I jak się pan Paweł ożenił

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł I jak się pan Paweł ożenił
Pochodzenie Jak się pan Paweł żenił i jak się ożenił
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1878
Druk Wł. L. Anczyc i Sp.
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


I JAK SIĘ PAN PAWEŁ OŻENIŁ.
Cras amet, qui nunquam amavit, quique amavit, cras amet.

Stara pieśń weselna.

Jakiś czas upłynął od owéj bytności w Pińsku, która o losach pana Pawła rozstrzygnęła tak szczęśliwie. W piérwszych chwilach czuł się stary kawaler jakimś lekkim, uśmiechał się sam do siebie, podśpiewywał, winszował sobie, a Panu Bogu dziękował, że go salwował, prawdziwie cudownie, łaską swoją.
Dotrzymano mu słowa i wcale nie rozgłaszano o tém, że tak daleko zaszedłszy, zmuszonym się był wycofać. Pomimo milczenia Wydrów i plenipotenta, który się z panną Adelą ożenił, ludzie jednak coś, tędy owędy, przebąkiwali, Kasper coś wiedział, rejent albo się domyślał, albo doszedł. Stary sługa jednak przez litość nad panem, którego kochał i z którym się co dzień kłócił — nigdy nie okazał tego, iż wié historyę całą.
Gdy trafem rozmowa potrąciła o osoby lub wypadki, będące w związku z owym niedoszłym projektem, patrzał w okno i udawał obojętnego.
Pan Paweł na wiosnę poszedłszy oglądać swe rowy, które lubił, porównywać do kanału Ogińskiego, myśląc o rzeczach przeróżnych, przypomniał sobie pannę Adelę, swe ocalenie z pod „złotego jarzma“ małżeńskiego, i dziwnym idei zwrotem, choć się cieszył z tego, co się stało, począł trutynować jak ta panna mogła jemu, dziedzicowi Kozłowicz, pięknego imienia i prezencyi co się zowie, odmówić dla jednego książęcego, choćby i jeneralnego plenipotenta.
Było to nieco uwłaczającém dla niego.
Ztąd assumpt wziął do filozoficznych poglądów na tę całą słabą płeć niewieścią, na niestałość jéj, na naturę kameleońską, a miłującą się w zdradzie.
Przypomniała mu się piérwsza miłość, Melanka, która się doń tak uśmiechała z za drzwi, gdy pani matka nie patrzała, która go ściskała za rękę, dała mu się pocałować i — wkrótce potém za mąż poszła.
Ztąd poszły refleksye nad opatrznością Bożą, któréj opieka zawsze w złych terminach ratowała pana Pawła u brzegu przepaści, — ocaliła go od niestałéj Melanki, od płochéj panny Adeli, dała mu wykopać tyle tysięcy sążni kubicznych rowów w Kozłowiczach i t. d. i t. d.
Czuł się w téj chwili jakby do portu bezpiecznego zawijającym wędrownikiem, któremu już żadne nie zagrażają burze; to go trapiło tylko, że po sobie nie miał komu zostawić Kozłowicz i rowów, a te w lat kilkanaście, bez dozoru, znowu się zasunąć mogły.
Na to nie było ratunku.
Wrócił myślami do panny Adeli, do rozmowy z jéj szwagrem, do téj chwili cudownéj libertacyi, i śmiał się sam do siebie.
— Źdźbła brakło, a byłaby klamka zapadła! I co za konsekwencye? Dawne amory plenipotenta, wspomnienia, kwasy, — śmiecie w domu, niewieście krzyki, podział władzy!!
A takem ja sobie pan, sobie pan! i o nic nie dbam! podśpiewywał pan Paweł. — No... i teraz... zje kaduka kto mnie na nowo oplątać potrafi... Expertus Robertus!! Ha! ha! wiem teraz, że z kobietą należy ostrożność posuwać do ostatecznych granic. Ani się uśmiechać, ani patrzeć w oczy, ani za ręce brać, ani się wdawać w konwersacye dwuznaczne. O mietlicy, o rowach, o kurach, o gospodarstwie, więcéj nic. W każdém słowie ich wędka się ukrywa... a caro infirma! — westchnął Paweł.
W nadzwyczaj wesołym humorze powrócił wieczorem do domu, nucąc, wywijając laską i uśmiechając się wiośnie, która choć w Pińszczyźnie ładną była. Słowiki już próbowały w krzakach swoich instrumentów i stroiły gardziołka... Na błotach gwar ptactwa, jakby sejmikowały, rozlegał się ogromny.
Kasper w spencerze szaraczkowym stał około ganku.
Rzecz była szczególna w usposobieniach tych dwóch starych przyjaciół, kochali się, kłócili się, żyć bez siebie nie mogli, a regularnie gdy pan Paweł był wesół, Kasper stawał się kwaśnym; gdy Kasper miał humor lepszy, pan gderał.
Dnia tego sługa i pan, oba byli upojeni wiosenką, ale pana Pawła zobaczywszy in jubilo, Kasper się skrzywił zaraz...
Dobył zegarka srebrnego i niby dla własnéj informacyi, spojrzał na godzinę, ale był to wyrzut niemy, że pan opóźnił się na wieczerzę.
— Dawaj jeść, bom głodny! — zawołał w ganku, tymczasem zasiadając Mondygierd, oparł się o poręcz i zaśpiewał fałszywie, ot tak, z dusznéj potrzeby wylania jakiegoś sentymentu.

Wlazł kotek na płotek
I mruga!
Piękna to piosenka,
Nie długa!

Poczém, bezmyślnie powtarzał to basem — I mruga! — Nie długa! i t. p.
Słońce zachodziło pomarańczowo — wpatrzył się w zachód, dziwił się jasności owéj i na jéj tle drżącym listkom młodym wierzb i olch... Świat mu się wydawał ślicznym! Kozłowicze rajem.
— Czego mi tu więcéj potrzeba! Karaj Boże do wieku. Wszystko jest! Ryby, grzyby... Pszenica będzie, musi być! Miotlica wyginie! na chlebie choćby i z masłem nie zbywa. Jedz, pij i popuszczaj pasa... Kasper szedł właśnie z wazką i mlekiem, tak poważny jak gdyby niósł na wezgłowiu insignia koronacyjne; tego dnia biała chustka na duszce i kołnierzyki zdawały się wyżéj podpięte niż zwykle, siwiejące bokobrody półkoliste odbijały świetnie od rumianych policzków, srebrny kolczyk w uchu poruszał się z taką miną seryo, jak ten, któremu służył.
P. Paweł, znający tak swojego dożywotniego towarzysza, iż dosyć mu było końca jego nosa, aby z niego humor wyczytać, wiedział już, że Kasper był kwaśny. Ale to właśnie werwę jego obudzało do rozmowy; a gdy się kłócili, jadł lepiéj.
Postawiwszy wazkę, odkrywszy ją, gdy para z mleka buchnęła, do któréj się uśmiechnął Mondygierd, łyżkę w ulubionéj potrawie zanurzając, spojrzał na stojącego w postaci kolosu, z założonemi na piersiach rękoma, Kaspra.
— No, cóż ty tam tak sumujesz? — odezwał się.
— A pan by chciał abym śpiewał czy co? — odparł sługa.
— Czemubyś nie miał śpiewać? hm? Źle ci się dzieje?
— Nie narzekam — rzekł Kasper — i urwał.
Po chwili podniósł głowę od mleka p. Paweł, spojrzał i spytał:
— Co??
— Nic! — odparł niecierpliwie Kasper i krokiem mierzonym oddalił się ku oknu.
— Przysięgnę, że coś masz do powiedzenia — zawołał Mondygierd — ale z tobą to tak zawsze, nosisz, dusisz, człowiek musi odgadywać. Do czego te komedye? Ja lubię prosto z mostu.
— Panu bo nigdy dogodzić nie można...
— A z tobą dojść do ładu? Cóż się stało? czy znowu gumienny, czy gospodyni, czy Stasiuk? gadaj bo...
— Nie ma nic — odparł Kasper, westchnął.
— Tyle tylko — dodał mrukliwie — że oto nam Pan Bóg naszego pokoju pozazdrościł, było w Kozłowiczach, jak za piecem, a no teraz!!
Machnął oburącz.
— A teraz że co się stało!
— Czy to pan nie słyszał, że do Harasymówki najechało państwo.
— Co? gdzie? jak? nic nie wiem. Do Harasymówki! Gadajże! Kto? — począł, porzucając jedzenie, p. Paweł. — Wszakże mój poczciwy Zabielski umarł!
Tu musimy dla oświadomienia czytelnika w nawiasie objaśnić go, co była za jedna ta Harasymówka i kto był ten poczciwy Zabielski.
O granicę, rozdzieloną tylko rzeczułką, zwaną Worobiej, od Kozłowicz, leżała wioska Harasymówka, na dawnych mapach, tytułowana na Haralymowy Ostrów. Należała ona od wieków do Zabielskich, tak jak Kozłowicze do Mondygierdów. W młodości pan łowczyc Zabielski z p. Pawłem do szkół jezuickich chodził w Pińsku. Byli przyjaciółmi najserdeczniejszymi od tych czasów począwszy, gdy razem wróble wykręcali, aż do tych gdy p. Paweł kochał się w owéj Melance, a Zabielski w córce ekonoma, która go zdradziła na rzecz prowentowego pisarza. Jeździli razem bywało na kaczki i łapali piskorze...
Lecz Zabielskiego rodzice puścili potém na większy świat, i wieś zdawszy na ludzi, na dzierżawców, na ekonomów, w Warszawie siedział przy kanclerzu. Ledwie, że czasem o nich słuch doszedł. Jakoś późno już ożenił się ów Zabielski na Mazurach, i w parę lat bezdzietny zmarł, wdowie zapisawszy ową Harasymówkę...
Stary ekonom w niéj po staremu rządził. A była wioska co się zowie, wysoki hrud oblany zewsząd wodami, zkąd i nazwisko ostrowu, lasu przepaść, sianożęci strach, choć błotnych, bodaj półtorasta włók peryferyi.
P. Paweł zawsze bolał nad tém, że ta Harasymówka tak marnie przepadała.
— A to pan nie wie — mruczał Kasper — wszak to tam bab najechało ćma, wdowa po nieboszczyku, siostra, jakaś kuzynka i jeszcze jakiś, czy jurysta, czy co? mówił Drop’, który zajeżdżał do dworu po nasz bezmian, co go ekonom pożyczał, że tam sądny dzień. I jakoby się oni sztyftowali tu mieszkać.
P. Paweł milczał.
— To niechże pan miarkuje — dołożył sługa — ztąd do Harasymówki słychać jak psy szczekają, przeprawiwszy się przez Worobieja, pod nosem dwór. Dawniéj pożyczali bezmiana, półkorcówek, a cóż to teraz dopiéro będzie przy kobiecém gospodarstwie?
Milczał mocno się namarszczywszy p. Paweł, bo aprehendował ważność nowiny. Kasper raz rozpocząwszy daléj ciągnął:
— Pan myśli, że oni nam dadzą spokój, że jegomości tam nie wciągną?
Potrzeba było widzieć minę Mondygierda, gdy to usłyszał. Dolną wargę oddął i głowę do góry podniósłszy, kilka razy nią poruszył w dół. Znaczyło to wyraźnie.
— Będą widzieli! Zapewne!
Kasper się niedowierzająco uśmiechał.
— Z panem to tak zawsze! Nie! Póki życia! — mówił daléj — a niechno tylko zrobią krok, zaproszą, skomponują sobie jaki interes... złapią jegomości, tak mi panie dopomóż.
P. Paweł się oburzył.
— O! ty! ty! ze swoim rozumem! Mudraher! Jak to ty mnie penetrujesz i znasz!! Tak to starego wróbla złapać łatwo?
Rozśmiał się.
— Co nie mam pojechać? Otóż pojadę! Pewno że się lękać nie będę... pojadę, zobaczę i przeto mi się nie stanie nic! Dlaczego mam się dziczyć? Cóż to tam osobliwego te mazury czy mazurki? Co mi tam ma grozić?
— Ja jegomości powiem co — odparł Kasper — oto, że dwór wezmą baby w rekwizycyę... nie ma nic, stary ekonom opuścił wszystko, przecie panu tego mówić nie trzeba co Bałanowicz za jeden. Chapokrysz! o sobie tylko pamiętał! Pożyczali bezmiana, pożyczali półkorcówek, będą pożyczać, nie daj Boże wyprorokować, i cukru i kawy i świéżego chleba, i mleka... i... co ja tam wiem, a nas zaprzęgą w chomąt i, tyle! ot co! ot co!
Ożywił się mocno, mówiąc Kasper i uczynił wrażenie na panu Pawle, który wziął groźbę do serca.
— At bo pleciesz, roisz! Kumać się z niemi nie będziemy! do takiéj konfidencyi ich nie dopuszczę, a pojedzie Bałanowicz... to się mu wprost powie, że u mnie nie sklep norymbergski, ani tego!!
Wstał pan Paweł od wieczerzy, przeżegnał się, rozmowę przerwał, ale gdy mu późniéj Kasper przyszedł buty zdejmować, bo to on najlepiéj umiał, oparłszy nogę o jego kolano, gdy kozłowe ogromne chodaki ściągał, zagadnął go o Harasymówkę. Kasper zbył krótko, że tyle tylko wie, co od Dropia słyszał.
Drugiego dnia kazano do dworu przywołać Dropia, który był człek roztropny i dawniéj służył nawet za młodu przy kredensie.
Pan Paweł go sam wziął na spytki o Harasymówkę.
Drop’ miał zwyczaj, jak wielu włościan rozpowiadać długo, powtarzając się i nie szczędząc szczegółów, można się więc było coś dowiedzieć.
Począł ab ovo, jak go posyłano po bezmian, jak dopłynął do Staszowego Worobiejem, czółen przywiązał do wierzby, a sam wiosło wziąwszy, do dworu poszedł. Wiosło zaś było dla opędzenia się od kundysów, które Bałanowicz trzymał.
Daléj opowiedział Drop’, jak się niezmiernie zdziwił, widząc dwór pełen i to najwięcéj bab... i jak mu stajenny Wasyl, co Bałanowicza woził, powiedział, że pani z pannami jakiémiś i jakimś panem najechała, że Bałanowicz włosy sobie rwał z głowy, bo tu się już jego panowanie skończyło, a Bałanowiczowa len i motki jakieś na strych pochowała.
Pana Pawła to niewiele zajmowało, chciał wiedzieć głównie, czy Drop’ nie podpatrzył tych pań jak one wyglądały.
Na co dawny dworak odpowiedział, że i widział i słyszał te panie, bo okna w starym dworze były otwarte, a kobiety śmiały się i chichotały i biegały i służba, dziewczęta, lokaj, chłopiec, latali jak poparzeni ze dworu na folwark, z folwarku do dworu.
Drop’ człek ciekawy, zdala widział jedną panią przystojną, tak w średnim wieku; drugą, musi być panną, téż niczego; trzecią dużą i niepiękną, a krzykliwą, i jegomości małego, trochę garbatego, co mu się włosy na głowie kręciły, bardzo wystrojonego i śmiejącego się ciągle. Oprócz tego garderobianę téż oglądał fertyczną, lokaja porządnego i wyrostka, który biegając, podskakiwał.
Tyle się dowiedział p. Paweł, i Dropia za informacyę poczęstowawszy wódką, odpuścił.
Przy obiedzie, już wiadomości zasiągnąwszy u źródła, mógł z Kasprem mówić obszernie, lecz stary nie miał dziś ochoty do rozmowy.
Upłynęły cztéry dni, a przepowiednia Kaspra wcale się nie sprawdziła, z Harasymówki nie dano znaku życia i niepotrzebowano nic.
— A co? — mówił Paweł.
— Niechno pan poczeka, niech się rozgoszczą i rozpatrzą — odpowiedział Kasper.
— Gdyby nawet się zgłosili — rzekł Mondygierd — nicby w tém nie było dziwnego. Wiesz jak ja z nieboszczykiem Zabielskim byłem, jak z bratem. Nie może to być, żeby wdowa o tém nie wiedziała. Prawdą a Bogiem, mnieby się jéj submitować należało.
Kasper się rzucił z fukiem.
— A co? już jegomości korci? już korci? już? Biedy się zachciewa!!
P. Paweł zmieszał się strasznie, miał zacząć łajać, ale stary chwycił coś ze stołu i z pokoju wyszedł, drzwiami trzaskając. Zatarło się to późniéj i nie było mowy o Harasymówce, gdy jednego rana, p. Paweł siedzący w ganku, zobaczył chłopaka idącego do dworu. Poznał zaraz, że nie był żaden z jego wioski, bo tych wszystkich pamiętał, domyślił się, że z Harasymówki być musiał, bo tam oni siermięgi nosili trochę innym krojem i sukno ciemniejsze.
Chłopiec wprost do dworu kroczył; podszedł do ganku, pokłonił się nizko i z czapki wydobył pismo.
— Masz tobie! z Harasymówki — odezwał się pan Paweł, biorąc.
— Idźże do kuchni, poczekaj.
Obejrzał list. Wyglądał kapitalnie. Miał na sobie ceremonialną odzież, niby frak — kopertę z tęgiego papieru wystrzyżoną, niezbyt krzywą, pieczątkę herbową Zabielskich i obok niéj kapkę laku, a na wierzchu charakterem niemieckim adres, wprawdzie z małą omyłką w nazwisku, ale do darowania. Paweł poszedł go otworzyć do pokoju i nie bez ciekawości, rozłożywszy ćwiartkę zawartą w kopercie, czytał.
Brzmiał, jak następuje:

Wielmożny mości
dobrodzieju!

Wiedząc od nieboszczyka męża mojego, iż się przyjaźnią jego honorował; przybywając w te strony obca i nie znając u kogo w interesach zasięgnąć rady skutecznéj, ośmielam się upraszać W. Pana dobr. abyś mnie, gdy mu czas pozwoli, zaszczycić raczył bytnością swą w Harasymówce. Spodziewając się, iż mi tego odmówić nie zechcesz, jako wdowie przyjaciela, piszę się z winnym respektem.

