Pieśni Heinego/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Heinrich Heine
Tytuł Pieśni Heinego
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Drukarz W. Hartmann
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aleksander Kraushar
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ALEXANDER KRAUSHAR.

PIEŚNI HEINEGO.



WYDANIE NOWE,
przejrzane i uzupełnione.



WARSZAWA.
GEBETHNER I WOLFF.
1880.
Дозволено Цензурою
Варшава 4. Іюля 1879 года.
Цензор Коссобuчъ.
HENRYKOWI i PAULINIE
M. DE BEAULIEU,
W BRUXELLI,
na pamiątkę
chwil spędzonych w r. 1878 nad brzegami
Północnego morza,
przesyła
Al. K.






Pierwsza edycya przekładów pieśni Heinego wyszła z druku w r. 1873.
Obejmowała ona wiązankę fragmentów lirycznych, ułożoną w porządku dowolnym, pod ogólnym tytułem: Intermezzo.
Całkowite wyczerpanie tej edycyi w krótkim przeciągu czasu, skłoniło mnie do podjęcia edycyi nowéj.
Wydanie niniejsze obejmuje, z małemi wyjątkami, całkowity cykl trzech działów Księgi Pieśni: „Intermezza“, „Powrotu“ i „Nowéj Wiosny“ ułożonych porządkiem oryginału, a nadto urywki z księgi Romanzero.
Uzupełnienia zwiększyły w dwójnasób prawie edycyę pierwszą. Przekłady pierwotne, mniej szczęśliwie oddane, zastąpiono nowemi. Całość troskliwéj poddano rewizyi.
Zanim literatura nasza wzbogaconą zostanie pożądanym przekładem dzieł prozaicznych Heinego, przekłady lirycznych utworów tego mistrza nie będą zbytecznemi.
Posłużą one do odsłonienia przed czytającym ogółem choć jednéj strony talentu tego świetnego umysłu, który, na widnokręgu literatur europejskich bieżącego stulecia świeci nieprzerwanie jako gwiazda poetyczna pierwszorzędnéj wielkości.
Ćwierć wieku minie niezadługo od chwili gdy ciało poety po męczeńskiej walce z losem spoczęło w mogile, pod cieniem drzew cichego cmentarza Montmartre, wśród mogił wielkiej armji duchowych bojowników ludzkości.
Namiętności stronnicze, jakie, za życia poety głuszyły hymny uwielbienia dla jego utworów, dziś, ustąpiły miejsca sprawiedliwej ocenie zasług wielkiego pisarza.
Zapomniano o błędach człowieka, aby natomiast uznać w Heinem męża idei, głębokiego myśliciela, niezrównanego poetę i jednego z najświetniejszych satyryków, jacy kiedykolwiek działali na polityczno-literackiej arenie.
Heine by niemiłosiernym wrogiem ludzkiéj głupoty we wszelkich jéj formach i przejawach...
Piosnka, sonet, traktat filozoficzny, powieść, recenzya, dramat, satyra, poemat... wszystko to służyło dlań jako oręż w walce z przesądami, z fałszem, obłudą, z całym arsenałem umysłowych kalectw ludzkości...
Ale Heine by człowiekiem silnie wierzącym.
Wiarą jego by o piękno, harmonja... Więc szukał tej harmonji wszędzie: w podaniach biblijnych, w poematach starych Indyj, w Niebelungach, w księdze dziejów ludzkości, w symfonjach Beethovena, w obrazach Ary Schefera, w sercu kobiety przedewszystkiem...
W chwilach ułudy i upojenia śpiew poety był hymnem dziękczynnym, płynąc w niebiosa melodyą czystą i harmonijną, ale gdy znikła ułuda, gdy rzeczywistość lodową dłonią ziębiła namiętne porywy fantazyi, wówczas śpiew ten stawał się zgrzytem wściekłości, szyderstwem i klątwą...
Cykl fragmentów „Księgi Pieśni“ jest zwierciadłem tej duszy znękanéj w pogoni za ideałem.
Pomimo pozornego bezładu, istnieje między fragmentami Heinowskich pieśni pewien ciąg, pewna systematyczna, zaokrąglona całość.
Całość ta stanowi symfonję miłości skończoną, w któréj, charakter allegra uwydatniony jest w pieśniach opiewających rozkwit miłości w przecudnym miesiącu Maju, miłości, kąpiącéj się w kielichach lotosu i rwącéj się na skrzydłach pieśni w zaczarowany świat ułudy i róż stulistnych, oświetlonych srebrzystym blaskiem księżycowéj nocy.
Gdy następuje rozczarowanie — pieśń Heinego w smętnem adagio wylewa się nutą żalu i tęsknoty za utraconym rajem, aby po chwili, w ironicznem scherzo wyśmiać porywy stęknionéj duszy i obrzucić szyderstwem to, co serce poety czciło przed chwilą jako ideał piękna i wiekuistej prawdy...
Niewypowiedzianego uroku w liryce Heinego jest symboliczne skojarzenie życia natury z psychicznemi objawami ducha ludzkiego. Tak jak wiosna budzi do życia uśpione gałęzie drzew, tak też i miłość w sercu poety rozkwita z pierwszym brzaskiem Majowego słońca. Lato miłość tę pysznym przystraja owocem, lecz jesienią, wraz z uwiędłemi liśćmi i kwiatkami zstępuje i miłość do zimnéj mogiły...
Romantyczna szkoła uczyniła panteizm swoją wiarą. Oddźwięki tego duchowego nastroju odnajdujemy w pieśniach malujących tęsknotę za różami Wschodu i kwiatami lotosu, za owym błękitnym światem baśni, za zaklętą wyspą duchów rozpływających się w mgle wieczoru, za palmą usychającą w dali od rozkochanej sosny, w żarze zwrotnikowego słońca...
Ale czemś nowem i oryginalnem w pieśniach Heinego jest owa jadowita satyra jaką poeta chwilami zaprawia najszczytniejsze porywy natchnienia, czemś nowem, specyficznie Heinowskiem, jest szyderczy, a częstokroć i cyniczny epilog prologu owianego tchnieniem najczystszéj, najidealniejszéj poezyi.
Zdawaćby się mogło nieraz, że owa cierpka ironja jest rozmyślnem naigrawaniem się poety nad uniesieniami stęsknionéj duszy, że poezya jest dla Heinego orężem niweczącym wiarę w piękno i najszczytniejsze ideały ludzkości...
Tak jednak nie jest.
Ironja Heinego była jedynie środkiem ośmieszenia wybryków chorobliwego romantyzmu, który, rzucił bielmo na wzrok zdrowego rozsądku i ludzkiego pojmowania duchowych ideałów. Heine burzy i ośmiesza to tylko, co w jego przekonaniu było ideałem fałszywym, a w walce takiej, podjętej przeciwko obłudzie tylko ironja i skeptycyzm mogły być skutecznym orężem.
Nowy świat ideałów w sferze literatury, sztuki, polityki i społecznego życia, jaki jaśniał w duszy poety niby przewodnia gwiazda jego poetyckiej muzy nieznosił kompromissu z chorobliwemi naleciałościami romantycznych ideałów przeszłości. Wszystko to, co hamowało swobodny postęp ducha w pochodzie ku światłu, ku prawdzie, ku wiekuistemu pięknu, musiało uledz pod razami bezlitosnéj ironji i sarkazmu poety, który, piękno to odczuwał w ścisłej harmonji między poezyą a życiem.
Poezya była po wszystkie wieki zwierciadłem epoki i dla tego Grecy nazywali poetów prorokami.
Cokolwiekby o wielkich zasługach naszego stulecia dla postępów ducha ludzkiego powiedzieć się dało, pewnikiem jest, że niepoetyczność i bezbarwność naszej epoki jest wynikiem braku genjuszu poetyckiego, któryby ostygłe serca ożywił nową miłością dla ideałów i nowe duchowi ludzkiemu wskazał działania tory.
Wówczas tylko gdy poeci czerpać będą przedmiotów do swoich natchnień nietylko z zamierzchłych ideałów przeszłości, ale i z żywego skarbca duchowego własnej epoki, własnego pokolenia, wówczas nastąpi znowu wielka poetyczna era, w któréj, walka między ideałem a rzeczywistością, ustąpi miejsca wiekuistéj harmonji między światem serca i ducha ludzkiego.

Al. K.

Alpy Tyrolskie, w Sierpniu, 1879 r.





INTERMEZZO.


PROLOG.

Był ongi rycerz milczący, smutny,
Blady, wychudły, znękany...
Szedł po pielgrzymce życia pokutnéj,
W marzenia swoje wsłuchany...
Był tak dziwaczny, niezdarny srodze,
Że gdy dziewczątka spotykał w drodze
Śmiechem był zawsze witany...


Zdala od ludzi miał swe ustronie,
Gdzie cisza była grobowa...
Tam często w niebo wyciągał dłonie
Ale nie mówił ni słowa...
Raz północ biła... Wtém dźwięk tajemny
Ozwał się w głuszy i w domek ciemny
Wstąpiła jasność jutrzniowa...

To była Ona — cudnie przybrana
Welonem z drogich kamieni...
Twarz jéj — jak róża świeżo zerwana
Blaskiem jutrzenki się mieni...
Wzrok jéj tajemne rzuca zaklęcia,
Więc on i ona w wspólne objęcia
Padli tym blaskiem olśnieni...

Z twarzy rycerza bladość już znika,
Łza tryska okiem natchnioném...
Już i w pierś jego miłość przenika,
Lżéj mu już w sercu zranioném...

Lecz ona zdradnie jak jeziór diva
Głowę rycerza z lekka okrywa
Białym z brylantów welonem...

Zdumiony — widzi pałac z kryształu...
Szmer fontann słyszy dokoła...
Zmysły się wonią poją do szału,
Natchnienia blask bije z czoła...
Więc temi blaski rycerz olśniony,
Do piersi swojéj dziwnie wzburzonéj
Zdradnego tuli anioła...

Chór dziewic wodnych czarownie śpiewa,
Nęcące brzmią kastaniety...
Rycerz w marzeniach słodko omdlewa,
Drgają w nim zmysłów podniety...
Wtém — cichną dźwięki... blask dogorywa
I rycerz smutny znowu spoczywa
W skromnéj izdebce — poety...





I.

W prześlicznym miesiącu Maju,
Gdy tryska kwiat z ziemi łona,
I w sercu mojem zakwitły
Pierwszej miłości nasiona...

W prześlicznym miesiącu Maju,
Gdy ptaszę śpiewa z zapałem,
I ja mych uczuć wybrance
Wszystkie pragnienia wyznałem...





II.

Z łez moich kwiatek wyrasta,
Świeżuchny jak ranna rosa...
A z moich westchnień ulata
Słowików chór pod niebiosa...

Jeśli mnie kochasz aniele
Kwiatków ci moich użyczę —
A nad twém oknem — co rano
Usłyszysz chóry słowicze...





III.

Róża i lilja, gołąbek i słońce:
To były ongi mej miłości gońce...
Już ich nie kocham — lecz kocham jedynie
Piękną, milutką, mych marzeń boginię,
Bo ona sama jest miłości szczytem...
Jest różą, lilją, gołąbkiem i świtem...





IV.

Gdy się w twe cudne oczy wpatruję,
Nikną wnet moje cierpienia,
A gdy usteczka twoje całuję,
Boleść ma — w roskosz się zmienia.

Gdy cię aniele tulę do siebie...
Rajską się poję słodyczą...
Lecz kiedy szepczesz: ja kocham ciebie
Ach! Wtedy płaczę z goryczą.





V.

Miałem niedawno sny tajemnicze,
A w nich widziałem twoje oblicze...
Słodycz w twych modrych oczach jaśniała,
Lecz byłaś blada — śmiertelnie biała...

Usta jedynie miałaś różowe...
Lecz śmierć te blaski zaćmi jutrzniowe,
Zgaśnie ten cudny promyk w rozkwicie
Co rzucał światło na moje życie...





VI.

Oprzéj swe usta o moje usta,
A łzy nam z oczu popłyną ...
Oprzéj swe piersi o moje piersi
Wnet się z nich ognie wywiną...

A gdy w ten płomień — jasnym strumieniem
Łez naszych zdrój padać będzie...
Gdy cię obejmę silném ramieniem —
Skonam w miłosnym obłędzie...





VII.

Kielichom lilji marzącéj
Tchnienia méj duszy udzielę;
A kwiatek lilji wydzwoni
Piosnkę o moim aniele...

Piosnka ta rzewna, liljowa,
Jak całus w błękit popłynie,
Całus mi dany przed laty —
W najsłodszéj życia godzinie...





VIII.

Stałe — jak serca rzewna tęsknica
Dumają gwiazdki na niebie...
I lat tysiące patrzą w swe lica
Zawsze z daleka od siebie...

Próżno już nieraz głupi astrolog,
Co wzrok swój niebu porucza,
Chciał, jakby nowy niebian filolog,
Do słów ich dostać się klucza...

Lecz ja — choć gardzę nauk okowy
Te dźwięki znam tajemnicze;
Bo dla mnie kluczem gwiazd tych rozmowy
Było kochanki oblicze...





IX.

Na skrzydłach pieśni niebiańskiéj,
Z tobą o luba popłynę,
Tam — ponad brzegi Gangesu
Gdzie znam ustronie jedyne...

Tam kwitnie ogród różowy,
W srebrzystym blasku księżyca...
A cudne zwoje lotosów
W blasku tym myją swe lica.

Szepcze fijołek do braci
I w niebo wznosi swą głowę...
A róże, w pośród milczenia,
Wonną prowadzą rozmowę...

Jakby zefirów podmuchy
Gazelle biegną po skale,
A w dali — szumią uroczo
Świętego Gangesu fale.


Tam, na tych błoniach rozkosznych
Pod bujném drzewem palmowém,
Poić się będziem marzeniem
I karmić miłości słowem....





X.

Drży piękny kielich lotosu
O jasnéj zorzy rozkwicie...
I z pochyloną główeczką
Czeka na nocy przybycie...

Księżyc — ów blady kochanek,
Budzi go światłem zwodniczem,
A lotos wita to światło,
Bladem, marzącem obliczem...

I kwitnie szybko i świeci,
Wznosząc w niebiosa swe sploty
I drży i płacze i kona
Z miłosnéj serca tęsknoty...





XI.

Gdzie Renu z licem iskrzącém
Wstęga rozwija się kręta...
Tam stoi z wieżyc tysiącem
Kolonia wielka i święta...

Tam, nad cherubów obłokiem,
Świeci Madonna ze złota,
Nieraz mi w burzach żywota
Świeciła swoim urokiem...

Madonny cudne oblicze
Zdobią kwieciste opony,
Podobne wdzięki dziewicze
Ma anioł mój ubóstwiony...





XII.

Niekochasz mnie! niekochasz mnie...
Ach! to mnie mało obchodzi!
Bo kiedy patrzę w oblicze twe
Pierś ma hymn szczęścia zawodzi...

Niecierpisz mnie, niecierpisz mnie,
Brzmi w ustach twych wieść złowroga,
Ach pozwól tylko uściskać je,
A zniknie płonna ma trwoga...





XIII.

Usłuchaj prośby méj wrzącéj
Najcudowniejsza istoto...
Niech mnie śnieżyste twe rączki
W miłosnym szale oplotą!

Zaledwiem wyrzekł te słowa
Już prośba moja spełniona...
Lecz w tym wężowym uścisku
Doznaję mąk Laokona...





XIV.

Żadnych przysiąg! Całuj tylko!
Klątwom kobiet nic niewierzę...
Głos twój słodki — ale słodszym
Jest twój całus dany szczerze...
On mą wiarą — mem natchnieniem,
Słowo — próżnem tylko tchnieniem.

O! przysięgaj luba zawsze!
Wierzę, wierzę ci na słowo,
W sercu czucia płoną żwawsze,
Czuję błogość, siłę nową,
Miłość — szepczą głosy wieszcze,
Od wieczności dłuższą jeszcze...





XV.

Na oczy méj ulubionéj,
Napiszę piękne canzony,
Na usta mojéj jedynéj
Splotę przecudne terziny,
Na lica lubéj czarowne
Wyśpiewam stanze cudowne,
Ach! Gdyby serce w niéj biło
Toby się sonet skreśliło...





XVI.

Świat jest głupi, świat jest ślepy,
Świat podły oszczerca...
Mówi: że ty dziécię moje
Niemasz dla mnie serca!

Świat jest głupi, świat jest ślepy,
Ciągle cię spotwarza...
Niewie jak twój całus słodki!
Jak mą pierś rozżarza!...





