R. H. Inżynier/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł R. H. Inżynier
Podtytuł Komedja w 3-ch aktach
Wydawca Spółka Nakładowa „Odrodzenie“
Data wydania 1922
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


DOPISEK.

Wszystkie role w tej sztuce są trudne. Odtwórca każdej z nich musi zrobić kroczek nie duży. Wyjść z ciasnego, obłędnie nudnego koła ludzi normalnych, którzy zawsze temi samemi banalnemi słowami i gestami reagują, musi zbliżyć się nieco ku granicy wesołego szaleństwa.
Najtrudniejsza bodaj jest rola Heysta. Człowiek ten symuluje, ale czyni to tak umiejętnie i dyskretnie, że budzi pewne wątpliwości w widzu i to aż do połowy sztuki, a może nawet do końca.
Brysia i Pistjan — to odwrócona historja Otella i Desdemony. Nie należy z Brysi robić starej warjatki, osoba ta po za dziwaczną w jej wieku manją (Pistjan powinien być właśnie w wyglądzie zaniedbany i pozatem dość brzydki, aby tę manję uczynić jeszcze dziwaczniejszą), jest normalna zupełnie, robi świetne kanapki, kwestuje, bywa w teatrach (w teatrach Szyfmana na dziesiątem przedstawieniu sztuki).
Powsinowski — to ów nieszkodliwy bzik z którym stykamy się po kawiarniach i restauracjach codziennie nawet Ewa Heyst ma lekką manję, tak zwaną manję pieniacką, czego zresztą w sztuce podkreślać nie należy i mimo wszystko — rzecz nie powinna sprawiać wrażenia przygnębiającego, raczej odrobinę niesamowite, podobne do tych dziwacznych impresji, które w nas opowiadania fantastyczne i sprawozdania sejmu wywołują.





BIBLIOTEKA TEATRÓW AMATORSKICH
R. H. INŻYNIER
Komedja w 3-ch aktach
BRUNONA WINAWERA
LWÓW — 1924
SPÓŁKA NAKŁADOWA „ODRODZENIE“
OSOBY:
RYSZARD HEYST
PROF. DR. JAN PISTJAN
PANNA MARY
PANI GABRJELA
POWSINOWSKI
DORDOŃSKI
DR. FAUSTYNA CÓRUŚ
EWA
RYPS
WSTĘP

Pewien postęp istnieć musi, nawet w sztuce pisarskiej. Uczciwy kinomatograf ułatwia widzom zadanie, prezentując już w przedsionku kilka ciekawszych momentów z akcji dramatycznej. Klijent, nie wytężając się zbytnio, wie odrazu, kto będzie w sztuce zdradzał, kto ma charakter czarny, a kto ma cierpieć szlachetnie, wie z góry, kiedy mu się wolno uśmiechać, a kiedy okiem załzawionem patrzeć na płótno.
Idźmy z żywymi naprzód i spróbujmy tak sobie postąpić, jak postępuje kino, oto krótkie aperçu:
PROF. DR. JAN PISTJAN jest powagą lekarską w zakresie chorób nerwowych. W smutnych czasach powojennych prowadzi zakład, klinikę, która się mieści, gdzieś na krańcach Warszawy, w pobliżu — dajmy na to — Mokotowa.
JEGO CÓRKA, MARY, pomaga mu w pracy. Studjuje medycynę na uniwersytecie i piłkę nożną w parku „Agrykola“.
Ponieważ zakład (terapja metodą Freuda i Pistjana) rozporządza, jak to u nas, środkami nad wyraz skromnemi, prof. Pistjan pragnie stworzyć rodzaj spółki akcyjnej, zwłaszcza zaś chce, zainteresować tą sprawą, kolegę swego, człowieka nader obrotnego i znanego w szerokich kołach miasta, mecenasa ADAMA DORDOŃSKIEGO. Poznamy go tu również.
Lekarz, doktor FAUSTYNA CÓRUŚ — jest wbrew pozorom, kobietą. Zwiedza klinikę wraz z Dordońskim, aby rozpocząć odpowiednią akcję w prasie fachowej.
PANI GABRJELA PISTJANOWA, żona lekarza, nie odgrywa tu, niestety, roli decydującej. Profesor Pistjan pojął za żonę kobietę z ludu i kobieta ta plącze się bez celu w jego życiu i w jego mieszkaniu, wyprawiając mu ustawicznie sceny zazdrości. Rzecz jest godna uwagi, albowiem profesor (lat 56) z podbojów erotycznych dawno już zrezygnował i na Don Juana nie wygląda. Ma sute owłosienie, okulary, wyraz twarzy solidny i poczciwy.
PACJENTÓW poznamy w klinice dwóch i oni to właśnie są bohaterami, tego dzieła. Co dolega panu RYSZARDOWI HEYSTOWI i co panu BENEDYKTOWI POWSINOWSKIEMU, dowiemy się później; zaznaczamy tylko, że pan Heyst rozporządza pewną ilością umiejętnie i dyskretnie dobranych tików nerwowych (n. p. raptowny skurcz mięśni lewego policzka, zmróżenie oka, opuszczenie powieki). Chodzi chwilami jak konik szachowy (trzy kroki naprzód i, jeden kroczek w bok), liczy deski podłogi, guziki na ubraniu, kwiatki na plafonie. Prócz tego wygląda przyjemnie i inteligentnie.
Pan Powsinowski zwykł mówić szybko, zdaniami urywanemi, skacząc z tematu na temat.
O pani EWIE HEYST wiem tylko tyle, że pochodzi z Grudziądza i mówi z poznańska po polsku, tłumacząc sobie dosłownie zwroty niemieckie.
Akt pierwszy dzieje się w Warszawie w zakładzie dra Pistjana, w pokoju Heysta. Akt drugi i trzeci w mieszkaniu prywatnem prof. Pistjana, przy ulicy Wspólnej.
Co powiedziawszy, autor prosi łaskawego czytelnika o westchnienie do Boga.
P. S. Dla ew. wykonawców umieściłem — prócz uwag w tekście — krótki dopisek na końcu.



AKT I.
Biały, schludny pokój w zakładzie profesora Pistjana.

Ściany malowane olejno. Okno balkonowe. Drzwi wejściowe. Telefon wewnęrzny na ścianie. Łóżko biało lakierowane, sprężynowe. Lekki chłód wieje od podłogi, pokrytej czystem, bronzowem linoleum, od regulaminu, przybitego do białych drzwi. I trochę za mało jest mebli w dość dużym pokoju: szafa, fotel i dwa krzesła, dziwnie mały stolik na środku.
Mimo to wnętrze sprawia wrażenie dość przyjemne: jakiś kwiatek czerwony wdzięczy się u okna, lampy żarowe płoną jasno, przez czyste szyby wdziera się jeszcze trochę zachodniego światła dziennego. Przy owym dziwnie małym stoliku (na którym stoi taca z podwieczorkiem, szklanka, dzbanuszek mleka, trzy kawałki chleba, masło, obok kościany nożyk), siedzi RYSZARD HEYST. Ma na nogach pantofle, odziany jest w t. zw. bonżurkę. Patrzy przed siebie na szachownicę i rozwiązuje zadanie szachowe. Co chwila wyjmuje termometr z zanadrza i pociera go ukradkiem — skórką zamszową od butów, którą chowa starannie do szuflady. Tu i ówdzie — dla wprawy — puszcza sobie t. zw. tik nerwowy: jakiś skurcz mięśni twarzowych. Mruczy piosenkę, która niema ani słów, ani melodji.

Z korytarza dolatują chwilami głosy. Czasami brzęk dzwonka dwa tony dłuższe i jeden krótki, albo naodwrót.

MARY (za drzwiami) Pan Powsinowski — mleko bułgarskie. Dla pana Heysta wanna na 29.
(Wchodzi w białym kitlu doktorskim — młoda, piękna i ogromnie przejęta ważnością zadania).
Pan się dziś kąpie, panie Ryszardzie.
HEYST (wpatrzony w szachownicę). E dwa — E trzy... Czegobym ja dla pani nie zrobił.
MARY (zbliża się). Termometr.
HEYST. I czarne dają mata... Co?
MARY. Termometr.
HEYST. A! Prawda (odwraca się wstydliwie, wyjmując ciepłomierz). Proszę. Zdaje się, panno Mary, że mam lekką gorączkę,
MARY (patrzy). Co? Boże drogi. Czterdzieści, jeden — ośm!
HEYST. Co się stało, proszę pani?
MARY. Pan ma 42 stopni gorączki. Muszę natychmiast telefonować do papy. Pan ma dreszcze?
HEYST. Nie!
MARY. Ból głowy?
HEYST. Nie.
MARY. Oczy pana nie bolą? Tu — kość czołowa?
HEYST. Nie.
MARY. Zażyje pan natychmiast aspiryny.
HEYST. Poco? Panno Mary, pani powinna przedewszystkiem zbadać puls pacjenta. Proszę.
MARY. Sama wiem, co powinnam robić. (Liczy) 14, 15, 16. Normalny. Pan ma puls normalny, panie Heyst.
HEYST. Tak jest, proszę pani.
MARY. Więc co to znaczy?
HEYST. Tą oto ściereczką zamszową ogrzałem termometr, Widzi pani, w ten sposób... O.
MARY. I poco, pan to robi, panie Ryszardzie?
HEYST. Jakto poco? Przecież ja mam — (gest) — kręćka, chciałbym też panią trochę rozerwać. Mam wrażenie, że pani się tu nudzi z nami, panno Marjo. Takie młode stworzenie — wśród warjatów.
MARY. Warjatów? Tu niema warjatów, panie Heyst.
HEYST. Pani mnie obraża. Jakto? A ja?
MARY. Pan? (rusza ramionami). Pan ma zwyczajną nerwicę.
HEYST. A! Tak? Nie zna się Pani. Pani jest młode, niedoświadczone pisklę, a ja jestem stary, rutynowany warjat.
MARY. Panie Ryszardzie.
HEYST. Bo dlaczego mnie pani denerwuje? Nerwica! Pani wie, że ja n. p. ciągle muszę liczyć: guziki liczę na pani sukni, deski w podłodze, kwiatki na suficie, prążki na piżamie... Lata babki Leokadji!
MARY. No, to są tak zwane obsesje.
HEYST. A, to są obsesje. A dlaczego, kiedy mnie coś wzruszy, to chodzę, jak konik szachowy — o, tak: trzy kroki przed siebie, a jeden od siebie.
MARY. Psychastenja... depresyjno-manjakalna...
HEYST. Co, proszę pani?
MARY. To jest, podług Janeta, tak zwana astenopia.
HEYST. Doskonale.
MARY. Podlega pan pewnym przymusom, które podług Freuda powstają przez wypchnięcie ze świadomości pociągu erotycznego.
HEYST. Zaraz, proszę pani. Jakiego pociągu? Co ja wypchnąłem ze świadomości?
MARY. Momenty erotyczne. Pańskie libido wykazuje pewne braki.
HEYST. Libido?
MARY. Tak. Pan poprostu żył za skromnie. Zanadto przykładnie.
HEYST. I to pani mi mówi?
MARY. Nie ja, tylko papa i Freud. Najnowsze teorje naukowe stwierdzają, że...
HEYST. Że ja za mało żyłem? Tak? A pani wie, że ja byłem dwa lata żonaty? Z niemką? Z kobietą, która pochodziła z Grudziądza? Pani godzi bezpośrednio w moją dumę męską.
MARY. Nie chciałam pana urazić panie Ryszardzie. Ale patogeneza, psychoneurozy...
HEYST (chodzi jak konik szachowy). Nic mnie nie obchodzi patogeneza, katafonja, galwanoplastyka i filharmonja. Taki brzdąc, mnie, rozwodnikowi, podobne zarzuty ciska. Ja panią przekonam, że się pani myli. Panno Marjo, czy mogę panią prosić o jej rękę?
MARY. Panie Ryszardzie, pan ma poprostu fijoła.
HEYST. Aha. Teraz znowu mam fijoła, podług Janeta, Pistjana, Freuda i Wąchockiera. Nie, pani. Fijoł to nie jest termin naukowy. Mam lat 37, przeszłość, jak pani sama stwierdziła, nienaganną, jestem z zawodu inżynierem. Czy pani znajdzie gdzie lepszego męża?
MARY. Dobrze, dobrze. Niech pan pomówi z papą.
HEYST. Z papą? Codzień rozmawiam z papą. Sam mnie do tego zachęca, żebym niczego przed nim nie ukrywał. Mam się spowiadać z najtajniejszych myśli, marzeń i pożądań — to podobno pierwszy warunek skutecznej kuracji. Dobrze — spowiadam się głośno i wyraźnie, Kocham panią i proszę o jej rękę. Mogę to powiedzieć przez telefon wewnętrzny (chce iść do telefonu).

(Dzwonek na korytarzu).

MARY (wymyka się ku drzwiom). Dzwonią. Kiedy wanna będzie gotowa, każę zapukać.