WPana dobrodzieja najniższa sługa,
Hermancya z Grudzkich
Zabielska m. p.

List był tak pięknie wystylizowany, iż p. Mondygierd powziąwszy z niego jak najpochlebniejsze wyobrażenie o pani Hermancyi z Grudzkich Zabielskiéj, stał jakiś czas w zadumie nie tyle nad jego treścią, co nad odpowiedzią. W pisaniu listów nie był bowiem mocny, i miał awersye do pióra prawdziwie szlachecką. Oprócz tego na myśl mu już przychodziło, czy był w domu papier, czy pióro, któreby pisać chciało i było zdolne, znaleść potrafi, naostatek kwestya atramentu, odżywianego w kałamarzu ciepłą wodą i wyglądającego zawsze jakby od barszczu w prostéj linii pochodził. O laku przypomniał sobie pan Paweł, że kawałeczek przylepiony do drewienka był w szufladce, w któréj leżały nożyczki duże od papieru przez Pawła zdezelowane. Koperta była nieuchronną, a fabrykacya koperty — pot mu wystąpił na czoło. Miał myśl szczęśliwą, która go rozweseliła, użyć otrzymanéj za wzór i podług niéj nową wykroić. Papier wprawdzie gruby i siny, w szufladce się znajdował.
Stał jeszcze pan Paweł temi myślami zajęty, gdy z tryumfalną miną wszedł Kasper. Miał litość nad panem, nie mówił nic i poprawiał krzesełka, ale samo przybycie jego było wielkiego znaczenia.
Pan Paweł zażegnał burzę, z właściwą sobie przytomnością umysłu.
Rzekł poważnie:
— Pani Zabielska mnie zaprasza, jako przyjaciela męża, abym jéj w interesach radził. Posłuchaj listu.
Ująć chciał Kaspra i odczytał mu, z pewną deklamacyą, list p. Zabielskiéj; poczém spojrzał na niego.
Kasper stał jak drewniany, nie poruszyło go to bynajmniéj. Pan Paweł w téj chwili uczuł, że mu brakło serca, że był grubianin bez wszelkiego sentymentu, ale list poszedł pisać, aby chłopca nie wstrzymywać.
Co go kosztowała umysłowa praca około téj odpowiedzi, któréj chciał nadać charakter poważny, następnie mechaniczne wykonanie, skrobanie dwóch żydów[1] i jednéj omyłki, zakopertowanie sygnetem — nie będziemy opowiadali. P. Paweł wstał złamany, dokonawszy dzieła.
List brzmiał:

Wielmożna Pani Dobrodziejko!

Szacowne pismo rąk jéj, tak dla mnie pochlebne zawierające ekspressye, oraz wspomnienia mi najdroższego przyjaciela, którym był nieboszczyk, wraża mi prawdziwą wdzięczność. Nie omieszkam rozkazom Wiel. Dobrodziejki, które za ordynans poczytuję, submitując się, stawić w Harasymówce i u stóp jéj czołobitność mą złożyć. (Tu była trudność przyczepienia końca, rozwiązana w ostatku, w braku lepszéj ekspressyi, pospolitém):
Co wyraziwszy, piszę się z najgłębszym respektem i konsyderacyą.

WW. Pani Dobrodziejki i t. d.
Jakkolwiek styl listu niezupełnie samego autora zaspakajał, z powodu powtarzanych wyrazów i trochę zagmatwanéj konstrukcyi, co było robić?

