Przez kraj Skipetarów/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Przez kraj Skipetarów
Podtytuł Powieść podróżnicza
Rozdział W powodzi
Data wydania 1909
Wydawnictwo Wydawnictwo „Przez Lądy i Morza“
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów; Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Durch das Land der Skipetaren
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.
W powodzi.

Mimo znużenia i potrzeby spoczynku nie mogłem zasnąć. Słyszałem, jak hadżi od czasu do czasu półgłosem chichotał, ciesząc się z tego, że mu się udał figiel. To powodzenie pozbawiło go zwykłego spokoju. Monotonny, nieustanny, szmer deszczu również długo spędzał sen od moich powiek, aż wreszcie uśpił mnie. Wkrótce zbudził mnie głośny stuk. Pukano do drzwi w ten sam sposób, jak poleciłem Janikowi. Podniosłem się, przypuszczając, że to Anka, która miała nam pewnie coś oznajmić.
Janik otworzył i mój domysł się sprawdził. Weszła dziewczyna, a w tej chwili zbudzili się także Osko, Omar i Halef.
— Przebacz, że wam przeszkadzam, effendim — rzekła nasza dzielna sojuszniczka. — Przynoszę wam wiadomość. Janik opowiedział mi o waszym zamiarze: chcieliście tych ludzi tam na górze wsadzić do wody. Czy wam się to udało?
— Tak i oni są jeszcze na górze.
— A ja myślę, że ich już niema.
— Ach! W jaki sposób zdołali zejść?
— Tego nie wiem, ale nie bez powodu przypuszczam, że znajdują się teraz w zamku.
— To byłaby zaiste niespodzianka.
— Janik nakazał mi uważać. Habulam posłał mnie wcześnie na spoczynek, ja jednak spać nie poszłam i wyglądałam przez okno. Zobaczyłam pana, skradającego się do ogrodu z Humunem. Aby móc usłyszeć, kiedy powróci, zeszłam na dół i położyłam się tam za drzwiami, obok których musieli przechodzić. Zostawiłam je cokolwiek otwarte. Mimo trudu, jakiego sobie zadawałam, aby czuwać, zasnęłam. Nie wiem, jak długo to trwało, ale przebudził mnie dopiero jakiś hałas. Dwu mężczyzn zbliżyło się z podwórza i przeszło koło moich drzwi. Jeden z nich mówił i poznałam Habulama po głosie. Klął, jak jeszcze nigdy. Słyszałam, że w kuchni rozniecił ogień i przyniósł sobie suknie. Zdaje mi się, że tym, do którego mówił, był Humun. W kuchni zrobił się zaraz wielki hałas. Rozległy się raz po raz gniewne głosy, oraz trzaskanie płonącego drzewa. Nie wiem, co oni tam robią, lecz przybiegłam tu, by wam powiedzieć, co zauważyłam.
— To bardzo zacnie z twej strony. Widocznie umknęli w jakiś sposób. Halefie, gdzie daliście drabinę?
— Nie odnieśliśmy jej, lecz położyliśmy na ziemi. Goście kąpielowi nie mogli przecież zleźć z wieży, aby drabinę przystawić!
— Tak, ale mogło kilku z nich zleźć po wężu i przystawić drabinę.
— Hasza — broń Boże! Zobaczymy! Wybiegł, a Osko i Omar za nim. Gdy w kilka minut wrócili, miał Halef minę; wielce strapioną i powiedział:
— Tak, zihdi. Tam ich już niema. Sam widziałem.
— A więc drabina stoi oparta o wieżę.
— Niestety! Z drugiej strony leży na ziemi wąż.
— A więc jest całkiem tak, jak przypuszczałem. Odkryli węża i kilku się po nim spuściło. Następnie odwiązali go i rzucili, a przystawili drabinę. Reszta zeszła też po niej, a teraz są w kuchni, aby się zagrzać i wysuszyć przemoczone ubrania.
— Wolałbym, żeby w piekle siedzieli, gdzieby daleko prędzej wyschnęli, niż w kuchni! — gniewał się Halef. — Co zrobimy, effendi?
— Hm! Trzeba się zastanowić. Sądzę, że należałoby...
Przerwano mi. Nie zaryglowaliśmy drzwi i były nieco odchylone tak, że światło padało na zewnątrz. Teraz otwarły się więcej i dał się słyszeć głos Habulama:
— Anka, szejtan kyzi[1]! Kto ci pozwolił tu pójść?
Dziewczyna drgnęła ze strachu.
— Wychodź natychmiast! — zabrzmiał rozkaz z zewnątrz. — A Janiku, ty psie, ty także tam! Bat nauczy was posłuszeństwa.
— Muradzie Habulam — odparłem — czy nie raczysz wejść do środka?
— Dziękuję. Nie czuję ochoty wystawić się na zabójcze działanie twego spojrzenia. Gdybym był wiedział, jakim jesteś uwodzicielem służących, byłby dom mój zamknięty dla ciebie.
— O tem pomówimy obszerniej. Wejdź tylko!
— Ani mi się śni! Wyślij mi moją służbę! To plemię podstępne nie ma tam czego szukać!
— Zabierz ich sobie!
Nie odpowiedział na to. Wtem odezwały się przyciszone głosy. Widocznie sam nie był.
— Jeśli nie wejdzie, to ja go sprowadzę — rzekł hadżi i przystąpił do drzwi pół otwartych. Wtem usłyszałem zgrzyt kurka, a głos jakiś wrzasnął rozkazująco:
— Nazad, psie, bo cię zastrzelę!
Halef drzwi czemprędzej zatrzasnął.
— Słyszałeś, zihdi? — spytał zdumiony raczej, niż przestraszony.
— Badzo wyraźnie — odrzekłem. — To był głos Baruda el Amazat.
— Mnie się także tak zdaje. Pod szopą stało dwu ludzi, którzy złożyli się do mnie. Nie udał im się zamach skrytobójczy, więc próbują teraz otwartego napadu.
— Wątpię. Nie odważą się nas tu zastrzelić; toby się zaraz rozniosło. Gdyby rzeczywiście mieli ten zamiar, to nie groziliby, lecz strzeliliby bez przestrogi.
— Tak sądzisz? Ale naco ustawili się tam ci dwaj ludzie?
— Zgaduję. Chcą uciec. Zauważyli nieobecność Janika i Anki i powzięli podejrzenie. Szukali ich i u nas znaleźli. Teraz już wiedzą te łotry, że ucieczka dla nich najlepsza, ażebyśmy zaś im nie przeszkodzili, trzymają nas ci dwaj w szachu, podczas gdy reszta przygotowuje się do szybkiego odjazdu.
— Jestem zupełnie tego samego zdania, effendi. Ale czy pozwolimy na to tak spokojnie? Wziąłem sztuciec do ręki i macając po ścianie dostałem się do okiennicy koło drzwi. Omar zgasił lampę tak, że trudno było z zewnątrz mnie spostrzec. Odchyliłem okiennicę po cichu i wyglądnąłem. Deszcz ustał i dzień już szarzeć zaczynał. Po drugiej stronie tylko o kilka kroków od wieży stały dwie ludzkie postacie. Jeden z nich oparł kolbę o ziemię, drugi zaś trzymał strzelbę w prawej ręce prosto do góry. Ponieważ odwrócony był do mnie prawą stroną, przeto lufa wznosiła się tuż obok jego policzka. Jak się zdawało, rozmawiali obaj o czemś z wielkiem zajęciem.
Oparłem sztuciec o dolny brzeg okna i byłem mimo panującej ciemności pewnym mego strzału. Wymierzyłem w lufę strzelby i wypaliłem. Równocześnie z wystrzałem rozległ się okrzyk. Kula dosięgła celu i uderzyła go lufą w twarz, wyrywając mu równocześnie strzelbę z ręki.
— Ej missibet, ej bylekiat — o nieszczęście, o podstęp! — wrzasnął. Poznałem po głosie Baruda el Amazat.
— Precz, precz! — zawołał Manach. — Ten strzał pobudzi wszystkich mieszkańców zamku!
Podniósł strzelbę Baruda, pochwycił go za ramię i pociągnął za sobą. W chwilę potem zniknęli.
Teraz zwróciłem się do towarzyszy:
— Chwytajcie broń i spieszcie do stajni! Te draby gotowe nam zabrać konie.
Wszyscy wybiegli drzwiami. Ja usiadłem znowu naprzeciwko i zatrzymałem sztuciec w ręku, aby być przygotowanym na wszystko.
Anka wyszła także. Po jakimś czasie wróciła z Janikiem i Omarem, który doniósł, że Osko i Halef zostali w stajni, aby koni pilnować. Zdaje się, że ich nikt nie chciał zabierać. Nie widzieli wogóle nikogo. To mnie uspokoiło.
Teraz należało się przedewszystkiem dowiedzieć, gdzie należy szukać drzew, pod którymi znajdowały się konie naszych wrogów. Ale nie wiedzieli o tem ani Janik, ani Anka.
— Jestem pewien, że to wie Humun — dodał młodzieniec — ale on tego nie zdradzi.
— O, ja mam bardzo dobry środek — odrzekłem — szczypce, przy pomocy których wyciągnę z niego wszystko, co zechcę.
— W takim razie potrafisz więcej od innych. Ale on nie wyda swego pana, ani jego sprzymierzeńców.
— Będziesz przy tem, by się przekonać, jak szczery będzie wobec mnie. Czy znasz dokładniej krawca Afrita?
— Nie. Wiem wprawdzie, że właściwie nazywa się Suef, ale bliższej wiadomości nie mogę, niestety, udzielić. Bywa bardzo często u Murada Habulam, podejrzewam go, że nie rozprawia z nim o niczem uczciwem. Dlatego schodziłem mu zawsze z drogi. Z takimi ludźmi lepiej się wcale nie stykać. Najchętniej odszedłbym stąd i cieszyłbym się, gdybym cię mógł odprowadzić do Wejczy. Jeśli masz coś do czynienia w Karanorman-chan, lub w jego okolicy, to może przydam ci się na co.
— Szukam tam wielkiego zbrodniarza, który jest prawdopodobnie sprzymierzeńcem Habulama.
— Co? Z takimi ludźmi żyje pan mój w przyjaźni?
— Tak. Jego dzisiejsi goście, to również rozbójnicy i mordercy, którzy godzą na nasze życie. A kim twój pan jest, możesz stąd wywnioskować, że chciał nas otruć.
— To prawda. Effendi, ja tu nie zostanę. Odejdę z tego domu, choćbym, Bóg wie, jak długo miał być bez służby i zarobku. Odwlecze się przez to spełnienie naszych pragnień, ale wolimy zaczekać, niż służyć takiemu panu.
— No, co do tego, to masz u mnie wynagrodzenie, a Anka także. Ocaliliście nam życie oboje. Gdyby nie wy, jużbyśmy teraz nie żyli. To też należy wam się nagroda, odpowiednia waszemu czynowi i naszemu majątkowi.
— To prawda — zawołano ode drzwi. — Nie śmie nikt o nas powiedzieć, że nie umiemy być wdzięczni, zihdi.
Był to Halef, który wrócił ze stajni i słyszał koniec rozmowy.
— Nie jesteśmy niestety bogaci — mówił dalej — ale spodziewamy się, że będziemy mogli przyczynić się do waszego szczęścia. Jeżeli teraz przez nas porzucicie to miejsce, to musimy się postarać, żebyście wogóle już nigdy nie potrzebowali wracać do służby. Pytam się więc, Janiku, z całą szczerością mej duszy, czy chcesz Ankę pojąć za małżonkę.
— Naturalnie! — zaśmiał się Janik.
— A kiedy?
— Jak najrychlej.
— A ty, kwiecie z Kilissely i wybawicielko nasza, czy służący Janik ma zostać twoim mężem, któremu masz być posłuszną, dopóki będzie rozumny i żądać nie będzie od ciebie niedorzeczności?
— Tak, pragnę, żeby był mym mężem — rzekła dziewczyna, rumieniąc się.
— Niechaj więc spłynie na was nasze błogosławieństwo z tego worka szczęścia i wdzięczności. Jestem sławnym kasyerem naszego towarzystwa. Były to pieniądze nieszczęścia, lecz postanowiliśmy zamienić je w monetę szczęścia, a teraz mamy do tego sposobność.
Wyjął długą sakiewką, która zawierała pieniądze, zdobyte w walce koło derekulibe i otworzył ją.
— Pozwolisz, zihdi? — zapytał.
— Chętnie! — rzekłem, ciekawy, ile da obojgu.
— Więc złóżcie ręce i chwytajcie deszcz szczęścia! Janik się nie ociągał. Złożył obie rące małymi palcami do siebie i podał je hadżemu. Widząc to, postąpiła Anka tak samo. Złożone dłonie przybrały kształt wklęsłej miski i mogły objąć sporą ilość pieniędzy. Halef sięgnął do worka i zaczął liczyć, kładąc na przemian po złotówce to w ręce Anki, to Janika:
— Bir, iki, ycz, dyrt, besz, alti, jedi, sekic, dokuc, on — a więc do dziesięciu.
Liczył same złote tureckie funtówki, po sto piastrów jedna, a więc obojgu po tysiąc piastrów czyli około 220 koron, co dla nich było sumą bardzo znaczną. Potem zapytał oboje radośnie zdumionych:
— Czy wiecie, co to jest akcze baszy[2]?
— Nie — odrzekł Janik.
— Akcze baszy, to kwota, o którą złoto więcej warte od srebra. To wynosi teraz po ośm od sta. Jeśli będziecie mieniać taką złotówkę, to muszą wam dać za nią sto ośm piastrów w srebrze. Zapamiętajcie to sobie, bo to wynosi po ośmdziesiąt piastrów dla każdego z was.
To pouczenie kupieckie nie było bynajmniej zbytecznem. Stosześćdziesiąt piastrów stanowiło dla tej pary sumę wcale nie obojętną. Nie wiele jednak zważali na jego słowa. Wszystkie ich uczucia i myśli skoncentrowały się w spojrzeniach, zwróconych z radością na złotówki.
— Panie — zawołał w końcu Janik — czy ty z nas sobie żartujesz?
— Nie — odrzekł poważnie Halef.
— Ależ to niemożliwe! Tysiąc piastrów dla mnie i tysiąc dla Anki — kto temu uwierzy?
— To, co macie w ręku, to wasze, a to, co w moim, to do mnie należy. Zróbcie z waszą własnością to co ja z moją. Uważajcie!
Zwinął sakiewkę i wsunął ją, krząkając, do kieszeni. Oni jednak wahali się pójść za jego wezwaniem.
— Te pieniądze... samo złoto — zawołała Anka. — Powiedz nam jeszcze raz, że to odtąd jest naszem, bo nie mogę uwierzyć.
— Czy uwierzycie, czy nie, to mi jest obojętne. Główna rzecz w tem, żebyście schowali, a potem się pobrali. Janikowi było tak pilno, więc niech się teraz nie ociąga.
— O, muszę jeszcze effendiego zapytać. To suma taka wielka! My tyle nie potrzebujemy, bo mamy nasze oszczędności. Co dla was zostanie, jeśli darujecie nam cały majątek?
— Nie troszcz się o nas — zaśmiał się mały hadżi. — My już wiemy, jak żyć bez pieniędzy. Jedziemy po jol mihmandarlykin[3] i nawet nasi najwięksi wrogowie muszą nam płacić haracz. Czy sądzicie może, że waszemu panu Habulamowi darujemy chociażby piastra za to, co zjedliśmy u niego? Ani nam to w głowie. Mam nadzieję, że mój zihdi pozwoli zapłacić mu inną monetą. Widzicie, że nam nie trzeba pieniędzy. Możecie więc zabrać sobie tych kilka złotówek i nie myśleć, że będziemy głodem przymierali. Zresztą przyswoiliśmy sobie od pewnego czasu chwalebny obyczaj, że każdemu hultajowi, który wpadnie nam w ręce, zabieramy to, co ukradł, i darowujemy ludziom uczciwym. Prawdopodobnie spotkamy niebawem znowu takich łotrów! Wówczas siedzieć będziemy jak kusz w pirincz demeti[4] i chwalić Allaha za dobroć, z jaką rządzi państwem padyszacha.
Aby położyć kres podziękowaniom obojga uszczęśliwionych, kazałem Halefowi i Janikowi zabrać nasze rzeczy i udać się do stajni, aby konie posiodłać.
— Chcesz odjeżdżać, effendi? — zapytał Janik strapiony.
— Tak, ale nie zaraz. Chciałbym tylko, żeby konie były gotowe na wszelki wypadek. Ciebie i Ankę zabieramy z sobą.
— Ależ Murad Habnlam się na to nie zgodzi!
— Postaram się o to, żeby dał zezwolenie.
— Bylibyśmy ci wdzięczni podwójnie. Przybyłeś tu, jak gdyby...
— Cicho! Wiem już, co chcesz powiedzieć i wystarczy nam na razie to, że jesteś człowiekiem dobrym i wdzięcznym.
Wyszli, ja zaś usiadłem na krześle pani Habulamowej i kazałem się potoczyć za nimi.
Pierwsza szarość świtu pojaśniała tymczasem. Można było widzieć dość daleko. Deszcz ustał całkiem, a niebo wskazywało na pogodę.
Aby się dostać do stajni, musieliśmy minąć otwarty budynek w kształcie szopy. Dach spoczywał na tylnej ścianie, a z przodu na słupach drewnianych tak, że można było widzieć wszystko, co wewnątrz się znajdowało. Zauważyłem tam wóz, ale nie z tych ciężkich, zwanych araba i zaprzęganych wołami, lecz lepszej i ładniejszej budowy, jakie w tamtych stronach nazywają koczu lub hintot. Obok wisiała turecka at takymy[5] na ścianie, tak, co prawda, podobna do naszej, jak wełniany łeb czarnego stróża haremu do fryzury francuskiego baletmistrza. Oba te przedmioty nadawały się do mego zamiaru, zwłaszcza że w stajni obok innych koni stał jeden młody i żwawy, w sam raz do tej uprzęży. Przypilnowałem napojenia i osiodłania koni i kazałem się potem zawieźć do Habulama.
— Czy ja i Anka mamy pójść także? — spytał służący.
— Tak jest.
— Ale nam się dostanie!
— Nie bójcie się. Będziecie ciągle za mną stali i nie opuścicie tego miejsca bez mego pozwolenia.
Wyszedłszy ze stajni, zauważyliśmy jakiegoś człowieka, stojącego w pobliżu i obserwującego nas widocznie.
— Kto to? — zapytałem Janika.
— Jeden z parobków, którzy prawdopodobnie pilnowali koni waszych wrogów. Czy zapytasz go, gdzie są te drzewa?
— Onby tego nie powiedział.
— Pewnie, że nie.
— W takim razie wolę słów oszczędzić, gdyż Humun z pewnością mi objaśni wszystko.
Wyszedłszy do sieni, ujrzałem go opartego o ścianę. Stał tak, że mógł przez drzwi spoglądać na stajnię. Zaszczycał nas zatem swoją uwagą.
— Czego tu chcecie? — ofuknął.
— Pragnę pomówić z twoim panem, Muradem Habulam — odrzekłem.
Nie odważył się spojrzeć wprost na mnie, gdyż obawiał się mojego wzroku i na dał palcom swoim pozycyę, która ma skutkować przeciwko złemu spojrzeniu.
— To nie może być — oświadczył.
— Czemu nie?
— Bo śpi.
— Więc proszę, byś go obudził.
— Tego mi nie wolno.
— Ale ja sobie tego życzę!
— Nie obchodzą mnie twoje życzenia!
— W takim razie rozkazuję ci! — powiedziałem z wielkim naciskiem.
— Ty nie masz prawa mnie rozkazywać!
— Halefie, harap!
Zaledwie te dwa słowa padły z ust moich, zaczął kurbacz trzaskać po plecach tego wroga z taką siłą, że uderzony skurczył się natychmiast aż do ziemi. Natomiast Halef wołał:
— Kto nie ma prawa tobie rozkazywać, grubijaninie? Ja ci powiadam, że całe państwo sułtana i wszystkie kraje na ziemi muszą słuchać mego emira, gdy ja się przy nim znajduję, ja, lew ryczący wobec ciebie, ty glisto kichająca!
Humun chciał się bronić przed uderzeniami, lecz spadały nań tak szybko i gęsto, że musiał je przyjmować spokojnie. Tylko wycie jego przeniknęło do wszystkich komnat zamkowych. Wreszcie Halef odstąpił od niego, ale trzymając harap do góry, zapytał:
— Czy wyciągniesz teraz z łóżka jaszly uerkekli[6]?
— Ja cię zaskarżę! Obedrą cię ze skóry, żywcem cię ze skóry obedrą! — ryczał obity, uciekając czemprędzej.
— Effendi, to się źle zapowiada — ostrzegał Janik.
— My się nie boimy — odrzekłem. — Dzisiaj wielkie święto, zwane jortu gunu dajakin[7]. Będziemy je obchodzili z największą nabożnością.
— Nie słyszałem jeszcze nigdy o takiem święcie.
— Poznasz je dzisiaj — rzekł Halef. — Zihdi, powiedziałeś teraz wielkie, wspaniałe słowo. Radość będzie z ciebie między wiernymi i rozkosz pośród zbawionych w trzech ostatnich niebiosach. Chcesz nareszcie pokazać, że jesteś ozdobą męskiego rodu i koroną bohaterów. Mięśnie moje staną się jako węże, palce jako nożyce raka. Wściekać się będę pomiędzy zbójami i szaleć pośród morderców. Zerwie się w Kilissely wycie i wrzask wśród synów zbrodni. Jękną matki i córki tych, którzy mają nieczyste sumienie, a ciotki i siostry niesprawiedliwych powyrywają sobie włosy z głowy i podrą swoje zasłony. Odwet paszczę otwiera, a sprawiedliwość ostrzy pazury, gdyż oto stoi tu sędzia z harapem zemsty w dłoni, bohater dnia, hadżi Halef Omar Ben hadżi Abul Abbas, Ibn hadżi Dawud al Gossarah!
Stał z podniesionemi rękoma i natchnionem obliczem w postawie i z giestem mówcy, który świadom jest tego, że pracuje nad rozwiązaniem światem wstrząsającej kwestyi.
Humun okłamał nas, twierdząc, że śpi pan jego. Właśnie, gdy skręcaliśmy do komnaty, w której Habulam przyjął mnie po przybyciu, wybiegł naprzeciw nas i huknął na mnie groźnie:
— Człowiecze, pozwalasz sobie bić mego służącego? Mam wielką ochotę kazać was wszystkich oćwiczyć! Nie był sam, gdyż znajdowali się przy nim Humun i krawiec Suef, którego zwano Afritem, a poza tą grupą ukazało się jeszcze pięciu, albo sześciu parobków i służebnic.
Nie odpowiedziałem nic, lecz dałem znak Omarowi, żeby sunął mnie dalej. Złość Habulama wzrosła widocznie wskutek mego milczenia, gdyż mijając nas, miotał przekleństwa i groźby, których urzeczywistnienie oddałoby nas na pastwę zupełnego zniszczenia. Gdy dostaliśmy się do drzwi jego pokoju, chciał je Halef otworzyć, lecz Habulam zastawił je sobą i krzyknął:
— Tam nikomu nie wolno! Ja wam zakazuję!
— Ty? — spytał Halef. — Ty nie śmiesz nam nic zakazywać.
— Jestem najwyższą władzą policyjną i sądową w tej miejscowości!