XVII.

Powiedz, powiedz mi aniele,
Mój kwiateczku piękny, hoży,
Czyś ty sennem jest widziadłem
Które wieszcza umysł tworzy?

Ale nie! Usteczek takich,
Takich oczu, tego czoła,
Takich wdzięków strojnych, cudnych,
Tego stworzyć wieszcz nie zdoła...

Tylko gady i potwory,
Bazyliszki, węże, krety,
Tylko takie piekieł twory
Może wyśnić myśl poety...

Ale ciebie mój aniele,
Twej twarzyczki jasnéj, hożéj,
Twoich zdradnych, kornych spojrzeń
Myśl poety nie utworzy...





XVIII.

Jakby Venus z morskiéj piany,
Świeci blaskiem luba moja,
Gdyż cudowna ta dziewoja
To — rywala skarb wybrany...

Serce, serce niecierpliwe!
Cóż pomoże gniewu siła?
Znoś cierpienia swe dotkliwe,
Które zdrada ci zrządziła...





XIX.

Nie szemrzę już — choć serce pęka moje,
Straciłem Cię — lecz gniew już przycichł we mnie,
Choć jak dyament, niecisz blasków zwoje,
Nie wnika promień w twego serca ciemnie...

Wiem to oddawna. Wszak Ciem widział we śnie...
I noc widziałem, co ćmi serca rany,
I wężam widział, co cię gryzł boleśnie...
Widziałem luba los twój opłakany...





XX.

Tak! Nędzną jesteś, lecz już znikł mój gniew...
Luba! Nam obu nędznymi trzeba być,
Nim śmierć wyziębi w sercach naszych krew,
Nam obu, luba, nędznymi trzeba być!

Widzę szyderstwo nad twych ust obsłoną
I błysk zuchwalstwa co w twych oczach gra...
I dumę widzę co ci porze łono...
Lecz nędzną jesteś — jak nędznym jestem ja!

Na ustach twych ukryty bólu ślad —
Tajemna łza — chce blask twych oczu zćmić...
Dumną twą pierś tajemny gryzie jad...
Nam obu luba nędznymi trzeba być!





XXI.

Toż mi dopiero huk dzielny!
Trąby i bębny brzmią w koło...
Wszak to swój taniec weselny
Ma luba tańczy wesoło...

Fanfary, kotły, wciąż brzęczą...
Dźwięk ten sumienie twe głuszy...
I tylko z cicha coś jęczą
Dobre aniołki twej duszy...





XXII.

Więc niepamiętasz o luba wcale,
Żem twe serduszko posiadał stale,
Serduszko twoje, rzewne, lękliwe,
Słodkie nad wyraz, a tak fałszywe!

Więc już zatarłaś w duszy wspomnienia
Miłości mojéj, mego cierpienia?
Czyli ma miłość — ból przewyższyła?
Niewiem. Lecz straszną obojga siła...





XXIII.

Gdyby kwiateczki wiedziały
Jak serce moje strapione,
Balsam by z łez swych przyniosły,
Na piersi moje zranione...

Gdyby słowiki wiedziały
Jak straszną znoszę ja mękę,
Zbiegłyby do mnie — by nucić
Najmilszą moją piosenkę.

Gdyby choć gwiazdki wiedziały
Jak cierpi serce me młode,
Zeszłyby do mnie z niebiosów
I miałbym cierpień osłodę...

Ach! Nikt mych cierpień nie widzi!
Lecz ona — bóle zna moje,
Wszak ona sama rozdarła,
Rozdarła pierś mą na dwoje...





XXIV.

Czemu dziś róże tak blade,
Ach powiedz drogie me życie!
Dla czego w trawce zielonéj
Błękitne kwiatki milczycie?

Czemu skowronek gdy wzlata,
Żałobę śpiewem swym głosi?
Dla czego z krzewów balsamu
Taka woń trupia się wznosi?

Czemu dziś słońce tak zimne,
Wciąż w gęstą kryje się chmurę?
Czemu dziś ziemia tak szara?
Drzewa jak cmentarz ponure?

Czemum ja sam tak znędzniały?
Ach powiedz mi moja miła!
Powiedz najdroższa, dla czego,
Dla czegoś mnie porzuciła?





XXV.

Wiele ci o mnie mówili,
A cierpką była ich mowa...
Lecz — co mą duszę dręczyło,
O tém, nie rzekli ci słowa...

Nad tém — jak zepsuć mą sławę,
Myśl ich się ciągle siliła...
I złym mnie wreszcie nazwali,
A tyś w to wszystko — wierzyła...

A jednak rzeczy najgorszéj,
Nie dosłyszały twe uszy...
Tę rzecz najgorszą — najgłupszą,
Ja sam tłumiłem w swéj duszy...





XXVI.

Kwitła topola — śpiewał skowronek,
Do słońca cudny wdzięczył się dzionek,
A tyś mnie w śnieżne tuląc ramiona
O raju uciech śniła natchniona...

Wtém kruk zakrakał — pożółkły drzewa...
Zaszumiał wicher, spadła ulewa...
A my — bez żalu, bez gniewu słowa,
Rzekliśmy sobie: „Bądź zdrów!“
— „Bądź zdrowa!“





XXVII.

Jak dzieci, z jednéj matki zrodzone,
Żyliśmy zgodnie — aż miło!
A choć graliśmy w „męża i żonę“
Bitw między nami — nie było...
Razemśmy figlów płatali krocie,
W ciągłych całusach, żartach, pustocie,
Lecz gdyśmy chcieli, swawoląc daléj,
W „schowanie“ grać, na uboczu,
Takeśmy dobrze się pochowali:
Żeśmy stracili się z oczu...





XXVIII.

W pozgonne niebo nie wierzę,
Choć ksiądz mi o niem wciąż prawi...
Lecz oczom twym ufam szczerze
Ich tylko niebo mnie zbawi...

Nie wierzę w Pana nad Pany,
Choć klecha głowę mi suszy...
Jam serca twego poddany,
Ono jest władzcą mej duszy...

Nie wierzę w klątwy prorocze,
W gusła i baśni pogańskie,
Tylko w twe oczy urocze
W twe serce wierzę szatańskie...





XXIX.

Byłaś mi wierną najdłużéj...
Protekcyę miałem przez Ciebie,
Tyś mi pociechę zsyłała,
W każdéj naglącéj potrzebie.

Tyś mnie karmiła, poiła,
Dawałaś mi zapomogę...
Dałaś mi nawet bieliznę
I w końcu — paszport na drogę...

O! niech Cię za to Bóg chroni,
Od skwaru, wichrów szalonych,
I niechże Ci nie pamięta,
Dobrodziejstw mi wyświadczonych!





XXX.

Mateczka ziemia skąpiła długo,
Lecz Maj dał jej zapomogę,
I wszystko znowu tryska weselem,
Ja jednak śmiać się nie mogę...

Kwiatki szeleszczą, brzęczą dzwoneczki,
Ptaszek w gęstwinie treluje,
Mnie jednak nic to już nieobchodzi
Żadnych roskoszy nie czuję...

Nudzą mnie ludzie, nudzi natura,
Nudzą druhowie tak mili,
Wszystko dla tego, że słówkiem: „pani“
Kochankę moją ochrzcili...





XXXI.

Gwiazdko złota na chmur fali,
Pozdrów lubę mą w oddali —
Powiedz jej: że mimo zdrady,
Tęsknię za nią chory, blady...





XXXII.

Podczas gdym zdala bawił czas długi,
Snując w obczyznie marzenia smugi,
Czekać — nie było lubéj na rękę,
Więc też uszyła ślubną sukienkę,
I splotła dłonie węzły ślubnemi
Z największym głupcem na bożej ziemi...

Lubę mą zdobią przecudne lica,
Wdzięczny ich obraz wciąż mnie zachwyca,
Błękit jéj oczu, usta różane,
Co jakby blaski świecą jutrzniane,
Że mi od lubéj odejść się chciało —
To kapitalnie głupio się stało...





XXXIII.

Fijołki oczu jéj złudnych,
Róże usteczek obłudnych,
I lilje rączek jej cudnych,
Wszystko to kwitnąc ożyło —
A tylko serce — już zgniło...





XXXIV.

Świat jest tak piękny — tak lśnią niebiosa,
Drży na kwiateczkach poranna rosa,
Wietrzyk tak mile drzewkami miota,
Wszędzie wesołość, śpiewy, pustota,
A jednak w duszy mam cierpień tyle:
Że chciałbym w zimnéj leżéć mogile...





XXXV.

O luba moja! kiedy po zgonie,
Twe ciało spocznie już w grobie,
Wtedy — jak widmo o nocnéj porze
Zejdę i spocznę przy tobie.

Spojrzę w twe oczy, w twe szkliste oczy
Zimna, pośmiertna dziewico —
I czekać będę — aż w strasznéj chwili
Szatany dłoń mą pochwycą...

Wstaną umarli i kur zapieje,
Piekielny ogień zapłonie —
Lecz ja nie wstanę i leżeć będę
Przy marmurowém twém łonie.

Wstaną umarli gdy w straszną surmę
Uderzy anioł w żałobie,
Lecz my nie wstaniem — zimni jak skała
Leżeć będziemy przy sobie...





XXXVI.

Sosna osamotniona
Stoi na skale lodowéj,
I drzemie cicho, stulona,
W swéj bieli zimnéj, śniegowéj...

Marzy i snuje swe żale,
Nad palmą w dalekim wschodzie,
Co tęskniąc na dzikiej skale,
Usycha w słońca zachodzie...





XXXVII.

Radbym być lubéj podnóżkiem
Z którym jej stopa się pieści...
Choćby mnie nią i trąciła
Stłumiłbym jęki boleści...

Radbym choć być poduszeczką,
Gdzie luba igiełki składa!
Choćbym był niemi przekłuty
Ma dusza byłaby rada...

Gdybym był świstkiem papieru,
Wiążącym jej papiloty;
Szeptałbym lubej do uszka
Wszystkie mej duszy tęsknoty...





XXXVIII.

Zatrute są pieśni moje!
Ach! Mogłoż to być inaczéj?
Wszakżeś ty sama mą duszę
Zatruła jadem rospaczy...

Zatrute są pieśni moje!
Czy zmieni to jaka siła?
W sercu mam wężów tysiące
I ciebie także o miła!





XXXIX.

Od ostatniéj z nią rozłąki,
Znikł już uśmiech z moich lic...
Gdy zbijają inni bąki
Mnie niebawi już to nic...

Ach! od tego rozłączenia
Znikły w piersi echa burz —
Serce pęka mi z cierpienia,
Lecz mi płakać trudno już...





XL.

Z olbrzymich cierpień sercowych
Małe piosenki wciąż płyną...
I płyną, wznosząc skrzydełka,
Do twego serca dziewczyno!

A choć do serca dobiegły,
Po chwilce wracają małéj...
I płacząc, niechcą powiedzieć
Co w twém serduszku widziały...





XLI.

Pomimo woli najszczerszéj,
Dręczą mnie wspomnień katusze,
Żem ciebie ukochał pierwszy,
Twe ciało i twoją duszę...

Jej ciało — to wiosny kwiecie
Radbym mieć jeszcze to ciało...
Jej duszę pogrześć możecie...
Duszy mi dosyć zostało...

Tę duszę — radbym rozkroić...
Pół z niéj — dać lubéj z zapałem,
Aby się ciałem z nią spoić,
Być jedną duszą i — ciałem...





XLII.

Mieszczuchy w pięknem ubraniu
Ciągną przez pola i góry,
Skaczą jak młode barany
I sławią wdzięki natury...

Oczy ich płoną zdumieniem,
Że w świecie tak romantycznie...
I nadstawiają swe uszy,
Gdy ptaszków chór śpiewa ślicznie...

Ja jeden — okno zasłaniam,
Czarną, żałobną zasłoną,
Bo we dnie nawet mnie dręczy
Widziadeł przeszłości grono...

I dawna miłość powstaje,
Z smutnego serca cmentarza
Przysiada do mnie i płacze
I serce moje rozżarza...





XLIII.

Ach! obrazy lat minionych,
Niechcą zasnąć w wspomnień grobie,
Budzą się — by wskrzesić chwile,
Którem pędził wciąż przy tobie...

Dniem — w marzeniach pogrążony,
Szedłem smutny po ulicy...
Spotykano mnie — jam milczał
Pełen świętéj tajemnicy...

Nocą — było mi swobodniéj...
Wśród iskrzących gwiazd promieni,
Ja i cień mój, szliśmy razem,
Obaj drzący... pochyleni...

Gdym przechodził przez most stary,
Księżyc, skryty za obłokiem,
Rzucał na mnie światło blade
I surowym witał wzrokiem...


Przystawałem przed twym domkiem
I wzrok tęskny słałem w górę...
W duszy mojéj wrzał niepokój,
W głowie myśli tak ponure...

Wiem — że często, tam, z okienka
Wyglądała twarz twa dumna,
Ja — w księżyca srebrnym blasku
Stałem milcząc — jak kolumna...





XLIV.

Młodzieniec kocha dziewczynę,
Ją — inny chłopiec rozmarza...
Lecz chłopiec ten — inną kocha
I staje z nią u ołtarza...

Dziewczę zaślubia na przekór,
Byle którego młokosa,
Co się nawinął pod rękę...
Młodzian szle żale w niebiosa...

Stara to, stara historya,
O nowej niezmiennie treści,
A gdy się komu przytrafia,
Serce mu pęka z boleści...





XLV.

Przyjaźń, miłość, mędrców kamień,
Śledzić myślą nieobłudną —
Można. Źródło to omamień
Znaleźć w życiu?... Jakże trudno!





XLVI.

Gdy słyszę piosnkę tę smutną,
Którą mi luba nuciła,
Pierś mi z boleści nabrzmiewa
Jak gdyby strzała w niéj tkwiła...

Tam — po nad świerki ponure,
Tęsknota myśl mą porywa...
Pierś na wspomnienie méj straty
Gorżkiemi łzy się zalewa...





XLVII.

Na słoneczka promienie
Spoglądają kwiatki...
A szemrzące strumienie
Płyną w morze — do matki...

Biegną piosnek powoje,
Do méj lubéj dzieweczki,
Weźcie z sobą łzy moje
Lube, smętne piosneczki!





XLVIII.

Śniłem o cudnem dziecku królewskiem,
Z sinemi usty i wzrokiem...
W mglisty wzrok jego patrzałem długo
Nad sinych jeziór potokiem...

„Niechcę ja ojca twojego tronu,
Myśl ma, o skarbach nie śniła,
Niechcę ja berła, ani korony,
Ciebie chcę tylko o miła!“

„To być niemoże“ szepnęła z cicha,
Wszak mnie już niema na ziemi...
I tylko nocą przyjdę do Ciebie,
Łzami Cię studzić mojemi.“





XLIX.

Byłaś luba wraz ze mną,
W lekkiéj łódce, na morzu,
Płynęliśmy w noc ciemną,
Po bezmiernem przestworzu...

Wyspa duchów zamglona,
Spała w nocnem półcieniu,
I pieśń rzewna, stęskniona,
Brzmiała gdzieś — w oddaleniu...

I brzmi coraz weseléj,
Głośnem echem po morzu,
Myśmy milcząc płynęli
Po bezmiernem przestworzu...





L.

Dziwnie piękna bajeczka
W uszach moich wciąż dzwoni...
I śpiewa mi i gwarzy,
O czarownéj ustroni...

Gdzie kwiateczki wzdychają,
W świetle gwiazd tajemniczem,
I na siebie się patrzą,
Rozkochanych obliczem...

Gdzie drzew starych chór śpiewa,
Jasność świeci słoneczna,
Gdzie szmer źródeł tak dźwięczy
Jak muzyka taneczna...

Jakże byłbym szczęśliwym
Gdybym tam się mógł dostać,
Rzucić ziemskie siedlisko
I ptaszyny wziąć postać!


Ach! Ów kraj czarodziejski
Duszę moją porywa...
Lecz gdy jutrznia nadchodzi,
W mgłę się szarą rozpływa.





LI.

Ja cię o luba! kocham szalenie...
I chociaż runie świat cały —
Ze zwalisk jego wyjdą płomienie
Co miłość mą podsycały...





LII.

W ogrodzie kwitły liście majowe,
Poranek świecił gorący,
Kwiateczki wszystkie wiodły rozmowę,
Ja jeden byłem milczący...

I chyląc główki przed wiatru wiewem,
Szeptały dając mi rady:
„Do naszéj siostry nie pałaj gniewem,
„Młodzieńcze smutny i blady...“





LIII.