Zepsuł na koncept ćwiartkę, na list półarkusza, koperta kosztowała tyleż, nie sposób było dla wykończenia epistoły narażać się na większe jeszcze papieru marnotrawstwo.
Pozbierał zrzynki do szufladki, bo te się na kwitki do arędy przydać mogły i list oddać kazał chłopcu.
W myśli swéj postanowił jechać niedaléj jak nazajutrz, po obiedzie. Do Harasymówki inaczéj jak obijanikiem się dostać nie było podobna; resztę drogi należało zrobić pieszo.
O podróży téj przy wieczerzy mowy nie było, pan Mondygierd wiedział, że o pewne szczegóły wyboru z Kasprem przekorą walkę stoczyć przyjdzie, odłożył ją do jutra. Kasper chodził milczący i dojadał tylko szyderskiemi wejrzeniami, których Paweł udawał, że wcale nie postrzega.
Nazajutrz narada ze sługą była nieuchronną i rozpoczęła się przy kawie.
— Co pan włoży?
— No, a jak ci się zdaje?
— Albo jam wiem? ja panu dysponować nie będę.
— To radź!
— Co to ja światowy człowiek, żebym te rzeczy znał? — mruknął, umyślnie się tak zaszywając w pokorę Kasper.
— Do kobiet jadąc — rzekł Mondygierd — juści ten frak trzeba włożyć granatowy, jeśli plama wygubiona!
— Plamy ani znaku... ale po co frak? po co?
— Bo mi się podoba!
Poczęli się spierać, Kasper obstawał i utrzymał się przy surducie; buty, choć ciasne, miały iść karbowane, kamizelka jedwabna w kwiaty; naostatku i ów cylinder nadwerężony. Niestety! zapomniano go posłać do reperacyi do Pińska, i wydobyty z pudła na światło dzienne, okazał się kompletnym inwalidem. Nosili go do okna, próbowano zalepić — nie był do użycia. Zostawała czapka z rydelkiem, niebrzydka, świeża, niegdyś uchodząca za elegancką, trochę spłowiała leżeniem, i ta służyć musiała — nie było sposobu.
Kasper półgębkiem tylko nadmieniał, że onby przy téj okazyi mógł dojechać do Bałanowicza, do którego miał interesik, lecz kazano mu przy domu pozostać.
Zaraz po obiedzie zaczęło się ubieranie, mozolne wciąganie butów, od których się odrywały rzemyki, zawiązywanie chustki, urządzenie czupryny.
Pan i sługa znużyli się tak, iż oba wielki świat i wymagania jego przeklęli. Pan Paweł pokropił się zlekka ambrą, i poszedł do obijanika, któremu dywanik dano na pokrycie.
Z bijącém sercem zbliżył się ku staremu dworowi Mondygierd. Czuć w nim było życie nowe... Nim do niego doszedł, w dziedzińcu spotkał ową figurę, znaną mu z opowiadania Dropia, małego garbatego jegomości, z twarzą długą, z włosami kręcącemi się, uśmiechniętego i ubranego najpocieszniéj. Miał u kamizelki dwa łańcuszki, na palcach mnóstwo pierścieni i mimo porządnego garbu, wiele pretensyi do elegancyi i wdzięku.
— Cha! cha! pana dobrodzieja! cha! cha! cha! pewnie sąsiad pan Montykirt? cha! cha! cha!
Z wielką powagą kłaniał się czapką za rydel ująwszy pan Paweł.
— Miło mi się prezentować szanownemu sąsiadowi, Fortunat Grudzki, brat gospodyni! cha! cha! cha! Śliczny czas! ale kraj! cha! cha! Co komarów! tyle co kaczek! cha! cha! cha!
To mówiąc, prowadził p. Pawła do drzwi.
— Siostra moja będzie bardzo wdzięczna, cha! cha! cha! bo my tu nikogo nie znamy!
Milczący siadł p. Paweł, gdy w progu ukazała się niewiasta, lat średnich, praeter propter trzydzieści i coś mieć mogąca, pięknego wzrostu, form pełnych, włosa ciemnego, oczu czarnych, ubrana starannie, w sukni jedwabnéj, w mitenkach czarnych, z minką pańską, — co się zowie hoża, piękna i wesołéj twarzy. Szczególniéj oczy wydały się panu Pawłowi drapieżne. Patrzała niemi tak, jakby chciała dobywać coś z człowieka — aż strach...
Uśmieszek miała na ustach i taką jakąś assekuracyę w sobie całéj, jakby wszystkie świata potęgi ustraszyć jéj nie mogły.
Nie zlękła się téż ani Pawła, ni jego powagi, przywitała go ochoczo, i gdy ów jeszcze zaplątawszy się w komplement prawił coś, wprowadziła go do bawialni.
Komplement ten wstępny nie powiódł się delinkwentowi[2], czuł to, ale obiecywał się poprawić. Intymidowały go niewiasty, jak tylko nie w zgrzebnych koszulach, a tu zaraz na wstępie okazało się ich, z gospodynią licząc trzy.
Zaprezentowała mu ona siostrę pannę Filipinę Grudzką, młodszą od siebie, ze spuszczonemi oczyma, bladą i odrobinę ospowatą, zresztą hożą i pięknéj figury, a naostatku kuzynkę, pannę Bernardę Okulską.
Baba była jak kozak duża, nie młoda, drobinkę ciemnego zarostu mająca w miejscu gdzie bywają wąsy i bokobrody, otyła, massyw (jak się wyrażał Paweł), ale dobrodusznie wyglądająca.
Panna Bernarda trochę dygnąwszy gościowi, poszła zaraz z kluczami, a pan Fortunat z gospodynią zajęli się Pawłem, na którego blada panna Filipina zdala tylko poglądała, do rozmowy się nie mięszając. Udało się Mondygierdowi wcale dobrze wyrazić zdumienie, iż pani Zabielska w tak oddalony i odludny kąt kraju chciała się fatygować i t. d.
Ruszyła ramionami piękna wdówka.
— Cobo się acanu dobrodziejowi zdaje, że my kobiety odwagi nie mamy? Znajdzie się ona, gdy potrzeba. Otóż, przyznaję, że mnie tu nic nie ciągnęło, ale trzeba było saméj obejrzeć co mi nieboszczyk zostawił, interesa poregulować, na ludzi się nie spuszczając. Rodzeństwo kochane nie odmówiło mi towarzystwa...
Pan Fortunat wtrącił, że istotnie nie uwłaczając Pińszczyznie, wydawała mu się ona krajem dziwnym, gdzie wody więcéj było niż ziemi, trzęsawicy niż gruntu, komarów niż ludzi, i że nadewszystko wiunów, vulgo piskorzy do wężów podobnych, miał abominacyę!
Pan Paweł tedy z miejscową erudycyą wystąpił, dowodząc, jak wielki z nich miał użytek chłop, który je i pożywał i niekiedy przyświecał sobie niemi, paląc je jak łuczywo.
Przyczém zgadało się i o onym mythycznym wiunie na łańcuchu, którego w Pińsku okazywano łatwowiernym.
Śmiał się pan Fortunat, przyznając do tego, że w tym kraju cudów i osobliwości, gotów był i w wiuna na łańcuchu dać wiarę.
Sztywny zrazu Mondygierd, gdy gosposia i jéj brat poczęli rozmowę w taki jakiś sposób swobodny, ochoczy, łatwy, iż ją z prosta i bez wymusu prowadzić było można, widząc, że tu z partesów nie trzeba się sadzić, stał się téż naturalnym i poszło mu łatwo.
Nie trzeba jednak sądzić, ażeby o powadze, jaką zawsze zwykł był utrzymywać, zapomniał. Ta go nie opuściła. Śmiech nieustanny zacierającego ciągle ogromne ręce pana Fortunata, wesołe wejrzenie pięknéj pani, do téj powagi zmusiło przymięszać szczyptę humoru. Oczy téż nie próżnowały, zapomniał p. Paweł o niebezpieczeństwie wejrzeń i z uwagą się wpatrywał to w skromną, milczącą pannę Filipinę, to w wesołą, śmiałą i wielce powabną wdówkę.
Mówił sobie w duchu — kobieta ut sic! A znaczyło to w jego ustach wiele! Ut sic zawierało w sobie nietylko powab niewieści, ale niewiasty charakter i dostojność. Jakoż w rozmowie swéj pani Zabielska okazywała się tak zdrowo jako i wszystko pojmującą, tak rozumną a edukowaną wysoce, iż po godzinnéj zabawie z nią — ut sic, zmienił pan Paweł na... co się zowie!!
Zachwyciła go. Kobiet w życiu mało widywał pan Paweł, a w tym rodzaju nic mu się spotkać nie trafiło, mowa i wdzięki były niewieście, rozum męzki, śmiałość osobliwa a nierażąca. Patrzał, słuchał, podziwiał. Co więcéj, pod wpływem jéj, sam poczuł się innym, pootwierały mu się w głowie jakieś komórki, o których istnieniu nie wiedział, język się rozwiązał, śmiech zawitał na usta. Wydał się może zanadto ze swą dobrodusznością, charakterem, ze swemi myślami, których nie zwykł był powierzać nikomu, ale kobieta owa czyniła na nim osobliwe wrażenie, zmieniła go na wskróś. Przypomniał sobie ze szkół i mythologii Circe, z tą różnicą, że tamta przeistaczała w bydlęta, a ta czarodziejka, pana Pawła niemal w światowego człeka metamorfozowała.
Mówiąc nie wiedzieć o czém, jakby o niczém, bo potém sobie przypomnieć nie umiał o czém była mowa, ani się spostrzegł, gdy dosiedział do wieczora. Wypili kawę, przyszła i owa troszynę wąsata panna Bernarda, która ośmieliwszy się téż paplała do rzeczy i śmiało, mówiła półsłówkami i panna Filipina, żartował i śmiał się Fortunat i tak, Panie Boże odpuść, przebaraszkowali do zmroku.
Spostrzegł się p. Paweł, że na pierwszą wizytę za długo siedział, porwał się więc do odjazdu, a tu dopiero pani Zabielska, żegnającego się za rękę pochwyciła.
— Cieszę się — rzekła — żeśmy zrobili znajomość z szanownym sąsiadem, ale na tém nie dosyć! Musisz mi acan dobrodziéj w imię przyjaźni dla nieboszczyka poradzić w interesach. Kochany brat mój do tego się nie zdał, ja niewiele rozumiem, a tu i ciężary są i kłopot, co daléj! Sama nie wiem czy tu zamieszkać, czy puścić, czy sprzedać, wszystko to musimy powoli roztrząsnąć... rozmówić się, rozważyć. Spodziewam się, że światłéj swéj rady mi nie odmówisz.
Pan Paweł tak już był wdziękiem téj niewiasty skorrumpowany, że nie odmówiłby jéj piechotą iść bodaj do Kobrynia, choćby i daléj! Co się to z niego w kilka godzin zrobiło! Sam nie poznawał. Całując więc rączki, submittował się, że na wszelki ordynans stawi się punktualnie.
Ponieważ nazajutrz był piątek i post, a kuchnia nie w porządku, na niedzielę na obiad proszono. Pan Fortunat wziął kapelusz (ale jaki!) i odprowadził gościa do obijanika. W drodze zwierzył mu się, iż w Pińszczyznie zakochanym nie był, szczególniéj dla tego, iż oprócz komarów i wiunów, płeć niewieścia, któréj był wielkim adoratorem, podobniejszą mu się wydawała do małp niż do kobiet.
Wsiadł p. Paweł do obijanika, tak poruszony, tak do gruntu jakoś przeistoczony, iż się zląkł sam siebie. Chwilę siedział pod poklatem osłupiony, myśli mu wirowały po głowie, jak gdyby w nią wiatrak wstawił i skrzydła jego puścił na cztery wiatry... Potrzebował wydychać tę sprawę i kazał z Worobieja, pod pozorem zobaczenia sianożęci, choć mocno zmierzchało, zawrócić dalszą drogą przez Rosochę i Żyrnę... Obawiał się w tym stanie emocyi niezwyczajnéj pokazać Kasprowi, który tak dobrze w jego fiziognomii czytał, jak on w Kasprowéj. A tu były nieżarty!
Naprzód czuł się odmłodzony, co mu się dawno nie trafiło, zupełnie tak jak na weselu rejenta, po winie, choć tu wina kropli nie pił. Powtóre wdowa mu nadzwyczajnym, niesłychanym sposobem przypominała Melankę, troszka panna Adela. Ta miała coś, niejakieś podobieństwo, gdy Zabielska głosem, ruchem, ot wszystkiém, całą sobą była tą Melanką, tylko nierównie od pierwszéj piękniejszą i rozumniejszą.
— Niech ją bogi mają w swéj opiece! — mówił do siebie Paweł, pot ocierając z czoła — osobliwa kobieta! Gdybym jéj nie widział, nie uwierzyłbym, że podobna być może na świecie, bo to chwilami, płanetami młodziutka, razem sensatka, wnet figlarka, patrz już matrona, nareszcie, skarz Boże, niby dziecko! a niech ją dunder... Nie dokończył i usta sobie zatulił, czując całą nieprzyzwoitość wyrażenia, którego nie rozumiał, a w niém mogło się coś nieprzyzwoitego ukrywać.
Ocierał wciąż pot z czoła i uspokoić się nie mógł.
— Niczego wcale i panna Filipina... ale do téj! ani się umywała. Do rzeczy ta, osobliwego imienia, Bernarda, chociaż łupinka nieładna, i... więcéj! gdzie to kto widział!.. wszystkie przy niéj... kudy! kudy! To kobieta godna choćby senatorskiego krzesła...
Pomiarkował się że zbredził, i plunął, wedle zwyczaju w wodę.
Spojrzał, ciemniało, Kozłowicz nie było widać jeszcze, obijanik przerzynał się przez trzciny na Żyrnę. Wieczór śliczny, dawał przeciw łunie zachodu dostrzegać na niebie niezliczone ćmy komarów zwijających się słupami na pogodę.
Panu Pawłowi głos ptactwa błotnego wydał się tego dnia dziwnie miłym, natura nadzwyczaj uroczą, huczenie bąka romantyczném. Czegoś mu na świecie było tak wyśmienicie, że gotów był pływać całą noc i do Kozłowicz nie powracać, a myślami się zabawiać.
Widok brzegu i oczekującego przy nim Kaspra, wrócił go na chłodne rzeczywistości łono z krainy marzeń i ideałów.
Potrzebował całéj mocy, jaką miał nad sobą, aby Kasprowi nie dać poznać, że te odwiedziny wywarły na nim wrażenie tak ogromne... Utaić się przed nim, wymagało nadzwyczajnego kunsztu, a tego poczciwy Mondygierd nie miał ani od natury, ani życiem wyrobionego. Kłamstwo i dyssymulacya przychodziły mu zawsze z trudnością wielką i wątpliwym skutkiem. Jakkolwiekbądź, otwartém przyznaniem się do nagłéj zmiany wyobrażeń i postanowień, do wrażliwości, słabości charakteru, nie chciał się kompromitować. Sztuki choć niezręcznie zażyć wypadało.
Wysiadając z obijanika, począł narzekać na zmęczenie wielkie, na wilgoć wieczora i wtrącił kilka zapytań gospodarskich. Kasprowi z miny widać było, że pana weźmie na spytki. Wieczerza podawała ku temu zręczność, pan Paweł ledwie się nie był gotów wyrzec wieczerzy, ale w żołądku, nawykłym do regularnego odżywiania, czuł wymowne protestacye przeciwko myśli tak zuchwałéj. Przypomniał sobie, że ile razy spać szedł bez wieczerzy nietylko mu się cygani śnili, ale sen nie brał aż do rana. Zawstydził się sam przed sobą małoduszności.
— Ale cóż bo znowu za dzieciństwo — rzekł w duchu — obawiać się sługi? Przecież u Kaspra w niewoli nie jestem!!
Szli ku dworowi w milczeniu, Kasper już niewytrzymawszy, zapytał w drodze:
— A cóż? proszę pana? a co w Harasymówce? Bardzo znać ugaszczali, bo jegomość długo się zasiedział.
— No, nie było tam tak dalece nic szczególnego — rzekł Mondygierd niby obojętnie. — Baby, zwyczajnie baby, kłopoczą się interesami, kraju nie znają, nie wiedzą co z Harasymówką robić.
Tu p. Paweł, dla uczynienia silnéj dywersyi, łgnął.
— Gdybym tak pieniądze miał, słowo daję, kupiłbym, bo to szkoda puścić w złe ręce.
Kasper dał się w istocie obałamucić i zawiedziony w nadziei trochę, wprost poszedł do kuchni po kotlety na zieleninie i naleśniki. Mleka tego dnia nie było, tak wypadało z prawa przemiany i szyku raz na zawsze przepisanego.
Przy świecach Kasper miał dopiero możność wyegzaminowania twarzy pana. Wyraz jéj był zagadkowy wielce, okrywała czoło zaduma, usta powaga, w oczach migało coś nieokreślonego.
Odmieniając talerz Kasper się odezwał:
— Drop powiada, że kobiety niestare i wcale przystojne?
— Hę? — rozśmiał się, naleśnik krając Mondygierd z perfidyą niesłychaną. — Pewnie, Dropiowi każda niewiasta umyta musi się wydać przystojną, nie ma tam nic osobliwego!! At. Wdowa po Zabielskim ni młoda ni stara, tak sobie (usta trochę skrzywił), siostra ospowata i blada, a trzecia z wąsami! Ha! ha! ha!
Temi wąsami panny Bernardy tak dojechał Kaspra, że się zupełnie uspokoił o wrażenie, jakiego pan doznał.
— Co bo pan takie rzeczy gada! Gdzież kto widział! Co bo znowu! Jakie tam wąsy! — zamruczał Kasper.
— Powiadam ci... wąsy! — zamknął Mondygierd, nadzwyczaj rad, że Kaspra wyprowadził w pole.
Nastąpiło milczenie. Nie można było staremu słudze zataić zaproszenia na niedzielę, wtrącił więc zaraz:
— Istotnie kłopot dla mnie z tą Harasymówką... baby sobie rady nie dadzą, proszą, że się oprzeć nie można. W niedzielę dla konportacyi dokumentów jakichś muszę na obiad jechać, no i wynudzić się nad papierami! A, co robić! przyjaźń ma swe prawa!! co robić!
Kasper ramionami ruszył, Mondygierd zafrasowane przybrał oblicze...
— Kochałem nieboszczyka — dodał — są obowiązki!
Chrząknął sługa tylko, talerz po naleśnikach był już czysty. Paweł piórkiem robił porządek w zębach, napił się wody i wstał. Na tém skończyła się rozmowa.
Po obiedzie w piątek, nazajutrz (który był postny, wedle zwyczaju), p. Paweł w ganku drzemał, głowę osłoniwszy chustką i oprócz tego zmuszony ciągle muchom się opędzać, które dnia tego nadzwyczaj były dokuczliwe, gdy Kasper nadbiegł nadzwyczajnie poruszony. Zdala już głośne wykrzyki jego obudziły Mondygierda, po śnie zawsze będącego w złym humorze.
— Czegoż ty się tam drzesz? co ci się stało? Lecisz jak sfiksowany?
— Albo nie mówiłem — wołał Kasper — my z tą Harasymówką pokoju mieć nie będziemy... Niech się pan sztyftuje. Spocząć nie dadzą, tuż, tuż gość z Harasymówki. Chłopcy ze wsi za nim biegną, bo garbatego nigdy nie widzieli.
Porwał się pan Paweł, ścierając resztę snu z twarzy.
— Gdzie? gdzie?
Kasper wpadł już do kredensu, a we wrotach postrzegł gospodarz śmiejącego się i zacierającego ręce pana Fortunata.
Zszedł z ganku do niego.
— Czołem...
— Do nóg upadam.
— Ślicznie pan sobie, czyściuchno cha! cha! miluchno! prawdziwie po kawalersku, cha! cha! się urządziłeś, wioska i folwark jak cacko!
Pochlebiło to Mondygierdowi, który chciał zaraz pochwalić się rowami, ale się wstrzymał przez skromność.
P. Fortunat wszedł do dworku, wychwalając wszystko i unosząc się nad przyjemnościami swobodnego żywota kawalerskiego, co zdumiało gospodarza, dając mu do myślenia, iż p. Grudzki miał towarzystwa sióstr i kuzynki do syta...
Kasper mimo złego humoru, nie potrzebując dyspozycyi nagotował kawę, sucharki, holenderską bieliznę, butelkę węgrzyna, nowe łyżeczki srebrne i wszystko, co mogło dom w dobrém świetle okazać. W tych razach, dbały o honor Kasper był nieoszacowanym, a znał miarę i wiedział z taktem przedziwnym, kiedy mógł bez kompromitacyi dać serwetę kolorową, a kiedy białą i cienką. Tymczasem ichmość już rozprawiali o rowach, których całą historyą, począwszy od pierwszéj idei do ostatniego sążnia wykonania, opowiedział Mondygierd.
Nie omieszkał dodać, że jeśli Rzpta chlubiła się kanałem Ogińskiego, on mógł stosunkowo rowami swemi być dumnym. P. Fortunat, choć słuchał z atencyą, nie okazał jednak tego współczucia, téj żywéj sympatyi, na jaką rowy zasługiwały. Co do sążni kubicznych, zdradził nawet nieświadomość grubą, i z téj strony nie podobał się p. Pawłowi.
Zatarło się to jednak żywą rozmową późniejszą, w któréj tak był zabawnym, miłym i przyjacielskim, tak p. Pawła rozerwał i rozśmieszył, iż odprowadzając go do obijanika, w najlepszym już był humorze. Przypomniał mu p. Fortunat niedzielę i obiad, żeby się nań nie spóźnił.
Z konwersacyi dowiedział się Mondygierd wielu ciekawych rzeczy o pani Zabielskiéj, jéj humorze, dobroci, rozumie, przymiotach, interesach i o nadziei, jaką pokładała w p. Pawle, iż jéj w pomoc przyjdzie światłą radą swoją.
— Ja do interesów się nie zdałem — wyznawał p. Fortunat — mieszczuch jestem, bawić się lubię; muzyką się rozrywam i głowy łamać nad zawiłemi sprawami, nie moja rzecz!!!
Z wizyty p. Fortunata, chociaż przy wieczerzy wywiązało się małe popstrzykanie pana ze sługą, p. Paweł je prędko jakoś załatał, nie chcąc Kaspra narażać sobie, potrzebował jego pobłażliwości.
W sobotę, jak to czasem bywa, kiedy się szkuta z gośćmi rozbije, nadjechał po obiedzie Sawicz.
Ten już wiedział, że Mondygierd był w Harasymówce i umyślnie zjechał, ciekawy powziąć języka, czy myśli Zabielska tu mieszkać, jaka to kobieta, co się tam u niéj święci, co p. Paweł myśli i t. d.
Paweł dyplomatycznie się znalazł. Złożył się małą jeszcze znajomością osób, przybrał ton poważny, kobiety chwalił, Fortunata nacechował, że był człek przyjemny, a co się tyczy przyszłości, bąknął, że to zależy jeszcze od rozpatrzenia się, od okoliczności i — zapewne od jego decyzyi; bo był wezwany do rady...
Téj roli opiekuna nadać umiał należną wagę.
— No... słuchaj — przerwał Sawicz — ja ci powiem jedno. Ludzie jesteśmy, strzeż się ty, kochanie, abyć w Harasymówce biedy nie napytał. Wdowa, kto wié, gotowa cię bałamucić, aby miała na kogo zwalić ciężar interesów, pilnuj się! każ się podkuć na cztery nogi!
— Dajno pokój — rzekł kwaśno p. Paweł. — Ona o tém ani myśli, a mnie znasz!
— Otóż to że cię znam — śmiejąc się zawołał kołtunowaty — tobie tylko okazyi brakło, a dawno byś był pod kobiecym regimentem...
— Proszę ciebie! bez tych żartów!
— W żartach coś prawdy jest — dodał Sawicz — nie byłoby nic złego, gdybyś do Kozłowicz przyłączył Harasymówkę.
— A tak! i znowu kilka tysięcy sążni kubicznych rowów kop! — wyrwał się p. Paweł — daj ty mi pokój.
— Ja ci z własnego doświadczenia dodam jeszcze — zawołał Sawicz — że... nie ma jak żyć po Bożemu, w świętym stanie małżeńskim. Ja codzień dziękuję przy pacierzach Opatrzności, że mi żonę dała... Dopiero oddycham. Powiadam ci, rejestra, dyspozycye, wszystko co na mojéj było głowie dawniéj, teraz, ani znam ani wiem. Mogę dwa, trzy dni w kożuchu przy piecu siedzieć i nie wychodzić... Ale, znowu takiéj kobiety jak moja ze świecą szukać, bo i do stroju i do łajań perfekcya!!
Zmilczał Mondygierd, a rejent który widać potrzebował się wylać na łono przyjaciela, dokończył:
— Wierzaj mi, wszystkie te facecye o stanie małżeńskim, brednie. Starzy kawalerowie przez zazdrość to komponują! to przecie sakrament! a Pan Bóg wie co i dlaczego jak każe nazywać!!
Rozstali się starzy przyjaciele w dobréj komitywie; Paweł tylko niezmiernie ciekawemu Sawiczowi musiał dać słowo, że po bytności w Harasymówce będzie u niego i opowie, jak tam i co postanowiono...