— W takim razie można życzyć szczęścia kochanemu Kilissely. Jeśli najwyższa władza grabi i morduje, to co czynią poddani? Wynoś się z łaski swojej, bo złożę ci ypisz[8] harapem, ale silny bardzo. Zrozumiałeś? Podniósł harap, a że gospodarz od drzwi nie odstąpił, otrzymał takie uderzenie, że jednym skokiem opuścił swoje stanowisko tak zręcznie, że klown cyrkowyby się nie powstydził. Zarazem krzyknął:
— On mnie bije! Allah to widział, a wy także! Uderzcie na niego! Rzućcie go na ziemię i skrępujcie! Wezwanie to odnosiło się do parobków, tymczasem ani oni, ani Humun, ani Suef nie odważyli się dotknąć hadżego. On zaś nie oglądnął się nawet na nich, lecz otworzył drzwi i wszedł do środka. Poszliśmy za nim. Za nami wpadł Habulam, a za nim reszta. Stanął na środku pokoju i krzyknął:
— To okropne! Ukarzę to jak najsurowiej. Jestem naczelnikiem tutejszego dżezah mehkemeleri[9].
— Kilissely, to wieś zwyczajna, w której niema takiego sądu — odparłem.
— Ale ja jestem mollao[10] tej miejscowości!
— Nie wierzę. Gdzie odbyłeś studya?
— Studya? To niepotrzebne.
— Oho! Jeśli chcesz być mollao, to musiałeś do dwunastego roku życia chodzić do subjahn mekteb[11], a potem do medresseh[12], aby otrzymać tytuł softy. Czy masz go, czy posiadałeś go kiedy?
— To ciebie nic nie obchodzi!
— Nawet bardzo mnie obchodzi. Kto ma zasiadać w sądzie nad nami, ten musi nam dowieść, że ma prawo i uzdolnienie do tego. Czy umiesz po arabsku mówić i pisać?
— Tak.
— Po persku także?
— Tak.
— I umiesz cały Koran na pamięć? Tego wszystkiego wymaga się od softy.
— Umiem.
— Udowodnij! Wygłoś mi surę czterdziestą szóstą, zwaną el Ahkaf.
— Jak się ona zaczyna? — zapytał z wielkiem zakłopotaniem.
— Słowami: „W imię Boga najmiłościwszego“ jak wszystkie sury.
— Ale to nie jest właściwy początek.
— Ten brzmi tak: „Objawienie tej księgi pochodzi od Boga wszechmogącego i wszechmądrego. Niebiosa i ziemię i wszystko, co jest między niemi, stworzyliśmy zaprawdę na czas tylko pewien, ale niewierni odwracają się od przestrogi im danej...“ Mów dalej!
Sięgnął ręką za ucho, by się poskrobać i powiedział:
— Kto ci dał prawo mnie egzaminować? Byłem softą i masz w to wierzyć. Pilnujcie drzwi, żeby żaden z tych obcych oskarżonych nie umknął i przynieście w tej chwili kytek aleti[13]!
Wystosował ten rozkaz do swych podwładnych i znalazł prędko posłuch. Humun i Suef stanęli po obu jego bokach, a reszta zajęła miejsca pomiędzy nami a drzwiami, aby odciąć nam odwrót. Jedna z dziewek pobiegła po przyrząd.
Teraz usiadł Habulam na środku pokoju i skinął na towarzyszy, żeby uczynili to samo.
— Wy jesteście szehadedżiler i imdadlar[14] — powiedział — i macie wyrok zatwierdzić.
Wszyscy trzej hultaje przybrali teraz miny tak urzędowe, że się z trudem wstrzymałem od śmiechu.
— Zihdi, czy rzeczywiście przyjmiemy to milczeniem? — zapytał Halef zcicha. — Wszak to wstyd dla nas!
— Nie, to tylko zabawa. Kilkakrotnie już zamieniliśmy się z oskarżonych w oskarżycieli i to stanie się dzisiaj.
— Cicho! — krzyknął na mnie Habulam. — Zbrodniarz ma milczeć, kiedy stoi przed sądem. Janiku, Anko, co wy macie do czynienia obok złoczyńców? Zbłądziliście ciężko przeciwko moim rozkazom i otrzymacie potem zasłużoną karę. Teraz odstąpcie!
To było już zbyt śmieszne! Mieliśmy oczywiście wszystką naszą broń przy sobie, a ten stary grzesznik wyobrażał sobie, że istotnie uszanujemy jego wyrok. Janik i Anka zostali przy nas, więc Habulam powtórzył wezwanie tonem surowszym.
— Wybacz! — odezwałem się. — Oni oboje są od dziś u mnie na służbie.
— Nic o tem nie wiem.
— Powiedziałem ci teraz, więc już wiesz.
— Rozumiem ciebie. Zbuntowałeś ich przeciwko mnie, ale ja tego nie zniosę i ukarzę ich mimoto.
— O tem później pomówimy — odrzekłem spokojnie. — Widzisz, że rozprawa sądowa już się może rozpocząć.
Wskazałem na dziewkę, która wróciła właśnie z maszyną do chłosty i postawiła ją przed starym.
Przyrząd ten należy sobie wyobrazić jako długą, wązką, czworonożną pierwotnie ławę, z której wyjęto na jednym końcu dwie nogi tak, że ma tylko na drugim dwie tuż obok siebie. Ławę tę umieszcza się na ziemi tak, że nogi sterczą do góry. Winowajca kładzie się plecyma na desce w ten sposób, że nogi jego, zwrócone nieco do góry, oparte są na nogach ławy. Tak potem go przywiązują i wyliczają mu zapowiedziane razy na gołe, prostopadle podniesione podeszwy.
Jak bolesna to kara, wynika stąd, że często już po pierwszem uderzeniu pęka podeszwa. Wprawny kawas bije napoprzek wązkiej płaszczyzny podeszwy. Zaczynając od pięty, dochodzi aż do palców, nie pomijając najmniejszego skrawka skóry. Uderzenie pada naprzemian to na lewą, to na prawą stopę. Jeżeli podeszwy popękają od pięty aż do palców, zanim egzekucya dobiegnie do końca, zadaje się resztę razów w ten sposób, że się z poprzednimi krzyżują. Turek nazywa to w swoim wygodnym sposobie wyrażania się satrandż tachtassy wurmak, tzn. „bić w szachownicę“.
Murad Habulam przypatrywał się ławie wzrokiem niemal pieszczotliwym. Potem spojrzał znacząco na nas i zawołał do jednego ze stojących za nami parobków:
— Bejaz, tyś najsilniejszy. Chodź tu! Obejmiesz idżrę[15].
Parobek, człowiek duży i silny, udał się do niego i pieścił oczyma przyniesione przez dziewkę, leżące obok ławy, kije. Murad Habulam podniósł się dumnie, odchrząknął i zaczął badać, zwrócony do mnie:
— Imię twoje Kara Ben Nemzi?
— Tak mnie tu nazywają.
— Ty jesteś panem i władcą tego hadżego Halefa Omara, który stoi obok ciebie?
— Nie władcą, lecz przyjacielem.
— To wszystko jedno. Czy przyznajesz, że mnie uderzył?
— Tak.
— Ponieważ sam to przyznajesz, więc nie potrzebuję go pytać. Czy wiesz, ile razy uderzył Humuna?
— Nie liczyłem.
— Najmniej dwadzieścia! — zawołał Humun.
— Dobrze. Ja otrzymałem wprawdzie tylko jedno uderzenie, ale...
— Niestety! — przerwał mu Halef. — Wolałbym, żebyś był dostał dwa razy tyle, co Humun!
— Milcz! — huknął na niego Habulam. — Masz mówić tylko wówczas, gdy ciebie o co zapytam. Zresztą podziękuj Allahowi, że cię wstrzymał od dalszego bicia. Jestem tutaj panem i władcą i każde uderzenie, wykonane na mojej osobie, znaczy trzydzieści. To razem z temi, które Humunowi się dostały, wynosi pięćdziesiąt. Odbierzesz teraz na podeszwy taką samą ilość. Przystąp i zdejmij obuwie! Parobek Bejaz robił coś koło sznurów, którymi miano przywiązać Halefa. Spojrzałem ma moich towarzyszy. Miny ich były naprawdę pyszne.
— No, prędzej! — rozkazał Habulam.
Gdy Halef nie posłuchał, rzekł do Bejaza:
— Idź i przyciągnij go!
Parobek przystąpił do Halefa, ten jednak wyjął z za pasa pistolet i odwiódł kciukiem oba kurki. Na to Bejaz skoczył w bok i krzyknął do swego pana:
— O Allah! Ten człowiek strzela! Radź sobie z nim sam!
— Tchórzu! — wrzasnął Habulam. — Ty, olbrzym, boisz się takiego karła?
— Nie jego, lecz pistoletu.
— On nie śmie strzelić! Dalej ludzie! Wziąć go i przyprowadzić tu! Parobcy jęli na siebie spozierać wzrokiem, pełnym wątpliwości. Obawiali się hadżego. Jeden tylko okazał odwagę. Był to krawiec Suef. Wydobył z kieszeni także pistolet, chociaż poprzednio nie widzieliśmy u niego takiej broni, przystąpił bliżej i rzekł do parobka:
— Bejazie, czyń swą powinność! Skoro tylko podniesie pistolet, wpakuję mu w łeb kulę!
Wczoraj wydawał się ten człowiek najspokojniejszym i najniewinniejszym krawczykiem, a teraz twarz jego przybrała wyraz nienawiści i stanowczości, która ludziom innym niż my mogłaby strachu napędzić.
— Ty krawcze, chcesz strzelać? — zaśmiał się Halef.
— Milcz! Nie jestem krawcem! Czego, wy cudzoziemcy, u nas szukacie? Co was nasze sprawy obchodzą? Chcecie nam przeszkadzać w robieniu, co się nam podoba, a jesteście tak niewymownie głupi, że mnie uważacie za krawca! Gdybyście wiedzieli, kim i czem ja jestem, zadrżelibyście ze strachu. Ale wy mnie poznacie, a rozpocznę od ciebie. Jeśli nie pójdziesz natychmiast do ławy i nie zdejmiesz tam obuwia, to my potrafimy wymusić posłuszeństwo!
To było powiedziane na seryo. Halef łypnął na niego okiem z podełba, wziął pistolet w lewą rękę, z czego odgadłem, co teraz nastąpi, i zapytał głosem przyjaznym:
— A to w jaki sposób?
— Tak... w ten sposób!
Suef wyciągnął rękę, aby hadżego za pierś chwycić, Halef jednak zamachnął się błyskawicznie i palnął go w twarz tak potężnie, że pistolet wypadł mu, a on sam zatoczywszy wielki łuk, runął na ziemię. Zanim miał czas się zerwać, klęczał już Halef na nim, schowawszy błyskawicznie broń za pas i policzkował go z takim pośpiechem obiema rękami, że tamten nie mógł się ruszyć dla swej obrony.
Habulam podskoczył z siedzenia i ryczał z wściekłości. Humun giestykulował jak zwaryowany, ale nie śmiał przyjść Suefowi z pomocą. Parobcy wrzeszczeli razem z dziewkami, ale nie opuścili swoich miejsc. Wszczął się hałas, naprawdę piekielny, aż Halef zostawił przeciwnika na ziemi, a sam powstał.
Suef rzucił się ku miejscu, gdzie był jego pistolet, ale hadżi szybko odtrącił go nogą tak, że uderzył o moje krzesło i tam pozostał. Suef podbiegł, żeby go podjąć i tak dostał mi się pod ręce. Właśnie, gdy się pochylił, schwyciłem go za kark ręką i podniosłem. Skutkiem tego chwytu to było, że mu ręce opadły bezwładnie i zaczął trwożnie łapać powietrze. Osko schował jego pistolet, ja zaś dałem krawcowi klapsa w głowę i posadziłem go u stóp na ziemi.
— Tu siedź i ani się rusz! — rozkazałem. — Jeśli tylko zrobisz minę, że chcesz wstać bez mego pozwolenia, zgniotę twą nędzną głowę jak jajko.
Opuścił głowę i ręce i siedział bez ruchu. Reszta jeszcze szalała.
— Weź harap i zrób porządek, Halefie!
Ledwie wypowiedziałem te słowa, zaczął harap Halefa spadać ze świstem na grzbiet Habulama. Stary zamilkł natychmiast, Humun także, a wszyscy inni poszli w tej chwili za ich przykładem.
— Siadaj! — krzyknąłem na naszego sędziego, który też zaraz usłuchał.
— Precz od drzwi! — zawołałem na służbę! — Pakujcie się do kąta! Tam zostaniecie, dopóki nie pozwolę wam wyjść!
Wykonali ten rozkaz z pośpiechem. Mieliśmy więc tył wolny i mogliśmy objąć okiem wszystkich i wszystko.
Widać było po Habulamie, że nie wie, co ma powiedzieć i jak się zachować. Gniewny wzrok jego przelatywał z jednego na drugiego. Zwinął ręce w pięści i usta zacisnął. Wreszcie otworzył je, by z wybuchem gniewu zwrócić się do mnie.
— Milcz, bo znów dostaniesz harapem! — zawołałem doń. — Teraz na mnie kolej przemówić. Czy sądzisz, że przyszliśmy tu do ciebie, aby sobie dać podeszwy do krwi obić? Czy ci się zdaje, że jesteśmy ludźmi, których ty możesz sądzić? Teraz my ogłosimy wyrok na was i wykonamy go zaraz. Kazałeś przynieść maszynę do chłosty i my zrobimy z niej użytek.
— A tobie co! — odparł. — Chcesz mnie tu we własnym domu...
— Cicho — przerwałem mu. — Jak ja mówię, to ty masz milczeć. Twój dom, to nora zbójecka, a ty myślisz, że...
Musiałem w tej chwili także przestać, albowiem Osko krzyknął i rzucił się na rzekomego krawca. Mimo że oczy moje zwrócone były na Humuna, ja zauważyłem również ruch Suefa. Był to istotnie niebezpieczny osobnik. On jeden odważył się za broń chwycić. Teraz sądził zapewne, że na niego nie zważam. Wsunął rękę pod bluzę i dobył noża. Zerwawszy się potem błyskawicznie ku mnie, chciał mi go wbić w piersi, ale mu się to nie udało. Osko porwał go w sam czas za rękę, a w tej chwili ja ścisnąłem go także za gardło.
Halef przyszedł i odebrał nóż pokonanemu powtórnie.
— Przeszukaj mu kieszenie, dopóki go trzymamy! — powiedziałem.
Przy tej czynności wyciągnął Halef stary dwururkowy pistolet, nabity, rozmaite drobiazgi i dobrze wypchaną sakiewkę, którą otworzył i podał mi z zapytaniem:
— Widzisz te złotówki? I ten drab udawał biedaka, który krawiectwem przepycha się ze wsi do wsi. To pieniądze ukradzione, lub zrabowane. Co z nimi zrobimy?
— Włóż mu je napowrót do kieszeni. To nie do nas należy, ale broń mu odbierzemy, żeby nią zła nie wyrządzał.
Posadziłem znów łotrzyka na ziemi. Zgrzytał zębami. Kim i czem był właściwie? Zadrżelibyśmy ze strachu, gdybyśmy się dowiedzieli, jak sam powiedział. Musiałem uczynić go nieszkodliwym dla nas, ale w tym celu nie potrzebowałem mu odpłacać wet za wet, czyli morderstwem za morderstwo. Natomiast powinien był ponieść karę dotkliwą, a zarazem taką, któraby pozbawiła go zdolności do zajmowania się nadal nami.
— Przywiążcie go tam do ławy! — zabrzmiał mój wyrok.
Hultaj udał, że chwyt za gardło odebrał mu wszelką możliwość mchu, zaledwie jednak wymówiłem te słowa, poderwał się, w dwóch skokach był przy Habulamie, wyrwał mu oburącz z za pasa sztylet i pistolet, odwrócił się do mnie i zawołał:
— Mnie przywiązać? To twoje ostatnie słowo!
Wymierzył do mnie, kurek kłapnął i nastąpił huk wystrzału. Zaledwie miałem tyle czasu, żeby rzucić się z całych sił na bok i upadłem na ziemię razem z fotelem. Nie trafił mnie, ale jak się potem okazało, przeleciała kula między Janikiem i Anką, stojącymi poza mną i wbiła się w drzwi.
Nie wiem, jak tego dokazałem z moją zagipsowaną nogą, zaledwie jednak dotknąłem ziemi, powstałem i rzuciłem się nie skokiem, lecz w salto mortale, na mordercę. W tem właśnie miejscu, gdzie był opryszek, zatrzymałem się znowu, pochwyciłem go oburącz i szarpnąłem z sobą razem na ziemię.
Murad Habulam i jego ludzie nie mogli słowa przemówić ze strachu. Nie ruszyli się z miejsca. Suef leżał podemną. Klęczałem mu wpoprzek na obu rękach i cisnąłem głowę do ziemi. W prawej ręce trzymał on jeszcze wystrzelony, nie dwururkowy na szczęście, pistolet, a w lewej sztylet. To mogło być dla mnie niebezpieczne, ale przytomny Halef klęczał już obok niego i trzymał go za rękę.
— Osko! — zawołał.
— Na ławę z nim, żeby nie mógł poruszyć żadnym członkiem ciała!
W niespełna minutę przywiązany był Suef do ławy tak, jak tego wymaga bastonada. Janik przysunął fotel, i ja usiadłem.
— Widzisz więc teraz, że dom twój jest norą zbrodniarzy, jak ci to przedtem powiedziano — huknął Halef na starego. — Gdyby ten effendi nie był tak przyzwyczajony do walki i przytomny, byłby teraz już trupem. Ale zobaczyłbyś w takim razie, coby się stało. Teraz jednak wyczerpała się nasza cierpliwość. Dowiecie się teraz wszyscy, co to znaczy strzelać do nas i podawać nam zatrute potrawy!
— Nic nie wiem o tem — twierdził stary.
— Milcz! Potem przyjdzie kolej na ciebie. Zaczniemy od tego nędznika. On wprowadził nas do tego domu zbójów. On wiedział, że nas tu miano zamordować. Zihdi, wydaj wyrok, co się z nim ma stać! Czy nie sądzisz, że zasłużył na śmierć?
— Zasłużył, lecz darujemy mu życie. Może być, że się zmieni. Jako podnietę do poprawy dostanie bastonadę, która ciebie miała spotkać.
— Ile kijów?
— Trzydzieści.
— To za mało; powinien dostać pięćdziesiąt.
— Trzydzieści wystarczy.
— W takim razie muszą być mocne. Kto je wyliczy?
— Ty oczywiście. Wszak cieszyłeś się na to!
Chociaż Halef w pewnych okolicznościach posługiwał się chętnie harapem, to teraz spodziewałem się, że nie przyjmie tego mandatu. I nie pomyliłem się, bo dzielny hadżi odpowiedział z dumnym ruchem ręki:
— Dziękuję ci, effendi! Gdzie idzie o wymuszenie dla siebie szacunku, jestem gotów użyć harapa, lecz kawasem być nie chcę. Harap to oznaka władzy, ale nie patyk. Wykonać wyrok, to rzecz kata, a ja katem nie jestem.
— Masz słuszność. Oznacz więc sam, kto to ma zrobić.
— Owszem. To tak miło patrzeć, jak sobie przyjaciele i koledzy cześć okazują Humun jest sprzymierzeńcem krawca. On da mu tych trzydzieści kijów na znak szacunku i bratniej miłości.
Na to zarządzenie godziłem się w zupełności. Skinąłem na znak tego, poczem Halef zwrócił się do Humuna:
— Słyszałeś, co powiedziano? Przystąp bliżej i udziel towarzyszowi dobrodziejstwa sprawiedliwości!
— Tego nie zrobię! — wzbraniał się sługus.
— Chyba żartujesz. Radzę ci myśleć o sobie. Tych trzydzieści kijów musi krawiec dostać, a jeśli ty mu ich nie dasz, to sam je otrzymasz. Przyrzekam ci to na brodę ojca mojego. Więc naprzód! Nie ociągaj się, bo ci pomogę!
Humun zrozumiał, że się wymknąć nie zdoła. Przystąpił do ławy i podniósł jeden z kijów. Widać jednak było po nim, że niezbyt gorliwie spełni swój urząd. Dlatego ostrzegł go Halef:
— Ale zapowiadam ci, że po każdem uderzeniu które wyda mi się za słabe, ty dostaniesz harapem. A więc pilnuj się! Osko, weź harap od effendiego i stań z drugiej strony tego dobrodusznego człowieka. Ilekroć dam mu poczuć mój kurbacz, tylekroć uczynisz ty to samo. To zachęci go do zaskarbienia sobie naszego zadowolenia. Omar będzie liczył i komenderował.
Położenie Humuna było bardzo przykre. Byłby oszczędzał chętnie towarzysza, ale z prawej strony stał Halef, a z lewej Osko z harapem w ręku. Był więc sam zagrożony i rozumiał, że musi słuchać. Zresztą nie poraź pierwszy dawał bastonadę. Widać to było po sposobie przykładania kija do miejsca, w które trafić zamierzał.
Suef nie rzekł ani słowa. Nie mógł się ruszyć, gdyby jednak spojrzenia, które ku nam ciskał, były ostrzami noży, byłby nas nawskróś poprzebijał.
Murad Habulam oka nie oderwał od tej sceny. Czasem zdawało się, że chce przemówić, lecz się wstrzymywał. Gdy jednak Humun zamierzył się do pierwszego uderzenia, nie zdołał już dłużej milczeć i zawołał:
— Rzuć kij! Ja każę!
— Ani słowa! — krzyknąłem. — Chcę z wami postąpić łagodniej, niż wy ze mną; jeśli jednak jeszcze słowo powiesz bez mego pozwolenia, zabiorę cię do Uskub i oddam w ręce sędziego. Potrafimy udowodnić, że godziłeś na nasze życie, a jeśli sądzisz, że po naszym odjeździe wypuszczą cię sędziowie tego kraju, to zwracam ci uwagę, że w Uskub jest kilku balioslar[16] z Zachodu, którzy mają władzę wyjednania najcięższej kary dla ciebie. Jeżeli jesteś rozumny, to zamilknij!
Skurczył się. Znał władzę wspomnianych urzędników i bał się ich. To też od tej chwili nie powiedział już ani słowa.
Suef otrzymał swoich trzydzieści batów. Zacisnął usta i prócz zgrzytania zębami nie wydał głosu z siebie. Ujrzawszy pierwszą krwawą pręgę, przestał Humun widocznie myśleć o względach dla krawca. Walił tak silnie, że sambym go był powstrzymał. Są właśnie ludzie, którym dopiero na widok krwi przychodzi jej pragnienie. Dzicy ludzie upajają się tem podobno.
Zaraz za pierwszem uderzeniem zamknąłem oczy. Nie jest to bynajmniej przyjemnie być świadkiem takiej egzekucyi. Przyszedłem jednak do przekonania, że sprawiedliwość oraz wzgląd na nas i naszych bliźnich żąda od nas, byśmy tu nie rządzili się łaską, a przyszłość dowiodła, że Suef na tę karę więcej niż sowicie zasłużył.
Nie wydał on głosu ze siebie, ale po ostatniem uderzeniu zawołał:
— Raki, raki tabanlar ucerinde doky, czapuk, czapuk — raki, lejcie raki na podeszwy, prędko, prędko!
Teraz odważył się Habulam przemówić i kazał Ance przynieść raki. Przyniosła pełną flaszkę, a Humun włożył ją najpierw do ust obitemu. Suef pociągnął kilka haustów, poczem wylano mu ten ostry płyn na podeszwy. Wydał ze siebie tylko syk boleści. Ten człowiek miał chyba nerwy, jak druty stalowe. A może już przedtem tak często otrzymywał bastonadę, że natura jego już do tego przywykła.
Po odwiązaniu zaczołgał się do Habulama. Tam skurczył nogi i wcisnął głowę pomiędzy kolana, odwracając się od nas wzgardliwie plecami.
— Effendi, z tym już koniec — oznajmił Halef. — Na kogo teraz kolej?
— Na Humuna — odrzekłem krótko.
— Ile?
— Dwadzieścia.
— Od kogo?
— Ty wyznacz egzekutora!
— Murad Habulam!
Hadżi spisywał się paradnie. Tem, że jeden łotr obijać musiał drugiego, zasiewał wśród nich nienawiść i chęć zemsty. Habulam się ociągał:
— Humun był zawsze wiernym sługą: nie mogę go bić!