Myśl ma, przejęta goryczą,
W chmurnych marzeniach omdlewa,
Gdy w letnią noc tajemniczą,
Luba tę bajkę, mi śpiewa:

„W ogrodzie, po za drzewami,
„Kryją się gniewni rywale...
„Śpiewają ptaszki chórami,
„Księżyc lśni w jeziór krysztale...

„Tam, rycerz — serca bogini,
„Klęcząc, swą miłość przyrzeka,
„Nadchodzi olbrzym pustyni,
„Dziewczyna z strachu ucieka...

„I rycerz pada, krwią zlany...
„A olbrzym w lasy się kryje“...
Gdy będę już pogrzebany,
Sens wam tej bajki odkryję...





LIV.

Ach! Walkę miałem przytrudną,
Ciągle mnie w życiu dręczono,
Bądź to: miłością obłudną,
Bądź — nienawiścią szaloną...

O! Zacni ci przyjaciele!
Jadem mi życie sycili;
Jedni — kochali za wiele
A drudzy — ciągle się mścili...

Lecz ta — co tak mnie dręczyła
I życie mi zatruwała —
Ona się nigdy nie mściła
I nigdy mnie nie kochała...





LV.

Lato — ta pora kwiecista
Leży na twarzy twéj puszku,
A zima — zima śnieżysta,
Spoczywa w twojém serduszku...

Poczekaj moje kochanie!
Wkrótce inaczéj to będzie...
Zima — na licach twych siędzie,
A w sercu — lato powstanie...





LVI.

Gdy dwóch się żegna ze sobą,
Łączą w uścisku dłoń z dłonią,
Serca ich zdjęte żałobą,
Wzdychają — rzewne łzy ronią...

Myśmy ów dzień rozłączenia
Witali swobodą szczerą...
Łzy nasze, nasze westchnienia,
Późniéj nadeszły dopiero!...





LVII.

Jedli i pili u stołu,
Gdzie o miłości szła mowa...
Ród męzki był estetyczny,
A czułą — piękna połowa...

„Miłość — to czysty platonizm!“
Rzekł radca, chudy jak mucha,
Radczyni śmiejąc się skrycie,
Cóś mu szepnęła do ucha...

Proboszcz, to słysząc, rzekł głośno:
„Miłość — to źródło wszechzłego
„I zdrowiu może zaszkodzić!“
Panna spytała: „Dla czego?“

Hrabina z cicha wtrąciła:
„Miłość — to anioł skrzydlaty!“
I baronowi znacząco
Podała szklankę herbaty...


Przy stole stało krzesełko,
Lecz tam niebyłaś duszeczko,
Ty jedna byłabyś w stanie
Rzec o miłości słóweczko...





LVIII.

Znowum sen dawny widział w marzeniu...
Noc była piękna, majowa,
Ja i ma luba, w serc zachwyceniu,
Przysiąg szeptaliśmy słowa...

Wpośród tych gruchań, do późnéj nocy,
Miłosną przebyłem mękę...
Więc, bym pamiętał o przysiąg mocy,
Luba ugryzła mnie w rękę...

Postępku tego, trudno dojść wątku...
Dziś — jest to łatwiéj kochanie!
Przysięgi twoje były w porządku,
Zbytecznem było — kąsanie...





LIX.

Stanąłem na góry szczycie
I błądzę wzrokiem po niebie:
„Radbym być ptaszkiem w błękicie!“
Powtarzam z cicha do siebie...

Gdybym się stał jaskółeczką,
Miałbym tęsknotę jedyną —
Usłałbym sobie gniazdeczko,
Nad twojém oknem dziewczyno...

Lecz gdy się zmienię w słowika,
Na drzewie gniazdko uścielę,
Bym mógł ci z szmerem strumyka
Wyśpiewać przecudne trele...





LX.

Powóz mój zwolna się wlecze,
Wśród ciemnéj lasu gęstwiny...
Cisza ponura dokoła,
I obłok w dali mknie siny.

Siedzę i marzę o lubéj,
Pierś tłoczy ciężkie westchnienie,
Wtém widzę — jak pełzną ku mnie —
Dziwaczne trzy jakieś cienie...

Do okna mego powozu
Skaczą, wśród szeptów hałasu,
Krzywią się dziwnie i nikną
W zaroślach ciemnego lasu...





LXI.

Płakałem we śnie, o luba ma!
Śniłem: żeś w grobie leżała,
Zbudziłem się — i jasna łza
Po moich licach spływała...

Płakałem we śnie, o luba ma,
Niewierną widziałem Cię w snach,
Zbudziłem się — ale ból trwa,
Boleść skąpana we łzach...

Płakałem we śnie, o kwiatku mój,
Śniłem — że miłość mą znasz,
Zbudziłem się — ale łez zdrój
Oblewa ciągle mą twarz!...





LXII.

W sennem cię widzę marzeniu,
Blady, znędzniały, jak trup...
I z łkaniem — długo tłumioném
Do twoich rzucam się stóp...

Patrzysz się na mnie boleśnie,
Twarzyczka śmieje się twa —
Lecz widzę jak po twych licach
Powoli toczy się łza...

Szepczesz mi z cicha słóweczko
Wianuszek dajesz mi z róż...
Budzę się — ale bez wianka
A słówko — znikło mi już...





LXIII.

Wiatr szumiąc drzewa wywraca,
I lodem kwiateczki ścina...
Ach! Gdzież się teraz obraca
Moja nieszczęsna dziecina?

Widzę ją — jak pod drzewami,
Samotność swą opłakuje,
I wzrokiem brzemiennym łzami,
W bezmierną noc się wpatruje...





LXIV.

Wicher jesienny rwie drzewa,
Noc głucha — zimna jak głaz...
Szarawym płaszczem odziany
Jadę samotnie przez las...

I gdy tak jadę powoli,
Myśl szybka wyprzedza mnie,
I ze mną — do zamku lubéj
Na skrzydłach marzenia mknie...

Widzę tam szereg pochodni
I zastęp czeka mnie sług,
Rwę ostrogami bok konia,
By wstąpić w lubéj méj próg.

Do jasnych komnat podążam,
Gdzie woń jaśminów i róż...
Tam czeka mnie moja luba,
Do piersi tulę ją już...


Wiatr szumi... liście rozprasza ...
A gdy o szczęściu swém śnię,
Szept słyszę: „Błędny rycerzu:
„Cóż znaczą głupie sny twe?"





LXV.

Z iskrzącéj nieb wysokości
Gwiazdeczka drobna upada...
Ach! Jestto gwiazda miłości,
Tak niegdyś świetna — dziś blada...

Na bujnéj kwieciem jabłoni
Listek po listku umiera...
Za niemi wietrzyk wciąż goni,
Ostatnie krasy z nich ściera.

Żegluje łabędź zraniony,
Lecz płynie daléj i daléj...
Żałosne wydaje tony
I ginie w pienistéj fali...

Cisza i ciemność w naturze...
Powiędły liście i krzewy...
Gwiazda rozprysła się w górze...
I zmilkły łabędzie śpiewy...





LXVI.

Ujrzałem we śnie zamku podwoje,
Gdzie światło smugą lśni brylantową,
I ludu tłumne cisną się roje,
W labirynt komnat zgiętych wężowo,
Niektórzy biegną w jasne pokoje,
Z obawą w duszy, z myślą grobową,
I coraz jaśniej światła się palą...
Jam też popłynął z tą ludzką falą...

Nagle spostrzegłem że znikły tłumy...
I sam zostałem wśród tych sklepieni,
Pełen wzruszenia, smutku, zadumy...
Światło jak przedtem błyszczy się, mieni...
Lecz scichły głosów tysiąca szumy,
I noc w mej duszy wśród tych promieni...
Wiedziony myślą jakąś tajemną,
Spostrzegłem widmo jakieś przedemną...


Owem nadziemskiem, bladem, widzeniem,
Była ma luba z twarzą obłudną,
Chcę się zatrzymać... ale skinieniem,
Znaki mi daje. Pojąć je trudno...
I znowu jasnem swojem wejrzeniem,
Twarz swą rozjaśnia anielsko — cudną...
Gdy tak złudzeniem karmię się miłem,
Nagle do życia znów się zbudziłem...





LXVII.

Noc była zimna, bez gwiazd. Wśród głuszy,
Błądziłem w lesie, z rozpaczą w duszy...
Budziłem drzewa ze snu żałośnie,
One głowami trzęsły litośnie...





LXVIII.

Samobójcom kopią w nocy
Na rozdrożu grób...
Tam błękitny rośnie kwiatek,
U mogiły stóp...

Długo stałem na rozdrożu,
Gdym chciał rzucić świat...
A w gwiazd świetle chwiał się zwolna
Samobójców kwiat...





LXIX.

Gdzie się zwrócę, idzie za mną
Ciemność straszna, nieprzebyta,
Od téj chwili — gdy mi zorza
Cudnych oczu twych nie świta...

Niedoznaję już niestety!
Tajemniczéj gwiazd tych mocy —
Przepaść leży u stóp moich,
Przyjmij mnie odwieczna nocy!





LXX.

Noc na mych oczach leżała,
Milczeniem usta się zwarły...
Bez myśli, marzeń, bez czucia,
Leżałem w grobie umarły...

Jak długo? Trudno pamiętać,
Bom był w letargu bez siły...
Wtém szmer się rozległ, wśród ciszy,
Zapukał ktoś do mogiły...

— Czy nie powstaniesz Henryku?
Świta blask gwiazdy jutrzniowéj
Powstali wszyscy umarli,
Zaczął się taniec życiowy...


— O luba! Powstać nie mogę,
Ślepym zostałem na wieki...
Z płaczu i cierpień niezmiernych
Nabrzękły moje powieki...

— Ja ci tę noc odcałuję,
Zażegnam sen twój głęboki,
Zobaczysz chóry aniołów
I niebios cudne uroki...

— O luba! powstać nie mogę...
Krew z piersi toczy się zdrojem,
Tam, gdzieś mnie w serce ukłuła
Kolącem szyderstwem twojem...

— Dłoń ci położę na sercu
I zniknie ból twój dotkliwy...
Krew twa przestanie już płynąć
I znowu będziesz szczęśliwy...


— O luba! powstać nie mogę...
Kula w méj głowie utkwiła,
Wszakże strzeliłem sam do niéj,
Gdyś mnie nikczemnie zdradziła...

— Splotem swych czarnych warkoczy
Ranę twéj piersi osuszę,
Gdy krew przestanie z niéj płynąć,
Ocalisz biedną twą duszę...

Tak mnie błagała, prosiła,
Żem chciał sen wieczny porzucić,
Powstałem nagle z mogiły,
By znów do lubéj powrócić...

Wtém wszystkie rany nabrzękły,
W głowie i w sercu zbolałem...
I krew z nich czarna spłynęła...
I oto — z snu się zerwałem...





LXXI.

Przebrzmiał wiek marzeń daleki,
Pieśni zapalne i dumne
Pogrześć potrzeba na wieki...
Przynieście kamienną trumnę!

Tam złoży myśl ma dziecinna
Wszystko co dusza prześniła...
Lecz trumna — większą być winna
Niż Heidelbergska baryła...

Niechaj posłańcy wyruszą
I wielkie sprowadzą mary...
Mary te — długie być muszą,
Dłuższe niż Reński most stary...

Sprowadźcie także olbrzymów,
Silnych jak mur kamienicy!
Niech wezwą w pomoc pielgrzymów,
Z sieni Kolońskiéj kaplicy...


Mary te — orszak mój wierny
Do morskiéj spuści mogiły...
Gdyż dla téj trumny niezmiernéj,
Piaskowéj zbrakłoby bryły...

Wiecież dla czego wybrałem
Tak wielką trumnę z kamienia?
Tam — miłość swą pochowałem
I wszystkie moje cierpienia...





POWRÓT.


I.

Raz, wśród ciemni mego życia,
Postać lśniła mi świetlana,
Lecz gdy światło to zagasło,
Noc mnie skryła nieprzejrzana.

Kiedy dzieci są w ciemnicy,
Serca, myśli, ich się smucą,
Więc by zakląć swą obawę,
Głośne piosnki ciągle nucą.

Ach! Ja jestem tém dziecięciem,
Śpiewam teraz wciąż w ciemnicy
A choć pieśń ma dźwięczną nie jest...
Z serca leczy mnie tęsknicy...





II.

Tęskni mój duch — i smutno mi,
Głowę znękaną gdzie złożę?
Czarowna pieśń zamierzchłych dni
W méj duszy zmilknąć nie może...

I szumi wiatr — zapada mrok,
I cicho Renu mkną fale...
I widać gór urwistych szczyt,
Odbity w rzeki krysztale.

Królowa róż z gwiazdzistych niw
Siedzi na górze uroczéj...
Złoty jéj pas z daleka lśni,
Lśni złoty zwój jéj warkoczy...


Grzebieniem z gwiazd czesze swój włos,
I tęskną piosnkę zawodzi...
I dziwną moc ma pieśni dźwięk,
Jak głos co z niebios pochodzi...

Rybaka duch gdy słyszy pieśń,
Dziwnym się smutkiem przejmuje,
Nie baczy już na szczerby skał,
Tylko ku dźwiękom żegluje.

Ach! Lękam się, by rzeki toń
Rybaka nie pochwyciła...
Jakto już raz z kochankiem wód
Lorelej piosnka zrobiła...





III.

Serce me, serce jest smutne,
Lecz Maja dni zajaśniały...
Stoję o jodłę oparty,
Na baszcie wzgórza zmurszałej...

W dole błękitne mkną fale,
A chłopiec płynie przez rzeczkę,
Śmiało swą łódką kieruje,
Świszcząc przez zęby piosneczkę...

Opodal domki się wznoszą,
I słychać ludzkie hałasy,
Widać ogrody kwieciste,
Łąki i pola i lasy...

Dziewczęta piorą bieliznę,
Po trawce skaczą z pustoty,
Tam koła młyńskie pył niecą,
Słyszę ich głuche łoskoty...


Przy staréj, czarnéj wieżycy,
Strażnica czujnem lśni okiem,
Szyldwach czerwono odziany,
Miarowym stąpa tam krokiem.

Bawi się lśniącą fuzyjką,
Kurek jej żartem odwodzi,
I w błękit niebios celuje...
Ach! Czemuż w pierś mą nie godzi!





IV.

Po lesie chodzę i płaczę,
Drozd skacząc pyta mnie śpiewnie:
Czegoś tak smutny wędrowcze,
Dla czego płaczesz tak rzewnie?

— Jaskółki — twoje siostrzyczki,
Wiedzą gdzie źródło mej zguby...
Mieszkają one w gniazdeczkach,
Ponad okienkiem méj lubéj...





V.

Noc mglista, ciemna, burzliwa,
Z pól głuche jęki wiatr niesie,
Wśród szumu gęstych burzanów,
Samotny błądzę po lesie...

Zdaleka błyszczy światełko,
W ponurym domku leśnika,
Nie, niechcę tam się przybliżyć,
Strach serce moje przenika...

Tam siedzi w starym fotelu,
Staruszka... jak gołąb biała,
Jak głaz spogląda przed siebie,
I milczy jak skamieniała...

Szybkim przechadza się krokiem,
Leśnika syn rudogłowy,
Klnie, rzuca broń swą o ziemię,
Wściekłemi miotając słowy...


Siedzi tam prządka urocza,
Wzrok jéj żałosny i łzawy,
A u nóg smutnéj dziewczyny,
Łasi się wyżeł legawy...





VI.

Z rodziną mojej bogdanki
Raz w drodześmy się spotkali...
Siostrzyczka, ojciec i matka,
Z radością mnie powitali...

Słyszałem słowa grzeczności,
Czułéj przyjaźni tyrady,
Mówiono: żem się nie zmienił,
Żem tylko trochę jest blady...

Jam również pytał uprzejmie:
Czy wszyscy w zdrowiu i w sile?...
Pytałem nawet o pieska,
Co umiał szczekać tak mile...

Potém rzuciłem znienacka
O zdrowie lubéj pytanie...
Na co mi dano odpowiedź:
Że pani w innym jest stanie...


Choć wiadomością tak miłą
Byłem niezmiernie wzruszony —
Prosiłem — by oddać pani
Moje serdeczne ukłony...

Wtém, lubéj mała siostrzyczka
Szepnęła niepostrzeżenie:
„Wiesz pan? pieseczek nasz wściekł się,
Więc utopiono go w Renie...“

Ta mała — to obraz siostry,
Szczególniéj uśmiech ma miły...
A oczy jéj są też same
Co mnie w szaleńca zmieniły...