HEYST. W najciekawszem miejscu usuwa się pani. Czy to jest psychoanaliza? Czy ja mogę być zdrów w tych warunkach?
(Mary wychodzi).

HEYST (wyjmuje z szuflady papiery. Rusza ramionami. Zabiera się do pracy).
POWSINOWSKI (wchodzi we fraku, kołnierzyk trzyma w ręku). Heyst — Heyst.
HEYST (uderza pięścią w stół). Znów kogoś djabli nadali. Co tam? Aha. Powsinowski. O co chodzi?
POWSINOWSKI (tajemniczo). Czy wy nie macie... spinki do tyłu?
HEYST. Nie.
POWSINOWSKI. Dziwny zakład. Ogromnie nieprzyjemna instytucja. Nikt niema spinki do tyłu.
HEYST. Bo poco pan się znowu we frak ubrał, panie Powsinowski? Pan idzie na bal?
POWSINOWSKI. Otóż to właśnie. W tym kraju wszyscy sądzą, że frak jest ubraniem wyłącznie balowem. Śmieszny punkt widzenia. Dyplomata, prawdziwy dyplomata, powinien nosić frak... po domu. Nabiera przez to pewnej swobody, giętkości umysłowej, mówi na bankietach płynniej i rozumuje bardziej logicznie. Przeszkadzam?
HEYST. Owszem.
POWSINOWSKI (siada). Tak mi się też zdawało. Bystra orjentacja i spostrzegawczość, to są cnoty zasadnicze prawdziwego męża stanu. Dlatego mnie tak cenią w ministerjum spraw zewnętrznych.
HEYST. Jaki to pan piastował urząd, panie Powsinowski?
POWSINOWSKI. Wizowałem paszporty zagraniczne, Pozornie nic, a w istocie bez Powsinowskiego ani rusz. Konferencja w San Sebastjan spełzła na niczem, bo mnie nie było. Harding powiada: „Jakto? Powsinowski nie przyjechał? Ameryka nie bierze udziału!“ Co wy tam piszecie, kolego Heyst?
HEYST. Pracuję sobie nad teorją liczb...
POWSINOWSKI. Liczb? Bardzo pięknie. Bardzo stosowna rozrywka. Czytałem gdzieś, że za granicą nawet konie zajmują się wyciąganiem pierwiastków kwadratowych. A u nas? Shimmy, shimmy i shimmy. Europa strasznie się blamuje w ostatnich czasach. Cywilizacja upada, kultura upada. Podobno księstwo Monaco chce się wogóle przenieść do Australji. Jeżeli tak dalej pójdzie... No. Za kilka dni Powsinowski opuszcza ten pensjonat i wraca na stanowisko. Wtedy zobaczymy.
HEYST. O, pan nas opuszcza, kochany panie Powsinowski?
POWSINOWSKI. Wczoraj profesor Pistjan badał szczegółowo refleks mojego prawego kolana (uderza się ręką po kolanie). Reaguję! Jestem zdrów.
HEYST (odkłada pióro). Jabym na pańskiem miejscu — nie reagował i udawał pomylonego.
POWSINOWSKI. E? Czyżby?
HEYST. Niech się pan zastanowi. Czy panu może być gdzie na świecie lepiej, niż tu? Tam, za temi ścianami coś się przewala, kotłuje, rozpada — a my tu sobie siedzimy spokojnie, bez troski, przyjemnie.
POWSINOWSKI. No tak, ale...
HEYST. Jakie ale? Niech pan sobie wyobrazi, że pan dziś stąd wychodzi, jako człowiek normalny. Już nazajutrz zgłasza się do pana służąca z rachunkiem, za nią stróż z kartą meldunkową, potem poborca podatkowy, za nim urzędnik z elektrowni, monter z Cedergrena, ajent od ogłoszeń i licho wie, kto jeszcze. Musi pan pamiętać, kiedy się pan urodził, gdzie pan przyszedł na świat, jak świadkowi było na imię, ile pan zarabiał w roku 1920-tym, kto jest prezesem gabinetu, gdzie leży Jugosławia i którędy chodzi ośmnastka. A tu? Cisza, panie, spokój. Na wszystkie pytania wolno panu odpowiadać bez sensu. Nikt nie może mieć do pana pretensji. Jeżeli pana kto denerwuje, może go pan poprostu zastrzelić. Sąd panu przyzna okoliczności łagodzące...
POWSINOWSKI. A wie pan, że to jest bardzo zajmujący punkt widzenia.
HEYST. Doskonały punkt, panie. Niech pan sobie bierze przykład ze mnie. Od czterech lat — z małemi przerwami — udaję warjata: świetnie mi się powodzi... Utyłem, zdobyłem równowagę ducha, pracuję... (z korytarza słychać jakieś głosy — chwilami donośne i piskliwe). Przepraszam. Widocznie moja wanna.
POWSINOWSKI (nadsłuchuje). E! Nie... To nic. To Brysia.
HEYST. Brysia?
POWSINOWSKI. Pani profesorowa. Żona. Pani Pistjanowa.
HEYST. Dobrze, ale dlaczego tak głośno mówi?
POWSINOWSKI. Kobiecina jest zlekka — ten-tego. Zazdrosna o profesora, jak Otello płci żeńskiej i wogóle — wpada tu co pewien czas i robi rejwach. Nie mówmy o kobietach, bo to nie jest temat dla ludzi dorosłych... Chy! Ona pewnie o was ten skandal wszczęła.
HEYST. O mnie? Dlaczego o mnie?
POWSINOWSKI. Brysia przypuszcza, że profesor ją zdradza z wami.
HEYST. Co?
POWSINOWSKI. Ja wiem, że to są niecne supozycje. Ale gadaj z babą. Jest przekonana, że Ryszard Heyst to fikcja i że właściwie ukrywa się pod tym nazwiskiem odaliska cudnej urody, która oczarowała Pistjana, zadawszy mu lubczyku...
HEYST. Bójcie się Boga. Przecież profesor ma lat conajmniej 55.
POWSINOWSKI. Jego żona ma lat conajmniej 56. Słyszycie? Poczekajcie, ja ją uspokoję. Ja jeden mam wpływ na nią (idzie do telefonu). „Powsinowski. Proszę poprosić na chwilę panią Pistjanową. (Pauza). Pani. Wiadoma osoba jest teraz z „nią“ w kantorze „Syrena“. Adres pani podałem. Tak. Niech pani śpieszy — nie można przecie pozwolić na coś podobnego“.

(Cisza)

A co? Widzicie? Spokój. Poleciała na Nowy Świat.
HEYST. A co tam jest na Nowym Świecie?
POWSINOWSKI. Kantor przewozu mebli. Ja ją tak, rozumiecie, po całem mieście wentyluję. Była już w towarzystwie ubezpieczeń od gradobicia, robiła brewerje w konsulacie paragwajskim, w ministerjum pracy, w lidze kobiet, w towarzystwie subjektów handlowych, w Polnafcie, w Polfilmie, w Poldrucie...
HEYST. Panie Powsinowski. Jak pan może kpić w ten sposób z osoby starszej?
POWSINOWSKI. Nie lubię zwarjowanych kobiet. Wszędzie z nami konkurują, na każdem polu, nawet tu...

Więc jak to pan powiada, panie? Udawać? To jest fenomenalny point de départ. Ale, uważa pan... Powstaje pytanie, czy ja potrafię?
(Sygnał telefonu wewnętrznego)

HEYST. Pardon. Teraz to już napewno na mnie dzwonią...
POWSINOWSKI. Niech się pan nie krępuje. Niech pan idzie. Ja tu zostanę.
HEYST. A pan tu zostanie? Hm...
POWSINOWSKI. Pan by wolał, żebym sobie poszedł? Prawda?
HEYST. Właściwie — tak...
POWSINOWSKI (siada przy stole). Co to znaczy przenikliwość urodzonego dyplomaty. Odrazu się domyśliłem. Do widzenia. Przyjemnych wrażeń!

(HEYST. rusza ramionami — wychodzi).