— Dlatego właśnie, że ci służył tak wiernie, dasz mu namacalny dowód swego zadowolenia — odpowiedział Halef.
— Ja nie pozwolę się zmusić!
— Jeśli mu nie da tych dwudziestu — rozstrzygnąłem — to sam dostanie czterdzieści.
To poskutkowało. Sługus bronił się, gdy go przywiązywano do ławy, ale mu to nic nie pomogło. Pan jego wstał i ujął z wahaniem patyk, ale harapy wzmocniły jego rękę tak, że uderzenia miały pełną wagę.
Humun nie wytrzymał kary tak mężnie, jak Suef. Krzyczał za każdem uderzeniem. Zauważyłem przytem, że drudzy służący z zadowoleniem mrugali na siebie i spozierali na mnie prawie wdzięcznemi oczyma. To był ulubieniec pana i zapewne innych dręczył.
On także kazał sobie rany wódką zakropić, poczem wsunął się w kąt i zwinął się tam w kłębek.
— A kto teraz przychodzi?
— Murad Habulam — brzmiała moja odpowiedź.
Wymieniony stał jeszcze obok ławy z kijem w ręku. Odskoczył ze strachu wstecz o kilka kroków i zawołał:
— Co? Jak? Ja mam także otrzymać bastonadę?
— Naturalnie — skinąłem głową, chociaż całkiem inne miałem względem niego zamiary.
— Nikt nie ma prawa do tego!
— Mylisz się, bo ja mam to prawo! Wiem wszystko. Czy nie otworzyłeś nam twego domu po to, żeby nas wymordowano?
— To wielkie kłamstwo!
— Czy brat twój, Manach el Barsza, dawniej poborca podatkowy w Uskub, ale teraz złożony z urzędu, nie był wczoraj u ciebie i nie doniósł ci o naszem i o swych towarzyszy przybyciu?
— Musiało ci się to przyśnić, ja nie mam brata!
— To może przyśniło mi się także, że umówiłeś się z nim, iż umieścisz nas w wieży pramatki, a służący twój Humun ducha będzie udawał?
— Panie, opowiadasz mi same nieznane rzeczy!
— Ale nie tajne są one Humunowi, jak to poznaję po jego zdumionym wzroku. Dziwi się, że odkryłem tę tajemnicę. Plan z upiorem nie dał się wykonać i wpadliście na pomysł, żeby wyleźć na wieżę i potem nas pozbawić życia.
— Allah, Allah! Czyś ty przy zmysłach?
— Ja miałem zginąć z rąk Aladżych, Barud el Amazat postanowił sprzątnąć Oskę, bo między nimi zachodzi konieczność zemsty z powodu Senicy. Twój brat Manach wziął na siebie Halefa, a Humun ofiarował się zamordować Omara. Miridit się cofnął, bo zawarł ze mną pokój i dał mi czekan, który tu widzisz u mego pasa.
— Allah akbar! On wie o wszystkiem. Powiedział mu to jego zły wzrok! — mruczał przerażony Humun.
— Nie, on nic nie wie, zupełnie nic! — zawołał Habulam. Nie znam nikogo z tych ludzi, których wymieniłeś, panie.
— Byli z tobą na wieży, a przedtem znajdowaliście się wszyscy w liczbie dziewięciu w pustej szopie, stojącej w pobliżu wieży.
— U mnie niema pustej szopy!
— To ja ci ją pokażę i powiem, że sam wlazłem pomiędzy snopy, że widziałem was i podsłuchałem. Słyszałem każde słowo, każde słowo!
Odskoczył i wytrzeszczył na mnie oczy.
— Czy Miridit nie dobył noża na starego Mibareka, zanim się oddalił?
— Ja-ja-ja nie wiem o niczem! — jąkał.
— No, to zapytamy Suefa; może on wie coś. A jeżeli nie odpowie, to nowych trzydzieści kijów rozwiąże mu język.
Na to odwrócił się wymieniony do mnie, pokazał mi zęby jak dzikie zwierzę, rzucił na mnie srogie spojrzenie i syknął:
— Psie! Ja kpię sobie z ciebie i z bastonady! Słyszałeś może, żem skomlił? Czy sądzisz, że się ciebie tak boję, iż tylko kije zmusić mnie mogą do wyjaśnienia prawdy?
— Więc powiedz, jeżeli rzeczywiście masz odwagę!
— Tak, mam odwagę. Jest tak, jak mówisz: chcieliśmy ciebie zabić. Nie udało się, lecz na Allaha, nie zajdziesz daleko, a wrony rozdzióbią wasze trupy!
— On majaczy; on majaczy! — krzyknął Habulam. — Ból z powodu bastonady odebrał mu zmysły!
— Tchórzu! — zgrzytnął Suef.
— Zihdi, zapytaj jeszcze Humuna — rzekł Halef. — Jeżeli nie zechce mówić, damy mu jeszcze dwadzieścia kijów w podeszwy.
Przystąpił do służącego i wziął go za ramię.
— Puść mnie, ty hadżi dyabelski. Przyznam się do wszystkiego! — krzyczał Humun.
— Czy sprawa ma się tak, jak przedstawił effendi?
— Tak, zupełnie tak.
— On także z bolu zwaryował! — zawołał Habulam.
— No — rzekłem — to dowiodę ci nowymi dwoma świadkami. Janiku, nie taj prawdy, czy Habulam niewinny?
— Chciał was zamordować — odpowiedział parobek.
— Łotrze! — krzyknął Habulam. — Spodziewasz się odemnie kary za nieposłuszeństwo i pragniesz zemścić się dlatego!
— Anko — mówiłem dalej — czy widziałaś, jak twój pan wsypał do jajecznicy proszku na szczury?
— Tak — odrzekła — widziałam to całkiem dobrze.
— O Allah, coza kłamstwo! Panie, przysięgam na proroka i wszystkich pobożnych kalifów, że jestem całkiem niewinny!
— W takim razie dopuściłeś się strasznego krzywoprzysięstwa, które cię...
Przerwano mi. Habulam znieważył imię proroka i pamięć kalifów fałszywą przysięgą. To rozgniewało obecnych Mahometan w najwyższym stopniu. Halef chwycił za harap, a gniewny pomruk przebiegł komnatę. Humun podniósł się na zranione nogi, podszedł kulejąc do swego pana, plunął mu w twarz i powiedział:
— Hajde — tfu! Bądź przeklęty po wieki wieków! Tchórzostwo twoje zaprowadzi cię do dżehenny! Służyłem panu, którego Allah pogrąży w najgłębszej otchłani potępienia. Porzucam ciebie, ale policzymy się przedtem.
Wtem i Suef stanął już obok Habulama, plunął nań także i zawołał:
— Hańba tobie i dniom twojej starości! Niech dusza twoja będzie potępiona, a pamięć o tobie niech zaginie u wszystkich wiernych! Wyrzekam się już wspólności z tobą!
Obaj wrócili, chwiejąc się, na swoje miejsca. Morderstwo gotowi byli wziąć na swe sumienie, ale bluźnierstwo przeciw prorokowi i jego następcom oburzyło ich do żywego.
Habulam stał, jak rażony apopleksyą. Przyłożył obie dłonie do czoła. Potem podniósł nagle ręce do góry i zawołał:
— Allah, Allah, zbłądziłem! Ale błąd ten naprawię. Wyznaję, że mieliście być wymordowani i że nasypałem do potrawy trucizny.
— Allah il Allah, Muhammed rassul Allah? — zabrzmiało dokoła.
Halef przystąpił doń, położył mu ciężko rękę na ramieniu, mówiąc:
— Szczęście twoje, że odwołujesz przysięgę! Mój effendi nie pozwoliłby mi na to, ale przysięgam ci na brodę proroka, że zaszłoby słońce twojego żywota, zanim byłbym dom ten opuścił. A zatem przyznajesz się do winy?
— Tak.
— Poniesiesz zatem i karę, którą na ciebie nałożymy. Effendi, ile dostanie kijów?
— Sto — odpowiedziałem.
— Sto! — wrzasnął stary. — Ja tego nie przeżyję!
— To twoja rzecz! Przyjmiesz sto kijów na podeszwy!
Omal nie upadł. Widziałem, jak mu się trzęsły kolana. Był to wielki drab, ale tchórz jeszcze większy.
— Miej litość! — jęczał. — Allah ci to wynagrodzi!
— Nie, Allah gniewałby się na mnie, gdybym postępował wbrew jego przykazaniom. Co powiedzieliby Suef i Humun, gdybym tobie karę darował, gdy tymczasem oni swoją odcierpieli!
— Na bastonadę z nim! — zawołał Suef.
— Niechaj tych sto dostanie! — zawtórował mu Humun.
— Słyszysz więc! — rzekł Halef. — Allah życzy sobie tego, a my także. Chodź zatem! Połóż długość członków swoich na ławie, żebyśmy cię mogli przywiązać.
Ujął go za ramię, aby go ściągnąć na ziemię. Wstrętny starzec wił się jak robak i jęczał, jak małe dziecko. Skinąłem na Omara i Oskę. Ci pochwycili go i przycisnęli do ławy.
— Wstrzymajcie się, wstrzymajcie! — krzyknął. Ja zginę od tego! Jeżeli umrę, duch mój będzie się wam ukazywał i nie zostawi was nigdy w spokoju!
— Powiedz twemu duchowi, żeby tego zaniechał — odparł Halef. — Gdyby się u mnie pojawił, odpokutowałby gorzko!
Przywiązano Habulama pomimo oporu. Jego kościste nogi krzywiły się, jak gdyby już teraz czuły ból spodziewany.
— Kto weźmie kij do ręki? — zapytał Halef.
— Ty — odpowiedziałem.
Chciał się sprzeciwiać, ale dałem mu znak, żeby milczał. Zrozumiał mnie.
— Ciesz się, Muradzie Habulam — rzekł, biorąc kij do ręki — że ja użyczę ci dobrodziejstwa tej kary. Tych sto kijów stanie za tysiąc. To zdejmie wielką część grzechów z twej duszy.
— Litości, łaski! — błagał stary. — Ja za kije zapłacę.
— Zapłacisz? — zaśmiał się Halef. — Ty żartujesz! Skąpstwo jest twoim dziadkiem, a chciwość matką twych przodków.
— Nie, nie! Nie jestem skąpy! Zapłacę za wszystko, wszystko!
— Na to nie pozwoli effendi. Chciałbym jednakże wiedzieć, ile ofiarowałbyś, aby uniknąć bicia.
— Dam chętnie za każde uderzenie całego piastra.
— To znaczy sto piastrów? Czyś zwaryował? Nasza przyjemność warta będzie dziesięć tysięcy piastrów, a twój ból, jeżeli dostaniesz bastonadę, dwadzieścia tysięcy. To czyni razem trzydzieści tysięcy, a ty oceniasz je na sto? Wstydź się!
— Dwieście!
— Milcz! Szkoda czasu na słuchanie słów twego skąpstwa. Zaczynam.
Stanął przed wzniesionemi w górę stopami starego, udał, że mierzy kijem w odpowiednie miejsce i rozmachnął się pozornie.
— Allahy fewerzin, dojmę. Na Boga, nie bij! — stęknął Habulam. — Dam więcej! Dam o wiele, o wiele więcej!
Niewątpliwie nie było to bicie estetyczną czynnością. Przyznaję zarazem, że nie przypatrywałem się temu z zachwytem, proszę jednak czytelników, by nie posądzili mnie o brak uczuć chrześcijańskich, lub ordynarność. Zgadzam się na to, że czynność ta nie odpowiada poczuciu godności człowieka, jednak miałem pełne prawo do tego.
Nie znajdowaliśmy się w kraju cywilizowanym zetknęliśmy się z ludźmi, przywykłymi do opłakanych stosunków półazyi. Przedewszystkiem należy wziąć to na uwagę, że ci ludzie byli członkami szeroko rozgałęzionej i wysoce niebezpiecznej bandy zbrodniarzy, której istnienie opierało się jedynie na tamecznych stosunkach. W Konstantynopolu nawet, a potem aż dotąd do Kilissely mieliśmy do czynienia z osobnikami, nie szanującymi życia, ani mienia współmieszkańców. Ciągle groziło nam niebezpieczeństwo śmierci, a teraz wisiała każdej chwili zguba nad nami. Zwabiono nas w dobrze obmyślany i wyrafinowany sposób do tego domu, aby nas zabić. Chciano nas otruć, a gdy się to nie udało, postanowiono nas zdławić inaczej. Usiłowano mnie przebić i zastrzelić. Czy to dziwne, że nas czterech, którzy co chwila we dnie i w nocy śmierci zaglądaliśmy w oczy, porwało rozgoryczenie? W pewnych warunkach musieliśmy się wyrzec pomocy władz i zdać się wyłącznie na siebie samych. Jaka kara mogła dorównać wymierzonym przeciwko nam zamachom? Czy to było okrucieństwem, lub krwi chciwością, że tym łotrom, kiedy się dostali w nasze ręce, chcieliśmy dać po kilka kijów? Myślę, że nie! Co więcej, mam to przekonanie, że postępowaliśmy zbyt łagodnie i pobłażliwie.
Któżby nas zato potępił, że Habulam musiał się teraz kilka minut pomęczyć? Miałem przytem na oku cel dobry. Niech, kto chce, mówi o gwałcie, dokuczaniu i o czemkolwiek, niech twierdzi, że wedle naszego kodeksu byłbym ukarany. Nie uczyniliśmy tego w cywilizowanej części Europy, liczyliśmy się z danemi okolicznościami. To też do dziś dnia nie robię sobie wyrzutów z powodu ówczesnego postępku.
— Czy chcesz zapłacić więcej? — spytał Halef. — Ileż?
— Trzysta... — a gdy Halef ponownie się zamierzył dodał czemprędzej — czterysta, pięćset piastrów! Nie mam więcej jak pięćset.
— Ha — rzekł hadżi — skoro nie masz, to musisz przyjąć dar gniewu. Jesteśmy, co prawda, bogatsi od ciebie. Rozporządzamy tyloma kijami, że moglibyśmy obdzielić nimi cale Kilissely. Aby ci tego dowieść, okażemy naszą wspaniałomyślność i podwyższymy jeszcze tę liczbę o pięćdziesiąt tak, że otrzymasz stopięćdziesiąt. Żywię niepłonną nadzieję, że twoje wdzięczne serce uzna naszą hojność.
— Nie, nie, ja nie wytrzymam stupięćdziesięciu; nawet tamtych stu!
— Uchwalono ci je, a ponieważ jesteś ubogi i posiadasz tylko pięćset piastrów, przeto nie możemy nic zmienić w naszym wyroku. Omarze, chodź i licz znowu! Czas wreszcie zacząć.
Zamachnął się i uderzył starego po raz pierwszy w prawą stopę.
— Allah kerihm! — wrzasnął przeraźliwie Habulam. — Zapłacę sześćset piastrów!
— Dwa! — zakomenderował Omar.
Kij spadł na lewą stopę.
— Przestań, przestań! Dam ośmset, dziewięćset, tysiąc piastrów.
Halef spojrzał na mnie, a gdy mu skinąłem głową, opuścił podniesiony już kij i zapytał:
— Tysiąc? Panie, jaki twój rozkaz?
— To zależeć będzie od Habulama — odrzekłem. — Idzie oto, czy może tych tysiąc piastrów gotówką zapłacić.
— Owszem! — oświadczył stary.
— To namyślimy się nad tą sprawą.
— Co tu się namyślać? Dostaniecie pieniądze i możecie potem sobie użyć za nie.
— Mylisz się. Jeżeli wogóle pójdę za uczuciem łaskawości i daruję ci karę za tę kwotę, to tych tysiąc piastrów przeznaczam na biednych.
— Róbcie z tem, co chcecie, wypuście mnie tylko!
— Ze względu na ludzi, dla których to przeznaczone, byłbym może i gotów, ale z tem zastrzeżeniem, że przystaniesz jeszcze na jeden warunek.
— Jeszcze warunek? O Allah, Allah, Allah! Czy żądacie jeszcze więcej pieniędzy?
— Nie. Domagamy się tylko, żebyś Janika i Ankę oddalił natychmiast ze służby.
— Dobrze, dobrze! Niech się wynoszą!
— Wypłacisz im należną zapłatę zaraz i nie obciągając niczego!
— Tak, dostaną wszystko.
— I wystawisz zarówno jemu, jak jej, dobre świadectwo na piśmie.
— Zgoda.
— Pięknie! Oni opuszczą twój dom razem z nami. Piechotą aż do Uskub dla nich jest zbyt daleko, zwłaszcza że się obarczą rzeczami. Dlatego życzę sobie, żeby pojechali wozem, który stoi w szopie.
— Waj zana! Ani mi się śni!
— Jak ci się podoba. Halefie, dalej! Nastąpi trzecie uderzenie.
— Stój, stój! — wrzasnął stary. — Przecież nie mogę im dać wozu!
— Czemu?
— Nie oddaliby mi go.
— Janik i Anka, to ludzie uczciwi. Zresztą potrafisz ich zmusić do tego z pomocą władzy.
— Uskub za daleko stąd!
— Czyż nie wspomniałeś, że się tam twoja żona znajduje?
Ociągał się jeszcze przez chwilę, lecz przystał w końcu na to, że Janik i Anka pojadą jego koniem i wozem do Uskub, gdzie wehikuł oddadzą jego żonie.
— Ale teraz skończona chyba sprawa między nami? — spytał z głębokiem westchnieniem.
— Jeszcze nie. Musisz pisemnie przyznać się do tego, co względem na s zamierzałeś.
— W jakim celu?
— Dam to pismo Janikowi. Jeśli tylko wystąpisz wrogo przeciwko niemu, on przedłoży je sędziemu.
— To dla mnie zbyt niebezpieczne!
— Halefie, bierz kij!
— Zaczekaj jeszcze! — zawołał stary. — Weź na uwagę, że Janik może użyć tego pisma przeciwko ranie nawet wówczas, gdy mu nie będę szkodził.
— A ty zastanów się nad tem — odparłem — że to pismo nie powiększy właściwie niebezpieczeństwa dla ciebie. Służba twoja słyszała, do czego się przyznałeś. Wkrótce dowie się cała okolica o tem, że nas tu miano zamordować i że ty jesteś trucicielem. Ludzie gardzić tobą będą i unikać ciebie. Ta okoliczność właśnie skłoniła mnie do tego łagodnego postępowania. Poniesiesz karę bez mego odwetu. Tem pismem, o które idzie, nie można kary przyspieszyć, ani powiększyć. Nie namyślaj się więc zbyt długo! Czas nagli.
Halef poparł to żądanie, dotykając kijem podeszwy, jak gdyby mierzył. To poskutkowało.
— Dostaniesz to pismo — oświadczył Habulam. — Odwiążcie mnie!
Gdy się to stało, wysłałem go w towarzystwie Oski i Halefa do mieszkania po pieniądze i po przybory do pisania.
Wyszedł powoli, chwiejąc się, a z nim dwaj jego dozorcy. Stojący pod tylną ścianą parobcy i dziewki szeptali coś do siebie. Następnie przystąpił jeden z nich do mnie i rzekł:
— Effendi, my nie chcemy już służyć u Habulama, ale on nas dobrowolnie nie puści. Prosimy zatem, żebyś go zmusił do tego.
— Tego uczynić nie mogę.
— A zrobiłeś to dla Janika i Anki!
— Winien im jestem wdzięczność. Ocalili nam życie, wy natomiast byliście w zgodzie z mordercami.
— To nieprawda, effendi!
— Czyż nie pilnowaliście im koni?
— Tak, ale staliśmy przez cały wieczór i całą noc na deszczu, lejącym jak z cebra i oczekiwaliśmy nagrody. Kiedy jednak ci ludzie wyruszali, byli bardzo rozgniewani i wynagrodzili naszą usługę kijami.
— Kiedy odjechali?
— Skoro świt zaszarzał.
— W którym kierunku?
— Ku gościńcowi uskubskiemu.
— Gdzie stały ich konie?
— Za wsią, przy aiwa agadżylar[17].
— Jeśli mnie tam zaprowadzisz, to spróbuję wyrobić wam uwolnienie.
— W takim razie uczynię to chętnie.
Teraz wrócił Habulam z dozorcami. Omar niósł papier, atrament i pióra, a Halef przystąpił do mnie z sakiewką i rzekł:
— Oto je st tysiąc piastrów, zihdi. Przeliczyłem dokładnie.
Schowałem sakiewkę.
Habulam pokulał do Janika i Anki, dał obojgu pieniądze i rzekł przytem gniewnie:
— Zabierajcie się i oddajcie wóz rzetelnie w Uskub. Ale ja będę się modlił codziennie, żeby Allah nawiedził wasze małżeństwo nieszczęściem i niezgodą.
Te słowa rozgniewały Janika! Schował pieniądze i odrzekł:
— Ty nas obrażasz, choć jesteś największym łotrem pod słońcem. Tym razem wymykasz się z rąk kata, ponieważ effendi jest chrześcijaninem. Ale wkrótce nadejdzie godzina, kiedy cała wasza banda zbójecka poniesie zasłużoną karę. Godziny wasze policzone, gdyż wasz dowódca ulegnie męstwu tego effendiego.
— Niechaj go sobie szuka! — szydził stary.
— O, już on go znajdzie, bo wie, gdzie przebywa.
— Och! Czy wie istotnie?
— Czy sądzisz, że nam to niewiadome? Ja sam pójdę do Karanorman-chan pomagać effendiemu.
Tak padło słowo! Dawałem znaki temu nieostrożnemu człowiekowi, lecz ich nie zauważył. Chciałem mu przerwać, ale mówił w zapale tak szybko, że mi się zamiar nie udał. Nie chciałem się z tem zdradzić, iż znam miejscowość.
Habulam zaczął nadsłuchiwać. Twarz jego przybrała wyrazu oczekiwania.
— Kara-nor-man-chan — zawołał, akcentując szczególnie zgłoski „norman“ — Co to za miejscowość?
— Miejscowość koło Wejczy, gdzie przebywa wasz dowódca.
— Kara-norman-chan! Ach, to bardzo dobrze! Co ty na to, Suefie?
Wybuchnął przytem szyderczym śmiechem.
Wrzekomy krawiec odwrócił się, usłyszawszy tę nazwę i spojrzał w twarz Janika badawczo. Na pytanie Habulama zaśmiał się także głośno i odpowiedział:
— Tak, to wspaniałe! Niechaj go tam szukają. Chciałbym być przytem i zobaczyć ich miny, gdy tam znajdą dowódcę.
To zachowanie się było dla mnie niespodzianką. Oczekiwałem przerażenia, a oni drwili. Widać było po nich, że nie udawali. W tej chwili przyszedłem do przekonania, że dowódcy w Karanormanchan nie było.
Czytałem przecież na kartce, że zamówiono Baruda el Amazat na to miejsce. A może była to miejscowość, której nazwa brzmiała podobnie?
Na razie nie mogłem pójść dalej za tą myślą. Miałem pisać. Uczyniłem to na wschodni sposób: na kolanie. Reszta zachowywała się spokojnie, żeby mi nie przeszkadzać.
Murad Habulam usiadł obok Suefa i zaczął z nim szeptać. Zauważyłem, spoglądając na nich od czasu do czasu, że patrzyli na nas wzrokiem złośliwej uciechy. W końcu pozwolili sobie nawet z nas się wyśmiewać. To zuchwalstwo rozgniewało mnie.
— Zejdź i konia zaprzęgnij do wozu — rozkazałem Janikowi. — Włóżcie tam swoje rzeczy. Wyruszymy niebawem.
— Czy przyprowadzić także nasze konie? — zapytał Halef.
— Jeszcze nie. Udaj się natomiast do wieży. Przypominam sobie, że leżą tam kawałki zatrutej jajecznicy, które rzuciliśmy wróblom. Zbierz je ostrożnie. Mogą nam się jeszcze przydać.