VII.

Przy rybackiej, niskiej chacie,
Patrzyliśmy się w dal morza,
Mgły wieczorne nadciągnęły,
Mknąc w dalekie wód przestworza...

Morskich latarń zapalonych,
Światło błysło w morza fali,
A w tem świetle — jak widziadło,
Statek czerniał gdzieś w oddali...

Mówiliśmy o przygodach,
Jakie głębia morza kryje,
O rybaka smutnym losie,
Co wśród grozy śmierci żyje...

O dalekich lądu brzegach,
O krainie klęsk i cudów,
O dziwacznych obyczajach,
Rozmaitych ziemi ludów...


Nad Gangesem kwiatów gąszcze,
Różnobarwnym lśnią szkarłatem,
Tłumy ludzi klęczą w ciszy,
Przed lotosu cudnym kwiatem.

Tam znów, brzydcy Lapończycy,
Płaskogłowi, płaskonosy,
Smażą ryby przy ognisku,
Krzycząc, jęcząc w niebogłosy.

A dziewczęta to słuchają...
Wreszcie zmilkły wszystkie gwary,
Siny statek znikł w oddali
Morze pokrył obłok szary...





VIII.

Rybaczko piękna, miła,
Pędź czółenko do ziemi;
Siądź tu — spojrzyj się na mnie
Oczętami cudnemi...

Oprzéj główkę swą o mnie,
Spojrzéj wzrokiem zamglonym,
Wszak powierzasz się codzień
Falom morza szalonym.

Serce moje — to morze...
Wciąż się burzy... przypływa...
I nie jedna perełka
W jego głębi spoczywa...





IX.

Księżyc rozproszył swe blaski,
Po cudnym morza błękicie;
Ściskam mą lubę w objęciach,
A serce tonie w zachwycie...

W objęciach cudnéj dziewczyny,
Spoczywam przy morza brzegu,
„Czegoż tak słuchasz fal szumu?
„Czemu drży dłoń twa ze śniegu?

— „Ach! To nie fale tak szumią,
„To pieśń rusałek tak dzwoni,
„Są to me siostry rodzone,
„Co w morskiej znikły raz toni...





X.

Po obłokach księżyc płynie,
Jakby krąg pomarańczowy,
Opromienia blaskiem złotym,
Obszar morza lazurowy...

Błądzę smutny ponad brzegiem,
Fale białą tworzą pianę,
Słyszę w ciszy słodkie słowa,
W toni morza gdzieś szeptane.

Ach jak długo noc się wlecze,
Usta milczéć już nie w stanie...
Rusałeczki wyjdźcie z toni,
Pieśń swą nucić w skocznym tanie!

Weźcie głowę mą w objęcia,
Skargi méj nie usłyszycie,
Pieśćcie na śmierć, znućcie na śmierć
Wycałujcie z piersi życie!





XI.

Owinięte w obłok szary,
Drzémią w ciszy wielkie bogi,
Słyszę oddech ich ponury,
Wiatr po morzu dmie złowrogi.

Jakiż orkan! Jakie gromy!
Statki mkną na wpół strzaskane,
Któż uśmierzy te żywioły,
Fale morza zbuntowane!

Ja niemogę zakląć burzy,
Ni uśmierzyć morza trwogi,
Owinięty ciepłym płaszczem,
Zasnę — jak zasnęły bogi...





XII.

Wiatr nałożył szarawary,
Biało, wodą przesycone,
Bije w fale z całéj siły,
One wyją jak szalone...

Z chmur czeluści deszcze leją,
Ciemność mknie przez fal przestworze,
Zda się jakby noc prastara,
Chciała zaćmić stare morze.

Ponad masztem krąży mewa,
Krzykliwemi jęcząc głosy...
Zda się — statkom chce wywróżyć,
Ich nieszczęsne, przyszłe losy...





XIII.

Burza do tańca przygrywa,
I mrowiem ciało przenika,
Hop! hop! Jak skacze czółenko,
Noc jest wesoła i dzika...

Żyjąca góra falista,
Miota otchłanią gniewliwą,
Tu — przepaść czarną otwiera,
Tam — białą potrząsa grzywą...

Z kajut: przekleństwa, modlitwy,
Wtorują odgłosom gromu,
Trzymam się masztu oburącz,
Szepcząc: „Oj gdybym był w domu!“





XIV.

Nadchodzi wieczór posępny,
Mgła morskie kryje zwierciadło,
Wtém — z tajemniczéj otchłani,
Białe wypływa widziadło...

Nimfa wychyla się z fali,
I siada przy mnie, u brzegu,
Widać jéj piersi śnieżyste,
Przez szatę białą ze śniegu...

Tuli mnie ona do siebie,
I sprawia ból niewymowny,
Zanadto ściskasz mnie luba,
Mówię do nimfy czarownéj...

Do piersi cisnę się twojéj,
Lecz tego prosta przyczyna,
Chcę się przy tobie rozegrzać,
Bo zimno lodem krew ścina...


Księżyc przyświéca wciąż bladziéj,
Z mglistéj obłoków przeźroczy...
Czemu twe oczy wilgotne?
Mówię do nimfy uroczej...

Nie wilgotnieją me oczy,
Jam już mokremi je miała...
Gdym wypłynęła z mórz toni,
Kropelka w oczach została...

Mewy wciąż jęczą żałośniéj...
Wiatr z toni rwie się gwałtowny...
Czemu twe serce tak bije?
Pytam się nimfy cudownéj...

Serce me bije z wzruszenia,
I czoło moje pobladło,
Gdyż cię nad siły uwielbiam,
Ty, ziemskie, drogie, widziadło!





XV.

Gdy przed twym oknem co rano,
W zadumie staję na drodze,
Radość mą dusze przenika,
Gdy cię w okienku znachodzę...

Czarnemi twemi oczyma,
Patrzysz na łez moich ślady...
Ktoś jest, i co ci dolega,
Przechodniu chory i blady?

Jestem niemieckim poetą,
Znanym w niemieckiéj krainie,
Gdzie o najlepszych jest mowa,
I moje imię tam słynie...

A to, co pierś mą przygniata,
Boleść w mym kraju nie nowa...
Gdzie mówią o mękach srogich,
Tam — o mnie także jest mowa...





XVI.

Morze swe światło rozlało w dal,
W ostatnim słońca promieniu,
Siedziałem z Tobą, wśród szumu fal,
Samotnie, w głuchém milczeniu...

Opadła mgła — nabrzękła toń,
Mewy po morzu szumiały,
A z oczu twoich, na śnieżną dłoń,
Perliste łezki spadały...

Gdym ujrzał cudne perełki te,
Padłem na ziemię wzruszony...
I z rączek twoich, w rozkoszy śnie
Piłem ten czar upragniony...

Lecz od téj chwili, zbladła twarz ma,
Głowa opadła ku ziemi...
Ach! mnie nieszczęsna dziewczyna ta
Zatruła łzami swojemi!...





XVIII.

O liljo miłości mojéj,
Z wyrazem smutku, marzenia,
Patrzysz się w głębię jeziora,
I ciche snujesz westchnienia...

Precz idź z takiemi pieszczoty!
Znaną mi już twoja zdrada,
Wszak wiem, że róża — ma krewna,
Fałszywém sercem twém włada...





XIX.

W oddali na widnokręgu,
Jakby z za mglistéj obsłony,
Powstaje gród z wieżyczkami,
Mrokiem wieczoru przyćmiony...

Wilgotne wichrów powiewy,
Grom wróżą, wespół z powodzią,
Ponurym taktem kieruje,
Sternik żałobną swą łodzią.

Słońce wyjrzało z za chmury,
Promień rzucając daleki...
I wtedym ujrzał ów domek,
Gdziem stracił lubę na wieki...





XXI.

I znowu dawną wracam dróżyną,
W znane, tak drogie mi strony,
I znowu wracam przed domek lubéj,
Samotny tak... opuszczony...

Gród mi się ciasnym, wązkim wydaje,
Jak obraz smutku i nędzy,
Na głowę moją walą się domy,
Ach, uciekajmy co prędzéj!...





XXII.

Wstąpiłem znowu w miejsc tych podwoje,
Gdzie miłość mi zaprzysięgła;
W miejscu — gdzie łez jej padały zdroje
Tam się gadzina wylęgła...





XXIII.

Noc była cichą, głucho w ulicach,
Tutaj stał domek kochanki mojéj,
Dawno już, dawno go opuściła,
Ale ów domek wciąż jeszcze stoi...

Przed owym domkiem stanął wędrowiec,
Z rospaczą w oku, z wychudłem ciałem,
Gdy księżyc błysnął, przeszło mnie mrowie,
Bo w owym człeku — siebie poznałem...

Ach sobowtórze, wędrowcze blady!...
Czemu w rospaczy rwiesz sobie szaty?
Czyliż przedrzeźniasz moje cierpienia,
Którem tu znosił dawnemi laty?





XXIV.

Jakże możesz spać spokojnie?
Wszakżem jeszcze żyw i zdrowy,
Dawny gniew powrócić może
I ja zerwę swe okowy...

Znasz li tę bajeczkę starą?
Zmarły młodzian, po pogrzebie,
Przybył nocą po kochankę
I przemocą wziął do siebie.

Wierzaj mi o najpiękniejsza,
Ty, coś wdzięków jest wyrazem,
Jam żyw jeszcze i silniejszy,
Niźli wszystkie trupy razem...





XXV.

Śpi piękne dziewczę w komorze,
Księżyc szle blask srebrnowłosy,
Zdala urwane mkną dźwięki,
Jak gdyby walca odgłosy.

„Zobaczę téż przez okienko,
Kto to spokojność mą kłóci?
Tam stoi kościotrup nagi
I gra na skrzypkach i nuci...

„Przyrzekłaś raz ze mną tańczyć,
A jednak złamałaś słowo,
Lecz dzisiaj bal na cmentarzu,
Pójdź, będziem hasać królowo!...“

Dziewczę porywa coś siłą,
Przez pola i lasy wiedzie,
Szkielet przygrywa i nuci,
Wyprawia pląsy na przedzie.


I gra i nuci i skacze,
Piszczele w pląsach podsyca,
I czaszką białą potrząsa,
W srebrzystym blasku księżyca...





XXVI.

Wlepiłem oczy w jej obraz,
W to cudne niebian oblicze,
Wtem — rysy lubéj odżyły,
Blaski mnie śląc tajemnicze.

Jej cudne usta różane,
Półuśmiech okala miły,
I, jakby pod cierpień wpływem,
Oczy jej łzą się sperliły...

I mnie po bladém obliczu,
Łzy smutku spłynęły żwawsze,
Ach, trudno było uwierzyć...
Żem cię już stracił na zawsze!





XXVII.

Jak Atlasa nieszczęsnego,
Przygniata mnie straszna męka,
Dźwigam na sobie ból świata
A serce z bólu mi pęka...

O! wyniosłe, dumne serce,
Chciałoś szczęścia nieskończenie,
Lub też cierpieć chciałoś — serce!
Znoś więc teraz swe cierpienie!





XXVIII.

Płyną lata po kolei,
W duszy gasną nieb roskosze,
Ale miłość ta nie zgaśnie,
Którą, w sercu mojém noszę...

Radbym tylko, raz ostatni,
Być na chwilę w marzeń niebie,
I, konając — szeptać słowa:
„Pani! — kocham, kocham Ciebie!“





XXIX.

Śniłem. Żałośnie księżyc spoglądał,
I gwiazdy smutno świeciły;
I mnie się zdało, żem biegł do miasta,
Aż pod okienko méj miłéj...

I mnie się zdało: że do jéj domu
Wbiegłem jak anioł skrzydlaty,
Że całowałem ślady jéj nóżek,
I rąbek białéj jéj szaty...

Noc była zimną, noc była długą,
Kamienie skryła śnieżyca,
Z za okna błysło blade oblicze
W bladawém świetle księżyca...





XXX.

Cóż ta samotna łezka oznacza?
Dla czego w oku mém błysła?
Ach! Jak wspomnienie z ubiegłych czasów,
Na rzęsach moich zawisła...

Więcéj ta łezka siostrzyczek miała,
Lecz rozpłynęły się one,
Wraz z memi smutki, z chwilami szczęścia
W nieznaną spłynęły stronę...

I owe cudne gwiazdki błękitne,
Zgasły — jak blade mgławice,
Znikły bez śladu te moje drogie,
Smutków, radości siostrzyce...

Ach! Z niemi razem i miłość moja,
Znikła — jak chwila przelotna,
Idź więc za niemi, połącz się z niemi,
Ty łezko moja samotna!





XXXI.

Blady, jesienny pół księżyc,
Z za ciemnéj wyziera chmury,
W zaułku cmentarza stoi,
Domek pastora ponury...

Matka nad biblją schylona,
Syn — oczy leniwie wlecze,
Starsza z sióstr z nudów poziewa,
Młodsza do brata tak rzecze:

Boże! Jak nudno czas schodzi,
Aż myśli pierzchają płoche,
Tylko gdy grzebią umarłych,
Rozerwać można się trochę...

Matka przemawia po chwili:
To nietak często się zdarza,
Od dnia — gdy ojca twojego,
Pogrzebli u wrót cmentarza...


Starsza z sióstr ziewa i mówi:
Ja głód i chłód u was znoszę,
Pójdę więc jutro do grafa,
On kocha mnie i — ma grosze...

Syn dzikim śmiechem wybucha:
„Trzech strzelców hula w piwnicy,
Oni nauczą mnie chętnie,
Szatańskiej swéj tajemnicy...“

Matka porywa za biblję
I w twarz nią syna uderza,
„Więc chcesz przeklęty nicponiu,
„Wijść na leśnego rycerza?“

Wtem — w oknie słychać pukanie,
I widać rękę wzniesioną...
Tam stoi widmo pastora,
Okryte czarną oponą...





XXXII.

Toż mi straszliwa ulewa!
Nabrzękły niebios odmęty,
Siedzę przy oknie i patrzę,
Na ciemnych ulic zakręty...

Wtem, zwolna, na tle ciemności,
Zabłysło światło ognika,
To matka z latarką w dłoni,
Po flizach ulic przemyka...

Widzę, że masło i mąkę,
Staruszka z sobą poniosła,
Bo na kołacze pieczone,
Czeka jej córka dorosła...

W głębokim leżąc fotelu,
Na ogień patrzy i marzy...
A bujne, złote kędziory,
Płyną po cudnéj jej twarzy.





XXXIII.

Sądzą — że życie swe pędzę,
W rospacznéj miłości zmudzie,
Aż wreszcie sam w to uwierzę,
Jak inni w to wierzą ludzie...

Czyż ci niezawsze mówiłem,
Ty, mała z wielkiemi oczy!
Że cię uwielbiam bez granic,
Że miłość serce me toczy?

W prawdzie, gdym mawiał te słowa,
Komnata ma była pusta,
Bo gdyś ty luba w niej była,
Milczały drżące me usta...

Jakieś anioły zawistne,
Słowa w mych ustach tłumiły,
Ach! Tylko owe anioły,
Tak mnie nieszczęsnym zrobiły!





XXXIV.

Gdybym choć raz jeszcze w życiu,
Twe liljowe, białe, dłonie,
Do méj piersi mógł przycisnąć,
Łzami zrosić je przy zgonie!

Twemi oczy błękitnemi,
Myśl ma ciągle się zachwyca,
Ciągle pytam: Cóż oznacza,
Ta błękitna tajemnica?





XXXV.

Czyż ci nigdy nie mówiła,
Że uczucia twe ocenia?
Czyż niemogłeś choćby w oczach,
Wzajemności dostrzedz cienia?

Czyż przez oczy, w głąb jej duszy,
Nie przenikła myśl twa trwożna?
A wszak w takich ważnych rzeczach,
Głupim osłem być nie można!





XXXVI.

Oboje czcili się bardzo,
Lecz wyznać tego nie śmieli;
Patrzyli na się z ukosa,
Chociaż miłością płonęli...

A gdy się wreszcie rozstali,
W najgrubszéj serca żałobie —
Pomarli od siebie zdala,
Niewiedząc nawet o sobie...





XXXVII.

A gdym przed wami żal swój wylewał,
Każdy z was milczał — albo też ziewał...
Lecz kiedym w strofki ubrał te żale —
Każdy mi kadził w pochlebstw zapale...





XXXIX.

Ej człowieku nie szydź z czarta!
Krótkim jest nasz byt w tym świecie,
A wieczyste potępienie,
To nie pomysł gminu przecie!

