjazdu, wszelkiemi sposoby wstrzymali.
— Jakże wyrażę moją wdzięczność?
— O! to ja powinienem dziękować, żeście mnie na tę poczciwą usługę wybrali. Bądźcie spokojni, rozpiszę wnet listy.
Dworzanie i paziowie kasztelańscy stojący w bocznej komnacie, natychmiast wezwani rozbiegli się po znajdujących w Krakowie panach senatorach, zapraszając ich dla ważnej sprawy na jutro. List z kancelarji kasztelana wezwał księcia Sołomereckiego także.
Książe jeszcze się burzył opóźnionym wyjazdem swoim, gdy mu oddano pod pieczęcią Firlejowską grzeczne zaproszenie na dzień jutrzejszy; list nie wyrażał celu zgromadzenia, wymieniając tylko że na niem znajdować się mieli znakomitsi przytomni w Krakowie panowie bracia.
Sołomerecki rzucił go z początku obojętnie, ale dworzanin Firlejowski wymagał odpowiedzi koniecznie nalegając.
Namyślał się książe. Nadzieja spotkania się u kasztelana ze znajomymi, którzy pieniądzmi wesprzeć mogli, skłoniła go udać się. Jeden dzień opóźnienia, rzekł w duchu, nagrodzę pośpiechem w podróży.
Dał więc odpowiedź że się stawi i będzie. Rozstawieni ludzie mieli go przez cały ten dzień nie spuszczać z oka.
Rozpisane listy na wszystkie strony posłane zostały, pp. Zborowskim nawet (jako przyjaciołom Sołomereckiego). A Łaskiemu, ks. Uchańskiemu, biskupowi Karnkowskiemu, kilku kanonikom krakowskim i innym pp. senatorom i szlachcie.
Gubiono się w domysłach nad celem tego zjazdu, przypisując mu znaczenie całkiem polityczne. Ciekawość, to uczucie tak silnie nawet najpoważniejszemi, najsurowszemi władające ludźmi, skłoniła wszystkich do stawienia się u kasztelana. Nawet panowie Zborowscy, otwarci nieprzyjaciele jego, nie odmówili swego przybycia, sądząc, że ważne publiczne sprawy traktować się miały, a niechcąc by co bez nich postanowiono. Wieści o słabości króla, wcześnie gotująca się już nowego elekcja, intrygi dworu francuskiego i kardynała Commendoniego, nie czekające śmierci Augusta, dawały temu zjazdowi wszelkie podobieństwo do politycznej narady.
Tymczasem księżna, która także kazała śledzić kroki swego nieprzyjaciela, dowiedziała się z radością że wstrzymał swój wyjazd. Czuryło odłożył podróż na dni kilka, dwóch tylko jeden za drugim do Sapiehy wyprawując gońców z poleceniem młodemu księciu, aby się za odebraniem ich co najrychlej ukryć pospieszył.
Szczęśliwe wynalezienie papierów udowadniających małżeństwo niezbicie, nie mogło wszakże zupełnie uspokoić księżnę Annę o przyszłość syna. Stryj uznawszy go, będąc do tego oczewistością niezbitych dowodów przymuszony, mógł jednakże prześladować i czyhać nań później jeszcze. Położenie jego majątkowe, grożący mu niedostatek, rozprószone resztki fortuny, przywodząc do rozpaczy, naturalnie wzbudzać musiały myśl pozbycia się Stanisława i tak już oddawna w nim wzrastającą.
Czuła to księżna, a bardziej jeszcze oba Czuryłowie, zwłaszcza młodszy, który wylawszy się cały na usługi Annie, coraz bardziej gruntował się w zamiarze pozbycia księcia jakimkolwiek sposobem. Życie człowieka zdawało mu się małą ofiarą w miarę spokojności, którą księżnie i synowi jej zapewnić miało.
Nazajutrz około południa poczty panów polskich, kolasy biskupów, rydwany, konni, dworscy, paziowie, słudzy zajęli dziedziniec Firlejewskiego domu. Co chwila przybywali nowi, niektórzy nawet nie zaproszeni, ale ciekawi i pod różnemi pozory, chcący uczestniczyć w tem, jak się im zdawało, zgromadzeniu celem narady o rzeczy publicznej. Firlej uśmiechał się po cichu