Hadżi pospieszył natychmiast z uwagą:
— Mam jeszcze w kieszeni papierową torebkę z trucizną na szczury, którą odebraliśmy poczciwemu Habulamowi.
— To bardzo dobrze! Habulam śmieje się z nas, jak się zdaje. Po staram się, żeby spoważniał.
Halef, Janik i Anka odeszli. Pierwszy z nich wrócił, gdy skończyłem pisaninę. Przyniósł garść większych i mniejszych kawałków jajecznicy, która to ilość aż nadto wystarczyłaby do chemicznego rozbioru.
— Effendi, co z tem zrobisz? — spytał Habulam zakłopotany.
— Przedłożę aptekarzowi policyjnemu w Uskub, ażeby zbadał, że z zawartości tej torebki wsypano trochę do jajecznicy.
— Ależ to nie ma celu!
— Przeciwnie, nawet znaczny. Chcę trochę przytłumić twoją wesołość.
— Myśmy się nie śmiali!
— Nie kłam! Pogarszasz tem tylko sprawę.
— Musieliśmy się uśmiać z tego Karanormanchan.
— Dlaczego?
— Ponieważ go wcale nie znamy.
— Czy to takie śmieszne?
— Nie, ale Janik wspominał o jakimś dowódcy, o którym my nic nie wiemy, a miejscowość Karanormanchan jeszcze mniej nas obchodzi.
— Co? Wam istotnie nic nie wiadomo o Szucie?
— Nie — odrzekł, chociaż widziałem, jak się przestraszył, gdy wymówiłem to imię. — Obcym mi jest on, oraz miejscowość, o której mówicie.
— I nie znasz miejscowości, która by się nazywała podobnie?
Spojrzałem mu bystro w oczy, on zaś przełknął śliną raz i drugi, wzrok opuścił ku ziemi i odrzekł:
— Stanowczo nie.
— Widzisz, poznają po tobie znowu, że kłamiesz. Nie umiesz tak udawać, żebyś mnie mógł oszukać. Zobaczymy jeszcze raz.
Wyjąłem portfel. W jednym z przedziałów znajdowała się napisana przez Hamda el Amazat do brata Baruda el Amazat kartka, która wpadła mi w ręce. Wydobyłem ją i zbadałem jak najdokładniej.
Nie przypatrzyłem się jej jeszcze z myślą, że Karanorman-chan może być niewyraźnie napisane i dlatego sądziłem zawsze, że dobrze ją przeczytałem. Teraz rzuciwszy zaledwie okiem na dotyczącą zgłoską, wiedziałem odrazu, o co idzie.
Jązyk arabski nie ma liter na oznaczenie samogłosek, lecz zastępuje je tak zwanymi hareket. Są to kreski i haczki, które umieszcza się nad spółgłoskami lub pod niemi. I tak oznacza naprzykład mała kreska (—) zwana uestin albo esre a lub e, jeśli położona jest nad spółgłoską. Jeśli jest pod nią, czyta się y lub i. Tak zwane oetiri, czyli haczek nad spółgłoską określa o lub e, albo oe i ue. Łatwo więc przy piśmie niewyraźnem o zamianę. To mi się też przydarzyło przy pierwszem czytaniu kartki.
Wziąłem czarną plamkę na papierze za oetiri, przeoczyłem natomiast kreskę pod literą, bo wypadła podczas pisania tak drobno, że ledwie była dostrzegalna. Należało więc czytać nie o lecz i w trzeciej zgłosce słowa. Przy tem nakreślono pierwszą literą trzeciej zgłoski tak nie wyraźnie, że nie można było rozpoznać kierunku ogonka. Z tego powodu przeczytałem m zamiast w. Obie te zgłoski znaczyły więc razem „nirwan“, nie „norman“, a miejscowość nazywała się Karanirwan-chan.
Gdy odjąłem wzrok od kartki, zauważyłem z przerażeniem, że Habulam patrzył na nią pożądliwie.
— Co tu masz, panie? — zapytał.
— Kartkę, jak widzisz.
— Co na niej napisane?
— Właśnie nazwa Karanorman-chan.
— Pozwól mi zobaczyć!
Czy znał Hamda el Amazat? Czy był przypuszczony do badanej przez nas tajemnicy? Jeżeli tak, to postawił sobie za cel zniszczyć ją. A może nie, bo to nie przydałoby się na nic, skoro treść jej znałem.
Uważałem raczej za wskazane podać mu kartkę. Przypatrzywszy mu się przytem ostro, mogłem z jego zachowania się dojść do pewnych wniosków.
— Masz — rzekłem — lecz nie zgub jej; jeszcze mi będzie potrzebna.
Wziął ten skrawek papieru i obejrzał go starannie. Zbladł. Wtem usłyszałem ciche, ale osobliwe chrząkanie Halefa. Chciał zwrócić moją uwagę na Habulama. Spojrzałem nań szybko i dostrzegłem, że mrugnął nieznacznie do Suefa. Gdy rzuciłem na tego potajemnie okiem, ujrzałem, że podniósł się do połowy na jedno kolano i wyciągnął szyję. Oczy wlepił w Habulama, a oblicze jego przybrało wyraz pożądliwej troski o to, by nic nie stracić z rozmowy.
Teraz pojąłem jasno, że oni obaj więcej wiedzieli o tej kartce, aniżeli przypuszczałem i począłem żałować, że okazałem ochotę do rychłego odjazdu. Gdybym był mógł pozostać, może udałoby mi się wybadać ich w jakiś sposób. Niestety, za późno było już cofnąć postanowienie.
Tymczasem Habulam już zapanował nad sobą. Potrząsnął głową i powiedział:
— Kto zdoła to przeczytać? To nie są słowa z jakiegoś zrozumiałego języka.
— Przeciwnie! — odrzekłem ja.
— Zgłoski wprawdzie są, ale nie tworzą wyrazów!
— Trzeba je złożyć inaczej, a wtedy dadzą jasną myśl.
— Potrafisz to?
— Pewnie.
— To spróbuj!
— Zdaje się, że cię to bardzo zajmuje?
— Bo sądzę, że tego wcale nie można przeczytać, a ty twierdzisz inaczej. Poskładaj zgłoski dobrze i przeczytaj.
Zwracając wzrok skrycie, ale bystro na Suefa, oświadczyłem:
— We właściwem złożeniu brzmią te słowa tak: In pripeh beste la Karanorman-chan ali sa panajir menelikde. Rozumiesz to?
— Tylko kilka słów.
Widziałem wyraźnie, że twarz drgnęła mu błyskawicznie. Suef, jakby przestraszony, usiadł w pierwotnej, skurczonej pozycyi. Przekonałem się już, co jest na rzeczy, i powiedziałem:
— To mieszanina wyrazów z tureckiego, serbskiego i rumuńskiego języka.
— W jakim celu złożona? Czemuż piszący nie użył jednego języka?
— Bo treść tej kartki nie jest przeznaczona dla wszystkich. Szut i jego znajomi posługują się we wzajemnych stosunkach tajnem pismem. Biorą słowa z tych trzech języków i składają je wprawdzie według pewnej reguły, lecz pozornie tak pomięszane, że niewtajemniczony nie zdoła ich przeczytać.
— Szejtan — do dyabła! — wyrwało się lekko z ust Suefa.
Przecież nie zapanował nad uczuciem przerażenia. Okrzyk jego zdradził, że wszystko odgadłem, chociaż wyraziłem tylko przypuszczenie.
— A jednak ty przeczytałeś — rzekł Habulam głosem, drżącym od wzruszenia wewnętrznego.
— Oczywiście.
— Więc jesteś sprzymierzeńcem Szuta?
— Zapominasz, że jestem Frankiem.
— Chcesz zaznaczyć, że jesteście od nas mądrzejsi?
— Tak.
— Panie, to brzmi bardzo dumnie!
— To tylko prawda. Wam wystarcza to tajne pismo, dla nas jednak, jako zbyt głupio wymyślone, nie trudne do odgadnięcia.
— Ale jaka jest właściwie treść tych słów, dla mnie niezrozumiałych?
Chciał się tylko przekonać, czy ją znam, bo przecież sam mógł przeczytać.
— Opiewa ona tak: Bardzo prędko wiadomość do Karanorman-chan, ale po jarmarku w Menelik.
— A więc to się tak czyta! — rzekł tonem dziecinnego zdziwienia. — Czy ta kartka taka ważna dla ciebie, że prosisz, bym jej nie zgubił?
— Tak, gdyż szukam Szuta i spodziewam się znaleźć go przy jej pomocy.
— A zatem byłeś na jarmarku w Menelik i udajesz się do Karanorman-chan?
Potwierdziłem to z gotowością i tak swobodnie, jak gdybym się chciał dać wybadać. Habulam pozwolił wywieść się w pole i pytał się w dalszym ciągu:
— A kto pisał tę kartkę?
— Twój znajomy, Hamd el Amazat, brat Baruda el Amazat, który był tej nocy u ciebie.
— A jednak jeszcze nigdy o nim nie słyszałem. Gdzież on przebywa?
— Był w handlu kupca Galingré w Skutari, teraz odszedł stamtąd, aby pojechać do Szuta, gdzie się ma spotkać z bratem Barudem el Amazat.
— Skąd ty wiesz o tem?
— Ta kartka mi tak powiada.
— Effendi, ty jesteś rozumna głowa. Groźba twoja o złem spojrzeniu była tylko obliczona na wyprowadzenie mnie w pole. Ty nie masz wcale złego wzroku. O wszystkiem pouczyła cię twoja bystrość; to nie ulega wątpliwości. Prawdopodobnie znajdziesz jeszcze właściwe Karanorman-chan, którego szukasz.
— Już je znalazłem.
— O nie! To, o którem myślisz, jest fałszywe.
— Habulamie, popełniłeś teraz ogromne głupstwo.
— Jakie, effendi!
— Sam sobie kłam zadałeś. Przedtem wyparłeś się znajomości z Szutem, a teraz okazuje się, że wiesz, gdzie on mieszka.
— Ach! Nie powiedziałem ani słowa.
— Owszem! Zaprzeczyłeś temu, jakoby Karanorman-chan koło Wejczy było właściwem, czyli innemi słowy: tam Szuta znaleźć nie można. Z pewnością wiąc nie jest ci tajne miejsce jego pobytu.
— Panie, to tylko przypuszczenie, fałszywy wniosek z twej strony.
— Jestem pewien słuszności mego domysłu.
— Gdybyś nawet słusznie się domyślał, to jednak nie możesz utrzymywać, że znalazłeś właściwe Karanorman-chan. Teraz wiesz tylko tyle, że to, które znasz, jest fałszywe.
Przybrał miną wielce poważną i dumną. Uderzył w ton poufałości, a ponieważ odpowiadałem mu pozornie z wielką uprzejmością, ktoś niewtajemniczony byłby pomyślał, że jak najlepsi przyjaciele rozmawiamy o czemś obojętnem. Położył zwolna palec na nosie i mówił dalej:
— Byłeś, jak się teraz przekonywam, dla nas bardzo wyrozumiały. Chciałbym ci się na co przydać w podróży. To też powiadam ci: przypuszczam, że jest więcej miejscowości tej samej nazwy i dlatego dam ci bardzo dobrą radę. Udaj się do władz w Uskub i każ sobie przedłożyć fihristi mekian[18], a tam zaraz zobaczysz, ile jest miejscowości Karanorman-chan i gdzie leżą.
— Ja też tak samo myślałem, lecz teraz postanowiłem tego nie czynić, gdyż w kraju padyszacha jest bardzo zły zarząd. Jestem pewien, że nawet w tak znacznem mieście jak Uskub, albo wcale niema spisu miejscowości, albo że nic nie wart. Nie pojadę wcale do Karanorman-chan.
— A dokąd, effendi?
— Zmienię o na i, zaś m na w i pojadę do Karanirwan-chan.
Powiedziałem to powoli i ze szczególnym akcentem. Patrząc podczas tego jemu bystro w twarz, spostrzegłem, że pobladł i jakby z przestrachu chwycił się ręką za głowę.
— Szejtan — do dyabła! — zabrzmiało znowu zcicha od strony Suefa.
Ten okrzyk także dowiódł, że byłem na tropie właściwym.
— Czyż istnieje miejscowość tej nazwy? — spytał Habulam powoli głosem stłumionym.
— Nirwan, to perskie słowo, dlatego należałoby tej miejscowości szukać właściwie nad perską granicą. Ale czy wiesz, co to jest lissan aramaki[19]?
— Nie, effendi.
— Nie mogę ci więc wytłómaczyć, dlaczego ze związku tego słowa wnoszę, że ta miejscowość otrzymała nazwę po swym właścicielu.
— Może ja to przecież zrozumiem!
— Trudno. Ten człowiek jest Nirwani, czyli z perskiego miasta Nirwan. Miał czarną brodę i nazwano go dlatego Kara, czarny. Jego tutejsze imię brzmi więc Karanirwan. Zbudował on zajazd, chan, stąd łatwo zrozumieć, że ten dom otrzymał nazwę po właścicielu Karanirwan-chan i że go tak do dziś dnia nazywają.
— Szejtan — do dyabła! — szepnął ponownie Suef.
Murad Habulam otarł sobie pot z czoła i powiedział:
— To dziwne, jak z jednej nazwy potrafisz stworzyć całą historyę! Obawiam się tylko, że się mylisz.
— A ja nawet przysiągłbym, że ten chan nie znajduje się w mieście, ani we wsi.
— Dlaczego?
— Bo w takim razie byłaby na kartce nazwa wsi lub miasta. Ten dom leży gdzieś w odosobieniu; dlatego na nicby się nie zdało szukać go w spisie miejscowości.
— Jeśli tak jest istotnie, jak to sobie wyobrażasz, to chanu tego nigdy nie znajdziesz. Jesteś cudzoziemcem i nie masz czasu na to, żeby tu bawić tak długo, jakby było potrzeba na tak daleko idące poszukiwania.
— Mylisz się. Spodziewam się, że ten chan znajdę bardzo rychło. Czy znasz jakiego Persa w okolicy Kilissely?
— Nie.
— Wierzę ci bardzo. W kraju Skipetarów są Persowie taką rzadkością, że jeśliby się gdzie jaki znalazł, to każdy słyszałby o nim, zwłaszcza że Persowie są Szyitami, a religijne zwyczaje tego człowieka musiałyby uczynić go znanym szeroko. Wystarczy, jeśli w podróży dowiem się tylko o jakim Persie.
— Ale on może mieszkać daleko od twojej drogi tak, że ludzie, których napotkasz, nic nie będą o nim wiedzieli.
— On mieszka pewnie w tym kierunku.
— A skąd wiesz o tem?
— Kartka mię o tem poucza.
— Panie, ja tego nie pojmuję. Czytałem ją także, słowo w słowo, ale nic nie znalazłem.
— O Muradzie Habulam, coza olbrzymie głupstwo popełniłeś znowu w tej chwili.
— Ja? — spytał przerażony.
— Tak jest, ty! Czyż nie powiedziałeś poprzednio, że nie potrafisz przeczytać tajnego pisma na tej kartce? A teraz twierdzisz, że przeczytałeś ją słowo w słowo. Jak się to jedno z drugiem zgadza?
— Panie — rzekł zakłopotany — czytałem ją, lecz jej nie zrozumiałem.
— Powiadasz przecież, że nic nie znalazłeś! Kartka zawiera tylko zgłoski, a ty mówisz „słowo w słowo“. Muradzie Habulam, zapamiętaj sobie, że kłamca musi być obdarzony znakomitą pamięcią, jeżeli nie chce popaść w sprzeczność ze sobą samym. Słuchaj więc! Słyszałeś już odemnie, że kartka wszystko mi wyjawi. Hamd el Amazat napisał ją w Skutari do brata Baruda el Amazat w Edreneh. Pierwszy pisze drugiemu, żeby przybył do niego drogą przez Menelik. Hamd el Amazat chce naprzeciw niego wyjechać aż do Karanirwan-chan. Powiedz teraz, czy należy oczekiwać, że obydwaj kołować będą daleko i niepotrzebnie.
— Nie.
— Pojadą więc drogą najkrótszą i najprostszą?
— Pewnie, effendi.
— Ona prowadzi zatem z Edreneh przez Menelik do Skutari i na niej musi leżeć Karanirwan-chan między obydwu temi miejscowościami. To dla mnie tak pewne, jak gdybym je już tam widział.
— Szejtan — do dyabła! — zabrzmiało poraz czwarty. Rzekomy krawiec przyzwyczaił się widocznie do tego wyrazu. Udałem jednak, że tego nie słyszę. To ponowne westchnienie stanowiło dla mnie znowu dowód, że się nie mylę.
— Effendi — zaczął Habulam — słowa twoje brzmią wcale dobrze; pragnę też, żeby się okazały słusznemi; ale wątpię, czy tak będzie. Mówmy lepiej o czem innem! Czy chcesz okruchy jajecznicy i truciznę istotnie zawieźć do Uskub? Zapłaciłem przecież za przeznaczoną mi karę i otrzymałem dwa kije, które mi sprawiły okropny ból; mógłbyś na tem poprzestać.
— Opłaciłeś rzeczywiście karę, ale się potem z nas śmiałeś. Teraz sam zobaczysz, że śmiech wasz szyderczy był szkodliwy. Ja znajdę ten chan i bez ciebie. Ale za to, że pozwoliliście sobie żarty z nas stroić, za to spotkać was musi kara. Nie należę do tych, z którymi można bezkarnie grać komedyę. Oddam truciznę i jajecznicę do apteki policyjnej w Uskub.
— Daruję jeszcze na biednych sto piastrów.
— Nie przyjmę, choćbyś tysiąc obiecał.
— Zastanów się, czy rzeczywiście nie istnieje nic, coby cię skłoniło do zaniechania tego zamiaru.
— Hm! — mruknąłem po chwili.
To podsyciło jego nadzieję. Zobaczył, że się przynajmniej jeszcze namyślam.
— Namyśl się! — powtórzył natarczywiej.
— Tak, może znajdzie się jakaś forma ugody. Powiedz mi najpierw, czy w tych stronach trudno o służących.
— Ludzi, chętnych do pracy w służbie jest podostatkiem — odrzekł pospiesznie.
— Więc nie będzie ci trudno dostać parobków i dziewki do służby.
— Wcale nie, jeśli tylko zechcę.
— To zechciej!
— Jak to pojmujesz?
— Przypatrz się tam swoim ludziom. Życzą sobie uwolnienia ze służby.
Tego się nie spodziewał. Odwrócił się, rzucił parobkom i dziewkom groźne spojrzenie i zapytał mnie:
— Skąd wiesz o tem?
— Oni mi to sami powiedzieli.
— Allah! Ja im baty dać każę!
— Tego nie zrobisz. Czy sam nie skosztowałeś tej przyjemności? Wejdź w siebie i zacznij raz wreszcie inaczej postępować. Czemu nie chcesz puścić tych ludzi?
— Bo mi się tak podoba.
— W takim razie spodoba ci się lepiej to, że zabiorę truciznę do Uskub. Halefie, konie gotowe?
— Tak, effendi — odrzekł zapytany. — Trzeba je tylko przyprowadzić. Janik zapewne także już zaprzągł.
— Wtakim razie ruszajmy. Zawieźcie mnie przed bramę.
— Stój — zawołał Habulam. — Jakiż ty gwałtowny jesteś, effendi!
— Więc spraw się krótko! — odparłem. — Wydaj im płacę i niechaj idą!
— Zrobiłbym to, lecz nie mogę zostać bez odpowiednich służących!
To przyjm tymczasem zarobników dziennych. Szkoda mi czasu na długie targi z tobą. Oto są pisma, które sporządziłem. Przeczytaj je, a potem podpisz.
Wziął papiery i usiadł do czytania. Nie zadowolił się ich treścią; podnosił jeszcze różne żądania, ale ja nie pozwoliłem nic zmienić; w końcu podpisał. Halef wyniósł oba świadectwa i zeznanie, aby je wręczyć Janikowi.
— No, a teraz jak będzie ze służbą? — spytałem.
Habulam nie odpowiedział zaraz, natomiast Suef zawołał:
— A puśćże ich do szatana! Możesz dostać innych, którzy nie będą wiedzieli o wczorajszych i dzisiejszych wypadkach. Napędź ich, a im dalej się wyniosą, tem lepiej dla nas.
To rozstrzygnęło. Habulam poszedł po pieniądze, ja zaś zostałem, dopóki nie wypłacił. Potem oddałem mu truciznę, oraz okruszyny jajecznicy i kazałem konie sprowadzić.
Można sobie wyobrazić, że pożegnanie z gospodarzem nie było nadto serdeczne. Usprawiedliwiał się, że nie odprowadza mnie aż przed drzwi, gdyż ma nogi poranione.
— Doświadczyłeś dziś — rzekłem — że Allah zdolen nawet największe kłamstwo w prawdę obrócić. Wczoraj, po naszem przybyciu, powiedziałeś, że chodzić nie możesz; to było kłamstwo. Dzisiaj stało się prawdą. Nie będę cię przestrzegał, żebyś wziął z tego naukę. Jeśli serce twoje już całkiem jest zatwardziałe, to nie zdołam go zmiękczyć. Co się zaś tyczy gościny u ciebie, to nie dziękuję ci za nic. Suef miał nam wskazać publiczną gospodę. Oszukał mnie i zaprowadził do ciebie. W oberży zapłaciłbym za wszystko, tobie zaś nic nie dam. Koniec końców jesteśmy dziś skwitowani. Mam też nadzieję, że się nowy rachunek nie zbierze.
— Alb między nami jeszcze sprawa nie załatwiona! — zawołał groźnie Suef, zwracając się do mnie. Zapłacisz mi jeszcze dzisiejszy rachunek!
— Bardzo chętnie i oczywiście znowu kijami!
— O nie! Drugim razem polecą kule!
— I na to zgoda. Jestem najmocniej przekonany, że się jeszcze zobaczymy. Poznałem ciebie i nie pomylę się już w przyszłości.
— O, jeszcze mnie bardzo mało znasz! — szydził.
— To się później pokaże. Wiem dobrze, że w kilka minut po mnie ten dom opuścisz.
— Czyż mogę chodzić?
— Nie, na koniu.
— Człowiecze, jesteś wszechwiedzący! Jeśli jednak jesteś rzeczywiście tak mądry, jak udajesz, to powiedz mi, dokąd się zwrócę?
— Za tamtymi.
— Na co?
— Aby im donieść, że szukam Karanirwan. Pozdrów ich odemnie i powiedz, że na przyszły raz będą stali nie w wodzie, lecz w krwi i to własnej.
Osko wywiózł mnie z pokoju. Na dworze dosiedliśmy koni. Wóz z Janikiem i Anką stał już także przed drzwiami. Odrobina ich rzeczy leżała za nimi, a twarze błyszczały im radością.
— Pojedziemy najpierw na to miejsce, gdzie nocowały konie i dościgniemy was — rzekłem do nich.
Parobek, który nas chciał zaprowadzić, stał w pogotowiu. Nie wjechaliśmy wcale do wsi. W pięć minut byliśmy już na miejscu, poczem parobek się z nami pożegnał. Kiedy mi rękę podawał, spytałem, aby o najważniejszem nie zapomnieć, ilu ludzi stąd odjechało. Było ich pięciu, znał jednak tylko brata Habulama, Manacha el Barsza. Resztę kazałem sobie opisać; byli to Barud el Amazat, stary Mibarek i obydwaj Aladży. Ranny Mibarek siedział wcale dzielnie na siodle. Stary miał chyba rzeczywiście naturę hipopotama.
Ze względu na nogę nie mogłem sam zsiadać z konia, dlatego poleciłem drugim badanie licznych śladów kopyt końskich.
— Na co to? — zapytał Osko.
— Ażeby konie potem rozpoznać. Może znajdziemy się w tem niemiłem położeniu, że nie będziemy wiedzieli, kogo mamy przed sobą. W takim razie byłoby dobrze gdyby który z koni miał jakąś osobliwość na kopycie, któraby się w odcisku odbiła. Poznawalibyśmy potem tego konia po śladzie kopyta.