POWSINOWSKI (został sam w pokoju. Próbuje naśladować Heysta, chodzi zygzakiem. Wreszcie siada przy stoliku i przerzuca papiery). O. Voilà (czyta). Gix - poi — kows — a wit... kfoy cy... Chy... Gix.
(Kroki na korytarzu. Głos prof. Pistjana: „Tylko jedno piętro: parter. Mamy ogródek, wanny, salkę gimnastyczną. Niestety, małe to, skromne. Proszę tędy...“ (Pukanie. Wchodzą PISTJAN, DORDOŃSKI, CÓRUŚ — kobieta przywiędła, w binoklach. Pistjan ma duży foljał pod pachą, Faustyna Córuś — notesik, w którym ciągle coś pisze).
PISTJAN. A tu oto jest pokój z pięknym widokiem na trawnik. Pokój ma 25 metrów kwadratowych i mieści 90 metrów sześciennych powietrza. Światło południowo-zachodnie. Przebywa tu obecnie pan Ryszard Heyst, inżynier...
CÓRUŚ (gromko i donośnie). R. H! (jest tak oszołomiona, że opuszcza ołówek).
PISTJAN (uśmiecha się pobłażliwie). Tak jest, koleżanko Córuś. To R. H.
CÓRUŚ (biegnie do Powsinowskiego, ściska go za rękę). Doktor medycyny, Faustyna Córuś. Wiele o panu czytałam, panie R. H. Zasłynął pan szeroko dzięki naszemu kochanemu profesorowi. Cała prasa lekarska jest pełna pańskiej chwały. W Anglji o panu czytają, w Japonji. Przerósł pan popularnością niejednego ze współczesnych. Pan ma jedną z najciekawszych form zboczenia psychicznego — winszuję panu. Córuś. Pamięta pan nazwisko? Córuś...
POWSINOWSKI. Bardzo mi przyjemnie. Powsinowski.
CÓRUŚ. Co?
POWSINOWSKI. Powsinowski jestem. Urzędnik z M. S. Z., Wydział paszportowy. Chwilowo na urlopie.
CÓRUŚ. Co? co? Jakto?
PISTJAN (poprawia okulary). A tak. Słusznie. To jest pan Powsinowski Rafał.
POWSINOWSKI. Benedykt, profesorze.
PISTJAN. Racja, racja. Benedykt. Nic szczególnego. Ma — jak się nazywa, „przykrótką pamięć“. Nie pamięta imion i nazwisk.
CÓRUŚ. Amnezja?
PISTJAN. Tak. Amnezja, amnezja. Powtarza wyrazy, powtarza wyrazy...
CÓRUŚ. Echolalja?
PISTJAN. Tak, tak. Przepracowanie, przepracowanie. Ale to mija — mija.
DORDOŃSKI. Słuchajno, stary... Mnie się zdaje, że i ty powtarzasz wyrazy?
PISTJAN. Ja? Cóż znowu? Zdaje ci się. Przyjdziemy i do pana, kochany panie, jak się nazywa — Cynoberman...
POWSINOWSKI. Powsinowski.
PISTJAN. A tak, tak. Właśnie. Ogromnie mi w ostatnich czasach pamięć słabnie. Do widzenia panu, do widzenia.
POWSINOWSKI (kłania się z godnością i idzie ku drzwiom, naśladując krok konika szachowego).
DORDOŃSKI. Jasiu. Patrzaj. Dlaczego on tak chodzi?
PISTJAN. Co? Gdzie? I, głupstwo. Zobaczysz tego prawdziwego. To tylko infekcja — naśladownictwo... (Chrząka, poprawia binokle). Pozwólcie szanowni państwo, a zwłaszcza pani, Koleżanko Córuś, że korzystając z wyjątkowej okazji — jesteśmy chwilowo sami — kilka zasadniczych spraw tu poruszę.
CÓRUŚ (notuje pilnie). Uwaga. Proszę o spokój.
PISTJAN (wykłada, jak na odczycie). Na przykładzie Ryszarda Heysta, który, jak to w licznych pracach z czasów ostatnich stwierdzam, jest pacjentem moim najbardziej okazowym, klasycznym, najłatwiej mi będzie podstawy metod nowoczesnych...
CÓRUŚ. Metod Pistjana!
PISTJAN...i Freuda, koleżanko Córuś i Freuda. Otóż — powiadam — najłatwiej mi będzie te metody wyłożyć. Zadanie moje jest niezbyt trudne tym razem, przemawiam bowiem do specjalistów. Koleżanka Córuś znana jest zaszczytnie w prasie fachowej, ty zaś, kochany Adasiu, jako adwokat, nieraz z t. zw. manją pieniacką miałeś do czynienia.
DORDOŃŚKI. Naturalnie, ja z tego żyję.
PISTJAN. Tak. Mówmy tedy konkretnie (otwiera księgę). W tej oto księdze głównej notujemy zwykle imię i nazwisko pacjenta, wiek, wzrost, status somaticus. Każdy tu ma swoje conto i, jak w buchalterji podwójnej, posiada swój debet i swój credit. W rubryce „Ma“ — notujemy to, co pacjent ma, w rubryce „Winien“, to, co powinien mieć. Otwieram książkę na stronicy 18-tej i czytam, co następuje:
R. H. lat 37, inżynier, blondyn — piszę blondyn, bo to, co może być normalne dla bruneta, bywa nieraz skończonem szaleństwem dla szatyna — otóż R. H., inżynier, blondyn, zgłosił się do mnie sam, do mego mieszkania prywatnego przy ulicy Wspólnej. Jął mi wyłuszczać jakąś sprawę, ale byłem tego dnia zdenerwowany przejściami rodzinnemi i nic zrozumieć nie mogłem. Zauważyłem natomiast odrazu w gościu moim pewne, dla specjalisty ciekawe, obsesje, R. H. oglądał ze wzruszeniem tapety pokoju, w którym go przyjąłem...
DORDOŃSKI. Może biedak akurat szukał mieszkania?
PISTJAN. Właśnie. Prócz tego, jak mi mówił, nocował nieraz w tym pokoju przed wojną, gdyż lokal należał do babki jego Leokadji Pobrykalskiej. Po krótkiej rozmowie poprosił mnie też, bym go zaprowadził do salonu. Tu począł niezwłocznie liczyć deski w podłodze...
CÓRUŚ. Aha!!
PISTJAN. Tak jest, koleżanko Córuś. Dosłownie to samo sobie pomyślałem. A policzywszy deski, powiedział mi ni stąd ni zowąd raptem: Profesorze, pod tą posadzką ukrywa się coś, co mnie uczyni bogatym.
CÓRUŚ. Pseudologja phantastica! Typowe!
PISTJAN. Brawo! Słusznie! Zaproponowałem natychmiast gościowi mojemu krótki pobyt w zakładzie i kurację psychoanalityczną. Zgodził się chętnie i od tej chwili choroba R. H. rozwija się nader pomyślnie. Spostrzegamy u R. H. pewne tiki nerwu trójdzielnego, manję układania wyrazów dziwacznych, pewną dezorjentację przy chodzeniu... Pacjentowi jest coraz gorzej i to właśnie dowodzi, że kuracja skutkuje. Bo człowiekowi musi być gorzej, jeżeli chce, żeby mu było później lepiej...
DORDOŃSKI. Naturalnie — gdyby mu było za dobrze, toby się poważnie rozchorował...
PISTJAN. Trafiasz w sedno mojej teorji. Tu leży jądro metody Pistjana! Koleżanko Córuś, nim zaprezentuję pani mego R. H. osobiście, chciałbym przytoczyć niektóre fakty z tak zwanego przekroju psychicznego pacjenta. R. H. miewa sny częste i dręczące. Faktem nowym, w nauce dotąd nienotowanym, jest to, że te sny powstają w porządku alfabetycznym: jeżeli jednej nocy jawi się choremu abażur, to drugiej śni mu się napewno adamita — trzeciej, widzi arbuz, a czwartej dręczy go artiszok...
CÓRUŚ. To mi przypomina dziewczę, opisywane przez Breuera i Kanarjenfogla.
PISTJAN. Dziewczę Breuera i Kanarjenfogla jest niemowlęciem w stosunku do Heysta. Bo zważmy: na tle tych zajmujących zjaw sennych — obecnie doszliśmy już do litery K: kaloryfer, kobieta, kobryner, na tle tych zjaw przewija się ustawicznie, stale, w równych odstępach czasu powracająca, uporczywa idée fixe, — R. H. widzi żelazną kasetkę, ukrytą pod podłogą mojego salonu, przy ulicy Wspólnej...
DORDOŃSKI Kasetkę widzi? Może dlatego, że to się też zaczyna od k?
PISTJAN. Owszem, tak. Ale kasetka jest poza alfabetem. Zjawia się zarówno wśród arbuzów, jak wśród buraków. Spotykamy ją — również często wśród cyranek, jak wśród kobrynerów.
CÓRUŚ. Zdumiewające: jakże pan to sobie tłumaczy, szanowny kolego?
PISTJAN (uśmiecha się. Uroczyście). Wypchnięte, ze świadomości i zepchnięte do podświadomości pożądania natury — przepraszam was, koleżanko, Córuś — natury erotycznej...
DORDOŃSKO Olala! Erotycznej? Dlaczegoż zatem kasetka, notabene żelazna?
PISTJAN. To właśnie trzeba zbadać. Ale nie ulega dla mnie żadnej kwestji, że osią wszystkich zboczeń, od demencji precex począwszy, a na literaturze dramatycznej skończywszy, jest kobieta. Skoro już mowa o tym kompleksie, zaznaczam (czyta z książki), iż R. H. był wprawdzie żonaty w r. 1915 z kobietą, pochodzącą z Grudziądza, ale małżeństwo to na skutek jego przewlekłej choroby umysłowej, zostało zerwane, gwałtownie, po zastosowaniu paragrafu 1569 B. G. B.
CÓRUŚ. B. G. B.?
DORDOŃSKI. Cywilny kodeks niemiecki.
PISTJAN (przeciera okulary). O! (czyta). Notatka dokonana ręką mojej córki, Mary, jak widać, w ostatniej chwili:
„Pan Ryszard Heyst wyznał mi dziś, że mnie kocha i oświadczył się formalnie“.
A co? Cóż ty na to, Dordońsiu?
DORDOŃSKI. Jestem zdumiony.
PISTJAN. Notatkę tę teraz dopiero spostrzegłem. W rubryce „Debet“ zapisałem już przed kilku tygodniami: „Po dłuższej kuracji będzie się chciał żenić z moją córką, Mary“. Widzisz? Patrzaj!
DORDOŃSKI. Hm. Tak. Kochany Jasiu, dokładnie nie wiem, o co chodzi, ale mniejsza o to. Pieniądze na rozszerzenie twego miłego asylum, od różnych moich mocodawców wydobędę. Trochę da nafta, trochę da cukier, trochę Łódź. Dawali na miesięczniki poetyckie, na teatr, mogą dać i na zwykłych warjatów. Napisz krótki memorjał, zarys, zakres, dotychczasowe rezultaty.
CÓRUŚ. Profesor nie ma się czego wstydzić. Gdyby zagranicą mieli jednego R. H., toby stworzyli nową naukę, ufundowali katedrę, instytut Carnegiego założyli czasopismo. Na mnie profesor może liczyć śmiało. Poruszę niebo i ziemię...
PISTJAN. Dziękuję. Wracam do rzeczy: Otóż tedy pan Ryszard Heyst.
HEYST (wchodzi wyświeżony, uśmiechnięty. Spostrzega obecnych i natychmiast przymyka drzwi gestem manjaka, puszcza tik nerwowy)
PISTJAN. Aha! Właśnie. Prosimy. Pan Ryszard Heyst — mecenas Dordoński...
HEYST (kłania się jak sztubak).
PISTJAN. Koleżanka doktor Faustyna Córuś.
HEYST. P-Córuś? P-czuję p-się p-niewymownie p-szczęśliwy.
DORDOŃSKI. Panie! panie! Dlaczego pan wymawia p-szczęśliy?
HEYŚT. P-po gorącej p-kąpieli dodaję sobie do każdego p-wyrazu p-pe.
CÓRUŚ. Bardzo zajmujące. Typowe (notuje).
DORDOŃSKI. Po gorącej? A cóż pan robi po zimnej?
HEYST. — imnej — ąpieli? — dejmuję — edną — iterę.
PISTJAN (wzruszony). Świetnie! świetnie! Panie Ryszardzie kochany, państwo właśnie zwiedzają nasz skromny, ubogi instytut, pragnęli ogromnie poznać osobiście człowieka, którego znają już z literatury...
HEYST. A tak — już kilka osób pisało o mnie bardzo pochlebnie. Z Krefelinem jestem w stałej korespondencji (skromnie). Jak to w życiu: niezasłużony, ale p-szczęśliwy... O co chodzi?
PISTJAN. Państwo interesują się panem ogromnie...
HEYST. Niestety, tracę przy bliższem poznaniu.
PISTJAN...i chcieli panu zadać kilka pytań...
HEYST (po pauzie). Jazda!
CÓRUŚ (pośpiesznie). Pozwolę sobie tylko na jedno krótkie zapytanie: czy pacjent kochał swoją pierwszą żonę?
HEYST. Nie.
CÓRUŚ. Więc poco się pacjent żenił?
HEYST. Jak wszyscy: z nudów i dla karjery.
CÓRUŚ. Czy ona była bardzo piękna?
HEYST. Rzecz gustu. Mnie się nie podobała. Chociaż miała, jak na kobietę, niezwykłe zalety ducha.
CÓRUŚ. Jakie?
HEYST. Sklepik tabaczny.
CÓRUŚ (szybko). Stary żyd jedzie po raz pierwszy w życiu koleją z Trzebini do Lwowa...
DORDOŃSKI (szeptem). Nie, dajcie spokój. Co nas stary żyd obchodzi.
PISTJAN. Nie przerywaj. Spokój Cantera-Ebbinghausa. Tak zwana „Witzmethode“. Doskonale.
CÓRUŚ. Po drodze siada do wagonu drugi żyd...
HEYST. Znam tę anegdotę. Pani chce widzieć, gdzie tu jest dowcip? Nie wiem. Już kilka razy wystawiono moją inteligencję na próbę w ten sposób — ale bezskutecznie. Gdyby do wagonu wsiadło jeszcze trzydziestu żydów, to i tak w tem nic wesołego nie widzę...

(Na korytarzu głośny harmider)

PISTJAN. Co to? Co się dzieje?
HEYST. Pani profesorowa wróciła właśnie z kantoru przewozowego „Syrena“ i nim się uda na stację filtrów... pragnęłaby...
PISTJAN (w popłochu). Moi drodzy. Przepraszam na chwilę (ku drzwiom).
DORDOŃSKI. Jasiu. Czekaj-że, Jasiu (wybiega za nim).
CÓRUŚ (zalotnie). Ogromnie mi pan przypadł do gustu, panie Ryszardzie. Gdyby pan zechciał zmienić metodę kuracji — mieszkam w Aleji Róż.
HEYST. Owszem. Będę o pani pamiętał, chociaż obawiam się, że pani leczy metodami przestarzałemi...
CÓRUŚ. Przepraszam!: Leczę najnowszą metodą wiedeńską...
HEYST. Nie! Pani, jak owczarz — ucieka się do czarów i uroków.
CÓRUŚ. Jakich?
HEYST. Osobistych.
CÓRUŚ (zalotnie). A! Jak pan świetnie umie rozmawiać z kobietami!
HEYST (zbliża się, szeptem). To rodzinne! Miałem w najbliższem otoczeniu taki, taki wypadek:
Moja ciotka — moja rodzona ciotka...
CÓRUŚ. Tak?
HEYST. Była kobietą...
CÓRUŚ. Nie rozumię!
HEYST. Ja też nie rozumię. — Do widzenia.
CÓRUŚ Do widzenia, drogi panie Ryszardzie. Nazywam się Córuś (wychodzi).
HEYST (jest mocno zirytowany. Wyrzuca krótkie urywki słów. Biegnie do szafy, wyrzuca walizkę, rzuca do niej bezładnie książki, garderobę, rękopisy. Wciąga marynarkę na siebie. W pewnym momencie dostrzegł księgę główną. Czyta artykuł o R. H. Jest jeszcze bardziej wzburzony. Biegnie do telefonu wewnętrznego. Dzwoni).