Ej człowieku płać swe długi!
Droga życia długą bardzo,
Cóż uczynisz gdy lichwiarze,
Rewersami twemi wzgardzą?





XLI.

O dziécię moje, byliśmy dziećmi,
Z rodu maleńkich zbytników,
Częstośmy biegli, grając w schowankę,
Pod wiązki słomy kurników.

I słychać było kogucie piania,
I ciągły pisk: „kikiriki!!“
Często przechodnie mylnie sądzili,
Że to kogucie są krzyki...

Skrzynie ogromne na naszym dworze,
Tworzyły domy pozorne,
Razemśmy sobie w izbach mieszkali,
Prowadząc życie wytworne...

Kocisko stare z domu sąsiada,
Składało nam swe wizyty,
Myśmy poważne robili dygi,
Ceniąc tak wielkie zaszczyty.


O powodzenie, o dobre zdrowie,
Poważnieśmy kotkę pytali,
Odtąd niejednej, już staréj kotce,
Toż samośmy powtarzali...

Częstośmy razem w skrzyniach siadali,
I zaprzestawszy hałasów,
Żałowaliśmy jak starzy ludzie,
Ubiegłych a dobrych czasów...

Jak miłość, wierność i silną wiarę,
Zajęły poziome żądze,
Jak na tym świecie wszystko zdrożało,
Jak są rzadkiemi pieniądze...

I przeminęły czasy dziecięce,
Wszystko przemknęło jak mara,
Pieniądze, ludzie i dobre czasy,
I wierność, miłość i wiara...





XLII.

Serce mnie boli kiedy z tęsknotą,
Myślę o czasach co były,
Świat był podówczas takim serdecznym,
W sercach zawiści nie tkwiły...

Dziś wszystko znikło — jak wymiecione,
Nędza dziś górą i bole,
Pan Bóg na górze zdrzémnął się nieco
A szatan zasnął na dole...

I świat się powlókł barwą żałobną,
Niedola wszystkich nas gniecie...
Gdyby nie szczypta uczuć miłosnych,
Trudnoby wyżyć na świecie...





XLIII.

Jak z za ciemnych chmur obsłony,
Blask księżyca lśni uroczy,
Tak i mnie z dni ciemnych życia,
Jasny obraz pieści oczy.

Na pokładzie liczne grono...
Mkną w dół Renu gibkie łodzie,
A wybrzeża traw zielonych,
W słońca palą się zachodzie...

Zadumany w twarz patrzałem,
Ukochanéj mej istoty,
A w téj bladéj, cudnéj twarzy,
Igrał promień słońca złoty.

Płyną dźwięki, szumią fale,
Księżyc ze snu zwolna wstaje,
Niebo w ciemny szafir wpada,
Dusza biegnie w marzeń kraje...


Czarodziejsko mkną obrazy,
Dolin, lasów i gór stoku,
A to wszystko ja widziałem,
W lubéj mojej jasnym wzroku...





XLIV.

Widziałem we śnie bogdankę moją,
Co mnie tak zdradnie rzuciła...
Zbladły jéj lica, zgasł blask jéj oczu
I tajemnicza ich siła...

Dzieciątko małe niosła na ręku,
Drugie — tuliło się do niéj;
Nędza i boleść w twarz jéj się wryły,
W twarz, którą kryła w swéj dłoni...

Szła smutnie, łzawo, w nieznaną drogę,
Jedném mnie darząc spojrzeniem
I rzekłem, patrząc w jéj blade lica,
Z tłumioném w sercu wzruszeniem:

— Pójdź do méj chaty, o matko biedna,
Na kraj ubogiéj téj wioski,
Ja cię wyżywię rąk swoich pracą,
Zapewnię życie bez troski.


Będę twe dziatki pieścił, ochraniał
I łzy ich prędko przeminą,
A głównie Ciebie ochraniać będę,
Ciebie nieszczęsna dziecino!

Nie wspomnę nigdy: żem Cię tak kochał,
Żeś struła serce prostacze,
A kiedy umrzesz — to nad twym grobem
Łzami kochanka zapłaczę...





XLV.

Do piersi mojéj zbolałéj
Przyłóż najmilsza swą rękę,
Słyszysz — tam stolarz pracuje,
By mi zbudować trumienkę...

Wśród pracy jego łoskotu
Porzucił sen me powieki —
Ach spiesz się, spiesz z swą robotą,
Bym mógł już zasnąć na wieki.





XLVI.

O! Niemiéjcie do mnie żalu,
Jeśli tony tej lirenki,
Zachowały jeszcze echo,
Dawnéj, smętnéj méj piosenki!...

Chwilka jeszcze — a zamilkną,
Mych sercowych cierpień tony,
A pieśń nowa, pieśń wiosenna,
Wzleci z piersi uzdrowionéj.





XLVII.

Czas już nareszcie, abym rozumem,
Wytępił serca swawole...
Dosyć już długo jako komedyant
Grałem ucieszną swą rolę...

Cudne kulisy barw romantycznych,
Publiki pieściły oko,
Płaszcz mój złociste nosił oznaki,
A serce miłość głęboką...

I chociaż teraz gardzę tém wszystkiem,
Z powagą mędrca na czole,
Ciągle się jeszcze czuję pajacem,
Jakbym ucieszną grał rolę...

Boże mój! Żartem tę myśl zdradziłem,
Która me piersi rozszerza:
Ze strzałą śmierci w skrwawioném sercu
Rannego grałem szermierza...





XLIX.

Niech me serce nierospacza,
Niech i boleść tę wytrzyma,
Nowa wiosna to powróci,
Co zabrała sroga zima...

A jak wiele ci zostało!
Pocóż próżno wzdychać, szlochać,
Świat jest jeszcze dosyć pięknym,
Wszystko, wszystko możesz kochać!





L.

Ty jesteś luba jak kwiat,
Tak piękną, czystą, powiewną
Gdy patrzę na Cię — ma pierś
Boleścią ściska się rzewną...

I radbym kornie wznieść dłoń,
Do nieba z modlitwą śpiewną:
Oby zachował Cię Bóg,
Tak piękną, czystą, powiewną.





LI.

Dziecko! Wszakże cię to zgubi,
Sam się starać będę śmiało,
By twe serce uczuć żarem,
Nigdy ku mnie nie pałało!

Łatwo to się udać może...
I to studzi chęci płoche...
Tak, że nieraz pragnę w duszy,
Byś kochała mnie choć trochę!





LII.

Gdy na łożu odpoczywam,
Z przymkniętemi na wpół oczy,
Wciąż przed myślą mą się snuje,
Obraz cudny i uroczy.

Gdy zaś głowa rozmarzona,
Zwolna na pierś mą opada,
Zaraz obraz ów przecudny,
Do urojeń snu się wkrada.

Nie rozpływa się ów obraz,
Wśród porannéj zorzy białéj,
Noszę go wciąż w sercu mojem,
Przez poranek i dzień cały.





LIII.

Dziewczę z usty różanemi,
O anielskiej, jasnej, twarzy,
Ty najdroższy mój aniele
Serce wciąż o tobie marzy...

Długim dziś zimowy wieczór,
Radbym być w twym pokoiku,
Być przy tobie i w twe uszko,
Szeptać wrzących słów bez liku...

Do ust moich radbym cisnąć,
Twoją śliczną rączkę małą,
I rzewnemi zraszać łzami,
Rączkę twoją cudną, białą!





LIV.

Niech tam sobie walą śniegi,
Niech rwie fala morza brzegi,
Niechaj pragnie dom mój zwalić!
Nigdy się nie myślę żalić,
Bo w méj piersi, w méj miłosnéj,
Noszę Ciebie i woń wiosny!





LV.

Niechaj inni do Madonny
Szlą miłosnych piosnek roje,
Ja — do Ciebie tylko śpiewam
Luba moja! Słońce moje!

Daj całusa i uczucia
W swém serduszku wzbudź rzewniejsze...
O! Ty słońce wszystkich dziewcząt
I pod słońcem najpiękniejsze!





LVI.

Czyż Ci me blade oblicze
Nie zdradza serca rozpaczy?
Chcesz więc koniecznie z ust dumnych,
Usłyszeć głos mój żebraczy...

O! moje usta zbyt dumne,
Pokora w nich się nie mieści...
Mogą i bluźnić i szydzić,
Podczas gdy konam z boleści...





LVII.

Zakochanyś przyjacielu!
Wciąż miłosne snujesz baśni,
W głowie twojéj coraz ciemniéj,
W sercu twojém coraz jaśniéj...

Zakochanyś przyjacielu,
Próżne są wybiegi wszelkie,
Widzę już miłosny płomień
Przez twą jasną kamizelkę.





LVIII.

Chciałem zabawić przy tobie,
Odpocząć u ciebie trochę,
Lecz tyś się wciąż usuwała,
Wymówki tworząc wciąż płoche...

Kiedym się potem przed tobą,
Z uczuciem zwierzał tajonem,
Tyś mi się w nos roześmiała,
Darząc figlarnym ukłonem.

Chciałaś mnie bardziéj pognębić,
Wyszydzić moje kochanie,
Więc nawet, dumna, nie chciałaś
Całusa dać na rozstanie...

Lecz nie sądź abym w rospaczy,
Na własne targnął się ciało!
To wszystko czem mnie tak dręczysz,
Nieraz już mnie spotykało...





LIX.

Twoje oczy — to szafiry
Co ogniami świecą...
Trzykroć szczęsny, komu w duszy
Święty płomień niecą...

Twoje oczy — to brylanty
Z blaski promiennemi...
Trzykroć szczęsny komu gwiazdą
Świécą na téj ziemi...

Twoje usta — to rubiny
Aniołów siostrzyce ...
Trzykroć szczęsny, komu szepczą
Świętą tajemnicę...

Gdyby tego milionera
Zdybać się zdarzyło,
Gdzieś, sam na sam, w cichym lesie!...
Jużby po nim było!





LX.

Okłamałem Cię swą mową,
Zatraciłem duszy hart,
I spętany w własne sieci
Często prawdą mienię żart...

Lecz ostrożnie! Swemi żarty,
Wczesny mi zgotujesz grób,
Bo gdy wpadnę w piekieł matnię —
Będzie ze mnie seryo — trup!...





LXI.

Świat jest zagadką... To mnie nie zraża,
Do niemieckiego mknę bakałarza,
On jeden tylko życie mi złoży,
I mądry system z niego utworzy,
Nawet szlafmycą swoją załata
Wszelakie dziury w budowie świata...





LXII.

Łamałem sobie napróżno głowę,
Myśl bruzdy zryła na czole,
Ale twe cudne, niebiańskie oczy
Niezłomną dały mi wolę...

Zostanę teraz gdzie oczy twoje
Jaśnieją w uroków sile,
Że poraz drugi tak kochać będę,
Niemogłem śnić ani chwilę...





LXIII.

Dziś wieczór u nich zebranie,
Dom świeci blaskiem jak w dzień,
Tam, na tle szyb kryształowych,
Smagły przesuwa się cień...

Mnie, stojącego w ciemności,
Nie sięga bystry twój wzrok,
I wejrzéć ci niepodobna,
Tu — w serca mojego mrok...

Chmurne me serce cię kocha,
Lecz ból straszliwy je rwie,
I pęka i krwią się zalewa,
Lecz tego niewidzisz — nie!





LXIV.

Radbym by moje cierpienia,
Spłynęły w jeden słów żal...
Wichrom te słowa powierzę,
One poniosą je w dal...

Poniosą je one do ciebie,
Ten smutny cierpień mych jęk,
Byś w każdéj chwili i miejscu,
Słyszała straszny ów dźwięk...

A kiedy w nocnéj godzinie,
Sen przymknie już oczy twe,
Słowo to ścigać cię będzie,
I dręczyć — w najgłębszym śnie...





LXV.

Masz perły, masz dyamenty,
Masz czego chcesz najgoręcéj...
I w oczach ogień masz święty,
Ach luba! czego chcesz więcéj?

Na wzrok twój, cudny, zamglony,
Piosneczek mnóstwo tysięcy
Wysnułem z serca skarbony,
Ach luba! czego chcesz więcéj?

Łzawemi twemi powieki
Dręczyłaś umysł dziecięcy —
I mnie zgubiłaś na wieki —
Ach luba! czego chcesz więcéj?





LXVI.

Kto raz pierwszy kocha w życiu,
Choć bez skutku — nieba sięga...
Lecz kto kocha bezskutecznie,
Po raz drugi — niedołęga!!

Jam tym głupcem — bo bez skutku,
Kocham marzeń mych dziewczynę,
Słońce, księżyc, ze mnie szydzą,
I ja śmieję się i — ginę...





LXVII.

Do twych uczuć miarkowanych
Nie pasował szał złowrogi,
Mej miłości zapalonéj,
Gdym wśród głazów szukał drogi...

Tyś kochała trakty bite,
Miłość dla cię — rzeczą marną,
Więc cię widzę jak przy mężu,
Kroczysz dumną i — ciężarną...





LXVIII.

— Pani! Będę-ż ofukany,
Jeśli drzące moje skronie,
Ja — syn muzy rozkochany,
Na twém śnieżném złożę łonie?
— Jakże śmiesz, zuchwały panie,
Głośno stawiać to pytanie?





LXIX.

Miałem rad po same uszy
I honorów byłem syt,
Zapewniano mi protekcyę
Bym polepszyć mógł swój byt...

Lecz pomimo téj opieki,
Wpadłbym w nędzy grzęzka toń,
Gdyby się nieznalazł człowiek,
Co mi w biédzie podał dłoń...

Zacny człowiek! Dał mi wszystko:
Co mieć będę i co mam,
Szkoda że go czcić nie mogę...
Bo tym człekiem — to ja sam!...





LXX.

Ów roskoszny młodzieniaszek,
Budzi we mnie zachwyt szczery,
Ostrygami mnie częstuje,
Daje wina i likiery...

Pyszne zawsze ma ubranie,
Chustka w krawat świetnie zwita...
Codzień młodzian spieszy do mnie
I o zdrowie moje pyta...

Rozpowiada o méj sławie,
Wielbi żartów poczet długi,
Niestrudzony w życzliwości,
Ciągłe świadczy mi usługi...

A wieczorem, w towarzystwie,
Gdy w natchnienia wpadnie tory,
Deklamuje pięknym damom,
Moje boskie rymotwory...


O jak błogo, jak roskosznie,
Widzieć taki wzór młodzika,
Zwłaszcza w naszych ciężkich czasach,
Gdy ród zacnych ciągle znika...





LXXI.

Raz mi się śniło żem — bożkiem,
I siedzę gdzieś, w niebios dali,
Że mam w krąg siebie aniołków,
I chór ten wiersze me chwali...

Że ciastka i konfitury,
W porcyach zajadam ładnych,
Że kardinala zapijam,
I długów już niemam żadnych...

Lecz straszna nuda mnie trapi...
Chciałbym już wrócić na ziemię...
I gdybym bożkiem tu niebył,
Szatanów zakląłbym plemię...

Héj! Gabryelu aniele!
Weź za pas długie swe nogi,
I spraw, niech do mnie przyleci,
Genio, przyjaciel mój drogi...


Nieszukaj go w audytoryum,
Przy smaczném szukaj go winie,
Nie szukaj go również w kościele,
Ale przy pięknéj dziewczynie...

I anioł skrzydła rozwinął,
I sfrunął jak zawierucha,
I wnet przed tron mój przyciągnął,
Genia — lubego mi druha...

„Tak chłopcze! Jam twoim panem,
Jam rządcą globu ziemskiego,
Wszakże ci zawsze mawiałem,
Że wyjdę na coś dobrego...

I cuda sprawiam nielada,
Będziesz w zdumienia porywie...
Na dowód — spojrzéj na Berlin,
Cudem go wnet uszczęśliwię...


Niechaj za moim roskazem,
Pękną kamienie uliczne,
I niechaj w każdym brukowcu,
Ostrygi siedzą prześliczne...

Niechaj wnet deszcz cytrynowy,
Zrosi te smaczne kamienie,
W stokach, co żłobią ulice
Wina niech płyną strumienie...

Jakąż roskoszą przejęci,
Przezacni ci Berlinczycy!
Panowie z sądu miejskiego,
Zmiatają nektar z ulicy...

Jakże się cieszą poeci,
Z takiej niebiańskiej potrawy...
Lejtnanci i chorążowie,
Spieszą do walnéj rozprawy...


Lejtnanci i chorążowie,
To ród najmędrszy na świecie...
Wie on — że cud ten niezwykły,
Niezawsze zdarza się przecie!





LXXII.