Staliśmy na murawie. W cieniu olbrzymich jaworów rosło dużo krzaków i małych drzewek, między któremi ziemia była stratowana. Ślady były liczne, ale ani jeden nie miał jakiejś cechy, któraby go odróżniała od innych. Ruszyliśmy więc dalej, nic nie wskórawszy.
Deszcz tak rozmiękczył grunt, że było nader łatwo iść za śladami. Prowadziły one ku gościńcowi, którym jedzie się przez Guriler i Kawadżinowę do Uskub. Nawet na nim ślady wystąpiły, gdyż błoto było bardzo grube, a ruchu prawie żadnego.
Doścignęliśmy wóz szczęśliwej pary; ponieważ nikt z mieszkańców zamku nie mógł tego już widzieć, dałem zdumionemu Janikowi tysiąc piastrów od Habulama jako prezent ślubny. Zacny chłopak wahał się przyjąć jeszcze ten podarunek, ale musiał go schować ostatecznie. Oboje przesadzali się w wyrazach wdzięczności. Uszczęśliwiliśmy dwoje ludzi i to wynagrodziło nam sowicie przykrości ostatnich zdarzeń.
Z powodu błota musieliśmy jechać powoli, jakoteż z tego względu, że wszelkie strumyki powylewały. Szczęściem uśmiechało się nad nami pogodne niebo.
Halef zbliżył się do mnie i zapytał:
— Czy chcesz prześcignąć naszych przeciwników? Czy nam się to uda?
— Nie. Postanowiłem tego nie czynić. Dopóki sądziłem, że naszym wspólnym celem jest Karanorman koło Wejczy, uważałem za korzystne przybyć tam przed nimi. Skoro jednak pokazało się, że się pomyliłem, to cel jest nam teraz nieznany i musimy, jak dotąd, podążać ich tropem. Spodziewam się jednak, że zdołam wkrótce dowiedzieć się, gdzie leży to Karanirwan-chan.
— W każdym razie za Uskub. Czy nie tak?
— Tak, gdyż w przeciwnym razie leżałoby między Kilissely a tem miastem, tego zaś nie uważam za prawdopodobne.
— Czy Uskub to wielkie miasto?
— Liczy około trzydziestu tysięcy mieszkańców.
— To stracimy tam ślady ściganych.
— Stambuł o wiele większy, a czy nie znaleźliśmy tam tego, czegośmy szukali? Przypuszczam jednak, że nie wstąpimy wcale do Uskub, ponieważ nasi kochani omijać będą to miasto. Tam dla nich zbyt niebezpiecznie. Trzeba wziąć na uwagę, Halefie, że Manach el Barsza był tam poborcą podatkowym. Wypędzono go z urzędu, należy więc przyjąć, że się czegoś dopuścił i będzie się bal tam pokazać. Możliwe, że wstąpią do miasta z powodu Mibareka, ażeby mu jaki chirurg opatrzył rany. Musimy właśnie być przygotowani na jedno i drugie. Najprawdopodobniej jednak objadą oni wielkim łukiem Uskub i z drugiej strony wrócą znów na gościniec z Kakandelen. Jeśli się słusznie domyślam, to należy Karanirwan-chan szukać za tą miejscowością w samotnych dolinach Szar Daghu.
Dojechaliśmy teraz do Kriwej Rjeki, której wezbrane nurty pieniły się daleko poza brzegami. Jeśli dopływy Wardaru niosły z gór takie masy wody, to rzeka główna musiała naprawdę niebezpiecznie wezbrać. Nie przedstawiała się też bynajmniej bezpiecznie jazda przez stary most, będący prawie pod wodą i wsparty na palach, które chwiały się niemal pod jej naporem. Po obu stronach mostu wynosiła wysokość wody na gościńcu może łokieć. Wczorajsza burza objęła widocznie cały teren Szar Daghu i Kurbeckiej Planiny.
Znajdowaliśmy się teraz w środku słynnej z żyzności równiny Mustafy i dostaliśmy się w dobre pół godziny do wsi Guriler, leżącej nad lewą odnogą Kriwej Rjeki.
Ona także wystąpiła z brzegów i poczyniła, jak się zdaje, znaczne szkody. Mieszkańcy stali w wodzie przed domami i pracowali z wysiłkiem nad jej obwałowaniem.
Aby dotrzeć do Uskub, musielibyśmy byli trzymać się aż do Karadżi Nowej dotychczasowego kierunku. Gościniec prowadził dalej prawie w prostej linii.
Tu, gdzie przeszło wielu ludzi, były ślady cokolwiek zatarte. Mogły się pojawić dopiero po drugiej stronie wsi. Gdy jednak mieliśmy ją już poza sobą, nie ziściło się nasze przypuszczenie.
Podług mych wiadomości nie istniała żadna droga, któraby się stąd odgałęziała. Czyżby ścigani przez nas złoczyńcy znajdowali się we wsi? Był tam mały konak. Widzieliśmy ten dom, lecz przejechaliśmy mimo. Nie pozostawało nic innego, jak powrócić, aby się czegoś dowiedzieć.
Dom stał tak blizko nad wodą, że niemal dosięgała drzwi, przed którymi mężczyzna jakiś sypał wał. Kiedy go powitałem, podziękował niewyraźnie i rzucił na mnie z podełba niechętne spojrzenie.
— Niedobry gość do was zawitał — rzekłem, wskazując na wodę.
— Bywają i gorsi — odparł z przymówką.
— Cóż może być gorszego od ognia i wody?
— Ludzie.
— Sam chyba tego nie doświadczyłeś?
— Już bardzo często, a dzisiaj znowu.
— Dzisiaj? Czy jesteś gospodarzem tego domu?
— Tak. Chcesz może do mnie zajechać? Widziałem was, gdyście przejeżdżali. Dlaczego wracasz? Jedź dalej śmiało!
Oparł się na motyce i spozierał na mnie podejrzliwie z boku. Miał twarz uczciwą i szczerą i nie wyglądał w cale na odludka. Jego odpychające zachowanie wywołane było niewątpliwie przez osobny powód. Czułem to, dlatego rzekłem:
— Dusza twoja jest widocznie do mnie uprzedzona. Czem zasłużyłem na niegrzeczność, z jaką mi odpowiadasz?
— Czelebilik dicen kiszinin dir[20], to prawda, ale są ludzie, do których przysłowie to nie da się zastosować.
— Czy zaliczasz także mnie do nich?
— Tak jest.
— W takim razie wiedz, że jesteś w błędzie. Oczerniono mnie przed tobą.
— Skąd wiesz, że mówiono mi o tobie?
— Wnoszę o tem z twego zachowania.
— Właśnie ta podejrzliwość twoja powiada mi, że mnie nie okłamano. Jedź zatem dalej! Nie mam z tobą nic do czynienia.
— Ale ja z tobą! Jestem zupełnie inny, niż ci mnie opisano.
— Nie zadawaj sobie trudu! Ja ciebie znam — rzekł z pogardliwym ruchem ręki. — Jeśli jesteś rozumny, to wieś opuścisz. Nie znajdujesz się w miejscu odosobnionem, gdzieby się trzeba bać ciebie i twoich ludzi, gdzieby na pomoc liczyć nie było można. O, przypatrz się temu człowiekowi! Widzisz, że u mnie przebywają ludzie padyszacha.
W drzwiach ukazał się mężczyzna, ubrany na poły po wojskowemu. Podobieństwo obudwu kazało się domyślać, że to bracia. On także przypatrywał mi się jak człowiekowi, któremu ufać nie można.
— Co tam? Czego chce ten obcy? — zapytał brata.
— Nie wiem — odrzekł zapytany. — I wcale wiedzieć nie pragnę. Radziłem mu już, by jechał dalej.
— Tak też zrobię — odrzekłem — lecz zamierzam się o czemś dowiedzieć i spodziewam się odpowiedzi na uprzejme pytanie.
— Uczynimy to, jeśli pytanie będzie zasługiwało na odpowiedź — zauważył żołnierz. — Ja jestem hekim askeri[21]; jestem teraz w odwiedzinach u brata. Przyjm to do wiadomości, zanim zapytasz o co.
Teraz wyjaśniło mi się wszystko. Zacząłem więc w te słowa:
— Dzisiaj rano zajechało do was pięciu jeźdźców?
Potwierdził.
— Jeden z nich był zraniony i ty go opatrzyłeś?
— Tak jest. Czy wiesz może, kto go zranił?
— Ja sam.
— Więc prawda to, co nam ci ludzie opowiedzieli.
— Cóż oni wam opowiedzieli?
— Ty wiesz to o wiele dokładniej od nas. Jeśli nie masz pytać o nic więcej, to skończyliśmy z tobą.
Odwrócił się.
— Stój, zaczekaj jeszcze! — odezwałem się. — Wyobrażam sobie, że was okłamano, ale nie wiem, w jaki sposób. Ponieważ jesteś lekarzem w służbie sułtana, przeto umiesz z pewnością czytać. Przypatrzno się temu papierowi!
Wyjąłem ferman i podałem mu. Zaledwie wzrok jego padł na pismo i pieczęć, skłonił się głęboko i rzekł zdumiony:
— W szak to pieczęć i podpis wielkiego wezyra! Taki dokument wystawia się tylko za osobnem zezwoleniem padyszacha.
— Rozumie się. Cieszy mię to, że znasz te stosunki.
— A ty jesteś prawowitym właścicielem tego fermanu?
— Tak; przekonasz się, jeśli porównasz opis mojej osoby.
Zrobił to, potrząsnął głową i rzekł do brata:
— Zdaje się, że postąpiliśmy niesprawiedliwie względem tego effendi. On nie jest tem, czem go nam przedstawiono.
— Jestem pewien, że umyślnie powiedziano wam nieprawdę — potwierdziłem. — Może będziecie tak dobrzy powtórzyć mi, co o mnie mówiono.
— Masz tu twój ferman. Okłamano nas rzeczywiście, wmawiając w nas, że jesteście rozbójnikami.
— Przypuszczałem coś podobnego, a tymczasem to ci, którzy do was zajechali, trudnią się rozbojem — odrzekłem.
— Ale zachowali się zupełnie inaczej.
— Czy to co dziwnego? Potrzebowali waszej pomocy, więc musieli być grzeczni.
— Był z nimi pewien mój znajomy.
— Manach el Barsza?
— Tak. Był przedtem poborcą pogłównego w Uskub.
— Czy jesteś wobec niego zobowiązany do jakich względów? Złożono go przecież z urzędu!
— Tak, ale przez to jeszcze nie musiał zostać rozbójnikiem!
— Jest nim. Czy słyszałeś kiedy o Aladżych?
— Bardzo często. To dwaj zbóje, którzy niepokoją cały kraj od gór Kerubi i Bastrik aż do Dowanicy Planiny. Daremnie usiłowano ich schwytać. Dlaczego pytasz o tych ludzi?
— Bo byli tutaj. Czy przypatrzyłeś się koniom tych pięciu jeźdźców?
— Tak. Były dwa srokacze, wspaniałe konie, które...
Zatrzymał się i spojrzał na mnie z zakłopotaniem. Otworzył usta. Przyszła mu do głowy trafna myśl.
— No, mów dalej! — żądałem.
— Allah! — zawołał. — Czegóż ja się dowiaduję? Ci dwaj zbóje jeżdżą na srokaczach i dlatego właśnie nazywają się Aladży.
— No, a co z tego wynika?
— Że to oni tu zajechali!
— Słusznie! Przyjęliście u siebie Aladżych, a tamci trzej to takie same łotry.
— Tego nie byłbym przypuścił. Sami są rozbójnikami, a ciebie tak źle przedstawili. Powiedzieli, że jesteście kimesneler daghlarde[22] i że spotkali się z wami w konaku w Kilissely. Z powodu sprzeczki mieliście się na nich zaczaić i strzelać do nich. Ja opatrzyłem starego, którego dwie kule w ramię trafiły.
Wyjaśniłem mu wszystko w krótkości i dowiedziałem się, że tych pięciu towarzyszy wyruszyło do Uskub.
— Ale ja nie widzę na gościńcu śladów — zauważyłem.
— Bo ruszyli drogą do Rumelii — brzmiała odpowiedź. — Twierdzili, że droga z powodu deszczu zanadto błotnista. Ku Rumelii mogą ciągle jechać po trawie.
— Ale zrobią koło, jak na rannego, zbyt wielkie. Zapewniam cię, że oni wcale nie zamierzają jechać do Uskub. Tam grozi im niebezpieczeństwo uwięzienia. Oni uciekają przed nami i dlatego okłamali was, żebyście nam nie zdradzili, dokąd jadą. Czy drogę stąd do Rumelii trudno znaleźć?
— Wcale nie. Biegnie ona na pewnej przestrzeni nad rzeką i skręca potem na prawo. Znajdziesz tam łatwo ślady pięciu jeźdźców, bo grunt jest miękki.
Pożegnałem się i wróciłem do towarzyszy.
— Nasi przeciwnicy nie udają się do Uskub; pośpieszyli do Rumelii.
— Do Rumelii? — zapytał Janik. — W takim razie zboczyli z gościńca. Czy pojedziesz za nimi, effendi?
— Tak. Musimy się tutaj rozstać.
Pożegnanie z szczęśliwą parą było rozczulające.
Obrawszy zamiast północno-zachodniego wprost zachodni kierunek i zostawiwszy wieś za sobą, odnaleźliśmy niebawem ślady na trawie. Właściwej drogi tutaj nie było.
— Czy znasz tę Rumelię? — spytał mnie Halef, trzymał się bowiem znów mego boku.
— Nie. Wiem tylko, że to wieś, ale tam nigdy nie byłem. Miejscowość ta leży prawdopodobnie przy gościńcu, prowadzącym z Kyprili wzdłuż Wardaru do Uskub. Po tamtej stronie jest kolej żelazna.
— Ach! To może pojechalibyśmy koleją. Gdy powrócę do Hanneh, najpiękniejszej z cór ziemi, byłbym dumny, gdybym się mógł przed nią pochwalić, że siedziałem w wozie, przez dym ciągnionym.
— Nie dym, lecz parę.
— To przecież jedno i to samo.
— Nie, dym bowiem widzisz, a para jest niewidzialna.
— Jeśli tak jest, to skąd wiesz, że para wogóle istnieje?
— Czy możesz widzieć muzykę?
— Nie, zihdi.
— A więc twojem zdaniem niema muzyki. Nie potrafię ci dobrze wytłómaczyć istoty i działania pary. Aby mnie zrozumieć, musiałbyś posiadać wstępne wiadomości.
— Zihdi, chcesz mnie obrazić? Czyż nie dowiodłem wielokrotnie, że wiadomości wstępne posiadam?
— Ale nie z zakresu fizyki.
— Jakież to są wiadomości?
— Te, które się odnoszą do sił i praw natury.
— O ja znam wszelkie siły i prawa natury. Jeśli mnie kto obrazi, to wedle prostego prawa natury dostanie w twarz. A gdy ja mu daję policzek, to czynię to moją siłą naturalną. Czyż nie mam słuszności?
— Ty często nawet wówczas masz słuszność, kiedy ci jej brak, kochany Halefie. Zresztą żałuję, iż nie będziesz mógł Hanneh, temu kwiatowi niewiast, opowiedzieć, iż jechałeś wagonem kolei żelaznej.
— Czemu nie?
— Po pierwsze nie wiem, czy kolej jest teraz w ruchu, a powtóre musimy ścigać naszych wrogów. Oni nie pojadą, a więc i my z konieczności wyrzekniemy się tej przyjemności.
Droga była już teraz znośna i dlatego posuwaliśmy się szybko naprzód. W pół godziny ujrzeliśmy wieś przed sobą. Na lewo szła droga z Kyprili przez Kapetanli Chan, a na prawo dalej do Uskub.
Przebiegając wzrokiem wzdłuż tego gościńca, zauważyłem jeźdźca, zdążającego wyciągniętym cwałem od Kapetanli. Kto po takim błocie jechał tak ostro, temu pilno było widocznie. Wziąłem dalekowidz do ręki, ale zaledwie przypatrzyłem się temu człowiekowi, podałem przyrząd Halefowi. Przyłożył go do oka, lecz opuścił natychmiast.
— Allah! — zawołał. — To ten Suef, który krawca udawał.
Nie pomyliłem się więc, sądząc, że opuści zaraz po nas Kilissely.
— Jedźmy kłusem — powiedziałem. — On chce ostrzec tamtych, ale to się stać nie powinno. On wie, dokąd oni pojechali.
— Ależ my go nie zdołamy wyprzedzić — rzekł Halef. — On już blizko wsi. Możemy go jednak doścignąć po drugiej stronie.
Tylko wówczas, jeżeli most jest na rzece. Jeżeli natomiast trzeba się przeprawiać czółnem lub promem, to zyska na oddaleniu. Ja pojadę naprzód.
Dotknąłem tylko boków karego i w tej chwili ruszył prawie z szybkością kolejowego pociągu. Suef nas dotychczas nie widział. Teraz jednak zauważyłem, że się zawahał, a potem zaczął konia gorliwie biczem obrabiać.
To prawda, że był bliżej wsi odemnie, ale koń jego nie mógł iść w zawody z moim Arabem. Gwizdnąłem, a kary szybkość podwoił. W minutę byłem na gościńcu i znalazłem się między nim a wsią. Obawa przedemną nie pozwoliła mu przejechać koło mnie, okrążyć także nie było którędy, bo po lewej stronie toczyły się żółte fale wezbranej wysoko rzeki.
Zatrzymałem się na środku gościńca, by zaczekać na towarzyszy. Suef się także zatrzymał o jakie czterysta kroków poza mną.
— Twój Rih ładnie się spisał — zaśmiał się Halef, nadjeżdżając. — Trudno wprost uwierzyć, żeby koń mógł być tak szybkim. Ale co uczynimy? Czy pomówisz z tym człowiekiem?
— Ani słowa, o ile nie będę musiał.
— Ależ on godzi na nasze życie!
— Ukaraliśmy go. Aby móc nadal występować przeciwko niemu, musielibyśmy zaczekać, dopókiby znów nieprzyjaźnie się względem nas nie zachował. Udamy teraz, że go nie znamy.
— Popełniliśmy przecież błąd wielki.
— Jaki?
— Że daliśmy mu bastonadę. Teraz może przynajmniej jechać na koniu. Gdybyśmy byli obili go nie w stopy, lecz tam, gdzie padyszach tronu dotyka, siadając na nim, to nie mógłby chodzić, ani jeździć.
— Toby się na nic nie zdało, bo stary Murad Habulam wysłałby innego posłańca. A więc naprzód!
Ruszyliśmy dalej, a Suef zwolna za nami. Był pewnie wściekły na to spotkanie.
Rumelia wydała mi się większą od Guriler. Rozściągała się od gościńca aż do brzegu rzeki Wardar, która teraz przedstawiała groźny widok. Wzburzone jej fale piętrzyły się wysoko. Woda wystąpiła daleko z brzegów i zalała przyległe łąki, porosłe wierzbami. Po drugiej stronie ujrzeliśmy tor kolejowy. Widocznie pracowano nad nasypem. Mnóstwo robotników uwijało się z łopatami, siekierami i innemi narzędziami. W pobliżu wału kolejowego stały długie drewniane baraki, tymczasowe mieszkania robotników.
Mostu na rzece nie było. Do przewozu służył prom, szeroki i ciężki, przywiązany do lin, umocowanych na dnie rzeki, a poruszany przez przewoźników zapomocą długich drągów.
— Co teraz zrobimy? — zapytał Halef — gdy zatrzymaliśmy się przy pierwszych domach. Czy zaraz się przeprawimy?
— Nie — odrzekłem. — Zjedziemy na bok i zaczekamy na to, co Suef uczyni, a potem pojedziemy tam, gdzie on. Nie wiemy, gdzie leży Karanirwan, więc on będzie wbrew własnym zamiarom naszym przewodnikiem.
— Nie, zihdi. On będzie na tyle mądry, żeby nas w pole wyprowadzić.
— A my nie dopuścimy do tego. Musisz wziąć na uwagę, że go nogi bolą okropnie. Trzyma je wprawdzie w strzemionach i nie potrzebuje ich wysilać, ale jazda z pewnością męki mu sprawia. Będzie się zatem starał jak najrychlej dotrzeć do celu. Jeżeli zaś zechce sprowadzić nas z dobrej drogi, to nie zboczy zbyt daleko z kierunku, przez siebie obranego.
— Ale będzie usiłował zniknąć nam z oczu!
— W takim razie uczynimy wszystko, aby mu się to nie udało. Zjedźmy więc na bok!
Pojechaliśmy jeszcze kawałek tak, że Suef mógł w dogodnem dla siebie oddaleniu nas minąć i zbliżyć się do przewozu. Tam zatrzymaliśmy się, ale tak, że ja zwrócony byłem twarzą do niego. Udawaliśmy, że go nie widzimy, on jednak mógł się domyśleć, że to tylko podstęp z naszej strony.
Dziwna rzecz, że nie udał się do przewozu. Popędzał konia to naprzód, to w tył i spoglądał uważnie ku torowi kolejowemu, jak gdyby krzątanina robotników zajmowała go nadzwyczajnie.
— Nie chce — zaśmiał się Halef. — Przebieglejszy od nas.
— Zobaczymy. On pozornie patrzy tylko na roboty kolejowe, ale ja widzę, że często na bok spoziera ku temu pobielanemu domowi. Znajduje się tam słup przed drzwiami, prawdopodobnie do przywiązywania koni. Zdaje się, że to chan; dlatego zapewne zamierza tam wstąpić, Udajmy więc, że chcemy dostać się na drugi brzeg.
Pojechaliśmy ku przewozowi. Z desek zbudowana była kładka, aby można było suchą nogą przejść przez zalaną wodą część brzegu; ponieważ jednak przeznaczona była tylko dla ludzi, przeto musieliśmy jechać trochę przez wodę, sięgającą koniom do brzuchów.
Przeprawa nie była rzeczą całkiem bezpieczną. Prom wydawał się na pół przegniłym, liny podejrzanej jakości, a załoga, złożona ze starego już mężczyzny i trzech wyrostków, nie budziła wielkiego zaufania. Do tego napór fal był bardzo ciężki. Rzeka unosiła rozmaite przedmioty, zabrane z brzegów i potworzyły się wiry, w które łatwo było się dostać. Uwzględniwszy to wszystko, poczułem się teraz, kiedy znaleźliśmy się już na przewozie, wcale nieswojo.
Stary przewoźnik siedział na krawędzi promu i palił fajkę. Przypatrzył nam się uważnie, a potem skinął na swych pomocników znacząco.
Stanąłem tak, że Suefa miałem na oku. Zaledwie stanęliśmy na promie, pokłusował on do wspomnianego domu, zsiadł z konia, przywiązał go do pala i pokulał z trudem do wnętrza.
— Halefie i Osko, prędko spieszcie także do środka! Musicie bezwarunkowo się dowiedzieć co on będzie mówił i robił. Nie spuszczajcie go z oka!
Ruszyli czemprędzej na brzeg i pojechali ku domowi. Weszli tam już w kilka chwil po Suefie.
Zwróciłem się teraz do starego.
— Ile żądasz od czterech jeźdźców za przewóz na drugą stronę?
— Dwadzieścia piastrów — odpowiedział, wyciągając do mnie rękę. Uderzyłem go lekko biczem po ręce i rzekłem:
— Ja ci nic nie dam.
— To zostaniesz tutaj!
— Nie, albowiem ty nas przewieziesz. Zażądałeś pięć razy większej zapłaty. To należy ukarać. Ty nas przewieziesz, a potem dostaniesz po drugiej stronie po jednym kiju w podeszwy za każdego piastra. Przypatrz się temu fermanowi wielkorządcy! Poznasz, że się nie pozwolę oszukać.