(Po krótkiej chwili Mary)

MARY. Jestem. Pan mnie wzywał?
HEYST. Wzywałem. Pakuję się — wynoszę się. Niech pani pozdrowi papę.
MARY. Co takiego? Dlaczego?
HEYST. Dlatego, że mam dosyć psychoanalizy, eurytmji i mimoplastyki. Chwili spokoju. Profesor sprowadza sobie jakieś typy z pod ciemnej gwiazdy i pokazuje mnie, jak dzikie zwierzę w menażerji.
MARY. Och. Ma się pan czem przejmować.
HEYST. Wcale się tem nie przejmuję. Ale tu jest ustawiczny rejwach i harmider. To nie dom warjatów, tylko poprostu normalny dom drobnomieszczański. Poco ja tu siedzę?
MARY. Niech się pan uspokoi, panie Ryszardzie. Niech się pan napije mleka.
HEYST. Po pierwsze, nie lubię mleka, a po drugie — niech pani zrozumie, że ja mam robotę. Pracuję nad teorją liczb (wyrzuca papiery z szuflady), kończę pewien bardzo ważny przyczynek; muszę myśli skupić — a tu, jak we młynie. Nadomiar złego, oświadczam się pani, jak komu dobremu, a pani to sobie wpisuje do księgi. Do patogenezy i tromtadracii? Więc poco ja tu będę tkwił — pytam się? Poco ja tu jestem?
MARY. Pan tu jest, ponieważ pan ma rozstrój nerwowy...
HEYST. Jestem zdrów, jak szczupak faszerowany, rozumie pani — niech pani spróbuje ze mną partję szachów wygrać.
MARY. Nie grywam, ale czegóż do dowodzi? I szachiści bywają chorzy.
HEYST. Ja jestem zdrów, jak byk! Najlepszy dowód, jak sprawnie funkcjonuję, to to, żem sobie wszystkie te kawały potrafił wymyśleć.
MARY, Jakie kawały?
HEYST (uderza w księgę). Te bzdury, które pani sobie z papą codzień notuje w księdze.
MARY. Ach! Boże: książka. Nie powinna się była dostać w pańskie ręce.
HEYST. Ale się dostała (czyta). „Pan Ryszard Heyst wyznał mi dziś, że mnie kocha...“ W rubryce status psychicus „objawy niepokojące“! Ładne traktowanie konkurenta.
MARY. Przecież pan sam twierdzi, że to są kłamstwa i rzeczy zmyślone...
HEYST. To nie. Ale tamto — tak wcale nie chodzę, jak konik, chociaż jestem wzburzony. Widzi pani, o. I wcale mi się w nocy kalafior nie śni, ani kobryner: wszystkie te pomysły czerpię z tej broszurki, którą sobie kupiłem na Ś-to Krzyskiej, w antykwarni... (rzuca broszurę na stół).
MARY. Boże drogi: „Sennik egiski“ — wydanie Cytryna:? Abażur, arab, brukiew, cytadela...“
HEYST. Właśnie, właśnie.
MARY, Konwikt i kalafior — zakreślono czerwonym ołówkiem.
HEYST. Naturalnie, bo jutro musi być horzyca i huśtawka — przechodzimy do litery H.
MARY. Słowem, pan nas podszedł?
HEYST. Podszedłem.
MARY. Pan papę oszukał?
HEYST. Oszukałem papę.
MARY. Symulant: a papa takie nadzieje w panu pokładał. Ordynarny symulant!! dlaczego pan to robił, panie Ryszardzie? Dlaczego pan udawał?
HEYST. „Dekowałem się...“ Kryłem się.
MARY. Teraz, przed czem?
HEYST. Przed życiem. Widzi pani — (pakuje różne drobiazgi do walizy) — to wogóle długa historja. Dość, że od kilku lat życie mnie męczy. Europa napełniona jest hałasem, zgrzytem, wrzaskiem... Człowiek normalny stał się jakimś rozkrzyczanym, zdysznem furjatem, rejwach to robi, śpieszy się, upędza za jakiemiś pieniądzmi...
MARY. E! A dawniej się nie upędzał za pieniądzmi?
HEYST. Tak, ale zdobywał miljon i katar żołądka i miał dysyć. Leczył się i zakładał szpitalik albo ochronkę, A teraz goni własny cień, sapie, zipie aż do zdechu. Pani sobie z tego nie zdaje sprawy, jako kobieta, ale co to za piekielny harmider się tworzy, kiedy tak trzysta miljonów lata po Europie bez sensu, z wywieszonym jęzorem. Czemu pani ma taki dziwny wygląd twarzy?
MARY. Nie, nie... Niech pan mówi dalej.
HEYST. Pamiętam chwilę, kiedy mi poraz pierwszy strzelił ów pomysł do głowy. Siedziałem spokojnie w Monachjum, w fabryce aparatów elokromedycznych. Raptem — w biały, upalny dzień letni — wojna. Uważa pani? Wojna. Ja nic nie wiem o co chodzi, gazet nie czytuję, żonaty jestem z kobietą z Grudziądza. Co ja mam robić? Poszedłem do kliniki, do Krepelina, dodałem „o“ kreskowane do jednego wyrazu, opuściłem literę w drugim wyrazie, mrugnąłem okiem, poruszałem nieco uchem i tak — jedno z drugiem — takie zamroczenie świadomości odegrałem, że mnie nawet z żoną rozwiedli.
MARY. Więc już pan wtedy symulował? W Monachjum?
HEYST. Tam sobie ten tik opracowałem (mruży oko). Chociaż to właściwie jest zbyteczne.
MARY. Dobrze, panie Ryszardzie. A co teraz będzie?
HEYST. Nic, wyprowadzam się.
MARY. A papa?
HEYST. Jaki papa?
MARY. Ojciec. Profesor. Przecież on tego ciosu nie przeżyje. Cale studja o panu pisał, całą renomę na panu oparł. Pan figuruje w „Centralblacie“, w „Presse medicale“, w japońskich „Papers“. Pan jest słynny R. H. profesora Pistjana. Jak teraz raptem gruchnie po świecie, że pan nigdy nie istniał...
HEYST. Nie, proszę pani, to omyłka. Istnieć — istniałem.
MARY. Nie istniał pan. Pan egzystuje tylko o tyle, o ile pan ma bzika.
HEYST. Nie jest to zdanie o mnie pochlebne, ale w każdym razie jakieś...
MARY. Papa poprostu odmłodniał od chwili, gdy mu się pan zjawił. Ma cel w życiu, pracuje, wzbogaca literaturę medyczną. I pan to chce jednym zamachem zniweczyć?
HEYST, Widzi pani, rzecz i tak musiała przecie kiedyś wyjść na jaw.
MARY. Dlaczego?
HEYST. Bo zaszły nieprzewidziane komplikacje. Przedewszystkiem my się mamy ku sobie.
MARY. Kto?
HEYST. Ja i pani, panno Marjo.
MARY. Wcale się nie mam ku panu.
HEYST. Teraz nie, ale to z czasem nastąpi. Ja mam silną wolę. Ważniejsze rzeczy potrafię przeprowadzić, jak się uprę... Po drugie zaś — prędzej czy później, będę musiał od papy wydostać tę... kasetkę.
MARY. Co za kasetkę?
HEYST. No, tę, którą mam u państwa pod posadzką, mianowicie pod trzecim jej kwadracikiem na prawo, licząc od wejścia.
MARY. Kwadracikiem? Od wejścia... Eee. A ja tu słucham od godziny (parska śmiechem i odwraca się ku wyjściu).
HEYST (zatrzymuje ją siłą). Niech pani tu siada, na zydelku. Pani oczywiście znów jest przekonana, że ja bredzę? Plotę trzy po trzy, tak? Proszę mi w oczy spojrzeć.

(Pauza)

Dobrze. Otóż babka moja, Leokadja z Pobrykalskich, w roku 20-tym podczas inwazji bolszewickiej odebrała z banku wszystkie swoje papiery, precjoza i wkłady. Wierzy mi pani, czy nie?
MARY. Wierzę.
HEYST. W obawie, że Warszawa będzie zajęta, ukryła te rzeczy w domu, u siebie, przy ulicy Wspólnej, pod podłogą. Ufa mi pani, czy nie?
MARY. No — owszem...
HEYST. Dnia 13-go sierpnia, babina, która miała wówczas lat 72, nie wytrzymała napięcia nerwowego i drapnęła do Wiednia, zapomniawszy w popłochu o wszystkiem. Co pani widzi w tem nieprawdopodobnego?
MARY. Nic...
HEYST. Jesteśmy na drodze do zupełnego porozumienia. Spotykam babinę u Sachera, wyznaje mi prawdę, mianuje mnie spadkobiercą i — oddaje Bogu ducha...
MARY. W restauracji? U Sachera?
HEYST. Nie: u Sachera, tylko później... — wierzy mi pani?
MARY. Nie!
HEYST (zrywa się), Do stu piorunów. To jest logika. W Leokadję pani wierzy, w Pobrykalską pani wierzy, w to, że się dla braku mieszkania wpakowałem do tej kliniki, pani wierzy... i raptem w kasetkę pani nie wierzy (pakuje się gwałtownie). Dobrze, pakuję manatki. Uciekam.
MARY. Najpierw pan mówił filozoficznie, że się pan krył przed życiem. Teraz pan znów powiada, że pan nie miał mieszkania...
HEYST. Bo mieszkania też nie miałem. Lokal starej Pobrykalskiej był zarekwirowany przez lekarza. Ojca szanownej pani.
MARY. Jakie to wszystko jest okropnie powikłane! Ludzie z przed wojny mają dziwny talent komplikowania życia. To dlatego, że nie grywali w football. Gdyby pan uprawiał jakie sporty, gdyby pan się choćby boksował co rano, toby się pana tego rodzaju głupstwa nie imały. Niech pan rozpakuje walizkę, pan teraz nie może jechać.
HEYST. Ciekaw jestem, dlaczego?
MARY. Jak się papa dowie, że z tą kasetką to prawda... Pan nie widzi, że to jest człowiek nerwowy, mało odporny?...
HEYST. A co mnie papa obchodzi, jeżeli córka moje najszczersze wyznania, moich uczuć kwiaty, wciąga do księgi głównej? Prócz tego zaś — myli się szanowna pani, twierdząc, że ja się nie umiem boksować... (staje w pozycji), Proszę, niech pani atakuje.
MARY. Żal mi pana, kochany panie Ryszardzie (z politowaniem). Ja mam żeton akademickiego Klubu Sportowego, A. K. S. W., na rok 22-gi.
HEYST. A ja mam puhar B. C. Leodjum na rok 1911-ty. Czekam.
MARY (zrywa się). Dobrze. Zasłużył pan na to En garde. (Heyst się broni bardzo umiejętnie, Mary atakuje. Słychać urywane słowa).
HEYST. Panno Mary... Trudno mi to wyrazić, ale ja tu tylko dla pani wytrwałem dotąd. Uczucie bowiem, które żywię dla pani....: Cios odparowałem.
MARY. Tak. Ale teraz — une riposte (atak). Drugie starcie.
HEYST. Nie będę pani mówił ani o kolorze jej oczu, ani o zapachu jej włosów... Przepraszam, czy to ma być boks francuski, czy angielski?...
MARY. Wszystko jedno. En garde.
HEYST. Owszem... Jakiś dziwny urok ma pani dla mnie... Kobiecość... wdzięk romantyczny... Sapristi. to boli.
MARY. Myślę. Jeszcze raz (wypad, Mary uderza i — z rozmachem pada w objęcia Heysta).

(PISTJAN — DORDOŃSKI)

PISTJAN. Co to?
DORDOŃSKI. To jest też metoda psychoanalizy, ale — dawniejsza.
PISTJAN. Panie Ryszardzie?
HEYST. Nie, profesorze. Lekcja boksu. Chciałem dowieść, że my na politechnice w Leodjum również czasu nie marnowaliśmy.
PISTJAN. A, tak? Trzeba to wciągnąć do książki. Zaraz, mój kochany panie. Co ja to chciałem powiedzieć?
HEYST. Profesor pozwoli, że najpierw ja krótko i węzłowato wyłuszczę...
PISTJAN. Zaraz, powiadam. Aha, wiem. Ta kartka: Pan Powsinowski dał mi tu taki karteluszek, znaleziony na pańskiem biurku. „A-wit-kwoj--cy“. Pan nie pamięta, kiedy pan to pisał?
HEYST. Onegdaj.
PISTJAN. Aha! Rano, czy wieczorem?
HEYST. Po obiedzie. Kochany panie profesorze; raz trzeba, niestety, z tem skończyć. Owe niezrozumiałe słowa, które pan sobie pilnie notuje i ogłasza w czasopismach, są od pół roku jedynem źródłem moich dochodów. Ja z tego żyję...
MARY (daje mu znaki, żeby milczał).
PISTJAN. Jakto, panie? Pan żyje z awitkwojcy?
HEYST. Tak. Właśnie. To są poprostu — proponowane przezemnie skróty telegraficzne. Jestem, jako technik, współpracownikiem tak zwanego A. B. C. Code. Pew na firma zagraniczna płaci grubą gażę mi za te brednie, które pan się stara ze mnie wyplenić metodą Freuda...
DORDOŃSKI (chrząka).
PISTJAN. Co, jak to? Nic nie rozumię. Skróty? Co za skróty?
HEYST. Niech profesor depeszuje do Hamburga, do firmy Mosse, Seyfart i Crommemelingh: A-wit-kfoj-cy,
MARY. (sygnały coraz rozpaczliwsze).
HEYST. Nie! Proszę pani. Nie mogę milczeć. Moja ambicja zawodowa w grę wchodzi. Otóż odpowiedzą panu gix-poikows. Co znaczy: (szybko) zgadzamy się na ofertę pańską, wysyłamy dwa samochody ciężarowe z dwuletnią gwarancją, ośm zegarków „Omega“ i film z Erną Moreną. Co się zaś tyczy małżeństwa córki pańskiej, Mary, z Inżynierem Ryszardem Heystem, to takowe powinno się odbyć w najkrótszym czasie na koszt i ryzyko odbiorcy. Zaoszczędza pan w ten sposób — 90% na każdej depeszy.
PISTJAN. Zaraz, zaraz. Halt, halt, za pozwoleniem. Omega, Erna Morena, Seyfart... moja córka. Panie, pan wybaczy — jestem oszołomiony nadmiarem wrażeń.
HEYST. Nie natem koniec, drogi panie. Jeszcze pan bardziej będzie oszołomiony, gdy się pan dowie, że siedzę w pańskiem sanatorjum...
MARY (sygnały błagalne). Panie Ryszardzie... Prosiłam...
HEYST. Nie, pani, to musi wyjść na jaw. Siedzę w pańskiem sanatorjum jedynie ze względów mieszkaniowych...
PISTJAN (spokojnie — rzuca spojrzenie znaczące Dordońskiemu). Nie może być? A wie pan, że ja coś takiego przypuszczałem. Patrzcie, patrzcie!
HEYST. Dalej! Kasetka moja...
DORDOŃSKI. Chy. Kapitalne!
HEYST. Kasetka moja, którą pan ukrywa pod podłogą w mojem mieszkaniu, zawiera dwieście pięćdziesiąt akcji kopalni Starachowice, 150 Lilpopów, 20 Żyrardowów, 40 Schodnic... 300 rubli imperjałami i kolczyki opalowe...
DORDOŃSKI. Kolczyki! Uważasz, Jasiu? K-! Znowu k-kolczyki... (parska śmiechem).
HEYST (wali pięścią w stół). Do stu piorunów! Dosyć! Proszę się nie śmiać.
PISTJAN (mityguje, mówi łagodnie). Nie śmiej się Adasiu! (do Heysta). Jeżeli mnie pamięć nie myli, panie Ryszardzie, kolczyków dawniej nie było. Kolczyki są dopiero od dzisiaj.
HEYST. Sapristi! Oni wciąż swoje (wali oburącz w stół). Kolczyki i Starachowice były, Żyrardowy były i Lilpopy były!! Proszę ze mnie nie robić warjata (tupie nogą).
PISTJAN (szeptem). Adasiu! Pst! (wymykają się obaj na korytarz). Chodźmy...
HEYST (zupełna zmiana tonu — spokojnie, rzeczowo). A widzi pani, że tak było najlepiej. Mają mnie teraz za furjata. Kto chce uczciwie kłamać, powinien ludziom mówić prawdę. Cóż, zadowolona pani ze mnie? Dobrze się spisałem?
MARY (podaje mu rękę). Dziękuję panu, panie Ryszardzie. Bardzo jest pan poczciwy. Dziękuję.