W miesiącu Lipcu was opuściłem,
A w Styczniu wróciłem wraz...
Wówczas byliście żarem przejęci,
Teraz wy zimni — jak głaz...

Gdy znów odejdę i znów powrócę...
W was żar ustanie i chłód,
Ponad grobami przejdę waszemi
Z sercem tak zimnem — jak lód...





LXXIII.

Od ust twych pięknych odejść musiałem,
Rozkuć uścisków twych stal...
Chciałem pozostać choćby dzień jeden,
Lecz rumak uniósł mnie w dal...

Oto jest życie! Wieczna rozłąka,
Wieczne żegnanie i łzy...
Czemuż twe serce mnie nie wstrzymało?
Twój wzrok — co w duszy mi tkwi?...





LXXIV.

W ciemnéj, pocztowéj karecie
Samiśmy przez noc jechali...
Było tam westchnień bez liku,
Szeptaliśmy wciąż — żartowali...

Lecz kiedy dzionek zawitał,
Któż me zdziwienie powtórzy?
Między nas wcisnął się — amor
Ślepy towarzysz podróży!





LXXVI.

Jakby widziadła wpółsenne,
Domy czernieją przy drodze,
Odziany płaszczem szerokim,
Milcząc ulicą przechodzę...

Wieża katedry wysokiéj,
Bije dwunastą godzinę,
Teraz z pieszczotą, z tęsknotą,
Czeka mnie dziewczę jedyne...

Księżyc mi wciąż towarzyszy,
I czuwa nad moim losem,
Lecz otóż staję u celu
I wołam radosnym głosem:

„Dzięki Ci druhu mój stary,
Że tak oświecasz mą drogę;
Idź teraz innym przyświecaj,
Już teraz zwolnić cię mogę...


„A gdy napotkasz kochanka,
Co serca przepłakał straty,
Przynieś mu taką pociechę,
Jaką mnie niósłeś przed laty...





LXXVII.

Gdyś mi w uściskach usta zraniła,
Chciéj mnie całusem pocieszyć...
A choć nieskończysz z tem do wieczora,
To niemasz czego się spieszyć...

Wszakże nas czeka jeszcze noc długa,
Najdroższy ty mój aniele!
A przez noc taką — dość będzie czasu,
Cieszyć, całować się wiele...





LXXVIII.

Gdy już zostaniesz mą ślubną żoną
Uciech spodziewaj się wiele,
Będziesz szczęśliwą, będziesz wielbioną,
Czeka cię samo wesele...

Wszystko od ciebie zniosę cierpliwie,
Choćbyś mnie nawet i biła...
Lecz gdy rymami cię nie roztkliwię —
Czeka cię rozwód, o miła!...





LXXIX.

Gdy mnie w objęciach miała kochanych,
Dusza ma w niebios biegła obszary!
A gdy tam biegła, jam z ust różanych,
Wysysał natchnień nektary...





LXXX.

Ach! W całusach jakież kłamstwo!
Jakaż w nich ułudy nić...
Ach! Jak słodko innych zdradzać,
Jakiż czar — zdradzonym być...

Luba! Chociaż tak się bronisz...
Wiem — na co zezwolić śmiesz...
Wierzę w to — co mi przysięgasz,
Na to klnę — w co wierzyć chcesz...





LXXXI.

Na twem śnieżystem ramieniu
Znużoną oparłem głowę,
I z cicha, z twojem serduszkiem,
Tajemną wiodę rozmowę...

Trąbią niebieskie huzary,
Już się ich odwrót zaczyna,
Jutro mnie również porzuci,
Najmilsza moja dziewczyna...

Lecz jeśli jutro odjedziesz,
Dziś jeszcze święć serca spójnię...
A w twych uroczych objęciach,
Będę szczęśliwym podwójnie...





LXXXII.

Już z miasta pędzą huzary,
A na ich czele dobosze,
Ja wracam luba do ciebie,
I wieniec róż ci przynoszę.

To mi rozgardyasz dopiero!
Żołdactwo wszystko zabiera...
Ba! Nawet w twojém serduszku.
Była czasowa kwatera!





LXXXIII.

W sercu mojem już za młodu,
Tkwił ślad cierpień i zawodu,
Płomienisty męczarń znak...
Lecz dziś drzewo zbyt jest drogie,
I już gasną żary srogie,
Ma foi! Niech będzie tak!...

Lecz pamiętaj ma dziewczyno,
Niechaj troski cię ominą,
I wspomnienie myśli złych...
Jeśli życie ci zostało,
Odśwież swoją miłość całą,
Ma foi! — w objęciach mych...





LXXXIV.

Czy naprawdę żal masz do mnie?
Czegoś ciągle zła i smutna?
Przed wszystkimi się poskarzę,
Żeś tak dla mnie wciąż okrutna...

O niewdzięczne, cudne usta!
Jak możecie dziś tak drwiąco,
O człowieku się wyrażać,
Co tak pieścił was gorąco?





LXXXV.

Ach! Toć znów też same oczy,
Co tak mile mnie witały,
Toć to znów też same usta,
Co mi życie osładzały...

Toć to znowu głos mi znany,
Śpiewny, dźwięczny, miodopłynny,
Tylkom ja sam tak zmieniony,
Tylko ja wróciłem inny...

Opasany ramionami,
Mej bogdanki rozmarzonéj,
Tulę się do jej serduszka,
Dziwnie chmurny, zniechęcony...





LXXXVI.

Cudnie było, gdy me ciało,
Chuć tłumiło wszelką —
Lecz i gdy się nie udało,
Miałem roskosz wielką!





LXXXVII.

Nie rób mi wstydu swoim ukłonem,
Gdy widzisz mnie pod Lipami...
Wszystko to potém da się załatwić,
Gdy w domu będziemy — sami...





LXXXIX.

Rzadkoście mnie rozumieli,
Rzadkom ja rozumiał was,
Tylko gdyśmy w błocie brnęli
Rozumieliśmy się wraz...





XL.

Lecz narzekali kastraci,
Z układną minką niebiańską,
Żalili się, żałowali,
Że śpiewam trochę grubjańsko...

I wdzięcznie chórem wznosili,
Swoje słodziutkie głosiki,
Śpiewali słodko, rozkosznie,
Kryształowemi tryliki...

Śpiewali o serc tęsknocie,
O uczuć harmonji ślicznej,
Damy aż we łzach tonęły,
Przy uczcie téj artystycznéj...





XCI.

Nad wałami Salamanki,
Lekki zefir igra mile,
Tam — wieczorem, z donną moją,
Spieszę błogie spędzać chwile...

Wiotka kibić méj bogdanki,
Opasana mém ramieniem,
Czuję serca żywsze bicie,
Słodkiem poję się marzeniem...

Ale nagle wietrzyk trwożny,
Przez gałęzie drzew się wdziera,
I jezioro sine w dali,
Szemrze... barwę chmur przybiera...

„Ach sennora! Mam przeczucie,
„Że grochowe dasz mi wianki...
„I, że więcej nie postanę,
„Na tych wałach Salamanki...





XCII.

Mieszka przy mnie Don Henrico,
Co to pięknym jest nazwany,
A komnaty nasze dzielą,
Cienkie tylko z drzewa ściany...

Płoną damy Salamanki,
Gdy on błądzi ulicami,
Wąsik czarny, mina strojna,
Otoczony zawsze psami...

Lecz gdy wieczór już się zbliża...
Sam w pokoju biedny siedzi,
W ręku trzyma mandolinę,
I jak przez sen ciągle bredzi...

I po strunach palcem trąca,
Śpiewem głosi swe kochanie,
Ach! Jak gniewa mnie i draźni,
Ustawiczne to brzdąkanie...





XCIV.

Już ponad góry wstaje słoneczko,
Baranki dzwonią — ryk słychać krów...
Słonko ty moje, luba dzieweczko,
Jakżebym pragnął ujrzéć cię znów...

Spoglądam w górę okiem kochanka,
„Bądź zdrowa! wołam. Idę... już dni!...
Ale napróżno... Nie drga firanka...
Luba śpi jeszcze... czy o mnie śni?





XCVII.

Rozmarzony letni wieczór,
Okrył niwy, łąki, lasy,
Złoty księżyc w sinem niebie,
Złoci ziemię swemi krasy...

Muska stawek jaskółeczka,
Woda cicho szemrze, dyszy...
A wędrowiec to pluskanie,
I te ciche szepty słyszy...

W stawie kąpie się rusałka
Ślady stóp wyciska w piasku...
Śnieżna szyja jej i ramię
W księżycowym świecą blasku...





XCIX.

Śmierć — to noc zimna, ponura,
Życie — dniem skwarnym, bez cienia,
Nad słońcem zawisła chmura...
Sił niemam... Szukam wytchnienia...

Szumią nad łożem mém drzewa,
I słowik w nich przyczajony
Żałosne piosenki śpiewa —
O méj miłości prześnionéj...





C.

Powiedz, gdzież jest twa bogdanka,
Której snułeś pieśni zwoje,
Gdy płomienie wszechpotężne,
Przenikały serce twoje?

Ach! Przygasły te płomienie,
I zastygła pierś pod łzami,
A ta książka jest już urną,
Z mej miłości popiołami...





NOWA WIOSNA.


PROLOG.

Wśród galeryj mistrzów pędzla,
Spotykacie się z rycerzem,
Co to wybrał się na wojnę,
Z bronią, lancą i pancerzem...

Lecz amorki rozpasane,
Wyrywają miecz mu z dłoni,
Opasują wieńcem z kwiatów,
Choć się rycerz szemrząc broni...

Tak, wśród błogich przeciwności,
Wciąż się miotam w szczęściu, w znoju,
Gdy tymczasem inni walczą,
W wielkim czasów naszych boju...





I.

Pod śnieżystem siedząc drzewem
Słyszysz zdala wichrów tony,
Patrzysz jak milczące chmury,
W mgły chowają się obsłony...

Widzisz jak zamarło wszystko,
Las i błonia szronem ścięte,
Wkoło zima, w tobie zima
I twe serce zamarznięte...

Nagle widzisz jak w twych oczach,
Wszystko światłem się oblało,
Sądzisz że cię białe drzewo,
Pyłem śniegu osypało...

Lecz to nie są płatki śniegu,
To wiosenne są powiewy,
Oko twoje nęcą, draźnią.
Te zielone, cudne krzewy...


Co za roskosz, urok jaki!
Widzisz wiosnę wśród parowu.
Śnieg zamienia się w listeczki,
A twe serce kocha — znowu!





II.

W lesie wszystko się zieleni,
Nowe kwiatki szybko rosną,
Słońce uścisk ziemi zsyła,
Witaj, witaj młoda wiosno!

Skowroneczku już i ciebie,
I twe cudne trele słyszę,
A pieśń twoja, pieśń wiosenna,
Miłosnemi szepty dysze...





III.

Kocham kwiat pewien — lecz niewiem jaki?
I to mnie boli,
Więc w kwiaty wszystkie, szukając serca,
Patrzę powoli...

Kwiateczki wszystkie wonią przejęte,
Skowronek śpiewa...
Więc szukam serca, co tak jak moje,
Kocha — omdlewa...

Skowronek śpiewa, a ja rozumiem,
Co go zachwyca —
Bo nas oboje tęsknica dręczy —
Serca tęsknica...





VI.

Cicho płynie dźwięk w méj duszy
Płynie z szumem fal...
Dzwoń wiosenna ma piosenko
Dzwoń w daleką dal...

Dzwoń piosneczko — aż do chatki,
Gdzie jest trawnik róż —
Gdy tam jedną z nich napotkasz,
Ukłon mój jéj złóż...





VII.

Motylek w róży jest zakochany,
Krąży w koło niej bez końca,
A w koło niego krąży łagodnie,
Promyczek jasnego słońca...

Lecz w kim się kocha cudowna róża?
To mi zagadka paląca!
Czy tym kochankiem śpiewny skowronek?
Czy gwiazda nocy milcząca?

Niewiem dla kogo róża goreje,
Ja jednak wszystkie was wielbię,
Różo, motylku, promyczku słońca,
I ciebie gwiazdko i ciebie!





VIII.

Brzmią weselem wszystkie drzewa,
Z gniazd wzlatują śpiewne tony,
Któż jest owym dyrektorem,
W tej orkiestrze drzew zielonéj?

Czy nim jest ów dzięcioł stary,
Co swym dziobem w drzewo puka?
Czy pedantem tym kukułka,
Która w takt zawzięcie kuka?

Czy nim jest poważny bocian,
Co swe długie, cienkie nogi,
Równomiernie w takt posuwa,
Jakby zamiar knuł złowrogi?

Nie — to w mojem własnem sercu,
Jest siedlisko dyrektora,
On to bije w takt i nosi
Nazwę — zda mi się — amora!





X.

W dzwon niech uderzą na trwogę,
Myśli się moje rozprzęgły,
Wiosna i ócz pięknych dwoje,
Przeciwko mnie się sprzysięgły...

Wiosna i ócz pięknych dwoje,
Obłędy w sercu mém szerzą,
Sądzę że ptaszki i róże,
Do spisku tego należą...





XI.

Noc cudna, ciepła, iście wiosenna,
Kwiat w ziemi zbudziła łonie...
A gdy me serce czujnem nie będzie,
To znów miłością zapłonie...

Lecz jakiż kwiatek ze wszystkich kwiatów
Taką odznaczy się władzą?
Śpiewne słowiki — druhowie moi,
Lilji obawiać się radzą...





XII.

Za miłości tęsknię łzami,
Aby zwilżyć pierś spragnioną,
Lecz się lękam, że ta prośba,
Może jeszcze być spełnioną...

Ach! miłości słodkie męki,
Gorzkie łzy co dręczą łono,
Znów tajemnie się wkradają,
W pierś zaledwie uleczoną...





XIII.

Błękitne oczy wiosenne,
Rosą jak łzami zalane,
Są to prześliczne fijołki,
Do wieńca lubéj zebrane...

Zrywam je w rzewnéj zadumie,
Lecz to: co serce me smuci,
I wszystkie myśli me ciche,
Skowronek głośno już nuci...

Tak! — wszystkie myśli me skryte,
Wydała ptaszęca zdrada,
I rzewną mą tajemnicę,
Calutki las już posiada...





XIV.

Kiedy bawię u bogdanki
Jestem wszystkim ludziom rad,
Zdaje mi się żem milioner
I że mógłbym kupić świat...

Ale w chwili rozłączenia
Me miljony giną wnet —
Duszy nic nie opromienia...
Czuję jarzmo wszystkich bied...





XV.

Wysmukłe lilji ramiona,
W tęsknym uścisku się plotą,
Księżyc je wita swym blaskiem,
Srebrzystą drgań swych tęsknotą...

Lilja ze wstydem swą główkę,
Pochyla ku falom morza,
Tu nagle widzi młodzieńca,
Co klęczy u jéj podnoża...





XVII.

Czego tak błądzisz wiosenną nocą?
Kwiatki tajemném światłem migocą,
Fijołki zdjęte są trwogą...
Róże rumieńcem szkarłatnym płoną,
A lilje blade, z główką zwieszoną,
W błękity piąć się nie mogą...

Luby księżycu! O jakże skromny,
Jest ród tych kwiatów! A ja niepomny,
Ból im sprawiłem słowami...
Lecz mógłżem wiedziéć że mnie słuchały,
Kiedym miłością przejęty cały,
Rozmawiał z niebios gwiazdami?





XVIII.

Gdy błękitne twoje oczy
Budzą we mnie trwogę,
Tak w umyśle mi się mroczy,
Że mówić nie mogę...

Choć się tym widokiem trwożę,
Lecz mnie on nie gniewa,
Bo błękitnych myśli morze
Serce me zalewa...





XIX.

Znów me serce ujarzmione,
Dawna niechęć już wspomnieniem,
Znowu cudny dzień Majowy,
Rzewném serce przejął tchnieniem...

Znowu rankiem i wieczorem,
Na przechadzkach plany snuję,
I pod każdy kapelusik,
Z ciekawością podpatruję...

Znowu staję ponad rzeką,
Wzrok ogarnia nieb przestrzenie,
Ach! Być może, że ma luba,
Z łódki rzuci mi spojrzenie...

W szmerze kaskad ciągle słyszę,
Ciche szepty, łzy i żale,
I me serce znów rozumie,
Co te białe mówią fale...


W labiryncie ogrodowym,
Znów miłosnych szukam zdarzeń,
A ptaszęta na drzewinach,
Szydzą z moich głupich marzeń...





XXII.