Na niedzielę już przez konsyderacyą należną dniowi świątecznemu, a przytém jako na obiad proszony, wydobył frak granatowy. Jeszcze raz zdjęto z szafy kapelusz dla smutnego przekonania się, że nie było sposobu zużytkowania go, nawet w pomoc wziąwszy karuk i atrament. Blizna była tak widoczną, jak gdyby drugą serdeczną p. Mondygierdowi przypomnieć chciała. Jednakże kapelusz znowu upakowany poszedł na szafę, w przewidywaniu, że w Pińsku znaleźć się może artysta zdolny mu przywrócić dawną powierzchowność. Tego kapelusza pan i sługa odboleć nie mogli, nie był bowiem prawie używany i tak jak nowy!
W czasie ubierania, również jak czasu podróży obijanikiem, pan Paweł nieco ochłonąwszy z pierwszych wrażeń, jakie na nim uczyniła pani Zabielska, upokorzony swą wrażliwością z poważniejszym wiekiem niegodzącą się, sam o siebie niespokojny, dawał sobie admonicye ojcowskie. Była to forma przez niego często używana w rozmowach z samym sobą.
— Pawełku mój! — mówił sobie — na rany Chrystusowe, miéj ty rozum, pamiętaj na metrykę, nie dawaj się paniom uwodzić i ciągnąć na bezdroża. Zaledwie jedno głupstwo odbolałeś, ledwie się zatarło, już ci pachnie drugie, stokroć gorsze, bo piękna wdowa w oczy ci plunie.
Miłość własna się oburzyła.
— Ale ba! ale ba! — mruknęła z kątka.
— Nie, nie pochlebiaj sobie — ciągnął rozum daléj — co prawda, to prawda. Młodzieniaszkiem nie jesteś, niechże owo fiu bździu raz z głowy wywietrzeje. Po co ci żona i niewola? to nie ma sensu. Konia gdy od ósmego roku nie otargano, darmo go zaprzągać, tak i z tobą. Do jarzma się nie nałożysz, poczniesz wierzgać, ty sobie, jejmość sobie, wojna domowa... Tfu! porzuć.
Żadnych wejrzeń pożądliwych, żadnych uśmiechów przymilających się, żadnych nierozsądnych porywów, żeby mi nie było.
Po téj przemowie rozumu, nie będąc pewien jéj skutku, zmięszany swą słabością, pan Paweł udał się po wypróbowaną opiekę do modlitwy i zmówił ulubioną koronkę do Przemienienia Pańskiego.
To go uspokoiło, jak ręką odjął. Powiedział sobie, że niepotrzebnie tchórzy i że głupstwa nie zrobi.
Zamilczym już o innych różnych środkach, jakie obmyślał pan Paweł, ażeby w razie emocyi powstrzymać się i nie dopuścić do żadnych kroków, fałszywemu tłómaczeniu podlegać mogących.
Było około pierwszéj z południa, gdy p. Paweł wysiadając z obijanika, znalazł u brzegu wyczekującego nań i drepczącego ze śpiewka na ustach, wesołego p. Fortunata. Pobrawszy się pod ręce, kroczyli ku dworowi, w którego ganku widać było całe żeńskie towarzystwo w toaletach niedzielnych. Zdala już dostrzegł Mondygierd ubranie wdowy, która jakby czychając na spokój jego, ustroiła się z zalotnością przechodzącą wymagania niedzielne i zwyczaje wiejskie.
Miała na sobie suknię papuzią wiśniową, jedwabną z różowemi fontaziami i czarnemi koronkami, w któréj jéj było — jak bogini (mówił pan Paweł), trzewiczki haftowane jedwabiami na korkach, włosy ślicznie w górę podpięte i ufryzowane, a z rękawów i koronek ręce wyzierały do berła stworzone (zawsze pan Paweł). Na szyję wdziała kolorowy naszyjnik i z tegoż wyrobione spięcie w złoto oprawne przytrzymywało na piersi wypukłéj, osłaniającą ją koronkową chusteczkę. Zobaczywszy ją Mondygierd, panny Filipiny ubranéj biało i panny Bernardy ciemno z pąsowém, już wcale nie dojrzał — olśniła go; olśniła tém, że wyszła drepcząc na tych trzewiczkach z korkami do pół dziedzińca, i podając mu dziwnéj, atłasowéj miękkości paluszki do pocałowania, przywitała nadzwyczaj uprzejmie i serdecznie.
Panna Filipina i Bernarda nie uchybiły mu także, szczególniéj pierwsza uśmiechnęła mu się przyjemnie, ale po uśmiechu jejmości, jéj ręce jak konfitura słodkie, jej słowa jak miód pierś kalmujących — co to wszystko znaczyło.
W progu już pan Paweł o wszystkich swych w podróży powziętych najmocniejszych postanowieniach zapomniał.
Uczuł nawet, że nie był panem siebie, ale ta czarownica Circe panią jego się stała.
Dobył na jéj posługi jak najlepszego humoru i stał się tak nieopatrznie naturalnym, gadatliwym, jakby mu tu nic nie zagrażało.
Po krótkiéj rozmowie w ganku, dano do stołu. Gosposia podała rękę gościowi, który doznał emocyi niesłychanéj dotknąwszy jéj i poszli do dużéj izby, trochę pustéj, w któréj było nakryto. Gospodyni z góry przepraszała za obiad, bo kuchnia nie została jeszcze urządzona jak należy, i nawet nic dostać nie było można. Pan Paweł nawykłym będąc do tego co mu gospodyni dawała, wcale nie przebierał w potrawach.
Pan Fortunat naprzód poczęstował go wódką gdańską przedziwną i wędlinką na zakąskę, wcale smaczną. Ale jakież było zdumienie, przygotowanego do bardzo skromnego przyjęcia Mondygierda, gdy począł jeść.
Już pierwsza polewka zawiesista, korzenna, tłusta, smaczna, zapowiadała kucharza, który i u księdza biskupa mógł gotować — z dziwu w dziw obiad cały szedł, w zachwycenie wprawiając p. Pawła, który nie pamiętał, żeby kiedy jadł tak smacznie. Po zupie dano paszteciki w francuskiém cieście z móżdżkami, delicye, daléj sztukę mięsa szpikowaną z takim sosem, jakby go aniołowie przyprawiali, daléj była i potrawka z kury z grzybkami i jarzyna z wątróbką i pieczyste z indyka i sałata do niego osobliwa, nieodgadniona, wyglądająca niepozornie, a któréj odjeść się nie było można. Na ostatek dobił budyń z rodzenkami, sos winny — niech go kaci!
Mondygierd w początku uwierzywszy w słowa gospodyni, nadto się sztuką mięsa uprowidował (dla sosu), daléj skusiło go to i owo swym smakiem, a że mu i siedząca przy nim gospodyni dokładała na talerz, pod koniec obiadu uczuł się strasznie ciężkim.
Dodać należy, że z drugiéj strony usadowiony pan Fortunat, niemiłosiernie pilnował, aby się gość czysto ze szkłem obchodził. Więc pili a pili. Wiadoma rzecz, że jedząc dużo, pije się chętnie i dopóki trwa ten proces — idzie wszystko gładko, dopiero kiedy się on skończy, gdy wstać potrzeba i trawić, zaczyna się kara za grzechy.
Przy budyniu już pan Paweł czuł się niepomiernie obładowanym, i w oczach jakoś było mu niezupełnie jasno. Fantazyą nadrabiając, dużo mówił i szło mu niezgorzéj.
Trwożyło go tylko to, że gdy w chwili trawienia, wymagającéj spoczynku, wypadnie się zająć interesami, może nie mieć umysłu tak żwawego i otwartego, jak okoliczności wymagały.
Trwoga była po niewczasie.
Wstano od stołu, a że zaraz podano kawę, która dla konkocyi jest bardzo zbawienną, dużą filiżankę czarnéj kawy wypił pan Paweł i to go na nogi postawiło. Czuł, że był on i jego reputacya ocalona.
Tymczasem prawiono o fatałaszkach, a o interesach ani słowa. Na niebie chmurzyć się poczęło, pan Paweł uznał swym obowiązkiem przypomnieć gospodyni, że gotów jest na jéj usługi.
Wnet panien reszta rozbiegła się, a p. Fortunat poszedł i przyniósł w dużéj chustce związany plik papierów. Zasiadł Mondygierd przy okrągłym stole, wdowa naprzeciw niego, przystąpiono do egzaminu.
— Ja, szanowny sąsiedzie, naprzód ci wyznam — mówiła, szczerząc ząbki wdówka — nic a nic nie rozumiem się na interesach, a mam wstręt i obawę nadzwyczajną prawników. Popaść w ręce jurystów kobiecie, to znaczy kamień sobie do szyi uwiązać.
Będę z panem otwartą, mojego własnego nie wiele mam, to co po rodzicach zostało, tylko dla Filipiny na posag dać myślałam, że z Harasymówki będę mieć aż nadto. Ludzie mi obiecywali złote góry, kilkaset włók, a tu Bałanowicz grozi, że może na chleb mąki zabraknąć.
Westchnęła pani Zabielska.
— Ja jestem trochę zepsuta — dodała — lubię wygódki, radabym się i ubrać i ludzi u siebie widzieć...
Załamała ręce białe.
— Co tu robić kochany sąsiedzie? — dodała — Bałanowicz mnie przeraża... wiosną, słyszę, woda wszystko zalewa, miotlica jakaś zboże głuszy, a tu jeszcze na Harasymówce jest suma do klasztoru w Horodyszczu, dziesięć tysięcy złotych, prowizye zaległe od lat pięciu. Jakimś Symonowiczom rękodajnéj sumy dwadzieścia tysięcy, Parafińskiemu dwa tysiące, a! czy ja to spamiętam!!
Radź i rozpatrz się, mów... będę posłuszną... bom przestraszona. A! ten Bałanowicz.
Westchnęła w sposób serce rozdzierający, Paweł się namyślił i rzekł poważnie:
— Nie zinkwirowawszy rzeczy do gruntu, trudno, moja mości dobrodziejko, lekkomyślnie ferować dekreta. A to jedno wiem, że Harasymówka wieś jest dobra, rozległa, grunta wysokie, urodzaje bywają doskonałe, las nad wodą, dawniéj był niezniszczony i dziś pewnie się z niego towarnego coś da wyciągnąć.
Desperować niema czego!
— Ale Bałanowicz! — powtórzyła wdowa i mówiąc to, dwa białe kułaczki położyła na stole przed panem Pawłem, dwa takie białe śliczne kułaczki, że trudno było od nich oczu oderwać. Pan Paweł miał pasyę do rąk kobiecych, jak wielu mężczyzn (co i my już ex re panny Adeli uczuć dali) — otóż w chwili, gdy zobaczył ręce na stoliku, zapomniał o sumie klasztornéj, o rękodajnéj Szymonowiczów, o Parafińskim, o Harasymówce i wpatrzył się w ręce tak, że pani Zabielska posądziła go, iż chyba coś rachuje mentalnie.
Gdzie tam! człek słaby rachował ileby na każdym z tych palców, zakończonych różowemi podługowatemi paznogietkami, pocałunków się zmieściło. Ciekła mu ślinka, nieszczęśliwy był — posmutniał.
Ocucił się dopiero, gdy wdowa dodała:
— Zapomniałam o najgorszém, wszak i proces jest jakiś ze Skirmuntami.
— Ej to... to jest nic — uśmiechnął się Paweł — ja wiem o nim! trwa lat dwadzieścia, chodzi o wydmę piaszczystą na Prypeci... z tego się śmiać!
Wdowa, widać żwawa i w gorącéj wodzie kąpana, usłyszawszy to, oczy w niego wlepiła śmiałe, przysunęła się tak, że poczuł suknię dotykającą nóg jego, i zaczęła:
— Więc, kochany sąsiedzie, krótko a węzłowato, otwarcie, proszę (tu ręki jego dotknęła i ciarki po nim przeszły) — mów co Harasymówka warta? co ja za nią wziąć mogę? Czy mam ją sprzedać? czy puścić? czy gospodarować saméj?
Zarzucony temi pytaniami, pan Paweł otarł pot z czoła, bo go ten exemen, obiadowanie, kawa, ba i oczy wdowy jak ukropem oblewały — zamyślił się.
— Mów, proszę, otwarcie — dodała natarczywie wdowa — mój mąż zawsze mi o panu wspominał, jako o najlepszym swym przyjacielu; kilka razy, już gdy był chory, napomykał, abym mu się z całą ufnością oddała w opiekę.
Tu pochwyciła go za rękę, pan Paweł nawzajem ujął chciwie jéj białą łapkę i pocałował, aż się sam zarumienił, z gorącością więcéj niż przyjacielską.
Wdowa nietylko, że się nie pogniewała, ale widocznie była rada.
— No, mów, proszę — nalegała siadłszy znowu trochę daléj.
— Wszystko to są kwestye — odezwał się pan Paweł — jakby się wyrazić? skomplikowane, nie łatwe do natychmiastowego ex spromtu roztrzygnięcia; jednakże będę tentował ażali mi się nie uda uspokoić acanią dobrodziejkę, nie czyniąc jéj illuzji.
— Tak! tak! mój dobrodzieju, żadnych illuzji... proszę! — zawołała wdowa.
— Więc przystępuję do referatu — rzekł Paweł odchrząkując. — Primo, co Harasymówka warta? Powiem acani dobrodziejce od siebie rzucając dwakroć, a potargowawszy się i więcéj, i więcéj. Secundo, czy ją acani dobrodziejka masz sprzedawać, zależy od jéj dalszych projektów, ja stoję przy tém, że ziemi się, mając ją, nie powinno sprzedawać. Tertio, czy ją puścić? nie wotuję za tém; ultimo, czy gospodarować saméj? jeżeli się nie ma innych projektów i widoków, a dlaczegóżby nie?
Zaś, dyskursywe i zupełnie konfidencyonalnie dodam, a proszę mnie nie zdradzać, Bałanowicza trzeba wyforować, bo to jest drapieżny zwierz. Będzie on płakał, że nędza go je, ale poczekawszy wioskę kupi...
Kończył swój referat pan Mondygierd, gdy razem łysk straszny oślepił go, łoskot ogłuszył, i
— A słowo się stało ciałem! — rozległo z pokojów.
Piorun palnął w ogromną topolę nad wodą i wiosenna burza gwałtowna szaleć poczynała. Zamykano okna, panna Bernarda wbiegła proponując zapalenie gromnicy, bez któréj się naówczas dłuższych podróży nie odbywało — wpadł p. Fortunat przerażony, bo jak żyw w mieście burzy takiéj nie widział.
Dano tedy pokój naradzie i całe towarzystwo zebrało się w jednym pokoju, czekać aż burza przeminie. Trzeba zaś wiedzieć, że na lasach i błotach, gdy raz chmura zawiśnie nad niemi, jakby ją przykuł, trafia się, że dwadzieścia cztery i więcéj godzin pioruny się tu wyładowują i strumienie deszczu leją, wracając do błot, z których powstały. W jednéj chwili niebo się zaciągnęło płowo, i artylerya niebieska dokazywać zaczęła. Błysk jeden gonił za drugim, grzmot nie ustawał, a wśród huku tego, kiedy niekiedy tylko trzasnęło straszliwie, jakby osie świata się łamały. W dodatku przyszedł grad jak gołębie jaja i nuż walić w dach a okna wybijać. Zaczął się sypać przez jeden komin, tak, że musiano posłać stróża, zrobić choć babę (worek ze słomą, tak nieprzyzwoicie nazywany) i komin zatkać.
Panu Mondygierdowi przyszło na myśl, a nuż ludzie z obijanika kilimbu nie zdjęli, ale tego nie dał poznać po sobie. Co się tyczy okien w Kozłowiczach, o te był spokojny, że Kasper je pozamyka, bo po szklarza, Boże uchowaj konflagracyi szyb, trzeba było posyłać do Pińska.
Grad narobiwszy szkody, poszedł na lasy, ale ulewa, niewidziana, niesłychana, opętana, szalona, nie dozwalała nawet myśleć o powrocie, a tu robiło się ciemnawo. Stał wprawdzie parasol za szafą karmazynowy, dobry, fundamentalny, na żebrach ze trzciny, ale go do obijanika nie wzięto. Kto może przewidzieć wszystko.
Lało i lało, pioruny waliły choć rzadziej, ale blisko i potężnie. Kobiety się trochę uspokoiły, kazano podawać podwieczorki, pan Paweł patrzał w okno.
— Piękny interes! jak się tu dostać do domu! Płaszcza Kasper nie dał, frak ryzykować na deszcz było szaleństwem. Sajetę nowiuteńką!
A tu wyraźnie zmierzchało. Niepodobna jest odmalować stanu ducha p. Pawła — posmutniał. Co spojrzy w okna w interwallach rozmowy, leje, ale to leje jak z cebra — a mrok zapada coraz gęstszy.
— Ja bo uważam — odezwała się wdowa — że acan dobrodziéj się niepokoisz powrotem. A to daremnie o tém i myśleć. Nieprzyjaciela się w taką ulewę z domu nie wygania!
— O! jak Bóg miły, ja do siebie pana biorę i nocujemy razem, a do poduszki zrobię ponczyku i palce oblizywać! Cha! cha! cha!
Zdetonował się p. Paweł — nocować! ale gdzież znowu.
Począł się jąkać, że nawet na dzień jutrzejszy pańszczyzna nie była dysponowaną.
Rozśmiał się pan Fortunat.
— To wyjedziesz asindziej do dnia... ale w burzę tę...
— Ale ja nie puszczę! — dorzuciła wdowa z uśmiechem wdzięcznym, nawet rozmowyśmy nie dokończyli.
— Jużci ciągle tak lać nie może! — rzekł Mondygierd.
— O! nie — wtrąciła panna Bernarda — bulki stoją na wodzie, deszcz długi, słowo daję.
Wiedział o tém i p. Paweł co bulki i bąble na wodzie znaczą, ale zamilkł.
Lało a pioruny waliły.
Podano podwieczorek, a po nim znowu nastąpiła konferencya z panią Zabielską, poufalsza już. Mondygierd obstawał, aby nie marnować Harasymówki, która z czasem, wybiwszy trochę rowów, stać się mogła złotem jabłkiem.
— Ale ja sobie rady nie dam sama! — westchnęła wdowa.
— Przecież ja niedaleko, sługa acani dobrodziejki — rzekł Mondygierd.
Ściśnięto mu rękę, przez wdzięczność ucałował paluszki. Sam czuł, że to ustawiczne całowanie było zbyteczném i — nieprzyzwoitém — ale wstrzymać się nie mógł. Na podwórzu lało.
Wieczerza była skromna, ale znowu tak smaczna, szczególniéj zrazy z sosem do kaszy, że Mondygierd zjadł talerz pełny.
Lało i lało; jeszcze się deszcz poprawił. Dawszy dobranoc, poszli z panem Fortunatem spać. Tu czekały ingredyencye ponczowe do poduszki i garbus zrobił coś tak smakowitego, że para szklanek poszła niepostrzeżona.
Obok tego, że na ścianie wisiała gitara, a był na niéj wirtuozem, siadłszy na łóżku pan Fortunat, jak zaczął różne piosenki wyśmienite wyśpiewywać, co się pan Paweł naśmiał, nie pamiętał kiedy tak był wesołym.
Posłano mu na sofie, ale téż wygodnie, że gdy po ponczu legł i zasnął, obiecując sobie wstać przed świtem, czy skutkiem ingredyencyi ponczowych, czy zamknięcia hermetycznego okiennicy, gdy się przebudził i postrzegł pana Fortunata na nogach — była już godzina (nie do wiary) dziesiąta.
Desperacya i wstyd zarazem porwał, co najprędzéj więc, nie żegnając już gospodyni, tyłami po za dworem, pobiegł po błocie i kałużach do obijanika. Tu się ledwie chłopca dowołał. Deszcz jeszcze mżył, ale drobny. Fraszka on, ale z Kasprem przeprawa! nocowanie w cudzym domu! Gdzie? u pani Zabielskiéj!! Trzeba się było w męztwo uzbroić.
Gdy po długiém klapotaniu się w wodzie, stanął obijanik u portu, nikogo tu nie zastał.
W deszczyk więc we fraku, bo kilimka zmokłego do okrycia się użyć nie było podobna, w butach na jednéj podeszwie karbowanych, zabłocony, zły, zmokły, wpadł do dworu.
W téjże chwili Kasper wychodził z kredensu, jak sędzia straszny i nachmurzony.
— A ja już myślałem, że pan chyba nie wróci — odezwał się szydersko. — Czekałem po obiedzie, na wieczerzę, o mało niecałą noc... Taż to jedenasta godzina!
— No, to co? to co? Nie mam prawa już przenocować u przyjaciół, żebyś nie gderał...
Kasper uciął nagle.
— A pięknie się pan oporządził, jak Boga kocham — zawołał — buty djabli wzięli i frak! Kto wie co będzie.
Mondygierd wszedł do pokoju nie słuchając gderania. Gryzło go sumienie. Kasper ulitowawszy się mruczał tylko, lecz twarz jego mówiła wiele. W istocie mógł Mondygierd znaleźć środek, bo Bałanowicz miał parasol granatowy, znany aż pod Pińsk i byłby go pożyczył, ale to mu teraz dopiero na myśl przyszło. Po czasie.
Przez cały dzień, jak wyrzut sumienia miał frak leżący i wysychający w jednym pokoju, gdy w drugim na prawidła wbite buty się rehabilitowały.
Z Kasprem o Harasymówce mowy nie było. Rzucał on wejrzenia tak kommizeracyjne na pana, jakby go za zgubionego uważał...
Kilka dni przeszło spokojnie i bez wiadomości od pani Zabielskiéj.
W rozbiór stanu duszy i serca naszego starego kawalera trudno jest się zapuszczać. Sam on nie zdawał sobie jasno sprawy z uczuć swoich. Extra mu smakowała wdówka, a bał się jéj jak ognia. Cieszył się, że przez kilka dni nie było żadnéj wiadomości i że mu pokój dano, a razem doznawał jakiéjś przykrości, że go już nie potrzebowano. Jechać sam nie chciał, miałoby to znaczenie, pragnął być pożądanym i powołanym. Nie dawano znaku życia.
— To i lepiéj! — mówił sobie, a zaraz dodawał — osobliwa rzecz, tak jéj było pilno się radzić, ledwiem słowo rzekł, nie rozwinąwszy nawet racyi pro et contra, papiery nierozpatrzone i — milczenie.
Trafił na tę myśl, że się jéj może rada nie podobała.
— A to znowu trudno, człowiek sumienie ma!!
Ale niespełna w tydzień przybył Fortunat, taki serdeczny jak był, opowiadając żartobliwie, że jeździli do Pińska, dla zobaczenia wiuna na łańcuchu, że ta podróż im czasu dużo zabrała i że siostra go zaprasza dla interesów.
— Asindziéj bo — dodał przy kieliszku poufale — słowo daję, takeś się siostruni podobał, że ja się z niéj śmieję...
Zaczerwienił się strasznie pan Paweł i tylko bąknął:
— Ale, mój mości dobrodzieju!
A Fortunat jeszcze przyłożył, że nie widział Hermancyi, żeby tak kogo faworyzowała i miała w nim ufność jak w panu Pawle. Wypili z nim butelkę wina i Mondygierd przyrzekł się stawić nazajutrz po obiedzie. Nie wiadomo jakim sposobem się to złożyło, zastał tylko Fortunata i wdowę, panny z całym fraucymerem i dziewkami z folwarku puściły się dnia tego na grzyby. Fortunat zaś absentował się co chwila, jak się zdaje czatując na młodszą Bałanowiczównę, wcale przystojną panienkę, do któréj się po warszawsku zalecał. Stary Bałanowicz, lis wielki, zamykał na to oczy w nadziei, iż przez Basię wyrobi sobie utrzymanie się na zachwianym nieco urzędzie.
Dosyć, że Paweł z wdową był prawie sam na sam, całe poobiedzie. Mówiono pryncypalnie o interesach, ale dyskursywe i różne inne materye się potrącały.
Więc, gdy przyszło do utrzymania się i gospodarowania w Harasymówce, p. Paweł się z tém odezwał, że — acani dobrodziejka w swych latach i wdziękach długo wdową pozostać nie możesz, bo się do zbytku pretendentów nadarzy.
Wdowa się poczęła śmiać, położyła mu rękę na dłoni i rzekła:
— Jużcić mi się szałaputów trafiało co niemiara, to prawda, ale ja świszczypałków nie lubię. O! ja jestem bardzo trudna, wierzaj mi acan dobrodziéj. Pretenduję, gdybym za mąż iść miała, człowieka z sercem i charakterem. To pryncypalne. To się niełatwo trafia, nie mówmy o tém.
A kończąc spojrzała na pana Pawła tak przyjemnie, że mu się zrobiło błogo, zadumał się i popatrzywszy na jéjmość, umilkł...
Przy téj konferencyi zdawało mu się wszystko wyczerpaném; a jednak żegnając sąsiada, wdowa mocno się dopominała, aby ją nie opuszczał i zamawiała sobie jego opiekę.
— Już choćbyś asińdziej nazwać mnie miał natrętną, nieznośną, czepiam się go jak mojego jedynego protektora... i nie puszczę!
Słowa te z lubością powtarzając sobie pod poklatem obijanika, wrócił pijany niemi do domu p. Paweł; aż Kasper przy wieczerzy ze złośliwością wielką syknął:
— Coś pan bardzo na fis bierze, czy nie myśli o przyłączeniu Harasymówki do Kozłowicz.
Ale na to jak mu bryznął obcesowy Mondygierd:
— Nie bądźże ty k.... proszę ja ciebie!
Kasper umilkł jak zamalowany.
W parę dni przypomniał sobie p. Paweł, że rejentowi obiecał się z raportem o Harasymówce. Miał czy nie intencyę wyspowiadać mu się szczerze, ale pojechać jużcić trzeba było.
Ruszył tedy ze Stasiukiem drogą lądową i z przyjemnością postrzegł na ganku kołtunowatego, który drzemał. Zdala nie miał miny tak nadzwyczaj szczęśliwéj, jak gdy się chwalił przed przyjacielem ze swego małżeństwa.
I w istocie był kwaśny. Od trzech dni żona jego wyjechawszy do ojca do Sernik, siedziała tam nie wiedzieć czego. Rejent był zły, gdyż nie tajno było nikomu, że rejentowa tam na lat trzy przed wyjściem za mąż miała amanta, który się żenić zamyślał, ale zaszły plotki i romans rozerwały. Otóż Sawicz posądzał żonę o reminiscencye wcale niesłusznie, gdyż owego pretendenta nawet w Sernikach nie było. Tego więc dnia stan małżeński w inném świetle począł przedstawiać przyjacielowi. Było to męczeństwo i — zgaga.
— My, stare graty, mój dobrodzieju, żenić się nie powinniśmy. Djabeł nie śpi, a gachom takich mężów potrzeba. Oni na to jak na lato.
Pan Paweł nie miał nic przeciw aksyomatowi, ale „my stare graty“ oburzyło go. Nie czuł się wcale starym! Ale ba!
Gadu, gadu, podano nalewkę, bo rejent, szczególniéj malinową lubił, aż kołtun nagle, słuchając o Harasymówce, wybuchnął:
— A no! ba, byłbym na śmierć zapomniał; ta to interesa mam do ciebie. Zbiera się tu na jedną rzecz, do któréj ty nam jesteś potrzebny. Zabielska była w Pińsku, tam ją zobaczył Symonowicz, który ma kapitalik lokowany na Harasymówce, wdowa mu w oko wpadła... chce się starać. Ty mu musisz dopomódz.
Jakby go ukropem zlał, poskoczył Mondygierd.
— Człowiecze! co gadasz! — zawołał — a daj ty mi święty pokój. A to mi się podoba! Wiesz czy nie, że nieboszczyk na łożu śmiertelném powierzył wdowę mojéj opiece, a ja jéj mam Symonowicza swatać!
— Fiu! fiu! fiu! a cóż to Symonowicz? cóż mu to braknie?
— Wiatrogon, pusty człek, pałkę zalewa i na nic się nie zdał! — wyrwał się gwałtownie Paweł. — Przy kielichu ja go lubię, ale kobietę za niego dać! Nie znasz jego awantur?
Rejent się schmurzył.
— Co bo bierzesz tak gorąco! Szalał to się ustatkuje! Chłopak do rzeczy, chłopiec wioskę ma, no i kapitalik... i do rzeczy jest, światowy! Zabawny...
— A już ty mi nie gadaj! — zawołał p. Paweł — niech się sobie stara, niech się sobie żeni, jakem żyw, pomagać mu nie będę... nie będę!
— Chandra cię napadła! — mruknął rejent — nie irytuj się, dajmy pokój!
Pan Paweł się nierychło uspokoił, późniéj przyszedłszy do siebie, choć na pozór chłodny, czuł się tak zburzony, że wcześniéj do Kozłowicz powrócił niż sobie obiecywał. Przez całą drogę myślał, jak Symonowiczowi stołka podstawić, jedynie przez sumienie, przez obowiązek przyjacielski...
— Ja tam sobie pretensyj żadnych nie roszczę i projektów nie snuję, ale żeby taki z pozwoleniem, błazen, miał taką kobietę wziąć, niedoczekanie! Ja go zdemaskuję! obowiązek sumienia, więcéj nic... jak mi Bóg miły, więcéj nic!
Tak się to mówiło, ale coś więcéj było niż obowiązek sumienia. P. Paweł czuł, że zaszłapał, choć się do tego przyznać nie chciał przed sobą.
Gdy Kasper przyszedł mu zdejmować buty, Mondygierd się do niego odezwał po staremu konfidencyonalnie:
— Będziemy mieli sąsiada! hę! Ta to słyszę Symonowicz myśli się starać o wdowę.
— Który Symonowicz?
— A starszy! Ten wisus! No, wiesz. I ja ci powiem w co bije, mają sumkę na Harasymówce, pozwą o nią, wdowa gotówki nie ma, kawaler się nastręczy, a ma prezencyę... no! i babę licho wzięło!
— Albo to ona nosa nie ma! — odparł Kasper. — Co panu się o kobietę turbować?
— Ja się nie turbuję! — wyrzekał się Paweł — wcale się nie turbuję.
— Da ona sobie rady! — dodał Kasper — ludzie o niéj mówią, że nieboszczyka za nos wodziła jak chciała. Umie wpędzić i opytać i wybrać i wie co robić.
— A jak Symonowicz kapitału zażąda?
— A co bo jegomości w głowę, to utrapienie wlazło! Odżegnaćby się... Co nam do niéj.
— Co? — odparł Mondygierd — otóż chyba nie wiesz, że na łożu śmiertelném, mój drogi, kochany Zabielski oddał mi ją w opiekę.
Kasper ruszył ramionami.
— Tego tylko brakowało! — rzekł i wyszedł.
Tu nam wypada coś powiedzieć o panu Piotrze Symonowiczu, dziedzicu części wioski w Zagrzęziu. Był to młodzieniec lat trzydziestu kilku, który trochę, po ojcu chcąc iść, palestry próbował, ale szczególniéj praktykował przy kieliszkach i na polowaniach. Wesół był, wyglądał junacko, nosił się kuso, tańcował sławnie, handlował końmi i hulał. Nic mu oprócz tych kawalerskich defektów zarzucić nie było można. Lubiono go, ale gdy się starał o starszą podsędkównę, ojciec mu odpowiedział:
Dałbym ci ją, aleś się jeszcze nie wyszumiał, a ona czekać nie może. Jeżeli się ustatkujesz, a młodsza tymczasem dorośnie, to ją weźmiesz. Teraz, kochanie, nie ma sposobu.
Pocałował go w głowę, on go w rękę, i tak się wesoło rozeszli.
Fortuna Symonowicza pół wsi w Zagrzęziu była bardzo szczupła, podpierać ją miał ów kapitalik na czarną godzinę zostawiony. Uśmiechało się Symonowiczowi razem przyjść do Harasymówki za kapitał, a w procencie dostać żonę, jak on sam mówił po junacku. — Choć się w pyski bij przed nią!
W Pińsku, z racyi owéj sumy poznał się z panią Zabielską, zaraz mu ta myśl przyszła do głowy i chwycił się pana Fortunata, żeby go sobie zjednać. Swój swego poznał; jednego wieczora zrobił p. Fortunat ponczyku, drugiego Symonowicz zaprosił na wino. Spili się doskonale, a że przyjaźń po pijanemu wiąże się łatwo, pokumali się serdecznie. Symonowicz pistolety tureckie darował na zadatek drużby Fortunatowi, ten łańcuszek od zegarka złoty i sepecik wysadzany.
Postanowiono było, że Symonowicz miał przybyć, niby dla swojego interesu do Harasymówki, ale się sztyftował aby wystąpić i kazał sobie szyć bardzo bogato sznurami i pętlicami ozdobną taratatkę z jakiemiś figlami. Panu Pawłowi że o tém nic nie mówiono, nietylko że się dziwił, ale był prawie zły.
— Taki ze mnie opiekun! — mówił — tu niebezpieczeństwo grozi, a przedemną wszystko tają. No, to chyba kwita i z opieki i z przyjaźni! Ja się nie nabijam, ale słowa prawdy że powiem ustępując, to powiem. Ja ręce umyję!!
Poczciwy pan Paweł tak jakoś tę sprawę wziął mocno i gwałtownie do serca, tak się nią rozgrzał, że w niéj widział (choć jeszcze się nic nie rozpoczęło) osobistą urazę, bo czemuż się go nie poradzono? daléj niebezpieczeństwo z takiego sąsiada niespokojnego dla Kozłowicz, sumienny obowiązek zapobiegania zgubie uczciwéj kobiety i wiele innych konsyderacyi. W gruncie jednak szło podobno o to tylko, że fertyczny Symonowicz miał mu śliczną wdówkę pochwycić, któréj on téż gorąco pożądał.
Ponieważ rejent bąknął coś, że się Symonowicz sztyftował wystąpić strojno w Harasymówce, p. Paweł téż zwrócił uwagę na to, że jego garderoba, chociaż mało używana, mogła wymagać pewnych dopełnień i odświeżenia. Potrzeba było przystąpić do surowego jéj przeglądu i sumiennéj krytyki. Ale co na to miał powiedzieć Kasper.
— A niech go kaczki depczą! — zawołał w ferworze wielkim Mondygierd — będzie mi fąfry stroił i gderał, no... to kwita z przyjaźni i fora ze dwora.
Wyrzekł to gorączkowo, nie zastanawiając się nad tém, że rozstać się z przyjacielem takim nie było łatwo. Czasem gdy Kasper wybrał się na toki i wieczorem go nie było, a chłopak kredensowy buty mu tylko przychodził zdejmować; mała rzecz! a za Kasprem się stękało, bo nikt tak nogi podstawić, buta ująć i jednym zamachem go zdjąć nie potrafił jak on. Cóż dopiero w innych rzeczach!!
Rywalizacya z Symonowiczem, który szyć sobie kazał taratatkę, zdecydowała krok stanowczy. Rano nazajutrz przy kawie pan Paweł rzekł tym głosem, który nie dopuszczał repliki:
— Słuchajno Kasper... potrzebuję zrewidować garderobę, nie mam się w co ubrać...
Kasper stanął osłupiały.
— Pan Jezus przy dziecięciu! otóż co? — zapytał. — Pan, pan się nie ma w co ubrać? Szafy pełne, komoda, kufer, a panu tego jeszcze mało.
— Mało czy dużo, odzienie się postarzało, ludzie inaczéj chodzą, rozumiesz. Sic volo, sic jubeo, kwita! Rewizya generalna garderoby! Słyszysz!
Ruszał ramionami Kasper, jakby nad obłąkaniem jakiém ubolewał; wyniósł kawę. Tymczasem Paweł chodził wielkiemi krokami po pokoju. Czekał na powrót jego. W pół godziny zjawił się, ocierając usta po śniadaniu, w humorze jakimś wesołym, szyderskim, niemal obrażającym.
— Rewizya jeneralna garderoby! — zawołał Paweł rozkazująco.
Szli milczący do sypialni, Kasper otworzył szafę. Na dole jéj stało obuwie, którego wyłączyć nie godziło się, na przekór więc rozpoczął od wystawienia na światło dzienne całego szeregu butów. Upiory z grobu wstały! Były tam buty ze sztylpami niegdy żółtemi, które się stały plamiste, buty myśliwskie do pasa niemal, trzewiki ze sprzążkami, buty ze spiczastemi nosami karbowane, juchty gospodarskie, kozłowe ranne i wytarte szlafrokowe, pąsowe, haftowane, w prezencie niegdy ofiarowane Mondygierdowi. Rozmaity ich kaliber, fizyognomie, ślady używalności, na niektórych pęknięcia, łaty były żywą historyą lat długich... Niektórych cholewy jak znużone schylały omszone pleśnią głowy, zdając się usypiać po pracy, na innych mnogie złamania i marszczki stały jak znamiona starości, trzewiki prawie nieużywane bolały pod poniewierką, w jaką poszły pogardzone. Kasper posłyszawszy o rewizyi jeneralnéj, dobył wszystko, aż do starych pantofli, które miały téż przywiązaną do nich legendę, o powstaniu w pewnéj chwili kaprysu ze starych butów.
Pan Mondygierd zniósł satyryczne wystąpienie z cholewami, ze stoicką krwią zimną.
Poczęło się zdejmowanie z kołków od taratatki. Musimy uczynić tu uwagę, iż pan Paweł ze starymi przyjaciółmi, czy oni byli z nankinu, sukna, czy olepinu, czy ze skóry, z trudnością się rozstawał. Dziurawe nawet i łatane rzeczy zachowywał mówiąc:
— Niech to sobie będzie! co to komu szkodzi?
Taratatka miała wiek nader poważny, pochodziła z téj epoki, gdy p. Paweł nie rozrósł się był, nie rozwinął, nie zgrzebiał, a że oprócz tego wisząc długo nieco się zbiegła, dziś ona już nie na wiele się przydać mogła. A że była suto naszywana, sznurami ozdobna, niegdyś elegancka, choć jedwab na niéj zrudział miejscami, a szmuklerszczyzna wytarta do podkładek, tu i ówdzie bielała.
Wszelako, ponieważ Symonowicz się zapowiadał w taratatce, zwróciła ona szczególną uwagę p. Pawła.
— Pokaż no! cale nie zła! — odezwał się — daj no ją tu.
Kasper się wysunął w obu rękach ją trzymając. Mondygierd zrzucił siwy kubrak i żywo wciągać począł to wspomnienie lat młodych.
Niestety! ręce nie chciały już wchodzić w rękawy. Zbutwiała podszewka ze złowrogim chrzęstem jakimś pękała, a gdy na gwałt wdział ją pan Paweł, nie schodziła się na przedzie, nie spinała na piersiach.
— Pan, jak Boga kocham, wyrósł — prychnął Kasper.
— Gdzie tam, to ta głupia się zeschła czy kat ją wie — odparł Paweł.
Odrzucono ją na stronę. Surdut granatowy okazywał mnogość plam wywabionych trędowacizny i brakło mu pary guzików, czarny na łokciach był wyślizgany, z fraków dwu, granatowy świeżo szwankował, czarny krojem jakoś do obecnych czasów się nie nadał. Z kamizelek wiele było w stanie opłakanym, inne kończyły się tak wysoko, iż z odzieżą po nich następującą w zgodzie nie były. Wszystkiego było dosyć, nadto, ale surowy sędzia p. Paweł w duchu musiał wyznać, że fundamentalna restauracya garderoby była wskazana przez sytuacyę, w logice wypadków.
— Już ty tam sobie gadaj co chcesz — odezwał się do milczącego Kaspra — to są... to są rupiecie. Póki nikogo w sąsiedztwie nie było, uchodziło i tak, a no, teraz nie można!
Nie... tak się dłużéj ostać nie może! — dodał chodząc wśród rozłożonéj garderoby pan Paweł. Przyszła mu myśl szczęśliwa zawarcia ust Kasprowi, oczyma wyszukał co było najgorszego, najmocniéj zdesperowanego, wybrał to i rzucił na ręce Kaspra.
— To dla waszeci!
Skłonił się obdarowany.
— Ale, słuchajno — dodał, korzystając z ułagodzenia sługi — co człowiek musi, to darmo... Kruty ne werty, treba umerty, także i to, mospanie, muszę coś sprawić, a jeśli nie sprawić to poprawić. Duchem przez Dropia do Pińska nakazać do Icka krawca, ażeby się tu stawił. Już jeżeli nie Icek to nikt.
— Pewna rzecz — potwierdził Kasper, myśląc i o sobie — że Icek i wie i umie, i chytro, mudro, potrafi ze starego nowe tak zrobić, że ani poznać.
— Otóż to jest, bo znowu nadzwyczajnych wydatków nie chcę ponosić, byłoby to głupstwem — dodał Mondygierd.
Pochowajże ty to wszystko, a po Icka niech Drop’ jedzie i powie, żeby z sobą zabrał co potrzeba do roboty, jedwab, nożyce i żelazko.
— Jednakowoż się nie obejdzie bez powtórnego posyłania — wtrącił Kasper — boć on nie wie jeszcze, co ma robić, a i do szmuklerza będzie trzeba, i bez podszewek nie wywiniemy się, a na kołnierze manszestru, a guziki, a...
— No, to pojedzie na szabas do Pińska i powróci w niedzielę.
Stanęło tedy na powołaniu Icka. Był to artysta w Pińsku najlepszéj i zasłużonéj sławy używający, czy wypadało robić — z nowego — czy stare nowém uczynić. Szczególny zaś miał talent w swych klientów wmówić, że to co zrobił, ani w Warszawie lepiéj nie mogło być wykonaném. Chwalił się, że miał wiadomości zawsze o najświeższych modach. I nie kto inny mógł szyć ową taratatkę dla Symonowicza, bo w węgierkach i taratatkach Icek był szczególniéj mocnym.
Choć panu Pawłowi śpieszno było do Harasymówki, lecz postanowił nie pokazywać się tam aż do odnowienia, choćby częściowego garderoby.
Przywieziono Icka, który choć znał oszczędność, drobnostkowość, nudziarstwo pana Pawła podszytego Kasprem, lubił tu robić, bo koniec końcem wytargowawszy się do upadłego, wziął zawsze więcéj niż gdzieindziéj. Mondygierd z wielką polityką nie okazał Ickowi, ażeby mu było tak bardzo pilno garderobę restaurować, nie dał nadewszystko poznać żadnego radykalizmu przekonań, począł flegmatycznie.
— Trzebaby tam, mój Icek, rozpatrzeć się w garderobie, bo wiele rzeczy leżąc się zdezelowało, tam i siam czegoś brak... hm!
— Ja bo się dawno dziwuję, że jasny pan tak indyferentny — rzekł Icek — przecie człowiek ubrawszy się, zaraz inaczéj wygląda, a chwalić Boga, pan jeszcze młody i przystojny. Niech pan żyje sto lat!
Podniósł jarmułkę — mruknąwszy coś poprowadził Paweł do szafy. Nastąpiła rewizya powtórna.
— Tylko proszę cię Icek — rzekł, po ramieniu go klepiąc p. Paweł — ty mnie znasz, ja zbytnich wydatków nie lubię, co potrzeba! rozumiesz.
Wyszła na okaz pierwsza owa taratatka, żyd oglądał w milczeniu.
— Hm! — rzekł p. Paweł — jeszcze nie zła, zbiegła się trochę!
Icek głową kiwał, niewiele czyniąc nadziei.
— Co mówisz? ja powiem ci, życzyłbym sobie mieć piękną taratatkę. Może dobrawszy cośkolwiek sukna? hm? Kazawszy szmuklerzowi odświeżyć potrzeby? hm? Jak ci się zdaje.
Ickowi się nie zdawało, głową kręcił.
— Nic z tego taratatków nie będzie, nie — rzekł w końcu.
— A gdyby z czarnego surduta — zdejmując go z kołka — zrobić nową taratatkę? co mówisz?
Icek oglądał surdut, klapy były sosami poszpecone, wskazał na nie.
Toby się przecie potrzebami zakryło — westchnął Mondygierd.
— To jest kiepski kalkulacyi — odezwał się Icek. — Takiemu panu, jak jaśnie pan, to nie przystoi. Z surduta, jak ja jego wezmę po swojemu, jak ja jemu dam podszewkę, jak ja jemu wpakuję kołnierz, nowe guziki, jak wyprasuję, jak wychucham, to będzie nowiuteńki, piękny, na niedzielę i święta, a taratatków, mam życzyć jasnego pana? zrobiemy nowego. Pan zna pana Piotra Symonowicza? Coby pan jego nie znał? Ja jemu uszył takiego taratatki, świat i korona polskie nie widziała? Czemu jaśnie pan nie może mieć to, co ma pan Symonowicz? albo jeszcze lepsze?
Pan Paweł wziął go za rękę.
— Słuchaj Icek, zgoda, niech będzie nowa, ale taka jak u tego błazna Symonowicza, żeby nie była! Ty to rozumiesz! Co Symonowicz, to nie ja! To szaławiła, wiercipięta, szałaput, a ja człowiek stateczny... Owszem, taratatkę chcę mieć, ale taką, jaka mnie przystała. Nie pożałuję na nią. Ale mi zrobisz inną i piękniejszą!
Icek w ręce uderzył.
— Co nie ma być? wszystko będzie! — zawołał.
— Tylko bez zdzierstwa!
— Pan mnie zna, ja człek sumienny — odrzekł na płask rękę szeroką przykładając do piersi Icek — pan mnie zna! Ja... u mnie rzetelność! to jest mój majątek. A że mnie pan, jak się dobrze skończy robota, da ćwiartkę pszenicy prezentu, to ja wiem!
— O, zaraz pszenicy! — zawołał Paweł — widzisz.
— I korzec grochu — dorzucił Icek.
Mondygierd wziął się za głowę. Tu tedy wystąpiła kreda na plac i rachunek, ile to będzie kosztować.
Spuśćmy zasłonę na tę walkę, choćby dlatego, że nasz bohater, któremu się zdawało, że bitwę wygrał, na głowę w niéj został porażony. Oba spotnieli. Icek ochrypł. Szmuklerska robota, która miała stanowić główną ozdobę taratatki, była najkosztowniejszą, ale Icek, Icek musiał ją zamówić u szmuklerza, a ten był nieubłaganym, bo jedynym na cały Pińsk. Za to obowiązywał się dopilnować jedwabiu czystości i niektórych sztuk dodatkowych, dla ewentualnéj restauracyi tych miejsc, które w taratatce ulegały najprędszemu zniszczeniu.
Stanęło na tém, że do niéj miał téż być cały garnitur nowy, a reszta garderoby zrestaurować się tylko i do nowéj zastósować mody.
Odetchnąwszy wzięto miarę.
Na ostatek szło o to, że p. Paweł (co zdumiało Icka mocno), chciał mieć garnitur ów jak najprędzéj, choćby przyszło i nocy zachwycić nad robotą. Dlaczego? Pan Paweł nie tłómaczył. Tegoż dnia starozakonny artysta wyruszył nocą do Pińska po materyały; taratatka obiecywała się za dni cztery, jeżeli szmuklerz nie chybi. Kazano mu dać termin prekluzylny pod sztrafem.
Gdy po téj gorącéj przeprawie z Ickiem, siadł wytchnąć p. Paweł, gdy obliczył co go ta fantazya miała kosztować, począł sobie wyrzuty czynić i posmutniał. Zgryzoty przychodziły za późno.
Cztery dni owe w gorączkowym przeszły niepokoju. Nieustannie kogoś, po coś trzeba było posyłać do Pińska, najczęściéj Dropia, potém, bo to żydowi nigdy wierzyć nie można, przy krajaniu stał sam pan Paweł, ażeby i kawałki zrekognoskować, przy robocie prawie nieodstępnie siedział Kasper, a Icka z czeladnikiem trzeba było i poić i karmić. I co wyszło jaj, cebuli, słodkiéj wódki, kugla od arędarza, ryby, łokszynów, trudno zliczyć. Naostatek spróbował p. Paweł taratatki jeszcze niewykończonéj przy Kasprze i przy lustrze. Icek się zachwycał, leżała jak ulana. Mondygierd wyglądał w niéj inaczéj, młodszym i zuchowatszym. Uśmiechał się do siebie, gładząc włosy. Fastrygi z białych nici nieco efekt ogólny psuły, a jednak — taratatka była wspaniała, majestatyczna, i choć w pachwiach trochę kąsała, Icek ręczył, że inaczéj to nie może być, by leżała elegancko!
Kasper ruszał długo głową, podziwiając kunszt Icka, który był z siebie bardzo kontent.
Czwartego dnia późno wprawdzie, sznury były umocowane, baryłki poprzyszywane i taratatka gotowa, choć czuć ją było mocno ostatnią wieczerzą pracowników i musiano ją przez noc wywiesić wietrzyć...
Nazajutrz wybierał się Mondygierd do Harasymówki.
Kasper ujęty, skorrumpowany tém, że nietylko dostał podarek z garderoby, ale surdut własny na koszt pański ozdobił manszestrowym kołnierzem, nie mówił nic.
Niemniéj widział jasno na co się zanosiło — a! co miał robić!
Resztę robót wzięli z sobą krawcy do Pińska, a oprócz tego powierzył Ickowi do wiernych rąk pan Paweł skaleczony na weselu kapelusz, który miał być w Pińsku odnowionym. Kasper, gdy pan jego szedł wystrojony do obijanika, krok w krok stąpał za nim, jedynie dla nasycenia się jego ubraniem. Rzeczywiście wyglądał stary kawaler wcale przyzwoicie, jedno mu tylko zarzucić było można, iż o nowém odzieniu zbyt pamiętał i niepokoił się o nie.
Nie dochodząc do dworu w Harasymówce, śmiechy i ożywiona nader rozmowa nieprzyjemnie uderzyły Mondygierda. Był już najpewniejszym, że Symonowicza zastanie.
Towarzystwo w istocie tak się dobrze zabawiało tym gościem, że nie postrzegło przybywającego aż wszedł i do ucałowania ręki gospodyni przystąpił.
Piękna pani Zabielska miała rumieńce na twarzy, uśmiech na ustach, śmiała się blada panna Filipina, prychała panna Bernarda, Fortunat siedział z gitarą na kolanach, a Symonowicz tuż przy gospodyni.
Mijając go zmierzył oczyma taratatkę pan Paweł — ale gdzie, do jego ani się umywała.
Symonowicz z nadzwyczajną uprzejmością i nadskakiwaniem począł za ręce ściskać przybyłego, skoczył doń i p. Fortunat podśpiewując jakąś piosenkę osobliwą:

Przy kobiecie
Na tym świecie,
Tylko raj!
Kochać wiecznie
I statecznie,
W to mi graj!

Towarzystwo tak jakoś rozochocone, nie podobało się Mondygierdowi, który przesadzoną powagą chłodną okazać się to starał.
Pan Fortunat i Symonowicz byli widocznie po obiedzie i podchmieleni, gość miał już minę tak spoufaloną, tak zuchwałą, iż aż nadto go znajdował p. Paweł przyswojonym.
Wyśmienity humor dowodził, że z przyjęcia był szczęśliwy. Nie ustąpił śpiewający i chichoczący pan Fortunat od natychmiastowego utraktowania winem przybyłego.
Tymczasem wdowa go spytała, dlaczego tak o niéj zapomniał.
— A, moja mościa dobrodziejko! — odparł zagadnięty — zawsze służeczka jéj, i na ordynans, ale naprzykrzać się nie chcę. A pani dobrodziejce na weselszych niż ja gościach, widzę nie zbywa.
Spojrzała nań z uśmiechem p. Zabielska, jakby myśl zazdrosną odgadła.
Pan Fortunat właśnie był odwiódł na stronę Symonowicza i tam czegoś pocichu szepcząc, śmieli się do rozpuku.
Wdowa pochyliła się niemal do ucha p. Pawłowi, z minką bardzo wdzięczną.
— A ja właśnie mocno pragnęłam pomówić z kochanym sąsiadem. Tylko nie tu — dodała — nie tu! Wypij asindziéj wino dla konkokcyi, to nigdy nie szkodzi. Gorąco straszne w pokoju, możebyśmy wyszli trochę do ogródka.
Mondygierd pospieszył spełnić duszkiem, uśmiechał mu się ogródek.
Nadzwyczaj zręcznie, jak to kobiety umieją, naprzód niby po pokoju z p. Pawłem się parę razy przeszedłszy, potém ot tak — przypadkiem wyciągnęła go na ganek, a z ganku do tego, co się ogródkiem zwało.
Niegdyś to musiał być pewnie ogród, bo w nim siedziało lip kilka i zdziczały agrest tu i owdzie niby kwatery oznaczał, ale czasu bezkrólewia Bałanowicz sadził tu kapustę a jejmość cebulę i te dotąd uzurpowane terrytoryum zalegały. Ścieżki były wązkie i wydeptane tylko. Staréj jabłoni sterczała połowa z boku i smolanka uschła konary obnażone podnosiła z drugiéj strony. Zdziczałe to było i smutne.
— Wiesz acindziej — odezwała się schodząc z ganku — trzeci dzień Symonowicz tu siedzi. Formalnie się począł zalecać.
Spojrzała mu w oczy, jakby pytając: Co mam począć?
P. Paweł kołnierzyki poprawił, zmilczał nieco.
— Cóż acani dobrodziejka na to? — rzekł poważnie.
Ruszyła ramionami.
— To sekatura dla mnie — odezwała się zwolna — nie wiedzieć co robić? Lękam się go z powodu téj sumy, a...
Paweł ręką machnął.
— O sumie acani dobrodziejka nie masz co myśleć — rzekł — niech ona w żaden rachunek nie wchodzi. Gdyby nawet, czego nie uczyni, pozwał, sprawa się przeciągnie, wreszcie Harasymówka przeciążona nie jest długami, kapitalik dla eliberowania się znajdziesz acani dobrodziejka.
P. Zabielska popatrzyła nań.
— Ale czy znajdę?
— Najpewniéj — odparł Mondygierd.
Tu mu się nastręczała zręczność właśnie ostrzedz kto i co zacz był Symonowicz, ale materya zdała mu się delikatną. A nuż wdowa poweźmie suspicyę, że on sam ma jakieś intencye? Tego sobie nie życzył, był bowiem w tém stadyum jeszcze, że i chciał i lękał się i gotów był i trwożył, i korciała go wdówka i następstwa nieobliczone nabawiały febry...
Radby był, przez sumienie, odpędził Symonowicza, a sam chciał jakiś czas jeszcze lawirować. W Harasymówce będąc, patrząc na jéjmość w myśli szedł z nią z zawiązanymi oczyma do ołtarza, wróciwszy do Kozłowicz wzdrygał się na szaleństwo własne.
I w dodatku jeszcze harbuza wziąć! myślał — a! co to... to nie!!
Była więc bardzo delikatna materya.
— Nic nie mam przeciwko panu Piotrowi Symonowiczowi, człek no, niczém się nie splamił. Co prawda, prawda... ale wiater, wiater, lekkosz, tego... te... hm, młokos... tego...
Ramiona i ręce dokończyły.
— Jać to widzę sama! — westchnęła wdowa. — Fortunatowi przypadł do serca, ale bo i ten poczciwy bałamut straszny. Chłopak zabawny, wesół, pocieszny.
P. Mondygierd patrzał na uschłą jabłoń, milczał.
— Ja tylko jedno acani dobrodziejce powtórzyć mogę, niech ją ta sumka nie trwoży.
Uderzył się po taratatce, a ręką jéj dotknąwszy przypomniał sobie, jak powinien był obchodzić się z nią z respektem.
Wiadomą bowiem powszechnie rzeczą jest i długoletnią experyencyą wypróbowaną, że gdy się odzienie pierwszy raz włoży i splami, jest to omen jego przyszłych losów, padnie ofiarą plam.
Stał p. Mondygierd właśnie przy krzaku agrestu, którego nie widział, patrzał w oczy wdowie, nader mu czule się uśmiechającéj i nagradzającéj go podaniem rączki. Jak było nie pocałować tego marcypaniku. Posunął się niebaczny p. Paweł, a wtém gałąź agrestu, która się znalazła pod połą, uchwyciła nową, jedwabną podszewkę — krach! Usłyszał pan Paweł szarpnięcie i uczuł jakby mu kto żywe rozdarł ciało.
Kawał nowiuteńkiéj podszewki wisiał oddarty sromotnie.
— A! rozdarłeś pan! — odezwała się Zabielska spoglądając — podszewka wisi.
Mondygierd udał obojętnego, tak wypadało.
— E! to nic! to nic! — wybąknął opatrując połę.
— Ale pozwólże — odezwała się Zabielska, dobywając szpilkę — choć tymczasem przypnij. A żebyśmy się nie kłócili, choć panu szpilkę daję.
Ukłuła w palec Mondygierda śmiejąc się, ten ją znów cmoknął w rączkę. — Delicye!
Na chwilę zapomniał o jedwabnéj podszewce, choć z nią serce mu się rozdarło. Pierwszego dnia, nowiuteńka!!
Powrócili na ganek, a po chwili do pokojów. Tu już Symonowicza znaleźli przy pannie Filipinie, a panna i rumieńców dostała i śmiała się, i zdawali się w komitywie najlepszéj.
Był to już taki człowiek z tego Symonowicza. Co na placu, to nieprzyjaciel. Wieczorem gotów był do stróżki stroić koperczaki!
A że Fortunat był nielepszy, dobrana para rozstać się nie mogła.
Po powrocie do salonu, brat jejmości, zawsze z gitarą i pobrzękując na niéj, zbliżył się do pana Pawła.
— Wiesz, kochany sąsiedzie — szepnął — parol ci daję, ten Symonowicz to przedziwna rzecz! Nigdy się nie spodziewałem w Pińszczyznie takiego wiuna złapać. Mówię ci, paradny! Pije jak gąbka, wesół, chichot, do kobiet jedyny i koleżka jakich mało.
— Szczęśliwy jest — odparł sentencyonalnie, z pewną urazą Paweł — że się acanu dobrodziejowi podobać umiał!
— Nietylko mnie, ale i siostrze i Filipce i panna Bernarda w admiracyi! — rzekł Fortunat — ja go ztąd rychło nie puszczę, bo mi z nim raźno!
Nic nie rzekł, trochę się nadąwszy zagadniony. Fortunat mu do ucha się nachylił.
— Coś mi się ochapia — dodał że się ma do Zabielskiéj! hę?
— A pan co na to? — odrzekł Mondygierd.
— Ja, mój kochany sensacie! ja! cha! cha! cha! — począł na gitarze głośniéj pobrząkując Fortunat — ja jestem filozof! Podoba się mojéj siostrze bodaj parobek? chce iść! Z Bogiem! Sercu rozum gwałtu nie powinien zadawać. Życie krótkie, pijmy wódkę! cha! cha! Kobieta zamiast wódki ma miłość, więc kiedy jéj w smak! cha! cha! Co mam oponować! Ja jestem filozof!
I uderzywszy w struny zaśpiewał:

Kukułeczka kuka,
Panna serca szuka,
Nie szukaj daremnie,
Weźmij je odemnie!

Dziwnie się te piosenki niesmacznemi wydawały p. Pawłowi, a Fortunat tysiącami umiał tych textów światowych, między niemi zaś i takich, których przy kobietach nie śpiewał...
— Wiesz co — zawołał dokończywszy piosenkę Fortunat — prawda, żeś dziś paradną wdział węgierkę, ale humor masz jak ocet siedmiu złodziei! cha! sha!
Skrzywił się zaczepiony, bo i nazwanie taratatki jego węgierką było uwłaczające i wspomnienie złodziei, brzydkie.
Bąknął więc: — Cóż bo znowu? złodziei??
Ponieważ Fortunat nie zważał na to, a Mondygierd coraz się więcéj srożył, byłoby może przyszło do jakich nieprzyjemnych przytyków, gdyby wdowa nie odwołała p. Pawła.
Była dlań ze względami szczególnemi. Tylko co odwoławszy go na rozmowę do ogródka, rozpoczęła drugą, chodząc po pokoju i zaszła z nim do bokówki.
— Sama nie wiem jak się go pozbyć — szepnęła — nie radabym, ażeby się bardzo rozgaszczał, ja tu obca, a złe języki są wszędzie, na nieszczęście Fortunat się do niego tak przylepił. Uczyń mu jaką uwagę.
— Ja? ja? ale czy przyjmie ją odemnie?
— Wielce pana konsyderuje, przyjmie! — zawołała wdowa. — Bardzo waćpana o to proszę.
Czarownica była, bo p. Paweł najmniejszéj nie miał ochoty do interwencyi, a odmówić jéj nie śmiał.
— Co innego pan — zamknęła wdówka — pan choćbyś u nas siedział ciągle, nigdyby mi to nie zaciężyło!
— Karmelek! — rzekł w duchu p. Paweł. Męztwa mu jakoś przybyło i wprost wychodząc z bokówki natarł na p. Fortunata.
Nie rzucając gitary, garbus wysunął się z nim na ganek, po którym najprzód gawota zaczął tańcować.
— No, co mi powiesz?
— Dam acanu dobrodziejowi radę przyjacielską, bom Zabielskiego był kolegą i druhem. (Schylił się do ucha). Nie lgnij tak bardzo do Symonowicza, i nie trzymaj go tu długo. Tak życzę!
— Dlaczego? — podchwycił Fortunat.
Mondygierd przybrał postawę poważną.
Wdawać się w szerokie rozprawy nie chciał.
— Tak życzę — potwierdził.
Na wesołym garbusie tajemnicza ta afirmacya uczyniła wrażenie, chciał się domagać wyjaśnień, ale p. Paweł zaraz za czapkę wziął, pożegnał się prędko i pospieszył do obijanika. Tym razem pan Fortunat go nie odprowadzał. Siadł wyciągnąwszy nogi i schylony nad gitarą, głosem płaczliwym śpiewał:

Okrutne losy, co prześladujecie!
Ludzie nieludzcy, skamieniały świecie,
Gdzie spojrzę wszystko kirem się okrywa,
Wzięłaś mi serce, skrusz życia ogniwa.

Szczególniéj w wyrazie wzię-łaś, ostatnią sylabę, kładnąc na niéj akcent rozpaczliwy p. Fortunat czynił tak expresyjną, że odchodzący p. Paweł poczuł ją we własnéj piersi.
To „wzięłaś mi serce!“ stosowało się do niego, a choć o kruszeniu ogniw, prawdę powiedziawszy, nie myślał jeszcze, ogarniała go tęsknica, jakby już tę ostateczność przeczuwał.
Do usposobienia smutnego przyczyniała się, trzeba wyznać nie tając, rozdarta nowa jedwabna podszewka. Było to i złą wróżbą i nadzwyczaj nieprzyjemne ciągnęło za sobą następstwa. Jako tako mógł i Kasper załatać, ale chodzić z dręczącą myślą, że nowa taratatka tak szkaradnie została skaleczona! A nie! Drop niech jedzie na całą noc do Pińska i wiezie zawiniętą w prześcieradło, a Icek niech robi co chce, choćby przyszło nową kupić! Wzięli djabli krowę, niech biorą i cielę! zakończył desperacko.
— Patrz Kasprze! — zawołał wysiadając do stojącego na brzegu — patrz!
— A to co? Jezu Chryste! a toż jakim sposobem? — krzyknął Kasper.
— Już nie pytaj — odparł Paweł — niech Dropia zawołają, na całą noc do Pińska... powiedzieć Ickowi, niech robi sobie co chce, powiadam co chce... ażeby mi podszewka była cała.
Gdy przyszło do szczegółowego obejrzenia, szpilkę wyjął starannie Mondygierd i w osobną szufladkę do kantorka ją schował z melancholiczném jakiémś westchnieniem.
Przy wieczerzy Kasper był poprostu zirytowany.
— Ja się tam w pańskie sprawy nie wdaję — odezwał się zdejmując wazkę — ale od czasu, jak te baby tu najechały, nie ma u nas ani ładu, ani spokoju...
— Daj no pokój!
— A nie prawda? — spytał Kasper — kłamię? Powie pan, że imaginacya? Ja jegomości znam od małego dziecka, panu się z kobietami nie zadawać, bo z przeproszeniem, pan ma defekt, że one z nim robią co chcą.
— A już ty mi będziesz nauki dawał! co?
— Żadne nauki! Co za nauki? panu to nie pomoże, a że my przez te baby przepadniemy, to już widzę jak na dłoni.
I wyszedł.
Mondygierd sam widział, że groziło niebezpieczeństwo, rozdarta podszewka była jakby ostrzeżeniem anioła stróża. Nazajutrz powziął mocne postanowienie — odkaraskać się od Harasymówki!! Unikać wizyt, zająć się rowami, gospodarstwem, zamknąć w domu i Vade retro satanas! nie dawać się żadnym pokusom.
Powiedział sobie prawdy niektóre szorstkie i ostre. Stary a głupi. Fiubździu w głowie! Niech ten szaleje komu pora, a nie ty, stary! Dosyć już tego, bo i Kozłowicze i ciebie licho weźmie!
Dnia tego puścił się na kilka godzin w pola i do rowów.
Siedział potém nad rejestrami, chodził do szpichrza, obejrzał stodołę, uporządkował niektóre papiery w biurku. Chodząc tak po szufladkach — bo to są takie dnie i trafunki, sam nie wiedząc jak, napadł na dwie obrączki złote, które był kazał zrobić, gdy się miał żenić z panną Adelą.
Poszedł z niemi do okna.
Były massyw, ze złota dukatowego i błyszczały, błyszczały jakby obietnicami szczęścia. Gdy złotnik mu je oddał, miały na sobie datę, ale tę zaraz w Pińsku, rozgniewawszy się, kazał zgluzować, były wewnątrz czyste i zdały się czekać, aby na nich coś znowu wyryto.
Popatrzał na nie długo, zawinął w papier i rzucił. Po chwili wziął je znowu, i, ot tak — pomyślał, czyby przypadły na tę rączkę marcypanową?
Drugą włożył na palec własny, kilka razy rękę ku oknu zwrócił, przypatrując się jak to wyglądało i schował.
— Stary, a tego!! — Zamknął.
Postanowienie odkaraskania się od wdowy i Harasymówki było tak mocne, że gdy we trzy dni potém przybył p. Fortunat, p. Paweł spostrzegłszy go zdala, schował się do stodoły i kazał powiedzieć, że go nie ma.
A że stodoła niedaleko była od miejsca, w którém Kasper gościa odprawiał, słyszał sam, gdy powiedział:
— Kłaniajże się panu i proś go jutro na szczupaka faszerowanego, bo moja siostra ma pilny interes. No, i powiedz, że gości nie ma, bo twój pan ich pono nie lubi. Dobranoc.
Gdy pan Fortunat wyruszył, dobył się z zasieka Mondygierd i wrócił do dworu.
Jechać? nie jechać? Możnaż było uchybić kobiecie żądającéj ratunku? godziłoż się zawieść zaufanie nieboszczyka Zabielskiego, który mu wdowę na śmiertelném łożu polecił? (P. Paweł mówił to sobie powoli).
Wszystko przemawiało za pojechaniem, jednakże p. Paweł chciał, aby rozstrzygał los nie on, przeżegnał się, zawiązał węzeł na chustce, który miał oznaczać — jadę!
Trzy przeciw jednemu — świadczyło to o dobréj woli starego kawalera, tymczasem, gdy końce zmięszawszy, założywszy ręce w tył, chwycił jeden z nich, znalazł węzeł. Wyrocznia kazała jechać do Harasymówki.
Tym razem nie wdział już taratatki, wszelka myśl płocha go opuściła, wziął surdut zrestaurowany, który czuć było mocno jakiémś mydłem do wywabiania plam — i ruszył.
Kasprowi się nie tłómaczył.
Zdziwił się, gdy wysiadając z obijanika między łozami i wierzbami, postrzegł tuż przechadzającą się z panną Bernarda piękną wdowę, jakąś niby podrażnioną i niespokojną.
Zbliżyła się ku brzegowi zaraz.
— Pan bo o nas zapominasz — odezwała się — a ja... ja, doprawdy, więcéj niż kiedy tęsknię za nim. My biedne kobieciska, bez męzkiéj opieki rady sobie dać nie umiemy, a Fortunat mój poczciwy. — Tu ruszyła ramionami. Panna Bernarda ustąpiła nieco na stronę, zabawiając się zrywaniem liści, które kładła na ręku i paliła, uderzając w nie, jak z pistoletów.
— Co mi ten kochany Fortunat narobił — dodała wdówka zatrzymując w cieniu p. Pawła. — Śmiali się, śpiewali, pili całemi dniami z tym Symonowiczem, byli w jak najserdeczniejszéj przyjaźni, ostatniego dnia, poszli późno od nas pod ręce się pobrawszy; Fortunat kazał zanieść co trzeba do ponczu, jak zwykle do poduszki. Nie wiem czy był za mocny, czy wypili go za wiele... siedli w karty grać. Słyszeliśmy śmiech i śpiewy długo, nagle, jakby się burza zerwała, krzyk, wrzask, łomot, kłótnia i krzesełka druzgoczą. Że jeszcześmy były nieporozbierane, a Bernarda śmiała jest, chwyciła kociubę z sieni i pierwsza wpadła. Co za widok okropny! Symonowicz dusi mojego brata, Fortunat do krwi mu twarz drapie! Bałanowicz szczęściem nie spał, ledwie ich rozbroił, a brat się nie uspokoił, aż Symonowicza za wrota przegnał.
Na noże teraz z sobą!
Wdowa ręce załamała, Paweł tryumfował i choć nic nie mówił wprzódy, zawołał:
— A co? a co? nie mówiłem! Ja znam Piotrusia lepiéj, przestrzegałem brata acani dobrodziejki, aby mu się nie dawał zbyt zbliżać i konfidencyi z nim unikał! A co? a co?
— O Symonowicza to tam mniejsza — ciągnęła daléj pani Zabielska — ja po nim płakać nie będę, może chyba Filipina go pożałuje, bo téj się podobał, między nami powiedziawszy, choć to taka trusia, a to taki zabijaka... o Symonowicza mniejsza, ale zaraz pozwą o sumę, a ja zapłacić jéj nie mam zkąd! — dodała, ręce załamując wdowa — a procesów się tak boję! tak boję! Symonowiczom należy się, mój dobrodzieju, dwadzieścia tysięcy i procent bodaj pięcioletni po sześć od sta!
— Ha! — zawołał p. Paweł — prawda, że dwadzieścia kilka tysięcy złotych piechotą nie chodzą, ale z pomocą Bożą damy na to rady.
Pani Zabielska posłyszawszy to przyrzeczenie, nie zważając na pannę Bernardę, niedaleko strzelającą jeszcze z liści, pochwyciła p. Pawła za ręce i z takim wyrazem wdzięczności spojrzała na niego, że mu serce w piersi stuknęło jak młotem, i gdyby w téj chwili była zażądała od niego Kozłowicz, z rowamiby jej u nóg złożył.
— Kochany sąsiedzie — dodała głosem przejętym — wierzaj mi, że w tobie widzę jakby ducha mojego nieboszczyka męża! Tyś był jego przyjacielem! bądź moim, bierz Harasymówkę, interesa, wszystko, ja ci się oddaję w opiekę... Sama zginę z trwogi! Nie mam nikogo.
Co się z Pawłem działo, żaden język nie wypowie, zbytek wzruszenia usta mu zamknął, milcząc piękną jéj rączkę do ust przyłożył i wyjąknął ledwie dosłyszanym głosem:
— Mnie téż acani dobrodziejka bierz na swe usługi, ze wszystkiém co mam! Sługą jéj do śmierci być pragnę!
Ani się spostrzegł, jak to votum wyrzekł, wdowie oczy się zaśmiały, podała mu rękę.
— Pan bo jesteś dobry, zacny, poczciwy i ja wam ufam jak nikomu — dodała, zwolna zwracając się ku domowi. — Tylko, zlituj się nie zostawuj mnie tak samą na długo... głowę tracę.
Mondygierd już raz puściwszy się tak daleko, uznał potrzebném uczynić uwagę.
— Ludzkie języki...
— A! cóż znowu! — rozśmiała się Zabielska wesoło — ja jestem wdową, waćpan kawalerem, cóż powiedzieć mogą? że się ku sobie mamy? Ja się za to nie pogniewam, a waćpanu to krzywdy nie uczyni.
Pan Paweł rozśmiał się uszczęśliwiony.
— Pani dobrodziejko — rzekł szybko — gdyby ludzie to o mnie mówili, dalipan... kto wie? alboby nie skłamali, lub mogliby wyprorokować, bo asindzka czarujesz!
Gdy to domawiał, a Zabielska za całą odpowiedź rękę, na któréj się spierała, pocisnęła trochę, nadeszła blada panna Filipina, z minką smutną i rozmowę tak daleko już zaawansowaną przerwała.
We drzwiach widać było stojącego p. Fortunata, nieubranego, z głową związaną, ręce w kieszeniach, bez téj wesołości, jaka go zawsze odznaczała, melancholicznie spozierającego na przybywających.
— A przecieżeś nas pan raczył odwiedzić, dalipan myślałem, że już znać nie chcesz!
Siostra panu mówiła o téj historyi — począł.
— Mój Fortunacie, dajże już pokój — przerwała Zabielska.
— A! przepraszam, ja mu ją sam muszę opowiedzieć — zawołał Fortunat. — Muszę, to nic nie pomoże. Chodź pan ze mną, chodź, bo to trzeba na miejscu... chodź koniecznie.
Siostra napróżno protestowała, chwycił go i pociągnął gwałtem do swojego pokoju, w którym już porządek był przywrócony. Na krzesełkach tylko, na sofie i szybach okna, ślady bitwy stoczonéj pozostały.
— Ot jak było — począł Fortunat — to jest pijak, hałaburda, waryat, którego trzeba zamknąć do czubków. Ot jak było. Siadaj no pan tu... tak... Przyszliśmy z nim na poncz i siedzimy jak teraz my. Leżała talia kart. Ja począłem robić rzymski poncz, taki sam jak zawsze. Wypiliśmy po szklance, nic. Dawaj drugą! — woła. — Z duszy serca, pije drugą. Daj trzecią! ho! ho! Ale dałem. Dolał sobie rumu, bo mu była za słabą. — A co? zagramy? woła. Zagramy... czemu nie. Maryasza! — A co mi tam maryasz! to bernardyńska gra, ciągnę faraona. Wysypał talarów garść i począł śpiewać, ale takie rzeczy, rusińskie pieśni chłopskie, że myślę sobie, jak która posłyszy z dam to zemdleje. Począłem stawiać i wygrywać. Dał mi z połowę talarów wziąć, a potém jak zacznie łupić! Co postawię, tłucze, co wyciągnę wali... O źle! Patrzę ja mu na ręce, a ta szelma manipuluje jak największy szuler. Ja go za rękę. Słyszysz! nie żartuj! — To nie żarty! — Szachrujesz! krzyknąłem. — Ten jak ciśnie się do mnie, ja na niego, stół z ponczem i świecami runął, walę go, chwyciliśmy się w pół, jak nie cisnę go o ziemię; żeby była Bernasia nie wpadła, z kociubą, a późniéj Bałanowicz, byłbym go uśmiercił. Taka to jucha!
— To nie on p. Fortunata, ale pan jego! — przerwał Mondygierd.
— A! spodziewam się — zawrzał garbus — na gorzkiem jabłko go zbił. No, i co to teraz będzie? — zapytał Fortunat.
— Cóż? chyba pojedynek! — mruknął p. Paweł.
— Ja z tym, co w karty szachruje, bić się nie myślę — odezwał się garbaty. — Zresztą powiem acanu dobrodziejowi, powietrza w téj pińszczyźnie nie znoszę. Komarów moc straszna. W nocy te bąki na błotach! hu! hu! jakby na pogrzeb trąbią. Puhczyki, żaby, węże... Ja tu żyć nie mogę... ja... niech sobie siostry robią co chcą, powracam do Warszawy. To dzicz i barbarya!
— A jakże pan kobiety zostawisz same? — spytał p. Paweł.
— To je sobie weź w opiekę — rozśmiał się garbaty. — Dalibóg. Zabielska tylko co słowo: pan Paweł, pan Paweł, ja to widzę, że ona cie zbałamuci! Ty się z nią ożenisz!
Mondygierd rzucił się.
— No! nie aprehenduj tak bardzo! — dodał Fortunat — ja lubię prawdę mówić!! Ona do acana robi czułe oczy, a żeby się nie wstydziła, dygnęłaby nastawiając rączki... Weź mnie! kobieta poczciwa z kościami, tylko tchórz, jeśli nie z miłości ze strachu wyjdzie za niego. A nie będziesz się miał na co skarżyć! słowo daję, bo i żonkę mieć będziesz miłą i kobietę dobrą, a i Harasymówka ci przylega i... mówią że coś warta. Dla mnie, jabym za nią trzy grosze nie dał.
W czasie tego wywnętrzania się pana Fortunata pan Paweł robił różne ruchy denegacyjne, to się śmiał to czerwienił, to rękami machał.
— Daj bo pan pokój żartom! — dorzucił w końcu.
— Ale to nie są wcale żarty — odezwał się Fortunat — ja bo mam nos.
Podedrzwiami odezwał się gruby głos panny Bernardy:
— Pani prosi na kawę!
Wstali więc, Fortunat wyciągnął się, westchnął i chwycił za głowę.
— Jakem tego Symonowicza walił — rzekł — pięścią się sam trąciłem w łeb, i tęgiegom sobie guza nabił. Proszą na kawę, a jabym wina wolał się napić...
Poszli wszakże na kawę. W bawialnym pokoju całe towarzystwo było zebrane u stolika. Na pannie Filipinie, która ostro spoglądała na brata, widać było, że mogła wesołego Symonowicza żałować. Pani Zabielska była zafrasowaną i całą pieczołowitość swą zwróciła na gościa, któremu i cukru dorzucała i śmietanki dolewała i służyła mu a nadskakiwała, nie troszcząc się o innych. Mondygierd wypadkami dnia tego tak był przejęty, tak rozmarzony, że głowę znowu tracił. Pięć czy sześć razy rękę sąsiadki za każdy dowód nowéj łaski pocałował, sam w końcu już czuł, że tego było nadto, że to mogło bić w oczy, ale ręka mu się nastręczała... nie mógł być niegrzecznym.
Gdy nadszedł czas do odjazdu, a p. Paweł się począł żegnać i już wychodził, Zabielska przystąpiła do niego, podała rękę i odezwała się bez ceremonii:
— Ja bo jeszcze mam do pomówienia z kochanym panem, przejdziemy się razem. Służę...
Pan Fortunat zrobił minę szyderską i został, panna Bernarda się nie ruszyła.
— Hormusiu! — krzyknął ze drzwi brat do odchodzącéj. — Weź się do niego obcesowo, po co to zwlekać!! Ja muszę jechać, zostaniecie same... żebym miał was komu zostawić!
Udała jéjmość, że nie słyszy.
— Kochany sąsiedzie — odezwała się poważnie — zatém ta suma Symonowiczów!! Zlituj się! Pojedź może do Pińska, dostań choć na siedm prowizyi, ażeby się zbyć człowieka...
Nigdy, nikomu o tém nie wspomniał p. Paweł, ale prawdą a Bogiem, miał w szkatułce okutéj pod łóżkiem, czerwonemi złotemi obrączkowemi sztuk pięć tysięcy. Zwało się to jego: „krwawicą“, inaczéj „na złą godzinę“. Te pięć tysięcy, Bóg tylko jeden wie, jak się złożyły, po pięć, po dziesięć, po dwadzieścia. P. Mondygierd dobierał je, umywał, zawijał, miał dla téj krwawicy miłość ojcowską, przywiązanie autora do swego dzieła. Stworzył je z niczego! Nikt z pewnością nie podejrzywał go o sumę tak okrągłą, do któréj wybrakowane kulfony w liczbie kilkudziesięciu, nie wchodziły. Z téj to krwawicy więcéj niż tysiączek trzeba było poświęcić dla miłości wdowy, to jest piękną ową zaokrągloną całość wyszczerbić, zniszczyć, nadwerężyć. A do tego łączyła się myśl zabobonna, że gdy się raz rozpocznie nadkąsywanie, bywaj zdrów, pójdą dusie jedne za drugiemi. Ale pani Zabielska miała już taką potęgę nad tym człowiekiem, taką moc, że gdy się zatroskała o kapitał i procenta, p. Paweł stanął, uśmiechnął się i znowu rękę jéj biorąc w drżące dłonie, odezwał się głosem jasnym i dobitnym:
— Nie trzeba szukać kapitału ni kapitalisty! nie trzeba prosić nikogo i prowizyi płacić. Kiedy się ma sługę, i mogę to rzec, przyjaciela, ten powinien znaleźć. I znajdzie, mocia dobrodziejko, każdéj chwili... we własnéj kieszeni...
Wdówka się zarumieniła, aż jeszcze młodszą mu się wydała niż była.
— Ależ bo — odparła niby tęskno i zakłopotana — jakże bo ja tak mogę nadużywać jego dobroci!
— Ja tylko to dodam, że nie ja acani dobrodziejce usługę uczynię, ale pani mi łaskę, przyjmując ją.
— A potém? ale jakże to panu oddam? — figlarnie zagadnęła wdowa.
— Proszę być spokojną, rachunek ze mną będzie łatwy!
Gdy to mówił stali w obijaniku, z którego głębi podniósł się Stasiuk, rozmowa więc, która mogła doprowadzić do — do oświadczenia nawet ze strony zaanimowanego p. Pawła, na tém się przerwała.
Zabrał się jeszcze raz ręce marcepanowe całować. Szybko rzuciła mu w ucho Zabielska:
— Fortunat się wyrywa, z Symonowiczami trzeba kończyć, zlituj się jutro na obiad. Ja bez pana żyć nie mogę.
Na tém wyrazistém wyznaniu, które całą machiną p. Pawła wstrząsło do gruntu, skończył się ten dzień dlań niezapomniany.
Wprawdzie ostatnie słowo wyrzeczone nie zostało, ale stał na progu, jeden krok daléj, a wszystko się miało skończyć!! Wszystko, kawalerska swoboda! kawalerskie życie, dyalogi z Kasprem, wczasy w Kozłowiczach, drzemki poobiednie, oszczędności coroczne, dozór nawet nad rowami!
Żenił się z apetytem niekłamanym, z ochotą, z pasyą, a mimo to, mimo to, w téj godzinie rozstania z całą świętéj pamięci przeszłością, samotną, smętną, nudną, zrobiło mu się jéj żal. Zwiesił głowę!
Będąc w Harasymówce widział świetne lice swéj przyszłości, teraz nice jéj zaczynały mu się objawiać. Szwagier Fortunat tak waleczny i wesół, siostra żony widocznie potrzebująca wyposażenia, Harasymówka zapuszczona, długi na niéj i Bałanowicz, którego trzeba było wypędzić, oburzając na siebie całą drobną szlachtę i stan duchowny, z którego podobno pochodził, choć się do tego nie przyznawał!!
Naostatek cóż zrobić z Kasprem, jak się z nim rozstać? a nie rozstając się jak dokazać, żeby go pani Zabielska akceptowała takim jak był, bo odmienić się nie mógł!!
W tych myślach zatopionym był tak pan Paweł, że gdy obijanik do portu zawinął, a wysiadać przyszło, ześliznął się z kładki i upadł.
Kasper, który na wracającego czatował, przybiegł natychmiast, znalazł się i Wasyl pastuch na podręczu, podnieśli go pod pachy wziąwszy, ale na nogę jedną niepodobna było stąpić. Była zwichnięta i bolała straszliwie. Okropna rzecz, a tu nazajutrz stawić się musiał.
Na hałas i wrzawę nadbiegł gumienny, a był człek doświadczony i obmacawszy nogę oświadczył, że to nic innego nie było tylko zwichnięcie. A zatém nie czekając posadzono p. Pawła na kłodzie i gumienny podjął się naciągnąć nogę w staw.
Jak się do tego wziął heroicznie, miarkować można, łupnęło w nodze. Pan Paweł wrzasnął, bodaj czy w Harasymówce nie było słychać, zaręczał gumienny, że nogę nastawił jak się należy, ale chodzić na niéj!! nie było sposobu.
Przy pomocy Kaspra, który dla chorego stawał się czułym, gumiennego i Stasiuka, zawlókł się piszcząc Mondygierd do dworu, a tu go na łóżku złożono.
Ażeby zaś nogi choréj nie męczyć, mimo protestacyi Kasper starą brzytwą od nagniotków, but rozciął i zdjął bez bólu. Noga zaczerwieniona już brzękła, ale to zdaniem gumiennego niczém nie było. Miano ją tylko okładać przez całą noc...
Ból był tęgi, i w duszy nieszczęśliwego działo się nielepiéj.
— Oto tobie konkury! — powtarzał sam w sobie — oto tobie koperczaki! oto tobie umizgi! wizyty i bałamuctwa.
Jeszcze sam na siebie gderał, gdy Kasper wszedł z listem.
— Posłaniec czeka!
List był, łatwo poznał, od rejenta; podano świecę. Brzmiał jak następuje:

„Kochany panie Pawle
sąsiedzie, dobrodzieju!

„Uproszony przez pana Piotra Symonowicza, abym sprawę jego z wdową Zabielską, twéj interwencyi powierzył, nolens volens muszę oprymować objektem nieprzyjemnym.
P. Piotr Symonowicz, w najlepszych intencyach załatwienia interesu z wdową Zabielską, pełen ufności, iż intencye te nie będą źle interpretowane, stawił się w Harasymówce, gdzie przez brata jéjmości w grę wciągnięty, spojony, pobity, zaledwie z życiem uszedł, poniósłszy stratę jak podał do protokułu, w efektach różnych, czasu nocnéj awantury postradanych, na przeszło tysiąc złotych. Łączy się z tém słuszna pretensya o zasadzkę na życie i gardło.
Zważywszy, że Symonowicz ma na Harasymówce sumę rękodajną dwudziestu tysięcy z zaległemi prowizyami, łatwo dowieść, iż pozbywając się kredytora, długu zarazem zbyć się chciano. Kryminalny proces nieuchronny, nie tykając sprawy drugiéj o pieniądze, która swoim iść musi porządkiem. O tém wszystkiém zechcesz uwiadomić sąsiadkę, a jeżeli porozumienie możliwe, przy wynagrodzeniu krzywd, mogę służyć za pośrednika“ i t. d.
List był długi, dawał do myślenia. Z chorą nogą, kazawszy stoliczek przystawić do łóżka, pan Paweł nagryzmolił odpowiedź evasive, dwuznaczną, a zarazem i bilecik do wdowy, w którym donosił o nieszczęśliwym wypadku, jaki go spotkał. Dołączył do niego list rejenta Sawicza i solenne zapewnienie, iż byle nogą mógł władać, wszystko się przy pomocy Bożéj załatwi.
Znużony i wypadkami dnia i bólem i pisaniem, padł wreszcie na łóżko p. Mondygierd z westchnieniem, chcąc spocząć. Spytany o nogę gumienny do dni trzech za możność używania jéj nie ręczył, chybaby chciał p. Paweł chodzić o kiju!
O kiju! On! P. Paweł! Teraz gdy rad był się wydawać jak najmłodszym! O ironio losu! O kiju bóztwu swojego serca się przedstawić! Za nic w świecie!
W tych myślach usnął. Nazajutrz gdy się przebudził, noga wskutek naciągania i okładania, była jak kłoda! Ani się ruszyć! Na gwałt, nienawykły do leżenia p. Mondygierd odział się, i w pantoflu przynajmniéj próbował się poruszać. Bez kija niepodobna było stąpić.
Kasper nieznużony okładał, według staréj metody, na gorąco. Wino użyte do tego z rozmarynem, po całym domku czuć było.
Bojąc się zasiedzieć, do obiadu zwlókł się chory i trzeba mu oddać sprawiedliwość, jadł z apetytem, choć tyle miał na głowie i na nodze.
Zdrzemnął się potém w krześle, oparłszy o stół, gdy usłyszał biegnącego Kaspra tak, jak on nigdy nie biegał. Drzwi otworzył przestraszony i krzyknął:
— Panie, Boże mnie skarz! Z Harasymówki! Słowo daję! Z Harasymówki!
— Ale cóż? co? — ofuknął Mondygierd.
— Pani i ten garbus! Idą oto do dworu.
Paweł porwać się chciał, ale gdzie tam. Syknął tylko i opadł na krzesło.
Kasper w progu stał jak trup. Grobowe panowało milczenie, gdy nagle śmiech Fortunata dał się słyszeć i głos.
— A! mój Boże! cóż to się panu stało! nie mogłam wytrzymać, żeby go nie odwiedzić i nie przekonać się... takem się nastraszyła!
Opierając się o stół, z wielką trudnością dźwignął się na przyjęcie tak wielkiego gościa p. Paweł, twarz jego promieniała.
— Mościa dobrodziejko — zawołał w uniesieniu — warto było choćby złamać nogę, aby takiego szczęścia dostąpić.
Fortunat się za boki wziął ze śmiechu; wdowa przystąpiła z kondolencyą. Posadzono ją natychmiast, a Kasper znikł wiedząc jakie obowiązki nań wkładały tak nadzwyczajne okoliczności. Szło o honor domu! Mondygierd opowiadał swą przygodę, gdy p. Fortunat, którego to nudziło, a może ze złośliwą intencyą, wyszedł na ganek, zostawując panią Zabielską sam na sam z Pawłem.
Rozmowa się poczęła od listu rejenta.
— Pluń na to, asani dobrodziejka — rzekł chory — ja, jak tylko noga odejdzie, pojadę do rejenta i wszystko ubiję. To są strachy na lachy, ale i my téż za exces popełniony w domu gościnnym nastraszyć potrafimy jegomości.
— A, bylebyś pan wyzdrowiał — zawołała wdowa — ja już będę spokojna. Dosyć spojrzeć na Kozłowicze, żeby mieć ufność w ich gospodarzu! Tak tu wszystko ładnie, czyściuchno! mile...
Westchnęła.
— Szczupluchno — odezwał się p. Paweł.
— Bo téż pan tu jeden jesteś, a jak ludzie mówią, podobno poprzysiągłeś na kawalerskie życie.
Mondygierd musiał dostać gorączki, bo ani się opatrzył gdy mu się wyrwało:
— Choćbym i przysiągł, nie dotrzymałbym pono juramentu, poznawszy acanią dobrodziejkę! Ale o takiém szczęściu marzyć, nie godzi mi się.
Zarumieniła się Zabielska.
Podała mu rękę drżącą.
— Nie szczęście by to było, ale pono kłopot dla acana dobrodzieja, gdybym go wzięła za słowo.
— Dobrodziejko moja! Aniele złoty! — zawołał Mondygierd — słowo moje weź i życie bierz, a szczęśliwym będę!
— Słowo i ręka! ale, tst! Słyszę nadchodzącego brata! Tymczasem niech to zostanie między nami.
Ścisnęli się tedy za ręce, i ledwie mieli czas je rozerwać, gdy wszedł Fortunat, już znowu podśpiewujący:

Gołąbeczków para
Do siebie gruchała...

Nie dał mu dokończyć Kasper, który przyodziawszy Stasiuka, zwykle chodzącego w łapciach, w buty własne (co się nie czyni dla honoru domu!) począł wnosić podwieczorek.
Nigdy jenialniejszym, nieoszacowańszym człowiekiem nie wydał się panu Pawłowi.
Na ogromnéj tacy ze srebrną galeryjką czego tam nie było! Kawa, sucharki, śliwki na rożenkach, tłuczeńce, konfitury, poziomki, szynka, półgęsek, wino, ser, chleb... Co dom miał, wystąpił co się zowie; srebro wydobywszy na okaz niemal wszystkie jakie w domu było. Pan Fortunat z figlarną miną przystąpił do butelki.
Cha! cha! — zawołał — u chorego obowiązek sumienia zdrowie pić? prawda! Zdrowie p. Pawła.
— Za pozwoleniem — przerwał Mondygierd — moich najszanowniejszych, najmilszych gości zdrowie... ja piję! Kasper! kieliszek!
— A noga! — zawołał Kasper.
— Niech się dzieje z nią co chce! Kasper, kieliszek!
— Ja nie pozwalam — przerwała wdowa stanowczo — nie pozwalam! Wypijesz pan gdy będziesz zdrów.
Zmilkł pan Paweł, a Kasper zbladł jak piorunem rażony. Dla niego jasném już było, że piękne dni w Aranjuez przeszły niepowrotnie.
To — nie pozwalam! wyrzeczone było takim głosem, z pewnością taką, a przyjęte z pokorą i posłuszeństwem. Nie było już wątpliwości.
— Znają się oni z sobą! — rzekł w duchu Kasper.
Ta pełna znaczenia wizyta, która o przyszłych losach p. Pawła rozstrzygnęła, nie trwała długo. Zaledwie Fortunat napił się i najadł, piękna wdowa podała rękę gospodarzowi, szepnęła mu kilka słów pożegnania i zabrawszy brata, uciekła.
Gdy Kasper wrócił potém do pana, aby zabrać resztki podwieczorku, miał oblicze tak posępne, minę tak zrozpaczoną, chodził tak roztargniony i nieprzytomny, że Mondygierd go pożałował.
— Kasprze, poczciwy ty mój... nie frasuj bo się. Co to gadać, ja wiem, że ty się już domyślasz. Nic się złego nie stanie, nic! ani mnie ani tobie. Nas nic nie rozdzieli, a to kobieta!... to kobieta dla mnie partykularnie z nieba zesłana. Drugiéj takiéj nie było, nie ma, nie będzie na świecie. Królową być warta.
— A! ja tam się nie spieram, niechby królową sobie była — bąknął Kasper smutnie — byle nie w Kozłowiczach! A no, trudno... na kogo przyjdzie wola Boża nie wykręci się, nie byłaby ta, to druga. A tak!
Ręką w powietrzu machnął.
— Daj Boże szczęście!!


Wszystko się już potém złożyło jak najgładziéj. Naprzód p. Fortunat nie czekając zgody z Symonowiczem, wyruszył nazad do Warszawy, gitarę zabrawszy z sobą. Mondygierd nie wydając się jeszcze ze swemi intencyami dla wdowy, jak tylko noga odtęchła, ruszył zagadzać pana Piotra. Tu spotkała go niespodzianka. Symonowicz oprócz pieniędzy i indemnizacyi, domagał się, aby mu o rękę panny Filipiny starać było wolno. W pierwszéj chwili, posłyszawszy o tém, zakrzyknęła mocno wdowa, iż nigdy w życiu na to nie pozwoli; gdy owa milcząca i blada a nieśmiała panna Filipina wystąpiła odważnie z tém, że ona sobie życzy właśnie Symonowicza, bo jéj się podobał. Napróżno jéj perswadowano, płakała na tyranię narzekając i Zabielska dozwolić musiała p. Piotrowi bywać u siebie, a panna Filipina odważnie za niego poszła.
Wprzód jednak jeszcze odbył się privatissime ślub p. Pawła z jm. panią Hermancyą z Grudzkich, owdowiałą Zabielską, w kościele pojezuickim w Pińsku. Wesela szumnego nie było, jednak dwu Symonowiczów, rejenta a nawet Wydrę prosił na obiad do Kozłowicz Mondygierd. Wszystkie strachy dawne, wszystkie uprzedzenia przeciwko jarzmu małżeńskiemu, odrzucone i zapomniane zostały. Wdówka objęła panowanie nad p. Pawłem, z którém tak mu dobrze było, że nawet w pierwszych latach trochę o gospodarstwie zapomniał. Ale się to wkrótce późniéj wynagrodziło i z Harasymówki zrobił Mondygierd, jak zaręczał, złote jabłko.
Nie było nadeń potém gorliwszego do napędzania, aby się wszyscy żenili. Swatał i pośredniczył, dowodząc, że w stanie kawalerskim ani szczęścia na ziemi, ani pewności zbawienia po zgonie osiągnąć nie można.

KONIEC.

Przypisy

  1. Przypis własny WikiźródełT.j. kleksów.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Delikwentowi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.