(Heyst pochyla głowę. Krótka pauza, Mary wychodzi)

POWSINOWSKI (wpada, biegnie do okna, otwiera na oścież). Na podwórzu pani profesorowa dopadła doktora Faustynę Córuś i obrabia ją oburącz, tudzież parasolką. Stąd jest najlepszy widok. Heyst! Heyst! No, macie, już się skończyło. Poszli. Heyst! (pauza).
HEYST. Kochany panie Powsinowski. Poproszę was o przysługę koleżeńską. Zapakujecie resztę tych gratów i zatrzymacie u siebie, dopóki się po nie nie zgłoszę. Dobrze?
POWSINOWSKI. A co wy zamierzacie uczynić?
HEYST (chwyta walizkę, nakłada czapkę i — do okna). Uciekam. Poprostu uciekam.
POWSINOWSKI. Tędy? Warjat!

(KURTYNA)


AKT II.
Salon w mieszkaniu przy ul. Wspólnej. Drzwi wejściowe, drzwi balkonowe. Wnętrze przypomina zupełnie pokój Heysta w sanaiorjum. Posadzka ułożona z deseczek, które tworzą jakiś deseń: n. p. kwadrat z cieńszym krzyżykiem pośrodku. Na podłodze leży dywan tu i ówdzie zagięty. Meble w pokrowcach, lustro, żyrandol. W kącie nakryte zielonem suknem pudełko z narzędziami wypożyczonemi widocznie u stolarza, młotek, świderek i piła. Profesor PISTJAN siedzi w piżamie i pantofelkach, popija jakiś rumianek i wygląda wogóle nie świetnie. DORDOŃSKI, żywy i energiczny — jak zwykle, wyjmuje papiery z teki i ćmiąc papierosa, objaśnia.