Rzucił okiem na pieczęć, wyjął z ust fajkę, złożył ręce na piersi, skłonił się i odezwał się głosem zniżonym:
— Panie, wszystko dobre, co zsyła Allah. Przewiozę cię i otrzymam za to dwadzieścia kijów. Niech Allah błogosławi padyszachowi i dzieciom jego dzieci!
Tak się dzieje „w Turcyi“. Ja jednak Turkiem nie byłem, wyjąłem dwadzieścia piastrów i wrzucając mu, rzekłem:
— Daruję ci kije, bo lituję się nad twoją starością. Rzeka wezbrana, a przewóz ciężki i niebezpieczny, więc wolno ci żądać cośkolwiek więcej niż zwykle, nie powinieneś tylko żądań swych zbyt daleko posuwać.
Ociągał się z przyjęciem pieniędzy, wytrzeszczył na mnie oczy i rozwarł usta szeroko.
— Czy mam napowrót schować pieniądze? — zapytałem.
Teraz wróciły mu ruchy. Podskoczył ku mnie, wyrwał mi z ręki pieniądze i zawołał:
— Co? Ty płacisz, chociaż jesteś pod opieką wielkorządcy i jego najwyższego wezyra?
— Czy ci, którymi oni się opiekują, są już zwolnieni od obowiązku sprawiedliwości i łagodności?
— O panie, o ago, o effendi, o emirze, zwykle bywa inaczej! Ale z twoich oczu świeci łaska, a w twoich słowach brzmi miłosierdzie przychylnego serca. Dlatego niechaj Allah błogosławi tobie, twoim dziadkom i pradziadkom najpóźniejszego twojego potomstwa! Tak, taka łask a rzadko nam przypada w udziale, chociaż spożywamy chleb twardy i skąpy.
— Tam po drugiej stronie pracuje mnóstwo robotników. Zarabiasz zatem więcej, niż gdyby ich tu nie było.
— Mój zarobek bardzo mały, ponieważ ci ludzie urządzili powyżej mojego przewozu drugi z pomocą wielkiego czółna. To oczywiście uszczupla moje dochody, ale dzierżawa moja została ta sama.
— Czy ci ludzie ośmielają się także teraz puszczać przez rzekę wezbraną?
— Dzisiaj nie odważyli się jeszcze, bo to zbyt niebezpieczne. Potrzebaby podwójnej liczby wioseł.
— Ale ty przewiozłeś dziś już sporo osób. Czy było między nimi pięciu jeźdźców, z których dwaj jechali na srokaczach?
— Tak, panie. Jeden z nich był niezawodnie ranny. Przybyli tutaj z tamtego zajazdu, gdzie na czas krótki zsiedli.
Wskazał przytem na wspomniany dom, pobielany.
— Jak dawno ich widziałeś?
— Przed dwiema godzinami. Wolałbym był wcale ich nie widzieć.
— Czemu?
— Bo mnie oszukali. Gdy przybyliśmy na drugą stronę, a ja zażądałem przewoźnego, dostałem harapem zamiast pieniędzy. Dali mi przedtem polecenie, którego jednak nie wykonam. Kto mi nie płaci, temu też ja nie będę robił grzeczności.
— Czy mogę zapytać, do kogo się odnosiło to zlecenie?
— I owszem. Do tego człowieka, który przedtem zatrzymał się w waszem pobliżu, a potem zsiadł przed oberżą.
— Więc on dla ciebie nie obcy?
— Nie; każdy zna tego krawca.
— Czy to krawiec naprawdę?
— Tak mówią, ale nie słyszałem jeszcze od nikogo z tutejszych mieszkańców, żeby komu zrobił ubranie.
— Hm! A jak brzmi to polecenie?
— Żeby się spieszył, gdyż tylko do rana będą na niego czekali.
Gdzie? Tego już nie wiedział, a z owych pięciu znał tylko byłego poborcę podatkowego z Uskub, który aż do krwi ludzi dręczył.
— Niech go Allah pobłogosławi — dodał — tysiącem plag na ciele i tysiącem chorób na duszy!
Chciał mówić dalej, lecz odwrócił się, ponieważ coś innego zaprzątnęło jego uwagę. Z oberży wyszło dwu ludzi, niosących po dwa wiosła. Udali się nad wodę i poszli brzegiem w górę rzeki.
— O Allah! — zawołał przewoźnik — czyżby ci nieostrożni odważyli się czółnem przewozić?
— A gdzie jest czółno?
— Tam wyżej, gdzie kobieta siedzi nad wodą. Nie zobaczysz go, bo schowane za krzakami wierzby!
Tymczasem ci dwaj doszli do wspomnianego miejsca, zamienili słów kilka z kobietą i zniknęli potem za wikliną.
— Tak — rzekł stary — ośmielają się. No, niech im się uda, jeśli ich Allah ma w swojej opiece. Sami pewnie nie jadą, a ich podróżny będzie im musiał zapłacić dużo pieniędzy. Ja zrobiłbym mu to taniej.
— To pewnie owa kobieta zapłaci.
Powiedziałem to, widząc, że ona, także za krzakami zniknęła; wsiadła więc chyba również do czółna. Ale stary potrząsnął głową i rzekł:
— Ona nie da ani jednego para. Należy do robotników i przewozi się za darmo. Ta kobieta siedziała tam już od rana, ale dotychczas jeszcze nie przewożono. Ale co to, czyżby ten krawiec?
Podczas wyjaśnień starego wyszedł Suef z oberży i wsiadł na konia. Spojrzał na nas z ukosa i pospieszył na miejsce, gdzie było czółno. Tam zsiadł z konia.
— Allah il Allah! Krawiec idzie do czółna! — zawołał przewoźnik. — Niech uważa, żeby się za dużo wody nie napił. Ja wiem, że on ubogi i przewiózłbym go za ćwierć piastra, albo nawet za darmo. Czemu do mnie nie przyszedł? Nie uważałem za stosowne pouczać starego o powodach Suefa, który odgadł prawdopodobnie nasz zamiar. Wydało mu się też, że czółnem prędzej się przeprawi, niż my ciężkim promem. Gdyby potem dosiadł konia i ruszył cwałem, mógłby zniknąć nam z oczu. O śladach, które musiał zostawić, nie pomyślał.
— Zihdi, ten łotr przewozi się czółnem — oznajmił hadżi. — Dał trzydzieści piastrów za przewóz.
— Czy na tem kończą się wasze wiadomości?
— Nie jeszcze. Właśnie, gdyśmy wchodzili, mówił jeszcze z gospodarzem o pięciu jeźdźcach. Skinął wprawdzie na niego, żeby milczał, ale ten był już w środku zdania i skończył je tak, że usłyszeliśmy nieco.
— Cóż więc uchwyciliście jeszcze?
— Że tych pięciu oczekuje krawca w Treska Konak.
— Gdzie ta miejscowość?
— Tego nie wiem; trudno też było o tem od gospodarza się dowiedzieć. Stoi on widocznie po stronie krawca.
— A więcej nic nie mówiono?
— Tylko w sprawie przewozu.
— Tak, że nie uszło nic waszej uwagi?
— Tak. Suef patrzył na nas przytem dość złośliwie. Bawił się widocznie tem, że nas gniewał. Najchętniej byłbym go przeciągnął harapem. Sądzi, że prędzej od nas będzie na drugiej stronie.
— Nie zamieniliście z nim ani słowa?
— Ani słowa.
— To dobrze! Popatrz, prowadzi za sobą konia za cugle. Wsiada rzeczywiście do czółna, a szkapa ma płynąć z tyłu. Tego chyba nie dokaże.
— O zihdi, przypatrzyłem się temu koniowi dokładnie podczas naszej jazdy onegdajszej. On o wiele lepszy, niż wygląda. Ten koń dyabła ma w sobie.
— Mimo to wszystko żalby mi było, gdyby się zdarzyło jakie nieszczęście, zwłaszcza ze względu na tę kobietę, która wsiadła razem z nimi. Przejeżdżajmy i to jak najprędzej!
To wezwanie odnosiło się do przewoźników.
Stary właśnie fajkę wypukał i wyjął kapciuch, by ją napełnić na nowo. Mimo mego rozkazu zajmował się tem spokojnie dalej.
— Czy słyszałeś? — zapytałem. — Odłóż fajkę. Przeprawa może raz obejść się bez niej.
— Nie, panie — odrzekł swobodnie. — Mojej pracy towarzyszy cybuch; od tego odstąpić nie mogę. Tak było przez całe moje życie i tak zostanie aż do mego ostatniego przewozu.
— Ale ja chcę tam być prędzej niż łódź!
— Nie obawiaj się zbytecznie, mój panie. Łódź prawdopodobnie wcale na drugą stronę nie przejedzie.
Nakładał fajkę swobodnie dalej, wyjął potem gołą ręką węgiel z ognia, żarzącego się na kilku pozsuwanych kamieniach i służącego wyłącznie do zapalania fajki. Pociągnąwszy potem kilka razy, zawołał głosem marszałka:
— Naprzód, chłopcy! Musimy zasłużyć na piastry, które nam dano!
W tej chwili ujrzeliśmy powyżej łódź, wysuwającą się z zarośli. Na przodzie siedziała kobieta, w środku wytężali obaj wioślarze wszystkie siły, a w tyle siedział Suef, trzymając za cugle konia. Z wody wychylała się głowa konia. Steru czółno nie miało.
Na nasz widok wzniósł Suef rękę do góry i zrobił ruch, jak gdyby szydził z nas. Jeżeliby jazda szła tak, jak z początku, to pewne, że byłby na drugiej stronie, zanim my dojechalibyśmy do środka rzeki, gdyż trzej pomocnicy naszego przewoźnika zachowywali się tak, jak gdyby mięśni nie mieli. Odwiązali powolnie prom z łańcucha, chwycili potem za tyki i zaczęli niemi dziobać po wodzie, jak gdyby na jej dnie chcieli szpilkę wyszukać. Niestety konie nasze nie były przywykłe do takiej przeprawy i musieliśmy siedzieć na nich dla ich uspokojenia. Gdyby nie to, byłbym kazał towarzyszom także ręki trochę przyłożyć.
Halef wpadł na dobry pomysł przyśpieszenia przeprawy. Dobył z za pasa harapa, zwrócił się do najbliższego pomocnika i zawołał:
— Śpiesz się!
Równocześnie uderzył go po plecach, a zaledwie się to stało, zawołał stary:
— O Allah, o smutku, o potępienie! Bierzcie się, synkowie! Suńcie, popychajcie, chłopcy! Róbcie, pracujcie, wy siłacze! Im rychlej przejedziemy, tem większy bakszysz czeka nas od tych czterech sławnych szejków i emirów!
Ta delikatna przymówka tak podziałała na członki pomocników, że się zaczęli wysilać potężnie. Szybkość naszej jazdy zdwoiła się. Oczywiście, że łódki nie spuszczaliśmy z oka. Aby się dostać na miejsce, położone wprost naprzeciwko, musieli wioślarze popychać czółno w górę rzeki. W wodzie przybrzeżnej nie było to zbyt trudne, lecz im bardziej zbliżali się do środka rzeki, tem więcej się wysilali. Mimoto woda tak łódź znosiła, że podpływali do nas, zamiast się od nas oddalać. To zaczęło widocznie niepokoić Suefa. Uważaliśmy po jego ruchach, że zachęcał wioślarzy do większego wysiłku.
Nasi ludzie musieli także ciężko pracować. Siła prądu była tak wielka, że liny trzeszczały głucho. Gdyby jedna się urwała, bylibyśmy zdani na łaskę fal. Stary przewoźnik użył całej swej wymowy, aby swoich ludzi zachęcić do wytężenia wszystkich sił.
Co do czółna, to obydwaj wioślarze jego popełnili wielki błąd. Powinni byli w spokojniejszej wodzie przybrzeżnej popłynąć dalej w górę aż do punktu, skąd potrzebaby było tylko lekkiego kierowania, aby się dać prądowi zanieść na drugą stronę.
Łódź zbliżyła się już do nas o połowę odległości tak, że mogliśmy rozpoznać oblicza siedzących wewnątrz. Przewoźnik śledził ruchy wątłego statku okiem znawcy.
— Nie przepłyną na drugą stronę — zawyrokował. — Albo się połamią wiosła, albo... ach, Allah, Allach, są już naprawdę w środku rzeki! Na szatana, to mocne chłopy! Gotowo im się udać, gdyż... O nieszczęście, nieszczęście, zatracenie! Teraz już po wszystkiem!
Miał słuszność. Jednemu z wioślarzy wyskoczyło prawe wiosło z widełek, a wyrywając się uderzyło mocno w rękę. Ból sprawił, że i lewa ręka puściła wiosło, tak, że oba woda poniosła. Teraz pozostał tylko jeden wioślarz czynny, ale mu sił nie starczyło.
Po drugiej stronie stanęła praca. Wszyscy robotnicy przypatrywali się z najwyższem zajęciem rozgrywającej się w ich oczach walce, tudzież wezbranym żywiołom. My dosięgliśmy już także środka. W skutek pędu wody podniósł się prom z jednej strony; mógł łatwo nabrać wody, a wówczas byłoby także po nas. Były to chwile największego niebezpieczeństwa.
Wtem zabrakło sił wioślarzowi. Wciągnął wiosła do łodzi i założył ręce. Prąd porwał łódź i niósł ją prosto na nasz prom z szaloną szybkością. Z drugiego brzegu zabrzmiał donośny okrzyk przerażenia:
— Kobieto, kobieto, trzymaj się mocno!
Ale w tej chwili stała się rzecz, którąśmy przewidywali. Z głośnym trzaskiem uderzyło czółno o prom. Wzniósł się jeden okropny krzyk. Wydali go ludzie, stojący po obu brzegach, ci czterej, którzy w łodzi siedzieli i my na promie. Wyszedł z tylu ust, a mimoto brzmiał jak jeden okrzyk przestrachu.
W takich chwilach działają ludzie wedle tajemniczego instynktu, który poddaje im właściwy sposób obrony, pomimo że władza myślenia odmawia zupełnie posłuszeństwa. Ich czyny następują wówczas błyskawicznie, oni sami nie wiedzą potem, dlaczego zrobili właśnie tak, a nie inaczej.
Inni kierują się w takich razach jasnym i bystrym namysłem. Nie zgodzę się na twierdzenie, że w takiej chwili niema czasu na powzięcie postanowienia. To cudowne wprost zjawisko, jakiemi siłami najdobrotliwszy Stwórca wyposażył ducha ludzkiego. We śnie naprzykład obejmuje jedna minuta zdarzenia całych dni i dłuższych okresów czasu. Śniło mi się raz, że zdawałem egzamin. Dano nam cały dzień na wypracowanie pisemne. Skończyłem pierwszy, opuściłem pokój egzaminowy i odbyłem kilkugodzinną przechadzkę po górach. Egzamin ustny trwał jeszcze dwa dni następne. Wieczorem drugiego dnia na krótko przed końcem egzaminu załamała się ława, na której siedzieli słuchacze i to mnie zbudziło. Mój towarzysz zatrzasnął właśnie okno. Na pytanie moje odpowiedział, że najwyżej przed trzema minutami prosiłem go, żeby mnie nadal nie naprzykrzał się pytaniami, gdyż jestem zmęczony i że chętnie zasnąłbym. A zatem przeżyłem w śnie w przeciągu trzech minut trzy pełne dni egzaminu. Znałem całkiem dokładnie treść pisemnego wypracowania, obejmującego wiele stronic i przypomniałem sobie zadawane mi pytania. Wiedziałem nawet, które osoby spotkałem podczas przechadzki i o czem z niemi mówiłem. Oczywiście do rana zapomniałem o wszystkiem gruntownie.
Skoro więc sen trzyminutowy obejmuje trzy pełne dni, a zatem jedna minuta zastępuje tysiąc czterysta minut fizycznego i duchowego działania, to jest to zdolność, której nie odmówiłbym człowiekowi i na jawie.
Znajdowałem się w położeniach takich, w których moje lub cudze życie zależało od sekundy, a gdy czas ten przeminął, a z nim niebezpieczeństwo, wiedziałem całkiem dokładnie, że w tej jednej chwili przeniknąłem był niebezpieczeństwo, że uprzytomniłem sobie wszystkie środki obrony, wybrałem i wykonałem najlepszy z nich i najpewniejszy. To trudno pojąć i cudem się to wydaje, ale w życiu codziennem dzieją się tysiące cudów takich samych, a nawet i większych, tylko że my o nich nie wiemy. Nietylko otoczeni jesteśmy cudami Boga, lecz sami jesteśmy cudem Jego największym. Niech jaki niedowiarek temu zaprzeczy! Żal mi go!
Podobnie stało się także tu, na rzece wezbranej. Kobieta, siedząca na dziobie łodzi, z krzykiem rozpaczy uczepiła się krawędzi, ale zderzenie było tak silne, że wpadła do wody. Zniknęła w brudno gęstych nurtach, a ja za nią.
Jak zsiadłem z konia, ile zużyłem czasu na odrzucenie strzelb i wypróżnienie kieszeni i zanadrza, tego powiedzieć nie umiem. Halef twierdził potem, że jeszcze przed zderzeniem podniosłem się na siodle, przewidując napewno, że kobieta się nie zdoła utrzymać. Usiłował mnie podobno nie puścić, ale ja o tem nic nie wiem. Całe moje myślenie zogniskowało się koło jednego celu.
Przypominam sobie dokładnie, że pochwyciłem kobietę ręką i wciągnąłem w głębinę, aby z nią wypłynąć poza łodzią i promem. Statki te mogły być dla nas niebezpieczne.
Kiedy wynurzyłem się znowu, przekonałem się, że woda poniosła nas w dół dość daleko. Trzymałem kobietę za rękaw żuawki z niebieskiego sukna. Ona utraciła przytomność, a to ułatwiło mi zadanie. Byłem już po drugiej stronie środka rzeki i musiałem się starać dostać na brzeg, nie wyczerpując sił na walkę z falami. W takich sytuacyach najlepiej płynąć na grzbiecie. Jest to gorsze o tyle, że nie można patrzeć przed siebie, ale za to wygodniej i łatwiej unieść daleko więcej. Położyłem sobie kobietę napoprzek ciała i pozwoliłem się unosić prądowi.
Ponieważ miałem na sobie ciało kobiety, przeto pogrążyłem się sam dość głęboko. Trzymałem nogi jak najwyżej, ale mimo to z największym trudem tylko wydobywałem usta i nos z wody od czasu do czasu dla zaczerpnięcia powietrza. Usiłowałem przytem zbliżać się coraz więcej do brzegu.
Nie było to tak łatwo, jakby się czytelnikowi zdawało. Brzeg załamywał fale i odrzucał je ku środkowi wydłużonemi pręgami. Mogłem patrzeć tylko w górę i trochę na boki, ale nie przed siebie, a przytem musiałem omijać wiele przedmiotów, unoszonych przez wodę lub z niej wysterczających. Ludzie na brzegu biegli z prądem i bałamucili mnie swoim krzykiem. Nie mogli oczywiście biec tak prędko, jak ja płynąłem. Leciałem z oszołamiającą szybkością. Należało zachować zimną krew. Gdybym wśród tych wirów tylko raz się fałszywie poruszył, albo na krótki czas stracił pewność siebie, byłbym zgubiony, a ze mną kobieta. Płynąć w ubraniu nawet w spokojnej wodzie jest trudno, a cóż dopiero w tak wzburzonym żywiole, z takim na sobie ciężarem i w wygodnych przedtem, ale teraz fatalnych butach lekarza z Radowicz. Jak się potem okazało, nie byłem w wodzie zbyt długo, ale czas ten stawał się dla mnie wiecznością.
Nareszcie udało mi się przedostać poza rwący prąd rzeki i wiry, powstające przy samym jej brzegu. Znalazłem się w spokojnej wodzie zalanych pobrzeży, ale nie mogłem mimoto zachwycić nogami gruntu. Ilekroć tego próbowałem, leciałem w głąb. To mię bardzo niepokoiło. Wtem usłyszałem jakiś głos:
— Allahy sewerzin! Daha ucak, daha ucak juc! Orada szukurler. Szurada gel! — Na Boga! Płyń dalej! Tam są jamy! Chodź tutaj!
Przy budowie nasypu kolejowego używano do tego położonego obok gruntu, wskutek czego powstały jamy, nad któremi znajdowałem się teraz. Nie mogłem zobaczyć wołającego, bo mi woda przepływała przez oczy, spodziewałem się jednak, że wołający stoi na nasypie i płynąłem ku niemu. Nasyp sterczał z wody, sięgającej aż do niego.
Gdy tam się dostałem, wyciągnęło się ku mnie i kobiecie dwadzieścia rąk równocześnie. Odebrano odemnie nieruchomą postać. Wydrapałem się częściowo na nasyp sam, a częściowo mnie wyciągnięto. Teraz poczułem, że szaty ciężą na mnie jak cetnary.
Dokoła mnie zapanowała głośna radość; lamentowały tylko dwa głosy, których właściciele uważali kobietę za martwą. Powiedziałem im jednak, że się utopić nie mogła, chyba że tknęła ją apopleksya. Zaniesiono ją do baraków robotniczych.
Wtem doleciał mnie zbliżający się tętent. To moi trzej towarzysze pędzili konno do nasypu z Halefem na czele.
— Zihdi, zihdi! — krzyczał już zdala. — Czy zginąłeś już, czy żyjesz jeszcze?
— Żyję! — odrzekłem — i czuję się dobrze.
— Chwała i dzięki Allahowi!
Zeskoczył z konia, rzucił się obok mnie na ziemię, pochwycił mnie za obie ręce i zawołał:
— Jakże można było skoczyć do takiej wody! Czy musiałeś się jej napić?
— Tak jest; a smakowała prawie, jak piwo oberżysty z Radowicz.
— Wolę jej nie kosztować. Allah, Allah, jak ja się przeraziłem, gdy zniknąłeś w rzece. Czy kobieta warta tego, żeby życie dla niej narażać?
— Naturalnie! Czy ty nie poświęciłbyś życia swego dla Hanneh, najmilszej z cór i kobiet?
— Tak, bo to jest Hanneh! Ale kim jest ta kobieta? Czy to twoja narzeczona, lub siostra? Czy cię kochała i miała kiedyś zostać twoją żoną?
— To była ludzka istota w objęciach śmierci, a ja się wody nie boję.
— Ale ta rzeka bardzo zła dzisiaj. Popatrzno, jak się wścieka, że jej wydarto ofiarę. Przyprowadziłem ci Riha, albowiem nie możesz chodzić. Siadaj! Poszukamy miejsca, gdziebyś wysuszył ubranie.
— Gdzie moje strzelby i inne rzeczy?
— Wszystko jest u mnie. Strzelby wiszą przy siodle.
— A co się stało z resztą tych, którzy siedzieli w czółnie?
— Obu wioślarzy wciągnęliśmy na prom, ale krawiec runął do wody.
— Więc się utopił?
— Nie. Szejtan nie chce jeszcze o nim nic wiedzieć. Widziałem, jak płynął ze swoją szkapą. Trzeba się za nim oglądnąć.
Podniósł się i śledził za Suefem. Po chwili wskazał ręką za siebie:
— O tam są obaj, on i koń jego.
Spojrzałem we wskazanym kierunku i zobaczyłem daleko w dole rzeki Suefa, trzymającego się końskiego ogona. Właściciel i zwierzę zbliżali się już do brzegu. Stara szkapa przedstawiała więc rzeczywiście wysoką wartość.
— Czy mam zjechać i dać mu po nosie, gdy wyjdzie z wody? — zapytał hadżi.
— Nie, on się najadł dość strachu. To mu wystarczy!
— Ależ to on właśnie winien temu, że ty musiałeś skoczyć do wody!
— To jeszcze nie powód, by go zabijać.
— Umknie nam. Tak, jak teraz jesteś, nie możesz przecież go ścigać!
— Niech idzie! Dościgniemy go jeszcze.