Chodzę pomiędzy drzewami,
Wiosny pojąc się widokiem,
I błądzę, jakby w uśpieniu,
Niepewnym z wzruszenia krokiem...

Trzymaj mnie silnie o luba!
Niech się mój zapał ostudzi...
Do stóp twych mógłbym się rzucić,
A ogród pełen jest ludzi...





XXIII.

Rankiem daję ci fijołki,
Którem zebrał idąc borem,
A w noc późną składam róże,
Jakie zrywam nad wieczorem.

Wiesz ty jednak jaki symbol
Dar ów wonny znaczyć może?
Byś mi we dnie była wierną,
A kochała w nocnéj porze...





XXIV.

Serduszka nasze dziecięce
Zawarły święte przymierze,
Silnie do siebie przyległy
I zrozumiały się szczerze...

Tylko świeżuchną różyczkę,
Którą się zdobisz bez wstrętu,
W płomienym piersi uścisku
Zgnietliśmy — prawie do szczętu...





XXV.

Któżto wynalazł chłodne zegary,
Chwile, minuty... te czasu miary?
Byłto zapewne człowiek kamienny...
Siedział wśród zimy, myślą brzemienny,
I liczył myszek ciche chrupania,
Lub smutnych świerszczy żałosne drgania...

Lecz kto całusy wynalazł rzewne?
Byłto szczęśliwy człowiek zapewne...
Całował tylko, dumał o raju,
O cudnéj wiośnie, o pięknym Maju,
Kwiatki tryskały z trawników łona,
A w niebo biegła piosnka natchniona...





XXVI.

Jakaż cudna woń gwoździków!
Jakiemż dziwnem światłem nowem
Drgają gwiazdki jak rój pszczółek,
Na tle niebios fijołkowem...

Wpośród gęstych drzew gałęzi,
Widzę domek niski, lśniący,
Słyszę już skrzyp drzwi oszklonych,
I jej głosik srebrno — brzmiący...

Błoga chwila powitania!
Któż o raju przy niéj nieśni?
Róże nas już podsłuchują,
I słowików słychać pieśni!





XXIX.

Był raz król stary, pochyły,
Włosy miał szronem srebrzone
Pojął on — chociaż podżyły
Młodziutkie dziewczę za żonę...

Był piękny paź w jego dworze,
Młody — jak wiosny bławaty,
Śpiewał w królowéj komorze
I trzymał rąbek jéj szaty...

Lecz straszne pieśni podboje!
Słuchajcie co było daléj:
Oto — umarli oboje...
Bo zbytnio się pokochali...





XXX.

Ach dla czego ów chłopczyna
Tak dziś trupio blady?
Jakaż jego trosk przyczyna,
Zkąd łez jego ślady?

Litościwy zefir wieje
W bladą twarz chłopczyny...
Każdy kwiatek doń się śmieje,
Śmieją się ptaszyny...

Z zgiełku miasta, do pól ciszy,
Zmierza blade dziécię
Tam je prędzéj Bóg usłyszy,
Gwiazdki na błękicie...

Lecz wnet milknie śpiew ptaszyny,
Księżyc w toń się zniża,
Kiedy chłopiec do gęstwiny
Zwolna się przybliża...





XXXI.

Kiedy szelest twojéj szaty
Lekkiem echem słuch mój trąca,
Drzę z tęsknoty i do ciebie
Rwie się dusza ogniem wrząca...

Lecz gdy widzę twarz twą smutną
I zasnuty wzrok żałobą —
Tak się serce moje lęka,
Że nie może biedz za tobą...





XXXII.

Marzyłem niegdyś o czuciach namiętnych,
O cudnych lokach i o kwiatkach wiosny,
O słodkich ustach, o westchnieniach smętnych
I o wspomnieniach melodji żałosnéj...

Ach! Już zagasły te senne marzenia,
Pobladły cudnych marzeń moich roje,
Zostało tylko to — co w dniach natchnienia
Wlewałem pieśnią w miękkie rymy moje.

Ty jedna tylko zostałaś mi pieśni!
Ach! Przywróć słodkie zgasłych mar wspomnienie,
I zaśléj ukłon drużynie rówieśnéj...
Sennemu widmu — szlę powiewne tchnienie!





XXXIII.

Ach! Rozbrzmiéj w głuszy, jęki głośnemi,
Męczeńska, święta ma pieśni!
Ty, którąm tulił tak długo, długo,
W najskrytszéj piersi méj cieśni...

Na echo twoje bledną narody,
Szczękają wspomnień okowy,
W tobie ma pieśni łza jasna płynie
I ból tysiąco-wiekowy...

Na echa twoje wielcy i prości,
Lodowe serca w habicie,
Kobiety, starcy, płaczą jak dzieci...
Wtórzą im gwiazdy w błękicie...

I łez tych struga płynie daleko,
W krainy róż i hebanu
I jedną strugą z cicha się zlewa
W przejrzyste fale Jordanu...





XXXIV.

Cóż za męki znosić muszę,
Ilekroć na ciebie patrzę,
A rodzice twoi srodzy
Rozpierają się w teatrze!...

Gdzieś — w kąciku ciemnéj loży
Siedzisz smutna, jak gołąbek,
A ja szyję mą wyciągam
By twéj szaty spostrzedz rąbek...

Cóż dopiero — gdy rodzice,
Śledząc los dwóch serc na scenie,
Oklaskami bez litości
Wieńczą serc tych potępienie?





XXXV.

Znów zakwitł wspomnień mych krzew,
Które czas mrozi i ziębi...
Dla czego słów twoich śpiew,
Tak mnie dziś wzrusza do głębi?

O nie mów, że kochasz mnie...
Wiem, że i miłość serc szczera,
Że piękno, że wiosny dnie,
Że wszystko z czasem zamiera...

Więc nie mów że kochasz mnie...
W milczeniu uścisk mi złóż...
Gdy wrócę — ach! niedziw się...
Że ujrzysz zwiędły pęk róż...





XXXVI.

List, którym dostał od ciebie,
Nie świadczy miłéj usługi,
Niechcesz mnie kochać już więcéj,
Lecz list twój nieco przydługi...

Dwanaście stronnic pisania,
Toć to manuskrypt tomowy!
Tak się niepisze obszernie,
Wieniec wręczając grochowy...





XXXVII.

Wiosna jest smutną i jej marzenia,
Smutnemi są. I każdy kwiat
Bólem przejęty. Słowików pienia
Noszą na sobie cierpień ślad...

Niebądź wesołą luba dziewczyno!
Współczucie miéj dla cierpień mych...
Ja ci te łezki, co z ócz popłyną,
Zcałuję z pięknych lic twych...





XXXVIII.

I znów mnie los porywa w dal...
I znów me serce w grubéj żałobie...
I znów mnie los porywa w dal,
O! Jakże radbym zostać przy tobie!...

Już dudni wóz, rumak się rwie...
Pod mostem, cicho, w dal płynie rzeka,
I znowu szczęście opuszcza mnie,
I znów od ciebie będę zdaleka...

Po niebios tle mkną roje gwiazd,
Jakby je przestrach gnał niewstrzymany,
O! Żegnam Cię! wśród życia jazd,
Sercem Ci będę zawsze oddany...





XL.

Ledwo wzrosły życzenia,
Już swe główki schyliły...
Trwa to do nieskończenia,
I tak trwa do mogiły...

Niemoże być inaczéj!
I to właśnie mnie gniewa...
Serce moje z rospaczy,
Krwią się w piersi zalewa...





XLI.

O czarnych żaglach pędzi mój statek,
Przez morze szalone...
Wiesz jakem smutny, a jednak dręczysz,
Me serce strapione...

Twe serce zdradne — jak wichry morza,
Jak fale wspienione...
O czarnych żaglach pędzi mój statek,
Przez morze szalone...





XLII.

Pieniste fale płyną do brzegu,
Wśród szumu... trzasku...
Pękają wreszcie w szalonym biegu,
Na mokrym piasku...

I znowu wstają jak gdyby chciały,
Rozsadzić morze...
I znowu z trzaskiem piętrzą się wały...
...Cóż to pomoże?...





XLIII.

Morze w słonecznéj oponie,
Złotem się światłem oblało...
O bracia! Po moim zgonie,
Pogrążcie w morzu me ciało...

Morze — przyjaciel mój stary...
Gdy pierś ma ogniem się tliła,
Ono studziło te żary...
Przyjaźń nas szczera łączyła...





Z ROMANZERO.


GRENADYEROWIE.

Idą do Francyi, dwaj grenadyery,
Co w Rossji jeńcami byli...
I gdy w niemieckie weszli kwatery,
Z boleścią głowy zwiesili...

Tam, wieść jak piorun niedościgniona,
O Francji głosi im doli...
Że wielka armia zbita — zwalczona
A cesarz, cesarz — w niewoli!

Z rozpaczą w sercu, o takiéj stracie,
Biedacy wieści słuchali...
A jeden rzecze: „Bracie mój! bracie!
Jak dawna rana mnie pali!“


Drugi odrzecze: „On w poniewierce...
„A ja zań umrzeć nie mogę...
„Mam w domu dziatki — pocóż ich serce
„Złamać cierpienie ma srogie?“

— „Co mi po dziatkach! Co mi po żonie!
„Co mam się troszczyć ich doli?
„Niech żebrać idą po moim zgonie!
„Mój cesarz, cesarz w niewoli!“

„Bracie! To moja prośba ostatnia...
„Gdy chwila zgonu wybije,
„Zabierz me zwłoki — niech je tam bratnia,
„Francuska ziemia przykryje...

„I krzyżyk legji, wstęgę pancerną,
„Połóż na piersi starganéj,
„Do zeschłéj ręki broń moją wierną
„I pałasz podaj kochany...


„Tak chcę spoczywać wśród walk posuchy
„I czekać wojny oznaków...
„Póki nie zabrzmi huk armat głuchy
„I tętent rżących rumaków...

„A gdy nad grobem jękną fanfary,
„Na znak, że bój się rozżarza...
„Wtedy powstanę jak żołnierz stary,
„Cesarza bronić — cesarza!“





PIELGRZYMKA DO KEWLAAR.
I.

Na łożu — syn leżał blady...
A nad nim czuwała matka...
— Czy niepowstaniesz Wilhelmie?
Patrz! spieszy wiernych gromadka...

— „Jestem tak chory mateńko,
Że nic w méj duszy nie śpiewa...
Gdy wspomnę o zmarłéj Gretchen
Serce mi bólem nabrzmiewa...“

— „Powstań: Pójdziemy do Kewlaar“ —
Odrzecze matka synowi:
„Tam — Przenajświętsza Dziewica
„Twe chore serce uzdrowi...


Szeleszczą święte sztandary
I słońce zwolna zapada...
To do Kolonii na Renem
Dąży pobożnych gromada...

Matka podąża za ludem
I tuli syna do łona...
Śpiewają w chórze oboje:
O Maryo! Bądź pozdrowiona!


II.

Najświętsza Panna w Kewlaarze,
Odziana szaty lśniącemi,
Dziś wiele łask świadczyć musi —
Bo wiele nędzy na ziemi...

Chorzy przynoszą Jéj w dani
Ofiary skromne, dziecięce,
Z wosku zrobione figurki
Woskowe nogi i ręce...


Kto rękę z wosku w dań składa,
Ten zdrowiem rękę użyznia...
Kto daje nogę woskową,
Temu się rana zabliźnia...

Nie jeden przybył o kuli,
A dziś już biega po linie.
Ten — co palcami nie ruszał,
Dziś z gry na skrzypkach już słynie...

Matka do syna się zbliża,
Z małém serduszkiem woskowém...
— „To oddaj Pannie Najświętszéj,
„A serce twe będzie zdrowem...

Syn westchnął, spojrzał na matkę,
A potém w obraz cudowny...
Oczy mu łzami nabiegły,
Z ust płynął żal niewymowny...


„O Ty! Bądź błogosławiona!
„W przeczystych aniołów chórze!
„Królowo nieba i ziemi,
„Tobie mą boleść wynurzę!

„Mieszkałem z matką nad Renem,
„W Kolonii — pobożnym grodzie,
„Gdzie lśnią kościołów wieżyce
„O bladym słońca zachodzie.

„A przy nas — Gretchen mieszkała...
„Lecz zmarło dziewczę kochane...
„Maryo! Masz serce w ofierze...
„Zabliźnij serca mą ranę!

„Uzdrów me serce zbolałe,
„A dusza moja stęskniona
„Śpiewać Ci będzie co rano:
„O Maryo! Bądź pozdrowiona!“


III.

Na łożu, w cichéj komorze,
Śpi syn i matka spoczywa...
Nagle — do chaty z lazurów
Najświętsza Panna przybywa...

Schyla się z lekka do łoża
I dłoń — jasności promyka
Kładzie na serce choremu,
Patrzy nań chwilę — i znika...

Matka to we śnie widziała...
Dziwny jéj ciężar dolega,
Zrywa się ze snu wylękła
I drżąc do łoża przybiega...

Tam leżał syn jéj — nieżywy!
Z białym krzyżykiem u ręki,
Lecz twarz miał jasną, pogodną,
Jak gdyby odblask jutrzenki...


Matka spojrzała w niebiosa...
Klękła — i łzami zroszona
Szepnęła usty drzącemi:
O Maryo! Bądź pozdrowiona!





PRZEPŁAKANE ŁZY.

Ty już nieżyjesz droga dziecino...
Zgasły błękitne twoje oczęta
I twarz powlekła się barwą siną,
Ty już nieżyjesz dziecino święta!

Wśród bladéj, chmurnéj, nocy jesiennéj,
Sam cię do zimnéj niosłem mogiły
Gwiazdki szły za mną wśród mgły promiennéj,
Słowiki piękne piosnki nuciły...

Lasy, przez które niosłem twe ciało,
Śpiewały szumiąc pieśni żałobne,
A w dali — echo z gór powtarzało
Szumiących sosen pieśni nadgrobne...


Po nad jeziorem wstrzymałem kroki...
Tam chór topielic gdzie jasne zdroje
Wstrzymywał żartkiéj fali potoki,
Patrząc z boleścią na ciałko twoje...

A gdyśmy przeszli szlaki grobowe
Wystąpił księżyc, blady, zamglony,
I nad twym grobem miał smutną nowę...
A w dali brzmiały kościołka dzwony...





AZRAH.

O wieczornéj codzień porze,
Gdy na niebie księżyc błyska,
Szło sułtańskie dziewczę hoże,
Gdzie fontanna srebrna tryska.

Tam niewolnik lwa urody
Stawał ciągle w mgle księżyca
I gdy patrzał w srebrne wody,
Bladły mu spalone lica...

Raz sułtanka z za gaiku
Do Araba przystąpiła:
„Imię twoje niewolniku!
„Jakaż ziemia cię zrodziła?“


Arab odrzekł: „Jam z imienia:
„Azrah — znany w puszcz krainie...
„Jestem z tego pokolenia
„Które kocha raz i — ginie...





ROZBITEK.

Nadzieja, miłość! Wszystko stracone...
Ja sam jak widmo z piekieł otchłani,
Podmuchem fal wyrzucone,
Leżę u morskiéj przystani,
Przystani głuchéj, z kamienia...
Przedemną — morza widok ponury,
A za mną i łzy i cierpienia...
Nad głową wloką się chmury,
Szarawych obsłon siostrzyce,
Co ciągną wodę bez końca,
Jak mgławych widm pokutnice,
Z ciemności znowu do słońca...
Czynność bezbarwna, jałowa,
Jak istność ma — bezcelowa!


Mącą już mewy wód morskich pianę,
Budzi się życie w téj strasznéj głuszy...
Zgasłe obrazy, sny zapomniane
I w mojéj budzą się duszy!

Tam — na północy żyje dziewica,
Cudowna, królewska dziewa...
Światłością płoną jéj cudne lica,
Blask szaty ciało oblewa...
Nad jéj łabędzią, śnieżystą szyją,
Pukle — jak sploty wężowe,
Łagodnie w koło plączą się, wiją,
Królewską zdobiąc jéj głowę
I jasne czoło dziewicze...
Z pod tego czoła — światłości gońce
Kraszą jéj białe oblicze
Jak czarne słońce!

O czarne słońca! Ileż to razy
Promieni waszych ogniste błyski
Budziły natchnień moich wyrazy,
A jam stał milcząc omdlenia bliski...

I twoje usta szeptały słowa,
Słowa srebrzyste jak blask księżyca,
Jak przenajczystsza gwiazda jutrzniowa
Kiedy rozjaśnia wód modrych lica...
I dusza moja ponad gór szczyty
Rwała się z pieśnią w słońce — w błękity!