DORDOŃSKI. Rzecz jest, jak widzisz, kochany Jasiu, na najlepszej drodze. Opowiadałem im cuda o tobie, o psychoanalizie. Wywarłem kapitalne wrażenie, reszta do ciebie należy.
PISTJAN (apatycznie). A co ja mam robić?
DORDOŃSKI. Zwołać ich tu wszystkich, zaprosić Naftolej, Piwpol, Spółkę Ziemiańską „Jaje“, Bank nadirowo-zenitowy, wypalić do nich frenetyczną mówkę, zagrzać do czynu. Dadzą, zobaczysz, dadzą. Sam Fyszman i Lifszyc da ze 25 miljonów, oni się ogromnie sprawami psychicznemi interesują. Założymy Towarzystwo akcyjne, ale akcji wcale nie puścimy na giełdę. Ty mnie nie słuchasz, Jasiu?
PISTJAN. Owszem, owszem... (idzie ku drzwiom, zamyka je, naśladując Heysta). Co mówisz?
DORDOŃSKI. Powinieneś wytłumaczyć finansistom, że w naszych czasach taki pensjonat dla warjatów, to poprostu złota żyła. Będziemy mieli komplety, prawdziwsze, niż w teatrze, będziemy mieli ogony przed bramą. Ja sam wezmę kilka udziałów. Mój drogi — tylko nazwa. Pamiętaj — efektowna nazwa. Od tego szalenie dużo zależy. Jak myślisz, żeby tak Psychpol?
PISTJAN (głosem bezdźwięcznym). Psychpol owszem.
DORDOŃSKI. Czy wiesz, co się najbardziej podobało mocodawcom? Nie to, co mówił Abraham, Ferenczi i nie to, co prasa zagraniczna o tobie pisze. Najbardziej ich zainteresował ów tajemniczy R. H. inżynier, te twoje broszurki o nim, referaty. Cóż chcesz muzyka słów. To świetnie brzmi (wyjmuje z teki drukowaną broszurę Pistjana — z tym właśnie tytułem na okładce) R. H. inżynier. Jak w kinie.
PISTJAN (wzdycha głęboko i żałośnie). Tak, tak, tak R. H. Właśnie.
DORDOŃSKI. Co?
PISTJAN (idzie ku drzwiom otwiera, zamyka, wraca). O tem chciałem z tobą pomówić. Chodzi nawet poniekąd o poradę prawną. Właśnie co się tyczy owego R. H. — to,.. zaszły w ostatnich czasach fakty, że tak powiem przykre, i nieoczekiwane.
DORDOŃSKI. Umarł?
PISTJAN. Nie, uciekł.
DORDOŃSKI. Jakto?
PISTJAN. Poprostu przez balkon.
DORDOŃSKI. A nie możesz go sprowadzić przez policję?
PISTJAN. Skąd? To jest zakład prywatny, otwarty, nikogo niewolić nie mam prawa. Po drugie zaś — nawet nie wiem, gdzie on jest. Byłem w biurze adresowem — nie mają pojęcia. Byłem w Stowarzyszeniu Techników — detto.
DORDOŃSKI. Hm.
PISTJAN. A to jeszcze nie wszystko. Wyobraź sobie — dziwny przypadek infekcji psychicznej. On mi zaraził Mary.
DORDOŃSKI. Czem?
PISTJAN (gest). Tem.
DORDOŃSKI. Mary ma fijoła?
PISTJAN. Tak, (ogląda się tajemniczo). Fijoł — to może nie jest definicja ścisła, ale nie spierajmy się o słowa... Którejś nocy, uważasz, Adasiu budzę się — coś dziwnie trzeszczy, zgrzyta, pojękuje, bzz, bzz, kładę pantofle, idę przekręcam kontakt... Tam w kąciku przycupnęła moja córka, Mary i temi oto narzędziami świdruje, boruje...
DORDOŃSKI. Co ty powiadasz?
PISTJAN. Oczywiście sadzam dziewczę na fotelu, przypieram do muru, gadu, gadu od słowa do słowa. Wiesz co robi? szuka pod podłogą kasetki.
DORDOŃSKI. Jezus, Marja. Kalafier — kobryner — kasetka. To samo.
PISTJAN (kiwa głową). Biorę ją na spytki metodą Fajgenblata i Chareeta co się okazuje? On jej nagadał niestworzonych rzeczy...
DORDOŃSKI. Fajgenblat?
PISTJAN. Nie, Heyst. To owo dziesiąte. Tamto umyślnie udawał, a to znów była symulacja. Jakgdyby symulacja też nie była zboczeniem. Słowem dziewczyna się tem przejęła i świdruje mi salon bormaszyną.
DORDOŃSKI. Powiem ci szczerze, że ja wogóle nie mogę pojąć, dlaczego ty takie młode stworzenie trzymasz w klinice. To dobrze, że ona studjuje medycynę. Ale — do licha — są inne specjalności.
PISTJAN. Doszedłem do tego samego wniosku. Dla kobiet istnieją na tym padole tylko dwa zaszczytne posłannictwa? noga i oko. Już żołądek wymaga takiego napięcia inteligencji, do jakiego umysł kobiety zasadniczo nie jest zdolny. Mam teraz asystenta, a Mary praktykuje u kolegi Pocosia.
DORDOŃSKI. Więc all right. Sprawa jest załatwiona.
PISTJAN. I tak i nie... Chciałem, uważasz przekonać Marychnę, ostatecznie, że moja djagnoza była słuszna. Depeszuję tedy do owej firmy w Hamburgu. Pamiętasz? jak to on mówił?
DORDOŃSKI. Przypominam sobie, Mosse Seyfart...
PISTJAN. Tak, nadaję, rozumiesz sam się ze siebie śmiejąc, jeden wyraz awitknojcy. I, wyobraź sobie, otrzymuję odpowiedź: obra-kobra, Mosse Seyfart. jakby mnie kto obuchem uderzył. Nadaję drugą depeszę. Proszę mi odpowiedzieć natychmiast w ludzkim języku, czy panowie znają inżyniera Ryszarda Heysta i co to za człowiek?
DORDOŃSKI. No i?...
PISTJAN (pokazuje mu blankiet). Masz. Czytaj, dwa dni już to noszę przy sobie. Nikomu nie pokazywałem.
DORDOŃSKI (czyta)...inżynier Ryszard Heyst pracował z nami przez rok ostatni przy układaniu międzynarodowego słownika skrótów telegraficznych. Polecić go możemy panu jako człowieka niezwykle inteligentnego, sumiennego, głowę otwartą, umysł światły. „Wiesz, jak na warjata, to referencje są dość pochlebne“. Naczelnik biura kontynentanego — Cromelingk. hm?
PISTJAN. A właśnie. Co o tem sądzić?
DORDOŃSKI. Może on w swoim fachu jest zdolny, a prywatnie ma bzika. Są ludzie, którzy po mieście spacerują w jedwabiach, a po domu w cerowanej koszulinie...
PISTJAN. Przypuśćmy. Ale tu powstaje pewna djabelna kwestja prawna, która mi od trzech nocy sen odbiera.
DORDOŃSKI. Prawna? No?
PISTJAN. A tak, (tragicznie). Co, jeżeli i tamto twierdzenie wzmiankowanego osobnika się sprawdzi? Jeżeli się okaże, że i stara Leokadja — mówię Leokadja a mam na myśli cały kompleks — nie była urojeniem? Innemi słowy, jeżeli — pod tą podłogą (tupie nogą) doprawdy coś jest?
DORDOŃSKI. Dajmy na to. Więc co?
PISTJAN. Wyobraź sobie, że w tym domu nagle — wybucha pożar. Straż ogniowa nadbiega z sikawką i wydobywa ze zgliszcza zwęgloną, zniekształconą — kasetkę. Otwierają — papiery procentowe i autograf starej Leokadji. Rozumiesz, co to za skandal. Powiedzą, że ja umyślnie ogłosiłem człowieka za warjata, żeby sobie jego majątek przywłaszczyć. Ja — lekarz. Rozumiesz?
DORDOŃSKI. Jeżeli masz jakieś wątpliwości, to najprościej byłoby zajrzeć...
PISTJAN. Zrywać podłogę? W salonie? A Brysia? Ty nie znasz Brysi, ty wogóle nigdy nie byłeś żonaty. I co to za koszt w tych czasach? Jak się nasi poczciwi rękodzielnicy do roboty wezmą, to mi tu będą obozowali ze trzy miesiące. Gdzie, ja się podzieję z rodziną? Wreszcie — wyobraź sobie, że oni mi tu stąd wydostaną na światło dzienne taką maszynę piekielną, czy ty masz pojęcie co to będzie za katastrofa? Ziemia zadrży w posadach.
DORDOŃSKI. Dlaczego?
PISTJAN. Jakże? Ja trzy miesiące leczę człowieka najnowszemi metodami na neurastenję i schizofrenję — a tu się okazuje namacalnie, że on się w pakował do kliniki, bo nie miał gdzie mieszkać. Jeszcze będę gotówkę pchał w taki kompromitujący interes?
DORDOŃSKI. Wiesz co, dam ci radę: Nic nie rób. Siedź spokojnie.
PISTJAN. A sumienie? Czy to ja prawnik jestem? Ja mam sumienie! Wątpliwości mnie dręczą możeśmy tego biedaka skrzywdzili? Może on doprawdy tam ma majątek — pod spodem!
DORDOŃSKI. No to sprowadź kołodzieja czy cieślę — niech szuka.
PISTJAN. Tak, a jeżeli to były urojenia człowieka chorego?
DORDOŃSKI. Mój drogi! Nie będę ci robił wyrzutów. Ale — do licha. — Przecież ty, jako psychjatra, jako słynny Pistjan, profesor, powinieneś przecież wiedzieć, czy to są majaczenia, czy nie. Cóż ta wasza medycyna jest warta?
PISTJAN. Mniej więcej tyle, co wasze prawo. Czy ty potrafisz odróżnić, porządnego człowieka od rzezimieszka?
DORDOŃSKI. Naturalnie. Rzezimieszek jest to indywidjum, które było karane sądownie, a człowiek porządny to osobnik, który dla braku dowodów pozostaje na wolności.
PISTJAN. A nie zdarzają się wam omyłki sądowe? Nie zamykacie ludzi niewinnych, niepoczytalnych?
DORDOŃSKI. Owszem, dlatego też w trudniejszych wypadkach radzimy się was, psychjatrów.
PISTJAN (zrywa się). Iiii! Uczył Marcin Marcina.
DORDOŃSKI. Hm! słuchaj — a możebyś ty go jeszcze raz zbadał? Może on ma jakie dowody, jakie listy?
PISTJAN. Nic nie ma... Mówił, że testament jest tam, wewnątrz. A zresztą — gdzie go szukać? Uciekł... (krótka pauza), Uważasz, ja tu sobie wynalazłem pewien sposób. Prosty, a jednocześnie ściśle naukowy i niezawodny. Widzisz tę piłkę? (wyjmuje z kieszeni małą dziecinną piłeczkę gumową).
DORDOŃSKI. A-ha?
PISTJAN. Odginam dywan — o! — odbijam ją od podłogi — tak! — objeżdżam systematycznie cały pokój i badam akustycznie odgłos — echo... O! Widzisz? Słyszysz? — Tu — jakby głębszy ton, co? Jak myślisz?
DORDOŃSKI. No, to lepsze od Freuda. Wiesz, jak to się przyjmie, jak każdy lekarz będzie poprostu opukiwał podłogę zamiast pacjenta, to będziemy o wiele zdrowsi...
PISTJAN (chodzi za piłką, przewraca krzesła).
(Kołatanie do drzwi — wpada GABRJELA. Jest to osoba wulgarna, chociaż sili się na dystynkcję. Ma złe spojrzenie i pretensję do ludzi).
GABRJELA (oburzona). Co znów ma być? To porządek? (prostuje dywan). To zachowanie? w salonie?
PISTJAN, Moja Brysiu...
GABRJELA. Brysiu! Ja na to cały dzień haruję, ręce sobie urabiam żeby mi kto takie teremedje wyprawiał? Czy to gdzie u ludzi tak jest, żeby pan domu w piłkę grał? Czy to gdzie kto słyszał?
PISTJAN. Ależ, moje dziecko...
GABRJELA. Dziecko. Pan mecenas jest elegancki, światowy człowiek nie z jednego pieca chleb jada, u ludzi bywa. Niech sam powie, czy to gdzie taka moda panuje, żeby głowa domu w pantoflach w salonie siedziała, rumianek piła i w „berka“ się bawiła? Tu znów jakichś papierzysków naznosił...
DORDOŃSKI Przepraszam panią, pani Gabrjelo. To moja teka. Ważne sprawy — w pośpiechu — popełniłem — faux pas.
GABRJELA. Fopa! Tu znów na fotelu palto leży! Salon jest od paltotów? Niema dwóch wieszaków w przedpokoju? Do salonu się z paltem wchodzi? Pan mecenas przecie nie pod jednym dachem bywa i sam najlepiej wie, jako stary pieczeniarz, jakie są w świecie zwyczaje.
PISTJAN (tupie nogą). Do stu piorunów! przepraszam. Moje dziecko, nie widzisz, że nam przeszkadzasz? Pocoś przyszła?
GABRJELA. Pocoś przyszła! Widział pan mecenas? Traktowanie żony! 38 lat z nim żyję, teraz się pyta, pocoś przyszła. Jakeśmy się pobierali, to o tem mowy nie było. Szłam w swojej sukience szewiotowej, lipy pachniały, ptaszęta ćwierkały wśród drzew...
DORDOŃSKI. Ależ droga pani Gabrjelo...
PISTJAN. Przepraszam cię, Adasiu. Tu trzeba systematycznie, drogą perswazji. Zapytuję cię po raz wtóry, ptaszyno, pocoś tu przyszła? Czego chcesz?
GABRJELA (opryskliwie). Dzwonią.
PISTJAN. Kto? Gdzie?
GABRJELA. Telefon! Mówią, że bardzo pilny.
PISTJAN. Masz! I teraz dopiero mi to mówi (wybiega).
GABRJELA (za nim). Nie bój się. Zaczeka. Nie ucieknie. Jak to mu do niej pilno.
DORDOŃSKI. Do kogo?
GABRJELA. Niby to pan mecenas nie wie? Ja prosta kobieta jestem, ale wiem dobrze, co w trawie piszczy. On ma kobietę na mieście.
DORDOŃSKI. Jaś?
GABRJELA. Jaś, Jaś.
DORDOŃSKI. Pani Gabrjelo! Co pani mówi? Przecież on jest starszy odemnie. Ma co najmniej 52 lata.
GABRJELA. Ale wygląda na 49. Ona jest w operetce, w chórze.
DORDOŃSKI. Kto? gdzie? Pani Brysiu, przecież to poważny, sędziwy, brzydki człowiek — nie Lowelas.
GABRJELA. Brzydki? Panie ja niedawno odbierałam pieniądze w banku. Tam dwustu urzędników pracuje, a żaden się do Jasia nie umywa. Widział pan to? (wyjmuje z biustu list różowy bez koperty). Listy do niego pisuje na różowym papierze.
DORDOŃSKI (bierze list). „Kochany Ryszardzie dowiedziawszy się“. Przecież to nie do niego.
GABRJELA. Pan jest jego przyjaciel, to pan musi tak mówić.
DORDOŃSKI. Sapristi. Ależ jemu jest Jan na imię. To chyba mi pani przyzna.
GABRJELA. Jan — ona do niego pisze Ryszard. To umówione.
DORDOŃSKI (odwraca list)... „i szczerze ci oddana — Ewa Heyst“. No widzi pani jest nawet podpis „Ewa Heyst“.
GABRJELA. To ta z chóru z operetki. Tak jest między nimi ułożone.
DORDOŃSKI. Gdzie pani ma kopertę? List był napewno adresowany do tego — do Ryszarda Heysta?
GABRJELA. Koperty nie mam, wyrzuciłam. Ale i tak wiem, o co chodzi. Po papierze poznałam. Albo i ten Heyst Ryszard. Taki on Ryszard, jak ja Balbina. Pan myśli, że ja nie wiem, kogo on tam przez trzy miesiące u siebie przyjmował. Prosta kobieta jestem, ale mnie ludzie rozumu uczą.
DORDOŃSKI. Pani Gabryelo. Ręczę pani, że Ryszarda Heysta na własne oczy widziałem tak, jak panią widzę. To jest inżynier.
GABRJELA. Taki on jest inżynier, jak ja wiolonczelistka.
DORDOŃSKI (pada na krzesło. Wchodzi Powsinowski — ma w ręku notesik, dodatek nadzwyczajny „Kurjera“ i laskę).
POWSINOWSKI. Dobry wieczór, dzień dobry. Gabinet upadł! Kochana droga pani Brysia, jak zawsze przy pracy, (tajemniczym szeptem mówi jej na ucho). Pani! Niech pani czeka na mnie w kuchni. Rzecz pierwszej wagi.
GABRJELA (chce coś powiedzieć).
POWSINOWSKI. Pst. Wiem, co pani chce powiedzieć — odpowiadam za wszystko. (Gabryela wychodzi). Nie lubię zwarjowanych kobiet.
DORDOŃSKI (skarży się, pokazuje list). Cudze listy otwiera. Życie zatruwa temu poczciwcowi...
POWSINOWSKI. A propos. Gdzie szanowny poczciwiec? Gdzie profesor? (Wybiega na korytarz, woła, jak w kniei). Profesorze! Profesor! (sprowadza Pistjana). Panowie, są ważne wiadomości. Odnalazłem go. Schował się w mysią dziurę, alem go wyciągnął... Jest.
DORDOŃSKI. Kto?
POWSINOWSKI. Heyst.
PISTJAN, Gdzie?
POWSINOWSKI. W Warszawie. Poruszyłem wszystkie sprężyny, uruchomiłem wszystkie biura adresowe — nic nie mogłem wskórać. Wreszcie wpadam na pomysł genjalny. Zaskarżyłem jego i starą Pobrykalską w wydziale przestępstw politycznych.
DORDOŃSKI. Jezus Marja! Panie Powsinowski.
POWSINOWSKI. Niech się mecenas nie obawia, odpowiadam za wszystko. Defensywa twierdzi, że on w Warszawie jest, ale się ukrywa w miejscach najbardziej niedostępnych i odludnych: w bibljotece uniwersyteckiej, w Zachęcie. Co się tyczy babki jego, Leokadji z Pobrykalskich, to osoba ta ma lat piętnaście i mieszka w Kutnie.
DORDOŃSKI. Panie. Jakiem cudem jego babka może mieć lat piętnaście?
POWSINOWSKI. Skoro ma, to znaczy, że może mieć. Pan usiłuje podkopać autorytet władz państwowych. Panowie, gabinet upadł. Muszę lecieć do domu. Kto wie, czy mi nie przysłano jakiej teki.
Proszę — tu są wiadomości, które zebrałem. Addie: (rzuca jakąś kartkę na stół i wybiega).
DORDOŃSKI. Panie Pow... Słuchaj, czy temu napewno nic nie brak?
PISTJAN.. Za tego ręczę.
DORDOŃSKI. Ha! Więc szukajmy (przegląda kartkę Powsinowskiego). Nie! Ogłosił artykuł w „Wiadomościach matematycznych “.
PISTJAN. Matematycznych? Szukaj wiatru w polu.
DORDOŃSKI. Brysia mi tu dała list, najwidoczniej do niego adresowany.
PISTJAN (czyta) „Gdańsk“. (Data). Dowiedziawszy się przez firmę Mosse, do której depeszował jeden doktor Pistjan, o tobie“... Patrzaj, co to za organizacja. Skąd oni wiedzą w Gdańsku, co ja depeszowałem do Hamburga? „Donoszę ci, że tymczasem owdowiałem, bo drugi mąż mój umarł na skutek jednego zaziębienia...
DORDOŃSKI. Ha: Jak już sam styl wskazuje, list jest od kobiety z Grudziądza.
PISTJAN (czyta) ...nigdy w te twoje głupstwa nie wierzyłem a kochające serce kobiety więcej wie, o tych rzeczach od pięciu specjalistów ...i fachmanów. Właściwie — to nie wypada. Cudzy list.
DORDOŃSKI. Naturalnie, trzeba mu to odesłać, nie czytając. Wiesz co ci powiem? Ona ma rację. Ta z Grudziądza ma słuszność. Tam, gdzie wszelka psychoanaliza zawodzi, kochające serce kobiety stawia właściwą djagnozę.
PISTJAN. Tak. Ale skąd je wziąć na poczekaniu? To nie jest metoda, którą bym mógł zastosować w danym wypadku...
DORDOŃSKI (spaceruje po pokoju i jest właśnie przy oknie balkonowem.) A kto wie? Patrzajno, co się tam dzieje po drugiej stronie ulicy, pod sztachetkami kościółka Barbary.
PISTJAN (zbliża się, przeciera okulary). Mary!! (patrzy), Jakieś indywidjum ją całuje po rękach?... Heyst!!
DORDOŃSKI. Tak jest. Heyst. R. H. inżynier.
PISTJAN (wypada na balkon i krzyczy). Hola tam! Panie Ryszardzie. Ja tu jestem! (głosy z dołu). Co? (Pistjan wraca). No wiesz to jest poprostu bezczelność. Ja tu także mam głos w tych sprawach. (Wybiega).
DORDOŃSKI (za nim). Czekajże, stary: Nie możesz przecie lecieć w szlafroku na ulicę. Zaaresztują cię (wybiega za nim).
(Krótka pauza. Wchodzi pani Brysia. Porządkuje. Spostrzega w kącie pudło z narzędziami, załamuje ręce i rozpacza. Po krótkiej chwili wchodzi Heyst. Angielskie ubranie sportowe, w którem wygląda doskonale. Jest uśmiechnięty, uprzejmy).
HEYST (kłania się). Profesor kazał mi tu czekać. Heyst. Inżynier Heyst. Miałem zaszczyt być pacjentem.
GABRJELA. Niech pan siada na kanapie.
HEYST. Dziękuję.