Osko i Omar wyrazili mi swą wielką radość z powodu szczęśliwego zakończenia przygody wodnej, która wcale nie była przewidziana w naszym programie. Otoczyli nas robotnicy, wtórując okrzykom radości i zapraszając mnie do jednego z baraków, żebym przy piecu wysuszył sobie ubranie. To było oczywiście najpilniejsze. To też siadłem na konia i udałem się tam w chwili, gdy krawiec dostał się do brzegu. Narazie było mi obojętne, co będzie teraz czynił.
Konia nie trzeba było kierować, gdyż postarali się o to robotnicy. Pochwycili za cugle, nawet za strzemiona, inni zaś kroczyli przodem, po bokach i z tyłu. Tak prowadzili mnie w tryumfalnym — trochę mokrym, co prawda — pochodzie. Woda ściekała z ubrania po butach na ziemię. Oglądnąwszy się, ujrzałem Suefa, cwałującego przez pole. Koń i jeździec wyszli widocznie cało z przygody.
Halef dostrzegł moje spojrzenie. Zrobił minę posępną, pogroził pięścią jeźdźcowi i powiedział:
— Kehm lahana uzuw imri war; lakin Allah war eder, Allah jog eder — chwast długo żyje, lecz Allah tworzy i Allah niszczy.
Chciał przez to w gniewie powiedzieć, że ten chwast, krawiec, winien być wypleniony.
Tam, gdzie prom przybił do brzegu, stał przewoźnik z trzema pomocnikami. Widząc mnie nadchodzącego, podniósł głos i zawołał patetycznie:
— Tysiączne dzięki świętym kalifom, dziesięć tysięcy razy chwała prorokowi, a sto tysięcy Allahowi, którzy strzegli cię w chwili niebezpieczeństwa. Gdy ujrzałem cię, wpadającego do wody, serce mi skamieniało, a dusza zapłakała krwawemi łzami. Ponieważ jednak oglądam cię zdrowym, duch mój jest pełen radości i zachwytu, gdyż słowa twego dotrzymasz i dasz nam bakszysz, który przyrzekłeś.
A więc to była myśl właściwa przemowy. Potrząsnąłem głową i odrzekłem:
— Nic nie wiem o żadnem przyrzeczeniu.
— W takim razie woda cię otumaniła. Pomnij, co się powiedziało, gdy twój towarzysz zachęcił nas harapem do pośpiechu.
— Pamięć moja nic nie ucierpiała; nie uszło z niej żadne słowo. Ty żądałeś bakszyszu, lecz ja milczeniem pominąłem twoje słowa.
— O emirze, jakżeż ja ciebie żałuję! Myśli twoje przecież osłabły! To właśnie, że nic nie odpowiedziałeś na moją propozycyę, trzeba uważać za objaw zgody. Jeśli chciałeś odmówić bakszyszu, powinieneś był oświadczyć wyraźnie. Ponieważ jednak tego zaniechałeś, musimy go otrzymać.
— A jeśli mimo to odmówię?
— W takim razie będziemy zmuszeni ukarać duszę twoją i oceniać cię jako człowieka, dla którego własne przyrzeczenie nie jest niczem.
To jednak źle się dla niego skończyło. Rozgniewał bowiem robotników tem, że domagał się bakszyszu, którego mu wcale nie obiecałem, postępując sobie przytem w sposób obelżywy dla mnie. Pochwycono go w tej chwili i dwadzieścia pięści uderzyło na niego.
— Stać! Puśćcie go! — wołałem, starając się przekrzyczeć hałas, wywołany przez tych ludzi. — Dam mu ten bakszysz.
— To niepotrzebne! — odezwał się jeden z nich do mnie. — Otrzymuje go już od nas, jak widzisz.
— Przestańcie, przestańcie! — wrzeszczał stary. — Nie chcę już bakszyszu, nie chcę!
Wyrwał się i popędził do promu, gdzie byli już jego trzej pomocnicy. Okazał przy tem szybkość, stojącą w zupełnem przeciwieństwie do powolności, jaką przedtem zauważyłem u niego. Zapomniał nawet o tem, że przedsięwziął sobie nic nie robić bez fajki, bo zostawił ją na ziemi, gdy mu wypadła. Jeden z robotników podniósł ją i rzucił za nim na prom. Przewoźnik jednak nie chwycił za nią, lecz za łańcuch, żeby prom czemprędzej odsunąć od brzegu. Skoro tylko rozdzielił nas od niego pas wody, zaczął mi wymyślać, nazywając mnie skąpcem i wiarołomnym sknerą.
Halef zbliżył się do brzegu, złożył się strzelbą i zagroził:
— Sekiut dur, jokza atarim — milcz, bo strzelę!
Stary jednak wyzywał w dalszym ciągu. Nie wierzył, żeby Halef groźbę wykonał. Trzymał w ręku drąg, choć go nie używał wcale. Wtem Halef wypalił. Mierzył w drąg, a kula uderzyła weń w pobliżu starego tak, że drzazgi z niego poleciały. Na to krzyknął przewoźnik, puścił drąg do wody, a sam padł na pokład, sądząc prawdopodobnie, że w ten sposób zabezpieczy się najlepiej przed drugą kulą.
Robotnicy wybuchnęli głośnym śmiechem, gdyż nagła szybkość przewoźnika wydała im się tak samo komiczną jak nam.
Wtem dojechaliśmy do największego z baraków i zatrzymaliśmy się przed drzwiami. Zsiadłem z konia, poczem zaprowadzono mnie do wnętrza.
Izba była obszerna. Na ścianach wisiały nieliczne przedmioty, należące do robotników. Dokoła biegły ławy do siedzenia i leżenia zarazem, a w kącie stał potężny kaflowy piec, niewidzianej dotychczas przezemnie konstrukcyi. Zawierał on cztery kotły do gotowania, a palenisko nadawało się doskonale do suszenia mokrego ubrania.
Niebawem przyszedł z innego baraku młody i silny mężczyzna i zwrócił się do mnie ze słowami:
— Panie, miałeś słuszność. Ona nie zginęła, lecz żyje i już oddycha. Wybiegłem tylko na chwilę, żeby ci podziękować.
— Czy to twoja krewna?
— Żona. Ja jestem baszi iszdżiji[23]. Odważyła się na przeprawę, ponieważ kazałem jej być tu wcześnie z rana. Ale ty się musisz teraz rozebrać. Przyniosę zaraz mój cijazet esbaby[24].
Oddalił się, a niebawem powrócił ze spodniami, bluzą, kamizelką i parą pantofli, z czem udałem się do małego alkierza, żeby się przebrać. Halef mi przytem pomagał. Zdejmując ze mnie mokre części ubrania, lamentował:
— Effendi, już przepadła godność twojego stanu i urok charakteru. To piękne ubranie kosztowało cię w Stambule przeszło sześćset piastrów, a teraz przez wodę utraciło wspaniałość swego wyglądu. Płynąc, rozdarłeś okropnie jedną nogawicę. Trzeba to złączyć, żeby wdzięk twoich członków nie doznał obrazy. Igły i nici wożę wprawdzie zawsze z sobą, ale czy się tu znajdzie jakie iti[25], któreby nadało ubraniu formę weselszą, o tem wątpię.
Nie należy bynajmniej ze słów Halefa wnosić o mej postaci i osobie. Taki sposób wyrażania się był już u niego zwyczajem.
— Zapytaj się! Może jest krawiec między robotnikami.
Oddalił się z mojem ubraniem. Po chwili usłyszałem głośne pytanie:
— Posłuchajcie synowie i wnucy kolei żelaznej, czy znajduje się krawiec między wami?
— Tu! — ozwał się głos jakiś.
— Niech ci Allah pobłogosławi, przyjacielu za to, że w młodości przyszło ci na myśl łączyć nićmi materye tkacza tak, że członkowie twojego narodu mają w co wtykać ręce i nogi! Ale czy umiesz także zeszywać rozpory?
— Tak zgrabnie, że wygląda lepiej niż nowe.
W takim razie jesteś wielki usta ijnenun[26]. Czy masz także żelazko?
— Dwa nawet.
— Spokojnie zatem powierzam twej pieczy ubranie mego przyjaciela i władcy. Polecam ci je wysuszyć i wyprasować, a to rozdarcie uczynić niewidzialnem. Jeśli się dobrze z zadania wywiążesz, otrzymasz bakszysz, a wierni wszystkich krajów będą się radować twą sztuką i rozsławią imię twoje aż po owe granice, gdzie się kończy wszechświat. Weź ubranie i niech cię Allah oświeci!
Uśmiałem się, wyobraziwszy sobie poważne oblicze Halefa, z jakiem wygłosił tyradę. Gdy wrócił, zastał mnie badającego opatrunek gipsowy.
— Po nim także widać, że był w wodzie — rzekł — Czy rozmiękł?
— Nie, ale chciałbym go odjąć. Minęło dopiero kilka dni od czasu założenia go, ale sądzę, że się już można odważyć.
Odjęliśmy więc opatrunek naszemi nożami, przyczem nie odczułem wcale bolu. To był dobry znak. Po usunięciu gipsu spróbowałem stąpać. Udało się nadspodziewanie. Przeszedłem się nawet parę razy po alkierzu, naciskając dość mocno nogą. Okazało się teraz, że zwichnięcie przecież było mniejsze, niż sądziłem.
— Teraz nie włożysz już tych butów na gościec? — zapytał hadżi i wskazał na wymienione obuwie, które wskutek przemoczenia przybrało zaiste opłakaną postać.
— Nie, tu je zostawię.
— Darujmy je robotnikom na sitko do kawy, ponieważ w tych stronach przepuszczają ludzie kawę przez worek, żeby im nie smakowała zanadto. Allah ma w państwie swojem bardzo różnorodne stworzenia. Teraz możesz znowu nosić swoje długie skórzane buty i będziesz wyglądał całkiem inaczej. W tych butach, skutecznych przeciw gośćcowi, wyglądałeś jak przodek pradziadka, który już w potopie zęby utracił. Czy mam przynieść skórzane buty? Przypiąłem je do mego konia.
Skinąłem na znak zgody i przekonałem się potem, że noga miała w tych butach dostateczne oparcie. Ponieważ przez dzień siedziałem przeważnie w siodle, więc jej zbytnio nie wysilałem.
Pożyczone ubranie przystawało nieźle, ponieważ właściciel jego był moich rozmiarów. Ucieszył się tem, gdy mnie zobaczył i zaprosił nas do swojej chaty, gdyż żona jego chciała mi podziękować.
Robotnicy siedzieli razem i jedli. Obiad ich składał się z gęsto ugotowanej mamałygi. Tem zadowalają się oni codziennie.
Gdyśmy weszli, zaczęła kobieta rozpływać się w podziękowaniach, lecz poprosiłem ją, żeby tego zaniechała. Obok siedział jej mąż, tak szczęśliwy z powodu jej ocalenia, że musiałem przypuścić, iż się bardzo kochali. W toku rozmowy dowiedziałem się, że oboje byli chrześcijanami.
— Cieszę się bardzo, że ty także jesteś chrześcijanin — rzekł do mnie mąż.
— A skąd wiesz o tem?
— Powiedzieli mi to twoi dwaj towarzysze, gdy przewdziewałeś ubranie. Słyszałem także, że nie jesteś poddanym wielkorządcy, lecz należysz do zachodniego narodu.
— A ty stąd pochodzisz?
— O, nie. My prawie wszyscy z gór pochodzimy. Mieszkańcy tej równiny nie mają ochoty do pracy przy kolei. Gdy się rozeszła wiadomość, że przy tej budowie można na chleb zarobić, wyruszyło wielu ludzi z moich stron tutaj. Ponieważ uczyłem się kiedyś na mimara[27], objąłem kierownictwo i doglądam robót do dzisiaj.
— Więc chodziłeś do wyższej szkoły?
— Nie. Jestem drugim synem swego ojca; brat mój najstarszy dostanie w spadku dom. Czułem więc zawsze ochotę sobie własny wystawić dom. Nauczyłem się sam pisać, czytać i rysować i poszedłem na naukę do budowniczego w Uskub. Mój ojciec jest czabanem[28], mniej więcej o ośm godzin drogi stąd.
— Gdzie?
— Nie jest to wieś, ani nawet miejscowość. Są tam tylko dwa domy, położone nad brodem Treski, a że nasz sąsiad ma konak, nazywa się ta mała osada Treska-Konak.
— Ach! To dobre! To znakomite! — zawołałem.
— Dlaczego?
— Bo szukam właśnie tego Treska-Konak.
— Czy chcesz tam może pojechać? Do mego ojca, czy do konakdżego?
— Jak się zdaje, do tego drugiego.
— Jak się zdaje? Więc nie wiesz jeszcze napewno? — spytał zdziwiony.
— Nie. Ten człowiek, który się przewoził w łodzi z twoją żoną, tam się udaje, a ja muszę za nim pojechać. On tam śpieszy do ludzi, z którymi ja mam także zamienić niejedno słóweczko.
— To brzmi tak, jak gdybyś był względem nich wrogo usposobiony.
— Odgadłeś. Pojechało tam dziś rano pięciu ludzi, którzy zamierzają dopuścić się złych czynów, my temu chcemy przeszkodzić. Oni z pewnością promem przeprawili się przez rzekę.
— Ach! Czy nie było między nimi niejakiego Manacha el Barsza, napędzonego poborcy podatkowego z Uskub?
— Właśnie był.
— W takim razie ja ich widziałem. Stałem na brzegu, gdy przybyli. Pokłócili się z przewoźnikiem i dali mu baty zamiast pieniędzy. Przejeżdżając obok mnie, rzucił mi Manach także groźbę.
— Za co?
— Bo mnie nienawidzi. Pobierał on pogłówne od chrześcijan i żądał odemnie zawsze sumy dziesięć i dwanaście razy większej, a ja zapłacić nie chciałem. Z innymi było to samo. Więc zeszliśmy się i donieśliśmy o tem władzy. On oszukał chrześcijan o wielką sumę.
— Jaka go kara spotkała?
— Żadna. Uciekł i powiadają, że zabrał całą zawartość kasy podatkowej. W Uskub nie może się już pokazać. Więc ty szukasz tego człowieka? Zostawał zawsze w przyjaźni z naszym konakdżim i teraz pewnie do niego zajechał.
— Czy potrafisz mi opisać drogę do Treska-Konak?
— Aby się dostać prostą drogą, trzeba dobrze znać tę okolicę. Opis byłby zbyt zawikłany. Jeśli jednak sobie życzysz, mogę ci dać człowieka pewnego i znającego te strony tak dobrze, jak ja. Poczyta sobie to za największy zaszczyt, że zaprowadzi cię do mego ojca; a że opowie ojcu o twoim dobrym uczynku, przeto możesz liczyć na jak najserdeczniejsze przyjęcie.
Przyjąłem tę pomoc z radością i zapytałem:
— Czy dom twego ojca daleko od konaku?
— Zaledwie o dwie minuty drogi.
— To mieszkańcy konaku zobaczą nas, gdy nadjedziemy?
— Jeśli się chcesz ukryć przed nimi, to niech cię mój szwagier tak zaprowadzi, żeby was nie dostrzegli. Zresztą ciemna noc będzie, gdy tam dotrzecie. Mój szwagier jest teraz jeszcze na krótko zajęty przy budowie. Skoro powróci, wydam mu polecenie. Teraz zapraszam was w gościnę. Już południe i musimy coś spożyć. Podam wam coś, co rzadko można spotkać w kraju Mahometan.
Otworzył skrzynię, napełnioną sianem i wyjął z niej szynkę, oraz kilka ciemno uwędzonych kiełbas.
— O Allah, Allah! Czy sądzisz istotnie, że będziemy jedli pośladki świni i pieczoną w dymie krew z jej mięsem? — zawołał Halef. — Prorok nam tego zakazał i popełnilibyśmy grzech wielki, gdybyśmy się trupem świni na wieki zanieczyścili!
— Nikt tego od ciebie nie wymaga, Halefie — rzekłem. — Co do mnie jednak, to zjem trochę z największym gustem.
— Ależ w tem są dżild kurtlar[29]!
— My nie boimy się tego.
— Mnie właściwie nawet przypatrywać się nie wolno, gdyż już sam widok świńskiego mięsa powinien w nas budzić odrazę. Ponieważ jednak niema tutaj Oski, ani Omara, nie obawiam się wyrzutów, że dla twej miłości zostanę przy tobie. Gdy szynkę będziesz wkładał do ust, ja będę oczy zamykał, albo na bok patrzył.
Gospodarz podał szynkę, kiełbasy, chleb, pieprz i sól, poczem dobył noża z za pasa, a ja poszedłem za jego przykładem. Odcięliśmy sobie po tęgim kawałku szynki i zaczęła się uczta. Jeszcze nigdy nie smakowała mi szynka tak, jak tam w Rumelii.
Halef siedział bokiem za mną tak, że nie mogłem widzieć, czy mi się przypatruje, ale znając go, czułem, że go język świerzbiał z apetytu. Widział, jak mi smakowało i że sobie ukroiłem drugi kawałek.
— Hajdę szeitani — tfu, do dyabła! — zawołał. — Czy chcesz, zihdi, żebym cały szacunek i cześć dla ciebie utracił? Wedle przykazania proroka nie wolno mi ciebie dotknąć.
— Żałuję, mój kochany Halefie, ale teraz słucham smaku, nie Koranu.
— Czy to rzeczywiście tak wyśmienicie smakuje?
— Nie znam nic smaczniejszego nad to.
— Allah! Czemuż prorok zabronił jeść szynkę?
— Ponieważ nie jadł zapewne nigdy wędzonego mięsa świńskiego. W przeciwnym razie byłby tę potrawę wiernym jak najgoręcej polecił.
— Może zakazana z powodu tasiemców?
— Nie znajdziesz ich w niej; mogę ci przysiąc na to.
— Więc sądzisz, że możnaby się odważyć?
— Bez wahania.
Poznawałem po jego głosie, że mu szła ślinka. Bawiło to także naszego gospodarza, lecz nie dał poznać po sobie i żuł zwolna, udając tylko wyrazem twarzy, jakoby zachwyt jego z każdym kąskiem się zwiększał.
Halef wstał i wyszedł za drzwi. Wiedziałem, że chciał zobaczyć, gdzie są Osko i Omar. Wrócił z miną wielce zadowoloną. Nie zauważył ich widocznie. Stali na nasypie i podziwiali lokomotywę, ciągnącą pociąg budowlany, nie troszcząc się o nas.
Hadżi usiadł znowu i powiedział:
— Zihdi, ja wiem, że ty niechętnie rozmawiasz o wierze, ale czy nie zdaje ci się, że prorok nie ma czasem słuszności?
— Nie wiem tego, ale cały Koran podyktował mu archanioł Gabryel.
— Czy anioł nie może się pomylić?
— Chyba nie, kochany Halefie.
— A może prorok nie zrozumiał dobrze anioła? Gdy się dobrze namyślę, przychodzę do przekonania, że Allah nie byłby świń stworzył, gdybyśmy ich jeść nie mieli.
— Pod tym względem jestem tego samego zdania.
Poczciwiec westchnął głęboko. W ustach moich zniknął już drugi kawałek szynki, a teraz sięgnąłem za przykładem gospodarza po kiełbasę. Halef uznał widocznie, że uporamy się, zanim on zdoła przezwyciężyć swe skrupuły.
— Powiedzno, zihdi, otwarcie, czy to smakuje naprawdę tak znakomicie, jakby należało wnioskować z waszych min?
— O wiele lepiej, niż to z twarzy mojej czytasz.
— To pozwól mi przynajmniej powąchać.
— Chcesz sobie nos zanieczyścić?
— O nie. Zatkam go.
To było pocieszne. Ukroiłem kawałek szynki, nabiłem na nóż i podałem mu, nie oglądając się przytem na niego. Dozorca był na tyle roztropny, że także nie patrzył.
— Ach! Och! To niemal zapach raju! — zawołał hadżi. — Taki mocny, soczysty, ponętny! Szkoda, że tego prorok zakazał! Weź nóż napowrót, effendi!
Podał mi go, ale kawałek mięsa znikł.
— A gdzie szynka? — zapytałem zdziwiony.
— Na nożu!
— Nie widzę.
— To upadła.
— O coza szkoda! Ależ Halefie, zdaje mi się, że żujesz.
Spojrzałem mu w oczy otwarcie. Zrobił chytrą mine i odrzekł:
— Muszę żuć, bo ten kawałek wpadł mi prosto do ust. A może mam to połknąć całe?
— Nie. Jak smakuje?
— Tak wyśmienicie, że miałbym prośbę...
— No, mów!
— Czy pozwolisz mi drzwi zaryglować?
— Czy boisz się, żeby nas kto nie napadł?
— Nie. Ale Osko i Omar nie studyowali tak głęboko jak ja przykazań Koranu. Mogliby ulec pokusie, gdyby teraz weszli, a chciałbym temu przeszkodzić. Nie powinni obciążać duszy swej zarzutem zanieczyszczenia się zapachem mięsa i krwi, napchanych do jelit, potem uwędzonych.
Wstał, zasunął drzwi od wnętrza, przysiadł się do nas, dobył noża i ukroił sobie prawie pół funta. Wszystko to zniknęło wkrótce pod jego cienkimi wąsami — sześć włosów z prawej, a siedm z lewej strony. Następnie pogłaskał się z zadowoleniem po brzuchu i powiedział:
— Widzisz, effendi, jak wielkie mam zaufanie do ciebie?
— Na razie widziałem tylko twój apetyt.
— To skutek mego zaufania. Co jada mój effendi, to nie może mnie przyprawić o utratę siódmego nieba. Spodziewam się też po twej dyskrecyi, że nie pochwalisz się przed Oską i Omarem, iż twoje zdanie znaczy dla mnie tyle, co przepisy świętych kalifów.
— Nie mam powodu rozgłaszać, że także chętnie jadasz dobre rzeczy.
— To mnie uspokaja. Wobec tego zjem także kawałek z tej sudżuk[30], ponieważ domuz pastyrmassy[31] była doskonała. Gospodarz mi pozwoli, gdyż gościnność wynagradza Allah stokrotnie.
Dozorca skinął zachęcająco głową, a Halef usiłował dowieść, że nie dba dzisiaj o przykazania proroka. Kiedy skończył, obtarł nóż o spodnie, zatknął go za pas i w te odezwał się słowa:
— Są stworzenia, które bardzo cierpią z powodu niewdzięczności człowieka. Świnia z pewnością niczem nie zasłużyła na taką pogardę, jaką darzą ją wierni. Gdybym ja był na miejscu proroka, uważałbym był lepiej podczas dyktowania Koranu. Wówczas do wielkiej czci doszłyby były zwierzęta, których smaczne mięso raduje serce człowiecze. A teraz, gdy już jesteśmy nasyceni, mogę znów drzwi otworzyć bez obawy, żeby przyjaciele nasi nie ponieśli szkody na duszy.
Wstał i odsunął rygiel właśnie w chwili, gdy w drzwiach stanął młody i przystojny młodzieniec.
— Izrad! — zawołał doń dozorca — dziś już pracować nie będziesz; daję ci urlop. Ten effendi chce jechać do Treska-Konak, a ty go tam zaprowadzisz w prostym kierunku.
Był to wspomniany poprzednio brat żony. Skorzystał ze sposobności podziękowania mi za ocalenie siostry i cieszył się, że może mi się przysługą odwdzięczyć.
— Ale czy ty masz konia? — spytałem. — Nie potrafisz iść, gdy my szybko pojedziemy.
— We wsi sobie pożyczę — rzekł. — Kiedy masz zamiar wyruszyć, effendi?
— Jak najrychlej.
— Zaczekaj jeszcze dobrą chwilę, gdyż ubranie twoje tak prędko nie wyschnie. Ja tymczasem postaram się o konia.
Oddalił się znowu.
— Będziesz w nim miał dobrego przewodnika — rzekł jego szwagier. — On ci objaśni wszystko, co zechcesz.
— Bardzo mi przyjemnie, bo mam o niejedno się zapytać.
— Możesz to i mnie powiedzieć.