Zmilknijcie mewy i morskie fale!...
Wszystko stracone! Miłość, nadzieja...
Zostałem nędznym, drżącym, samotnym
I jak rozbitek na głuchéj skale,
Głowę — nad którą huczy zawieja
Tarzam po piasku wilgotnym!





CMENTARZ.

Z domu kochanki wracałem nocą
I szedłem drogą w koło cmentarza...
Jakieś światełka tam się migocą
I widok grobów duszę przeraża...

Skinęło na mnie z grajka mogiły
I blask księżyca osrebrzył drzewa...
Słyszałem szepty: „Witaj nam miły!“
Mgła jakaś dziwna blaski rozwiewa...

I z pod kamienia grajek wychodzi,
Siada wysoko na zrębie głazów
I na swej cytrze piosnki zawodzi,
Jakieś widziadła chmurnych obrazów:


Czy znacie jeszcze stara piosenkę
Co duszy taką sprawiała mękę,
Wtorując dziką jéj grą...
Anieli zwą to — niebian marzeniem,
Szatany — straszném piekieł cierpieniem,
Ludzie — miłością to zwą...

Zaledwie rozbrzmiał ten dźwięk ostatni,
Rozpadł się mogił kamienny mur...
Powietrzne widma z grobowéj matni
Zbiegły do grajka jak piekieł chór.

O Miłości! czary twe
Przywiodły tutaj nas...
Spoczywamy w śmierci śnie
Czy powstania nadszedł czas?

I słychać jęków piekielny szum,
Szmery grobowe — szepty pacierza
I grajka obiegł cmentarny tłum,
Gdy grajek w cytrę dziko uderza:


„Brawo! brawo! mili goście
Przybywajcie wraz...
Zmartwychwstaniu chwile głoście
Bo już nadszedł czas...
Dość spokoju
W śmierci znoju!
Trzeba dziś szalonym być!
Miłość głupia
Jak woń trupia
Nam kazała tutaj gnić...
Daléj, żwawo!
W lewo, w prawo
Niech się zacznie djabli tan;
Przy bankiecie
Opowiecie
Jak miłością kto był gnan!

Wtém z pośród mogił wyszedł chłopczyna
I trupim głosem śpiewać zaczyna:

„Byłem ja sobie krawczykiem
I szyłem cienką igiełką

Zwano mnie dziarskim chłopczykiem,
Z nożycami i igiełką...
Lecz przyszła dziewka nieczuła
Z nożycami i igiełką...
I w pierś mnie strasznie ukłuła
Nożycami i igiełką...

Wybuchła śmiechem tłuszcza grobowa —
Wystąpił drugi i rzekł te słowa:

„Rinaldo Rinaldiniego
I zbója Orlandiniego
A głównie Karola Mora
Wzięłem sobie za mentora.

„Chcąc dorównać im w całości
Poświęciłem się miłości...
I jak ci bohaterowie
Miałem bogdankę w swéj głowie.


I wzdychałem, losy kląłem...
Wtém, gdy mnie miłość opada,
Rękę nieznacznie wsunąłem
W kieszeń mojego sąsiada...

Wzięto mnie zdradnie samotrzeć...
Wszystko skończyło się sprzeczką,
Żem łzy miłości chciał otrzeć
Sąsiada swego chusteczką...

Ach! wszystko się zapomina
Gdy życie zdjęte żałobą...
Przyszedł więc cień Rinaldina
I duszę moją wziął z sobą...

Wybuchła śmiechem tłuszcza grobowa,
Wtém wyszedł trzeci i rzekł te słowa:

„Śmieli się ze mnie widzowie
„We teatrze — marzeń mych snach,
„Gdym wołał z czuciem: „Bogowie!“
„Lub słodko wzdychałem: „Ach!“


„W grze Mortimera wytwornéj
„W twarz Marji patrzyłem się...
„Lecz mimo gry méj wybornéj
„Zrozumiéć niechciała mnie...

„Ach! Był to krok nieszczęśliwy...
„Gdy Marja niechciała mnie znać —
„Porwałem sztylet prawdziwy...
„I... odtąd przestałem grać!...

Wybuchła śmiechem tłuszcza grobowa
Wtém wyszedł czwarty i rzekł te słowa:

„Z katedry zsyłał wiedzy wyrazy
Stary professor: „Uczyć się pora!“
„Lecz zamiast lekcyi — więcéj sto razy
„Słuchałem żywych dzieł professora...

„Często im ukłon słałem w okienko
„Bom kochał dziewczę — ów kwiat nad kwiaty...

„Lecz przyszedł inny i zdrożną ręką
„Zerwał ów kwiatek — bo był bogaty...

„Więc wszystkim kwiatom klątwę rzuciłem,
„Z nich chciałem zrobić balsamów leki...
„Lecz jad z tych kwiatów tylko wypiłem
„I spać poszedłem... ach! spać na wieki...

Wybuchła śmiechem tłuszcza grobowa
Wtém wyszedł piąty i rzekł te słowa:

„Do zamku pana mosty zawodzą...
„Miał on dzieweczkę i bogactw krocie.
„Cóż mnie bogactwa jego obchodzą?
„Jam hołdy składał dzieweczki cnocie.


„Pan miał w swym zamku baczną ochronę
„I służby zastęp — żelazne skrzynie...
„Lecz cóż mnie wadzą zamki strzeżone?
„Jam postanowił wléźć po drabinie...

„Już prawie byłem w oknie méj lubéj,
„Wtém słyszę z dołu śmiech i wołanie:
„Czekaj kochanku — nie szukaj zguby
„Ja ci pomogę na zawołanie!...

„Tak drwił pan dumny — kurek odwodzi
„I mierzy do mnie z wściekłym zapałem:
„Do stu szatanów! Nie jestem złodziéj!
„Ja tylko ukraść kochankę chciałem...

„O! to nie była chwila zabawna...
„Wzięli mnie siłą pańscy strażnicy
„Gdy słonko wstało — jam już oddawna
„Wisiał bez życia na szubienicy!


Wybuchła śmiechem tłuszcza grobowa,
Wtém skrzypek powstał i rzekł te słowa:

„Śpiewałem wszystkim swe pieśni
„Lecz dziś nie śpiewam nikomu...
„Gdy serce pęka w swéj cieśni
„Piosenki idą do domu...

Gdy już przebrzmiały ostatnie tony
Taniec się zaczął dziki, szalony,
Lecz wtém zegary pierwszą wybiły
I duchy z trzaskiem wpadły w mogiły...





PYTANIA.

Nad brzegiem morza, w skał zimnych cieniu,
Młodzian oblicze przysłania...
Z piersią wezbraną, z myślą w zwątpieniu
Zadaje falom pytania...

Pieniste fale! Wy dzieci morza
Ulżyjcie duszy méj męce!
Wyrwijcie myśl mą z zwątpień bezdroża,
Zbudźcie marzenia dziecięce...

Dajcie odpowiedź pytaniom moim,
Starym — jak wieczność bez końca...
W które swe myśli rozpaczne zbroim,
By wzleciéć do prawdy słońca...


Czémżeż jest człowiek? Czém jego życie?
Zkąd przyszedł na świat? Gdzie dąży?
Kto ma mieszkanie w nieba błękicie?
Dla czego wszechświat tak krąży?

I szumią fale i wicher wieje
I zastęp chmur w dal ucieka...
Śmieją się gwiazdy — księżyc się śmieje...
A głupiec czeka i — czeka...





DONNA CLARA.

Nocną porą, po ogrodzie,
Błądzą stopy Donny Clary...
Z wieżyc zaniku słychać śpiewy,
Grzmią bębenki i fanfary.

„Już mnie nudzą gry i pląsy,
Nudzą szumne pochlebstw roje
I rycerze co w swych rymach
Sławią lica, oczy moje...

„Wszystko już straciło urok
Od téj chwili — gdym w gwiazd blasku
Raz spotkała wzrok rycerza...
Był jak święty na obrazku!


„Wiotki, rosły, blady w licach,
Wzrok niebiosa dumnie mierzy.
Co za zapał, ogień jaki!
Jak przy mieczu święty Jerzy!

Tak dumała Donna Clara
Stojąc wsparta u kolumny,
Lecz gdy oczy wzniosła w górę
Stanął przed nią rycerz dumny...

I po chwili spletli dłonie,
W piersiach ich miłości burze,
Ale zefir głaszcze lica
I szept cichy szlą im róże...

Ciche szepty szlą im róże
I kochanków wzrok się żarzy...
„Ale powiedz mi o luba
Zkąd rumieniec na twéj twarzy?


— „To komary mi dogryzły
A komary podczas lata —
Są mi tak nieznośnie wstrętne
Jakby żydów ćma brodata...

— „Ach daj pokój ćmom i żydom!
Rzecze rycerz z lekkim śmiechem —
Patrz jak z drzewa listek spada,
Za dalekiém dążąc echem...

„Wszędzie wonie róż, granatów,
Wszędzie mirty woń rozlana...
Ale powiedz mi o luba
Czyś ty szczerze mi oddana?

— „Ja cię kochani mój najmilszy!
Na Chrystusa klnę się szczerze
Co Go żydzi umęczyli...
Ci złoczyńcy, ci szalbierze!


— „Ach daj pokój klątwom, żydom!
Rzecze rycerz mrużąc oczy...
Patrz jak w dali tęsknią lilje
Wśród srebrzystéj mgły obłoczy!

„Tęsknią lilje mgłą owiane,
Blaski płyną w gwiazd eterze...
Ale powiedz mi o luba
Czyś przysięgła tylko szczerze?

— „Niema fałszu w słowach moich,
Ni fałszywéj niema głoski...
Tak jak w krwi méj niema kropli
Maurów krwi, lub krwi — żydowskiéj!

— „Ach daj pokój Maurom, Żydom!
Mówi rycerz coraz gładziéj...
I do cichéj róż altanki
Donnę Clarę już prowadzi...


Tam ją słowa, zmysły, pieśni,
W sieć miłości usidliły
I, po chwili, już na wieki
Dwa się serca skojarzyły...

A w oddali śpiew słowików
Głuszy wszystkich ptasząt wrzawy
I robaczki ogniem lśniące
Migotają w pośród trawy...

A w altance coraz ciszéj...
Słychać tylko szmer granatów,
Ciche szepty lilji z różą
I westchnienia polnych kwiatów...

Wtém wśród błysku sztucznych ogni
Z wieżyc zamku pieśń zabrzmiała...
Donna Clara w pół marząca
Z lubych objęć się wyrwała.


— „Słuchaj luby! Czas się rozstać...
Ale przedtém proszę kornie
Wyjaw mi nazwisko swoje,
Któreś taił tak upornie!“

A ów rycerz z wdzięcznym śmiechem,
Znów całuje tysiąc razy
W ręce, w usta, swoją Donnę,
W końcu mówi te wyrazy:

— „Ja sennora, twój najmilszy
Co cię kochać się ośmiela:
Jestem — rodem z Saragossy
Synem rabbi Izraela!“





PIEŚŃ NAD PIEŚNIAMI.

Ciało kobiety — jestto poemat
Przez Stwórcę światów wpisany
W olbrzymie karty albumu ziemi,
Ciepłem natchnienia owiany.

Tak, szczęsną była ta wielka chwila,
Bóg był wysoko natchniony...
W cudowne kształty, w formy artyzmu
Ugiął on głaz niewzruszony.

Ciało kobiety — to pieśń najwyższa,
Biblijna pieśń nad pieśniami...
Drobne rączęta w tém arcydziele
Są cudownemi strofkami...


Jakąż jest wzniosłą, bożą ideą,
Szyja — co w niebo się zrywa...
Na niéj się piętrzy główka przepyszna
Myśl poematu treściwa...

To nie poemat wskroś abstrakcyjny,
Barwami lśniący nikłemi...
Tętni on życiem, płacze, się śmieje,
Ustami w rym splecionemi!

Tryska tam zewsząd natchnienie czyste
Duch tam się stał poematem...
Na cudném czole myśl promienieje
Bóstwa, wzniosłości, chryzmatem...

O! Wielbić Ciebie wieszczu nadziemski!
Co słyniesz pieśni zaletą...
Czemżeż jesteśmy — partacze ziemscy
Przed Takim — jak Ty poetą!


Chcę się pogrążyć w pieśni Twéj toni
By szukać natchnień pomocy...
I studyom owym — studyom rozkosznym
Poświecę dni me — i nocy!

Tak! Dni i nocy studyować będę...
By nabyć wiedzy obszaru —
A jeśli nóżki schudną mi nieco
To tylko z pracy nadmiaru!





POSELSTWO.

Posłuchaj giermku rozkazu pana!
Spiesz i osiodłaj wnet konia...
I pędź przez lasy, góry i błonia
Do zamku króla Dunkana...

A gdy zobaczysz znany ci wzgórek,
Spiesz tam, gdzie są masztalerze
I tych wybadaj: która z dwóch córek
Ślub przed ołtarzem dziś bierze?

Gdy ci odrzekną: „że czarnobrewa“
W lot ptaka przyjdź mnie pocieszyć...
A jeśli rzekną: że „biała dziewa“
Niemasz się czego tak spieszyć...

Tylko mi kupisz — jak drzewo suchy,
Sznur długi, mocny, lecz cienki...
Potém tu wrócisz — jak skała głuchy
I sznur ten — dasz mi do ręki...





ŁABĘDZI ŚPIEW.

Lat trzydzieści czuwałem na wskazanéj warcie...
Niestrudzony — jak żołnierz pilnując wyłomu —
Bez nadziei, pomocy, walczyłem zażarcie,
Wiedziałem że bez szwanku nie wrócę do domu...

Dniem i nocą czuwałem, kiedy inni śnili...
A jeśli ze znużenia nieposłuszna głowa
Spadała mi na piersi — po niedługiéj chwili
Budziła mnie chrapaniem tłuszcza obozowa...


Częstokroć na szyldwachu nudy mnie dręczyły...
Czasem bojaźń przelotna... (to wady chroniczne)
Chciałem umysł orzeźwić, pokrzepić swe siły,
Więc świstałem przez zęby piosnki satyryczne...

Tak! mężnie się sprawiałem z orężem przy boku...
A gdy śmiał się przybliżyć zuchwały morderca —
Porywałem karabin i z zapałem w oku
Rozpaloną mu kulkę wpędzałem do serca...

Mogło zdarzyć się czasem: że przeciwnik młody
Również dzielnie używał strasznego krzesiwa...

Ach! zaprzeczyć nie mogę, są krwawe dowody...
Z mojéj piersi rozdartéj krew zwolna upływa...

Wakuje posterunek! Jątrzą się me rany...
Ginie jeden — jest inna garstka niewylękła...
Ja padam niezwalczony — mój oręż wybrany
Niewyszczerbił się w walce. Tylko pierś mi pękła.






Drukiem W. Hartmanna w Lipsku-Reudnitz.



TREŚĆ.
Str.
 VII
 3
 8
 9
 12
 13
XI. 
 18
 19
 21
 23
 24
XVIII. 
 25
 26
 31
 33
XXVIII. 
 35
 36
 37
 38
 39
 40
XXXV. 
 42
 43
 44
 45
XLI. 
 48
 52
 56
LIII. 
 62
 64
LVIII. 
 68
 70
LXIII. 
 73
 74
 77
 79
 81
 82


III. 
 92
 94
 103
 107
XXII. 
 114
 115
 119
XXVIII. 
 121
XXIX. 
 122
 123
 126
 128
 129
XXXVI. 
 130
 131
XXXIX. 
 132
 133
 135
 136
 138
 140
 141
 142
 143
 144
LI. 
 145
 146
 148
 149
 152
 154
 156
LXIII. 
 157
LXV. 
 159
 160
LXVII. 
 161
LXVIII. 
 162
 163
 166
 170
LXXIII. 
 171
 172
 174
 175
 176
 177
 178
 179
 180
LXXXIII. 
 181
LXXXIV. 
 182
LXXXV. 
 183
LXXXVI. 
 184
LXXXVII. 
 185
LXXXIX. 
 186
 187
XCI. 
 188
 189
 190
 191
 192
C. 
 193


  
 197
III. 
 201
 202
 203
 204
 206
 208
 211
 212
 213
 216
 217
 218
 219
 220
 221
XXXI. 
 222
 223
XXXIII. 
 224
XXXIV. 
 225
 226
 227
 228
XXXVIII. 
 229
 231
XLII. 
 232
 233

Str.
 248
 250
 253
 262





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Heinrich Heine i tłumacza: Aleksander Kraushar.