(Pauza).

GABRJELA. No i co?
HEYST. Nic, jakoś się ociepliło.
GABRJELA. Ociepliło się (mruczy coś). Przecie to pan jest inżynier, Ryszard Heyst. Pacjent pan był u męża na Mokotowskiej.
HEYST. Ja.
GABRJELA. I już? I nic więcej? Niech pan blaguje dalej. Za co panu płacą?
HEYST. A, pani się pyta o moje środki utrzymania? Fabrykuję teraz latarki elektryczne (wyciąga latarkę z kieszeni) jak tu nacisnąć to świeci, jak tu nacisnąć to gaśnie, a w międzyczasie liczy schody i piętra. Patent, składy mamy na Lesznie.
GABRJELA. Na Lesznie. Jak nacisnąć świeci. Dobrze, dobrze. Niby to ja nie widziałam, jak on pana z ulicy wołał. Mnie pan nie oszuka. Prosta kobieta jestem, ale wiem: Oni pana zgodzili, żeby pan przedemną Ryszarda Heysta udawał. Oni panu za to zapłacili.
HEYST. Zaraz, proszę pani, zaraz. Mnie zapłacili za to, żebym był Ryszardem Heystem? To zupełnie nowy punkt widzenia na moją rolę w tem życiu.
GABRJELA. Rola, ładna rola. Pieniądze brać za to, żeby takie sprawki ukrywać. Wstyd, mężczyzna w sile wieku, nie może się pan do uczciwej pracy wziąć.
HEYST. Kiedy ja pracuję, proszę pani. Ja robię lampki...
GABRJELA. Ładne lampki. Niech się panu nie zdaje, że ze mną tak łatwo, wiem gdzie raki zimują. Pan myślał, że pan tu sobie przyjdzie, na kanapie usiądzie, nóżką pokiwa, powie: Jestem Ryszard Heyst, inżynier, to ja siedziałem w klinice nie ona — i dosyć... Brysia uwierzy. Panie jeszcze pan ma za mało tu (gest) żeby mnie w pole wyprowadzić.
HEYST. Mam rzeczywiście za mało tu... ale zato... Proszę pani (sięga do kieszeni) oto jest wyciąg fortepianowy z ksiąg ludności. Poświadczyli mi to w komisarjacie, przybili trzy pieczęcie, z których jedna opiewa: jako dowód osobisty służyć nie może. Wobec tego nie wiem, do czego to ma służyć, ale w każdym razie w stosunkach towarzyskich powinno wystarczyć. Proszę: nazwisko, rok urodzenia, wyznanie, imię ojca, numer hypoteczny. Niewiele, ale coś jest!...
GABRJELA (krzyczy). Nic nie jest. Człowiek inteligentny a takie głupstwa wygaduje. Meldunkiem mi pan będzie oczy mydlił, stara kobieta jestem. Także.

HEYST. Ma pani słuszność. To rzeczywiście nic nie jest. Ja pani przyniosę mój paszport krajowy. Tylko, że to potrwa ze trzy miesiące. Trzeba latać z Pelcowizny na Wolę... Ale dla pani, pani Gabrjelo (ściska ją za rękę) czegobym ja dla pani nie zrobił...
(Mary w kostjumie tennisowym)
(Gabrjela obrzuca ich, spojrzeniem nieprzyjaznem, mruczy coś i wychodzi).

HEYST. Jakaż to miła, przyjemna osoba. Romantyczna, pełna fantazji. Ogromnie się cieszę, żem ją poznał. Nigdzie, lepszej teściowej nie znajdę!
MARY. Pan znów ciągle w kółko, to samo?
HEYST. Znów. To moja idee fixe. Mary! Doszedłem do litery M. Ogromnie mi się moje przyszłe stosunki rodzinne podobają; ojciec mnie ma za warjata, mama za wynajętego szantażystę, córka mi też nie sprzyja. Tak jest najlepiej. Nie zawiodę przynajmniej niczyich oczekiwań, bo nikt się po mnie niczego nie spodziewa...
MARY. Kochany panie...
HEYST. Dziękuję za to jedno cieplejsze słowo.
MARY ...nietylko panu sprzyjam, ale oto jest dowód oczywisty, że o panu myślałam (uderza nogą w skrzynkę z narzędziami).
HEYST. A co to jest, proszę pani?
MARY. „Motyka, świder, piłka, kleszcze“... Pożyczyłam od znajomego stolarza, chciałam panu wyświadczyć przysługę i wydostać tę nieszczęsną kasetkę.
HEYST. Poco? niech sobie leży, gdzie leżała. Z każdym dniem jestem bogatszy (wyjmuje gazetę). Widzi pani?
MARY. Co?
HEYST (czyta). Żyrardów — 57 tysięcy. Mam tego dwadzieścia sztuk, Lilpopy po cztery, a ja tego mam dwieście. Starachowice pięć. Wie pani, na dobrą sprawę, to pani ma szalone szczęście. Ja jestem jedną z najlepszych partji w kraju.
MARY. Żałuję bardzo — mówiąc stylem handlowym, że z łaskawej oferty pańskiej skorzystać, niestety, nie mogę.
HEYST. Dlaczego?
MARY. Firma moja tego rodzaju przedsięwzięciami się nie zajmuje i woli raczej piłkę nożną w „Agrykoli“ niż polowanie na męża. Prócz tego zaś...
HEYST. Co „Prócz tego zaś“? Czekam: czekam z biciem serca.
MARY. Proszę pana — ja nie mogę sobie rekwirować małżonka z kliniki mojego ojca. Coby ludzie na to powiedzieli?
HEYST. Ludzieby powiedzieli, że metoda Pistjana tworzy cuda. Po trzech miesiącach pacjent daje dęba, a po czterech żeni się nawet z córką lekarza.
MARY. I to, że się żeni ma być dowodem, że jest normalny? Dziwne rozumowanie. Nie panie Ryszardzie. Papa, jak panu wiadomo, stosuje w niektórych wypadkach hypnozę. Ludzieby powiedzieli, że pan mi się oświadczył pod wpływem sugestji w śnie hypnotycznym.
HEYST. To żarty, panno Marjo: Ja i hypnoza. Niech pani spojrzy uważnie w te oczy (patrzy na nią mocno). Czy pani to sobie wyobraża? Ja i sugestja? Ja dziką bestję potrafię ujarzmić. Nocnego stróża raz uśpiłem spojrzeniem.
MARY. Proszę na mnie nie patrzeć tym wzrokiem. Nie jestem wcale wrażliwa, a zresztą... choćby nawet... To nie są sposoby uczciwe.
HEYST. Dobrze. Będę się oświadczał, patrząc w sufit. (Patrzy w sufit). Kocham panią, panno Mary, i proszę o jej rękę. Czy wolno mi pomówić z papą?
MARY, Nie trzeba, ja mówiłam już z papą?
HEYST (ściska mocno jej dłoń). Dziękuję: Cóż papa?
MARY. Papa ma zupełną słuszność. Papa powiada, że gdyby pan nawet to i owo udawał, to już sam pociąg w tym kierunku świadczy o pańskiej insanity. Ganser i Krawuczke twierdzą, że symulacja wogóle nie istnieje...
HEYST. Ganser i Krawuczke tak twierdzą? Ciekawe.
MARY. Tak. Piszą wyraźnie, że symuluje zawsze i jedynie tylko neurastenik, schizoferenik albo debil.
HEYST. Debil to pewne jest skrót wyrazu demobil? Panno Marjo, jeżeli Ganser i Krawuczke tak piszą, to tylko dowód, że ci ludzie mają gdzie mieszkać. Ja nie miałem mieszkania i dlatego wkwaterowałem się swego czasu do zakładu dla nerwowych. Gdybym wiedział co mnie czeka, tobył się udał gdzieindziej i kazał sobie chlasnąć ślepą kiszkę — pardon. Krótko mówiąc, pani mnie ma za debila czyli idjotę?
MARY. Nie ja, tylko papa i Krawuczke. Mnie te rzeczy już nie obchodzą bo ja się przerzuciłam na okulistykę. Papa twierdzi stanowczo, że gdyby pan nawet niektóre symptomy podrabiał, to tem większa jest pewność, że inne są istotne.
HEYST. Które naprzykład?
MARY. Urojenia, obsesje. — Kasetki niema!
HEYST. Niema? Niech mi pani w oczy spojrzy.
MARY. Nie spojrzę.
HEYST. Przecież pani się zajmuje okulistyką?
MARY. Ale nie w życiu prywatnem.
HEYST. Zatem — niema? A jeżeli niema, to ja jestem debil, demobil i Krawuczke? Tak? Dobrze (zdejmuje marynarkę). Gdzie pani ma świderek?
MARY. Panie Ryszardzie, co pan chce robić?
HEYST. Skoro mi pani nie ufa. — Muszę się postarać o dowody rzeczowe. (Coś wymierza, manipuluje tem i owem z narzędzi). Wydobędę spadek po poczciwej Leokadji.
MARY. Ależ panie, nie teraz. Boże drogi — mama.
HEYST. Co mi tam mama, proszę pani. Tam gdzie o szczęście mego życia chodzi, nie mogę mieć względów dla mam. (Liczy coś, wymierza krokami). Raz, dwa, trzy, cztery...
MARY. Panie, pan znów chodzi jak konik szachowy.
HEYST. Żadna praca nie hańbi. (Pochyla się, siada puka).
MARY. Panie ciszej, panie Ryszardzie. Ja umywam ręce, ja wychodzę.
HEYST. Trudno, tam gdzie chodzi o zwycięstwo prawdy, ofiary być muszą.

(Mary po chwilowem wahaniu, wychodzi rzeczywiście).
(Heyst pracuje w pocie czoła. Z rozmachem zawodowego cieśli i stolarza).

N. B. nie przypuszczam, żeby nawet w skromniejszym teatrze — bez zapadni i urządzeń specjalnych — reżyser miał jakie trudności z tą sceną. Można okno salonu umieścić we wnęce, w wykuszu do którego prowadzi stopień, i na tym stopniu posadzić Heysta. Można — w najgorszym razie — poprostu zamaskować meblami czy dywanem — jego robotę. Pozostawiając tylko jej efekty akustyczne, t. zw. naśladować — za sceną — piłowanie, świdrowanie, trzask desek etc..

(Po pauzie — Dordoński).
DORDOŃSKI (do H. który stoi właśnie na środku pokoju coś obliczając). Panie, Dordoński jestem.