— Przedewszystkiem pragną wiedzieć, gdzie leży miejscowość Karanirwan-chan.
— Karanirwan-chan? Hm! Co cię do tego zmusza?
— Bo tych pięciu ludzi, których ścigamy, zamierza tam pojechać.
— Nie znam niestety miejscowości tej nazwy. Istnieje Karanorman-chan i leży koło Wejczy w Szar Dag
— Słyszałem o tem, ale nie tej miejscowości szukam. Karanirwan-chan to jest prawdopodobnie jeden dom, konak, którego właścicielem jest Pers.
— Tu mało Persów.
— Nie znasz żadnego?
— Owszem jednego znam.
— Jak się nazywa?
— Nie znam jego właściwego imienia. Nosi potężną czarną brodą i dlatego nazywaliśmy go zawsze Kara Adżemi — Czarny Pers.
— Ach! Może on właśnie jest tym, którego szukam. Musi mieć dużą czarną brodą, skoro się właśnie nazywa Kara Nirwan. Skąd pochodzi ten, którego znasz?
— Tego nie wiem dokładnie. Pochodzi zapewne z okolic Jaliczy, albo Lumy. Przypominam sobie, że opowiadał raz o niedźwiedziu, z którym się spotkał na górze Czalecz. Ta góra zaś leży obok wspomnianej miejscowości.
— Czy w Szar Daghu są niedźwiedzie?
— Bardzo rzadko. Dawniej było ich więcej, jak opowiada mój ojciec. Teraz raz na kilka lat zdarzy się, że się tam to zwierzą gdzieś zdaleka zapędzi.
— Czy nie wiadomo ci przynajmniej, czem jest ten Pers?
— Handlarzem koni i to znacznym. Zdaje się, że jest bogaty. Widywałem go często w towarzystwie przeszło dziesięciu parobków i ze stadem koni u naszego sąsiada konakdżego, do którego zwykle zajeżdża.
— To dla mnie bardzo ciekawe, gdyż mogę z tego rozmaite wnioski wyciągnąć. Ten handlarz koni jest Persem i nazywa się Kara. Bywa u konakdżego, do którego zajeżdża także Manach el Barsza i tamci czterej. To bardzo prawdopodobne, że ten właśnie człowiek jest celem naszych poszukiwań.
— Cieszyłoby mnie, gdybym was na ślad dobry wprowadził.
— Czy twój szwagier nie wie nic bliższego?
— O tem nie. On tak samo, jak ja, już dawno nie był w stronach ojczystych. Ale gdy dzisiaj przyjedziesz do mego ojca, to zapytaj jego i brata mego. Oni więcej może powiedzą.
— Czy twój ojciec żyje w przyjaźni z swoim sąsiadem?
— Nie są ani przyjaciółmi, ani wrogami, tylko sąsiadami, którzy muszą żyć obok siebie. Konakdżi ma w sobie coś fałszywego, skrytego.
— Nie słyszałeś, czy nie obcuje z ludźmi podejrzanymi?
— Do takiego odosobnionego konaku zajeżdżają różni ludzie. O tem nic się nie da powiedzieć. Mogę co najwyżej zauważyć, że obcuje ze starym Szarką. To zły znak.
— Któż to ten Szarka?
— Węglarz, który mieszka tam w górach z kilku pomocnikami. Siedzi podobno w ciemnej jaskini, a ludzie szepcą sobie do ucha, że w jej pobliżu pochowany niejeden człowiek, który naturalną śmiercią nie umarł. Samotna ścieżka, wiodąca przez góry, przechodzi przez jego teren i to szczególne, że niejeden wędrowiec wszedł na nią ale z niej już nie zszedł. A zawsze byli to ludzie, którzy posiadali z sobą pieniądze, lub inne kosztowne mienie.
— Toż to prawdziwa nora zbójecka! Czyż nie zdołano wyśledzić zbrodni tego człowieka?
— Nie, gdyż nie łatwo odważy się ktoś pójść do niego. Jego pomocnicy są podobno napół dzicy i silni jak niedźwiedzie i nikt wziąć się do nich nie może. Wysłano tam raz oddział, złożony z trzydziestu żołnierzy, aby schwytać Aladżych, którzy się znajdowali u niego. Żołnierze wrócili, nic nie wskórawszy, a przy tem dobrze im się dostało.
— Od kogo?
— Niewiadomo. Co nocy napadali na nich ludzie, których nigdy dobrze nie widzieli.
— A więc Aladży byli także u węglarza? Czy ty ich znasz?
— Nie — odrzekł.
— A jednak przejechały dzisiaj oba te draby koło ciebie na srokaczach z Manachem el Barsza. Nazwa tych osławionych braci zgadza się z maścią koni.
— Zaiste! Któżby to pomyślał! Ja widziałem Aladżych! Teraz się nie dziwię, że ci ludzie zapłacili przewoźnikowi harapem. Jadą do Treska-Konak, ale nie zostaną tam pewnie. Może znowu udadzą się do węglarza.
— To bardzo prawdopodobne.
— W takim razie zaklinam cię na Boga, nie jedź za nimi! Węglarz i jego ludzie mają być napół dzicy i dusić ręką najsilniejszego nawet wilka.
— Znam ludzi, którzy potrafią to samo, chociaż nie są ani pół, ani całkiem dzicy.
— Ale to przecież lepiej unikać takich osobników.
— Nie mogę. Powiedziałem ci już przecież, że trzeba tu zapobiec zbrodni, a zarazem pomścić jedną, równie okropną. Robimy to dla ludzi, którzy z memi przyjaciółmi zostają w przyjaźni.
— Nie możesz polecić tego komu innemu?
— W żaden sposób, gdyż obawialiby się tego.
— Więc oddaj sprawę policyi!
— O joj! Onaby truchlała jeszcze bardziej. Sam muszę ścigać tych pięciu jeźdźców, gdyby mi nawet groził zatarg ze wszystkimi węglarzami na świecie.
— W takim razie obawiam się o ciebie. Ten Szarka, to dyabeł prawdziwy. Mówią, że obrośnięty jest włosem jak małpa, a zęby ma jak u pantery.
— E, to chyba przesada?
— Słyszałem to od ludzi, którzy go widzieli. Ty naprawdę nie możesz się z nim mierzyć.
— Podstęp i mądrość przewyższają siłę fizyczną — odparłem. — Zresztą, jeśli cię to uspokoi, to spróbuj to zrobić, co ja.
Na ziemi leżała szyna żelazna. Podniosłem ją, nie chwytając jej w środku i wyciągnąłem ku niemu z wyprostowanemi rękoma. Odstąpił i zawołał:
— Effendi, czy ty, czy ty... Do stu piorunów, jeżeli tak, to wilka zdusisz z łatwością!
— Ba! Kto zdaje się na samą siłę fizyczną, ten zwykle bywa opuszczony. Trochę namysłu więcej znaczy od siły fizycznej. Zresztą jesteśmy tak dobrze uzbrojeni, że nie mamy potrzeby się obawiać nikogo.
— A mój effendi — dodał Halef, dumnie wskazując na siebie — nie jest sam, lecz ma mnie, doświadczonego przyjaciela i obrońcę przy sobie. Niechaj się tylko poważą do nas przystąpić zastępy nieprzyjaciół! Pożremy je jak świnia szarańczę.
To brzmiało już zbyt zabawnie. Jego wzrost nie odpowiadał tej pewności siebie, z jaką wygłosił te słowa. Ja się zachowałem poważnie, ale dozorca nie zdołał opanować lekkiego uśmiechu.
— Ty się śmiejesz? — zapytał Halef. — Nie znoszę obrazy, nawet ze strony tego, czyją szynkę zjadłem i kiełbasę. Gdybyś mnie znał bliżej, zadrżałbyś przed moim gniewem i srogością!
— Trzęsę się już prawie — rzekł dozorca z poważną miną.
— O, to jeszcze za mało! Musisz się trząść tak, żeby aż słychać było kłapanie duszy o ściany ciała. Ty nie wiesz, z jakiem i walczyliśmy zwierzętami i ludźmi. Zabiliśmy lwa, władcę pustyni i biliśmy się z wrogami, przed którymi ty skryłbyś się do skrzyni z wędzonymi pośladkami świni. Dokonaliśmy już czynów, które nas nieśmiertelnymi uczynią. Pisać będą o nas w księgach bohaterów i pismach o niezwyciężonych. Nie pozwalamy śmiać się ze siebie, zapamiętaj to sobie! Czy ty znasz moje imię?
— Nie, ale słyszałem, że effendi nazywa ciebie Halefem.
— Halef? — zawołał mały tonem pogardy. — Co to je st Halef? Wielu nosi to imię. Ale czy wszyscy są hadżymi? Czy oni mają ojców i dziadów, przodków i praszczurów, którzyby także byli hadżymi. Powiadam ci, że jestem hadżi Halef Omar Ben hadżi Abul Abbas Ibn hadżi Dawud al Gossarah. Przodkowie moi należeli do bohaterów, którzy żyli tak dawno, iż nikt o nich me wie, nawet ja. Czyż ty możesz to o swoich przodkach powiedzieć?
— Tak.
— Jakto?
— Ja także nic o nich nie wiem.
Dozorca wypowiedział to z poważną ironią. Halef popatrzył nań gniewnie, a potem zrobił ręką ruch wzgardliwy, odwrócił się i wyszedł z następującemi słowy na ustach:
— Więc milcz! Kto nie wie nic o swoich przodkach, temu wara zemną się porównywać!
— Ależ — zawołał za nim dozorca — sam teraz przyznałeś, że nic nie pamiętasz o swoich przodkach!
— To są moi, ale nie twoi. Zresztą zbyteczna rzecz o nich coś wiedzieć, skoro są tak sławni, że im tego nie potrzeba! — krzyknął Halef w największym gniewie i wyszedł.
— To szczególny człowieczek, ten twój towarzysz zaśmiał się dozorca.
— To poczciwiec, wierny, zręczny i nieustraszony, odrzekłem. — On się rzeczywiście nie boi węglarza. To ci miał zamiar powiedzieć, ale na swój sposób. Jest właściwie mieszkańcem pustyni, a ci ludzie lubią się tak wyrażać. Trzebaby zaglądnąć do krawca. Może się już z mojem ubraniem uporał.
— Ja zaś muszę między ludzi rozdzielić robotę. Wybaczysz mi to, effendi.
Wyszliśmy z chaty. W chwili właśnie, kiedy miałem wejść do drugiej, usłyszałem za jej drzwiami głosy karcące. Otwarto ją tak gwałtownie, że drzwi omal mnie w twarz nie uderzyły. Wpadło na mnie dwu ludzi tj.: Halef ze spodniami w jednej, a krawcem w drugiej ręce. Ciągnął go za sobą tak, że odwrócony był do mnie plecyma i nie widział, na kogo idzie. Zwróciwszy się do mnie, krzyknął:
— Głupcze, czy straciłeś wzrok?
— Wcale nie — odrzekłem.
Stanął i ujrzawszy mnie dopiero teraz, zawołał:
— Ach, zihdi, właśnie szedłem do ciebie! Był bardzo rozgniewany. Szarpnął biedaka o krok bliżej, wyciągnął ku mnie spodnie i zapytał:
— Zihdi, ile zapłaciłeś za te spodnie?
— Sto trzydzieści piastrów.
— W takim razie byłeś głupi, tak głupi, że aż mi zal ciebie!
— Czemu? Bo zapłaciłeś sto trzydzieści piastrów za coś co ma być spodniami, ale niemi nie jest.
— A cóż to?
— Worek, prosty worek, do którego możesz wsypać co zechcesz, groch, kukurudzę, ziemniaki, jaszczurki i żaby. Nie wierzysz?
Patrzył na mnie tak groźnie, że można się go było przestraszyć. Odpowiedziałem spokojnie:
— Jak możesz spodnie moje workiem nazywać?
— Jak? Popatrz!
Wsunął w nogawicę, która była rozdarta, pięść, ale nie mógł jej drugą stroną wystawić. Poczciwy krawiec zrobił za wiele, bo naprawiając rozdarcie, zeszył spodnie.
— Widzisz? Widzisz tę niespodziankę i boleść? — krzyknął do mnie Halef.
— Rzeczywiście.
— Wsuń tam nogę!
— Wstrzymam się.
— Ależ wdziać je musisz, na to są spodnie, z których zrobiono teraz wór nędzny. Nie pozostaje ci nic innego, jak jeździć po świecie z jedną nogą ubraną, a drugą nagą. Co ludzie powiedzą, gdy ujrzą ciebie, sławnego effendiego i emira! A gdzie w tej nędznej wsi dostaniesz inne spodnie!
— Czyż potrzeba innych?
— Oczywiście! Tych nie wdziejesz!
— Owszem, mogę.
— Jakto? Tylko na jedną nogę!
— Nie, na obie. Niech tylko krawiec rozpruje szew i zeszyje rozpór.
— Szew — rozpruje! — zawołał Halef, wytrzeszczając na mnie oczy. Potem wybuchnął głośnym śmiechem i dodał:
— Zihdi, masz słuszność. W gniewie o tem zapomniałem. Rozpruć szew, to słuszne!
Pełne obawy i zakłopotania oblicze krawca rozjaśniło się, ale nie skończyło się to tak gładko, jak sobie może pomyślał, gdyż hadżi huknął na niego:
— Waryacie, czy poznajesz nareszcie, jak okropne popełniłeś głupstwo? Najpierw zeszywasz spodnie, a potem nie umiesz na to poradzić!
— O ja wiedziałem, lecz ty nie dałeś mi przyjść do słowa — bronił się biedak.
— O Allah, Allah, co to za ludzie! Pytałem się z całym spokojem, jakby na to poradzić, z cierpliwością marabuta czekałem na twą odpowiedź, ty jednak stałeś, jak gdybyś połknął wielbłąda, którego garb w gardle ci stanął. Na to wziąłem cię za twój garb własny, aby cię zaprowadzić do effendiego. Tak się to odbyło. Czy rozprujesz znowu ten szew?
— Tak — rzekł krawiec półgębkiem.
— A jak długo to potrwa?
— Dwie do trzech godzin.
— O Allah! Więc dla twej łataniny będziemy tu czekali do wieczora? Na to nie przystaniemy!
— To nie potrwa tak długo — rzekłem — ponieważ ja mu pomogę.
— Jak to się zgadza z godnością twego zawodu i twej wielkiej osobistości?
— Bardzo dobrze. Usiądę tutaj z tym poczciwcem, który jednak jest biednym krawcem, i gdy on będzie resztę rzeczy prasował i przypali je pewnie, ja wyleczę nogawicę. Powiedzno, artysto igły, czy jesteś krawcem istotnie?
Poskrobał się za uchem, dusił w sobie przez chwilę odpowiedź, aż wkońcu ją wykrztusił:
— Effendi, właściwie nie.
— Tak? A czemże jesteś naprawdę?
— Dirger doghramadży[32].
— Skądże przyszedł ci do głowy zuchwały pomysł podawać się za krawca?
— Bo mam dwa żelazka do prasowania.
— Od kogo?
— Od dziadka, który rzeczywiście był krawcem. To jedno po nim odziedziczyłem. Teraz dokupiłem sobie igłę i nici i przy sposobności naprawiam ludziom ubrania, bo jako stolarz nie mam obecnie roboty. Dlatego też jestem teraz zatrudniony przy budowie kolei.
— To jesteś bardzo wielostronny. Naprawiasz ubrania! Czy tak samo, jak moje spodnie?
— Nie, effendi. To było tylko przeoczenie.
— Posiadasz rzeczywiście dwa żelazka? A umiesz prasować?
— Znakomicie!
— Więc zabierzmy się wspólnie do pracy. Ale popatrzno, co to? Rozdarłem szew, sporządzony przez niego i pokazałem mu. Nie wiedział jednak, o czem ja myślę i spojrzał na mnie pytająco.
— Jakżeż wygląda materya?
— Ciemno-niebiesko, panie.
— A jakiej barwy jest nitka, której użyłeś do szycia?
— Biała.
— Ależ to okropnie odbija. Czy nie masz ciemnych nici, a przynajmniej czarnych?
— Poddostatkiem!
— To czemuż niemi nie szyłeś? Białe są dwa razy mocniejsze od czarnych, więc sądziłem, że trzymać będą tak, iż się już nie rozedrą spodnie w tem miejscu, gdybyś nawet miał znów kiedy pływać w ubraniu.
— Jesteś bardzo zapobiegliwy, jak widzę. Pozwolę sobie jednak wziąć czarnych nici. No, chodź do środka!
— Czy ci pomóc, zihdi?
— Tak; potrzymasz spodnie, a ja zaszyję.
Barak był pusty, ponieważ ludzie poszli do roboty. Usiedliśmy z Halefem n a desce przy spodniach. Dostaliśmy igłę i nici, a zamiast nożyczek posługiwaliśmy się nożem. Jako uczeń naprawiałem sobie nieraz ubranie. Znałem dość dobrze różnicę między ściegiem krytym, a wierzchnim, to też zabrałem się do dzieła z zaufaniem we własne siły. Tymczasem stolarz i krawiec w jednej osobie krzątał się koło pieca i dorzucał polana, jak gdyby się miało wołu upiec przy ogniu. Kafle promieniowały ciepłem, które przypominało piękne dni na Saharze. Suknie moje były już suche; należało je tylko wyprasować.
Artysta wziął najpierw kamizelkę, położył ją na desce i wyjął z ognia żelazko do prasowania. Było rozpalone do czerwoności, a rączka całkiem zwęglona. Spojrzał na żelazko, potem na mnie i poskrobał się znowu bardzo znacząco w głowę.
— Czegóż chcesz? — zapytałem.
— Co teraz robić?
— Prasować!
— Ale jak?
— Jak zawsze. Umiesz to przecież znakomicie.
— Hm! To bardzo zawikłana historya.
— Jakto?
— Jeżeli teraz zacznę prasować, to spalę jelek[33] rozżarzonem żelazkiem. Jeżeli zaczekam, to ostygnie i wtedy również nie wyprasuję. Może mi co poradzisz? Słyszałem, że jesteś effendim, który podróżował daleko; może przypatrywałeś się kiedy krawcowi, jak to robił.
— Słuchaj, podejrzewam twojego dziada o coś bardzo złego.
— Proszę cię, zaniechaj tego! Mój dziadek — oby Allah patrzył nań w raju — był pobożnym muzułmaninem i zacnym poddanym padyszacha.
— To bardzo możliwe, ale krawcem nie był.
Artysta podniósł teraz drugą rękę, aby się poskrobać obydwoma. Przedstawiał przytem widok komicznej nad wyraz rozpaczy, ale nie odpowiadał.
— No jakże, czy słusznie utrzymuję?
— Effendi — wybuchnął — skąd wiesz o tem?
— Zgaduję. Powiedz zatem, czem był właściwie dziadek?
— Jeżeli się tak natarczywie dopytujesz, to był właściwie odundżu[34], a krawcem był dla innych rębaczy. Żelazka dostał, jak mi się zdaje, od swego dziada w spadku.
— Który także nie był krawcem? — powiedziałem i zaśmiałem się głośno. — Czy jesteś żonaty?
— Nie, ale będę niebawem.
— To śpiesz się, żebyś te sławne żelazka mógł przekazać wnukom swoim w dziedzictwie. Należy pozostać wiernym przykładowi ojców. Mam nadzieję, że żelazka nigdy nie przejdą na własność innej rodziny.
— Nie, panie. Do tego nie dopuszczę — zapewniał robotnik. — Rodzina moja nie rozłączy się nigdy z tem miras nacargiahi[35]. Proszę cię jednak o rozkaz, jak mam teraz postąpić.
— Polecam ci nie ruszać już tej spuścizny. Skoro sam muszę sobie naprawić spodnie, to mogę też wyprasować ubranie.
Wyjął ręce z włosów, odetchnął głęboko i w dwu krokach znalazł się za drzwiami. Halef byłby najchętniej wybiegł za nim z harapem, aby go ukarać za to, że przedstawiał się jako uruwadżi terciji, czyli marchand tailleur, nie rozumiejąc się na tem ani trochę. Uspokoiłem go dobrą radą, żeby się nigdy nie dał olśnić tytułem i godnością drugich.
Przyznaję otwarcie, że prasowanie nie szło mi zbyt sprawnie, zwłaszcza że, o ile mi wiadomo, nikt w mej rodzinie nie odziedziczył żelazka. Gdy jednak dokonałem tego arcydzieła, nie pozostało mi nic innego, jak być zeń dumnym, w czem z całych sił utwierdził mnie Halef. Oświadczył mianowicie, że nie widział jeszcze nigdy ściegów tak mocnych i trwałych, jak moje i cieszył się, że wyprasowane części ubrania nabrały połysku, jakby je kto wysmarował słoniną. Mistrzowie w tem rzemiośle wytłómaczyli mi potem, że z tego powodu nie powinienem być zarozumiały.
Wtem powrócił dozorca ze szwagrem, który oświadczył, że jest gotów wyruszyć. Krawiec obliczył widocznie, że nie potrzebuje się już obawiać, by nie zażądano od niego wykonania jakiego dzieła z zakresu jego sztuki i wsunął głowę przez drzwi. Ujrzawszy zaś mnie zupełnie ubranego, wszedł do środka z wesołem obliczem.
— Panie — rzekł — jesteś gotów, jak widzę, a ponieważ używałeś do tego moich żelazek, przeto spodziewam się, że uszczęśliwisz mnie sowitym bakszyszem.
— Otrzymasz go — rzekł Halef.
Zniknął po tych słowach w alkierzu i powrócił z „gośćcowymi“ butami. Były bardziej podobne do tub papierowych, niż do butów. Halef podał je proszącemu o bakszysz i oświadczył dobrotliwie:
— Ofiarowujemy ci w darze te kablar fil ajazlari[36] jako wieczne uznanie dla twojej sztuki. Razem z żelazkami zostaw je w spuściźnie twoim wnukom i wnukom wnuków, aby potomkowie twoi mieli trwałą pamiątkę, że przodek ich posiadał sztukę zszywania spodni. Allah stworzył małpy i osły, a ciebie posłał jako koronę tych stworzeń do Rumelii.
Krawiec wziął buty i przypatrywał im się szeroko rozwartemi oczyma. Nie przeczuwał takiego bakszyszu i z taką do tego przemową.
— Cóż tam patrzysz, jak gdybyś szukał tam swego rozumu — zapytał Halef. — Wynoś się z nimi i chwal naszą wielkoduszność, która uczciła cię takim darem!
Poparłem to wezwanie, wrzucając do butów kilka piastrów. Tem zdjąłem zaklęcie z duszy tego człowieka tak, że znów przemówił. Podziękował za dar i odszedł z nim czem prędzej.
Nadeszła chwila pożegnania. Skróciłem ją, ile możności i puściliśmy się w dalszą drogą, przeważnie łąkami ku zachodowi.


Przypisy

  1. Córko dyabelska.
  2. Ażjo.
  3. Droga gościnności.
  4. Ptak w ryżu.
  5. Uprząż.
  6. Starą poczwarę.
  7. Święto batów.
  8. Pocałunek.
  9. Sąd karny.
  10. Sędzia.
  11. Szkoła elementarna.
  12. Seminaryum.
  13. Maszyna do bicia.
  14. Świadkowie i ławnicy.
  15. Egzekucya, wykonanie wyroku.
  16. Konsulowie.
  17. Pod pigwami.
  18. Spis miejscowości.
  19. Językoznawstwo.
  20. Uprzejmość jest ozdobą człowieka.
  21. Lekarz wojskowy.
  22. Ludzie z gór, rabusie.
  23. Dozorca.
  24. Ubranie odświętne.
  25. Żelazko do prasowania.
  26. Mistrz igły.
  27. Budowniczy.
  28. Pasterz.
  29. Tasiemce.
  30. Kiełbasa.
  31. Szynka.
  32. Stolarz.
  33. Kamizelka.
  34. Rębacz.
  35. Spuścizna.
  36. Futerały na nogi słonia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.