HEYST. A, wiem, mąż pani Córuś.
DORDOŃSKI. Ale skąd: adwokat Dordoński. Przyjaciel mój, dr. Pistjan, ma właśnie dłuższą konsultację telefoniczną. Prosił, żeby pan zaczekał. Mam panu dotrzymać towarzystwa.
HEYST. Dobrze niech pan siada, nie tu, tam na fotelu.
DORDOŃSKI. Usiądę, gdzie będę uważał za stosowne, mam panu wręczyć ten list.
HEYST. Aha: bez koperty?
DORDOŃSKI. Niestety, List został przez omyłkę otworzony.
HEYST. Szkoda, bo ja to zwykle odsyłam, nie czytając. (Chowa list do kieszeni).
DORDOŃSKI. Panie, to list od żony.
HEYST. Nie mam żony. Sąd uznał, że małżeństwo z kobietą z Grudziądza jest nieważne, (pogwizduje i bierze się do roboty).
DORDOŃSKI. Panie, co tam pan właściwie robi?
HEYST. Nic, coś mi upadło i chcę to wydostać (piłuje, tnie).
DORDOŃSKI. Pan rujnuje posadzkę? Pan niszczy podłogę.
HEYST. Istotnie. Przy tej okazji muszę — jak to pan zauważył zniszczyć cośkolwiek podłogę.
DORDOŃSKI. W cudzem mieszkaniu? Bez zgody właściciela? Bez zgody lokatora? Bez koncesji? To gwałt! To samowola. Pan będzie odpowiadał sądownie.
HEYST. Sąd mi nic zrobić nie może. Ja mam świadectwo dwóch największych powag lekarskich, że jestem niepoczytalny (znów trzask i rumor).
DORDOŃSKI. Panie jako prawnik i przyjaciel domu nie mogę na to pozwolić. Jeżeli pan nie przestanie, to zawołam o pomoc będę krzyczał.
HEYST (wyjmuje z kieszeni mały rewolwer-browning). Nie radzę. Gdyby pan mecenas usta szerzej otworzył, gdyby pan mecenas głos zechciał podnieść — strzelam.
DORDOŃSKI (odważnie, ale ciszej). Niech pan nie myśli, że ja się pańskiej głupiej pukawki boję. Też pomysły, to z kina na Marszałkowskiej.
HEYST. Pomysł jest rzeczywiście z kina na Marszałkowskiej (groźnie). Ale ja będę strzelał naprawdę! Pan zapomina, że nie odpowiadam za swoje czyny. Mam to na piśmie. Niech pan siada tam. Chcę mieć pana na oku. (Wodzi za nim rewolwerem). Tak, teraz niech mi pan dotrzymuje towarzystwa. Rozmawiajmy.
DORDOŃSKI (siada na krześle). Siedzę, ale to niczego nie dowodzi. Jestem bądź co bądź jurystą, mój panie. Pan sobie powinien był wybrać kogo innego na świadka swoich bezprawi.
HEYST. Dlaczego pan to ciągle nazywa bezprawiem? Pan wie, co tu jest pod temi deskami?
DORDOŃSKI. Słyszałem, stary kawał.
HEYST. Tu leży majątek proszę pana. Muszę to wydobyć, bo mnie sumienie gryzie. Jako solidny obywatel kraju, chciałbym zapłacić skarbowi daninę majątkową.
DORDOŃSKI. Daniny od przewidzeń warjackich, może pan nie płacić, zwalniam pana.
HEYST. Trzymam mecenasa za słowo. Co u licha — czyżbym się pomylił tu nic niema (świdruje rozpaczliwie).
DORDOŃSKI (śmieje się ironicznie). Doszedł pan do tego wniosku. Panie ja wstaję i idę.
HEYST (rewolwer). Chwileczka. Czyżby stara Leokadja pod koniec życia zapadła na delirium tremens? Tym kobietom nigdy ufać nie można. Zaraz — raz, dwa, trzy, cztery.
DORDOŃSKI. Chy, pan już znów wędruje na ukos, no sam pan przecie widzi, że pan ma bzika. Eee.
HEYST (w mgnieniu oka jest przy nim, okręca go kilka razy dookoła osi, sadza go lekkiem pchnięciem na krześle). Mecenas zmusza mnie, w tych ponurych czasach do jakichś farsowych wybryków. Ja pana zwiążę.
DORDOŃSKI. Czem?
HEYST. Tem. (Chwyta palto mecenasa, które wciąż jeszcze leży w salonie na fotelu — owija Dordońskiego, zapina guziki z tyłu za poręczą tak, że biedak skrępowany jest jak dziecko w poduszce). Dziwne! Ludzie mnie zmuszają do szaleństw jakby im na tem zależało, co to ma za sens.
DORDOŃSKI. To ma ten sens, że pan jest warjat, nikt pana do niczego nie zmusza. Proszę mnie natychmiast stąd puścić.

(GABRJELA)

DORDOŃSKI. Chwała Bogu, nareście jest ktoś.
GABRJELA (jest tym razem uśmiechnięta i uprzejma). Proszę panów na obiadek, zupka na stole.
DORDOŃSKI Pani Gabrjelo, proszę rozpiąć te guziki, mnie tu pozbawiono wolności osobistej. Proszę mnie rozplątać.
GABRJELA (załamuje ręce). No, i widział to kto? Najpierw w piłkę grali, teraz się do stołków przywiązują. A ten mi podłogę rąbie w salonie. Powiedzcie to komu, to nie uwierzy. Panie mecynasie, pan jest światowy obyty człowiek, pan w najlepszych rodzinach na rautach bywa — niech pan powie czy to tak się gdzie goście bawią, żeby jeden deski z posadzki wyrywał, a drugi na stołku w palcie siedział i krzyczał? Czy to pan u Lanckrońskich na przyjęciu widział?
DORDOŃSKI. Pani Gabrjelo, żądam natychmiastowej pomocy! Proszę powiedzieć mężowi, że mnie tu uwięziono.
GABRJELA. Powiedzieć? Ja z nim od trzech miesięcy nie rozmawiam, gdybym mu chciała powiedzieć, co mu mam do powiedzenia, tobyśmy długo rozmawiali. A ten znowu nic, tylko deski łamie. I niech wszystko djabli biorą, ja sobie z tymi warjatami rady nie dam. (Macha ręką i wychodzi).
HEYST (który przez ten czas pracował spokojnie). Cóż to za miła i rozsądna kobieta. Ileby tu inna wrzasku narobiła niepotrzebnie. (Znów sprawdza coś, zapala ów browning, który był poprostu lampką elektryczną i oświetla ścianę). Cóż u licha!
DORDOŃSKI. Panie więc to była latarka elektryczna?
HEYST. Tak, za miesiąc będę panu mógł takich, dostarczyć cały wagon. To model.
DORDOŃSKI (krzyczy). Hola tam! Hej Jasiu!

HEYST. Pan jest uparty i przekorny człowiek. Czego pan hałasuje?
(MARY — PISTJAN)

MARY (uwalnia Dordońskiego, potem wdziewa rękawice bokserskie. Do Heysta). Raz mnie pan pokonał. Ale teraz mi się pan nie wymknie. Dziś mam rękawice. Pierwsze starcie.
HEYST (powiewa chustką). Poddaję się. Nie mam już ochoty do walki.
PISTJAN (oszołomiony, bezradny). Co to? Co to było Adasiu?
DORDOŃSKI (biega wzburzony, zgarnia papiery). Mój drogi. Dosyć. Mente captus! Szaleniec! Godził na moje życie! Do widzenia.
PISTJAN. Czekajże co się stało?
DORDOŃSKI. To się stało, że nikogo na twoje sanatorjum namawiać nie myślę. Gadu, gadu, perswazje rozmówki, a tu furjaty po mieście latają. Jedna jest tylko metoda: kaftan bezpieczeństwa (wybiega).
PISTJAN. Panie, co tu zaszło?
HEYST (gestem rozpaczy wskazuje mu wyważone deski). Niech profesor patrzy, katastrofa!
PISTJAN. Aha! Aha! Zaczynam rozumieć. No i co? Jakiż rezultat?
HEYST (melancholijnie). Nic.
PISTJAN (radośnie). Niema? Quod erat demonstrandum. Spodziewałem się drogi Panie Ryszardzie spodziewałem się. Widzi pan! I po co to panu było?
HEYST. Blamaż i klapa... Teraz się boję pani w oczy spojrzeć panno Marjo. Któż mógł przypuścić u licha, że stara Leokadja, osoba stateczna, leciwa, miała bzika.
PISTJAN. Nie bzika, tylko nerwicę. Pseudologja phantastica. To nie był jedyny wypadek w pańskiej rodzinie!
HEYST. Może nie jedyny, ale najgorszy, w ładną kabałę się dostałem. Sapristi. Jakiem prawem taka babina zapada na uwiąd starczy i bredzi od rzeczy. To nasz przywilej, ludzi młodych. Komu ufać profesorze, jeżeli nawet stara Leokadja zawiodła. Czy jest na świecie człowiek któryby miał klepki w porządku?
PISTJAN (odzyskał zupełnie równowagę). Wedle nowszych badań naukowych niema. Każdy z nas spycha pewne pragnienia do podświadomości i gromadzi w sobie stopniowo ognistą lawę, która przy sprzyjających okolicznościach wybucha.
HEYST. Ale ja nie pozwalam na wybuchy starej Leokadji. Veto, przecież spisałem sobie na kartce to, co mi mówiła w Wiedniu.
PISTJAN. Nie, drogi panie Ryszardzie. Panu nikt nic nie mówił w Wiedniu. To są majaki pańskiej wyobraźni. Niechże pan zrozumie wreście, że pan to sobie ubrdał, uroił. To są tak zwane zjawy depresyjno-manjakalne... Pański przekrój psychiczny jest zlekka uszkodzony.
HEYST. Może profesor ma rację, sam czuję, że mi w głowie coś kołem chodzi i że mi w mózgu chlupie.
PISTJAN. To dobry znak. (Wyjmuje książeczkę z kieszeni). Widzi pan to mi w tej chwili przysłano z drukarni. Odbitka mojej pracy — mogę ją panu śmiało dać do przeczytania.
HEYST (czyta). „R. H. inżynier — fakty i wnioski. Szkic nowej metody“.
PISTJAN. Tak, cała rzecz traktuje o panu, wyłącznie o panu. Na stronicy 30-tej znajduje pan ustęp: Patogeneza. Dowie się pan, jak tego rodzaju manja w panu powstała. Pewien sen, mocniejszy od innych, stał się dla pana jawą, rzeczą realną, pewną namacalną...
HEYST. A więc Leokadja mi się przyśniła?
PISTJAN. Bezwątpienia, stanowczo, to znaczy — Leokadja nie, ale kasetka tak! Dowód pan znajdzie na stronicy 30-ej: aż, do 45-ej.

(Z przedpokoju głos Dordońskiego)

PISTJAN. Przepraszam pana, zdaje mi się, że to Dordoński wrócił (wybiega).
HEYST (stoi zadumany). Przyśniło się...
MARY (która przez ten czas z pewnym żalem — oglądała smutne pobojowisko). No i cóż, panie Ryszardzie? Słyszał pan?
HEYST. Słyszałem. (Wzdycha). Tam, w ten pusty otwór, zapadły się wszystkie moje marzenia o szczęściu. Pani przecież nie może za mnie wyjść ze względu na — atawizm...
MARY. Atawizm? nie rozumiem.
HEYST. Tak, bo jeżeli już ja podlegam takim halucynacjom, to cóż będą robiły nasze dzieci? Nie mogą przecie wszystkie — co do nogi — zajmować się reformą teatru.
MARY. Widzi pan, igrał pan z ogniem, aż się pan doigrał... Zostaniemy przyjaciółmi, prawda?
HEYST. Przyjaźń? Owszem, skoro nie może być inaczej...

(Podają sobie ręce)

Jedno mnie tylko zastanawia...
MARY. Co, panie Ryszardzie?
HEYST. Wiedeń mi się przyśnił — dobrze, babkę Leokadję widziałem okiem chorej wyobraźni? — zgoda (sięga do kieszeni). Ale jakim cudem mógł mi się przyśnić taki kluczyk?
MARY. Kluczyk?
HEYST. Kluczyk? zaczyna się również od litery k — ale to jest przecie solidny, ogniotrwały, żelazny kluczyk.
MARY. Więc co?
HEYST. Wręczyła mi go właśnie Leokadja z Pobrykalskich w Wiedniu. To jest kluczyk od kasetki.
MARY. Panie Ryszardzie! Pan mi zupełnie przypomina mamę.
HEYST. Mamę? przepraszam. Ja nie jestem zazdrosny o Faustynę Córuś i o biuro transportowe „Syrena“.
MARY. To drobna różnica. Jak można się tak upierać. Najzdolniejsi ludzie dowodzą panu metodą Pistjana, Freuda, Ferenczego, Bżonsa, Strusia i Kieliszka, że kasetka nie istnieje — papa o tem całą broszurę napisał. — A pan ciągle swoje.
HEYST (wzdycha). Ma pani rację. I wogóle — wszyscy mają rację prócz mnie. Zupełnie, jakbym pracował w polityce zagranicznej. Do widzenia, panno Mary. Sam widzę, że się coś we mnie poplątało. Któż mógł przewidzieć, że się ta rzecz tak wykręci.
MARY. Do widzenia panie Ryszardzie. Niech pan uprawia sporty niech pan wstąpi do „Varsovie“, niech pan gra w piłkę nożną, zobaczy pan, że będzie lepiej.
HEYST. Nożną? Powiada pani? Dobrze. Będę kształcił wolę i kończyny dolne. (Całuje ją w rękę). O Boże! nie wypada źle mówić o nieboszczykach, ale co mi ta Leokadja narobiła. Tracę panią teraz bezpowrotnie.

(We drzwiach DORDOŃSKI zanim PISTJAN).
DORDOŃSKI. (Chce się cofnąć). Pardon.

HEYST. Proszę, proszę, — niech mecenas wejdzie. Nic panu nie grozi. Jestem spokojny, cierpliwy, ugłaskany (usuwa się skromnie pod ścianę).
DORDOŃSKI. Otóż na ulicy spotkałem doktora Faustynę Córuś i wracam. Faustyna chce ci coś, kochany Jasiu powiedzieć czy wyznać. Ale dla łatwo zrozumiałych powodów boi się wejść na górę.
PISTJAN. Gdzież ona jest?
DORDOŃSKI. Biega od godziny po tamtym trotuarze i patrzy w okna.
PISTJAN. A to zaraz... w tej chwili (biegnie na balkon, daje znaki woła). Hola! Córuś! Żona jest w kuchni.
DORDOŃSKI (z wyrzutem). Doktór Faustyna Córuś ma jeszcze tu i ówdzie ślady lekkich obrażeń. Widocznie każdy w tym domu trafia na mola, co go gryzie...
HEYST. Mecenas nie chce mi darować tego jednego króciutkiego ataku...
DORDOŃSKI. Ja panu nie mogę darować tego, że pan się maskuje. Gdyby pan krzyczał i przewracał oczami — to człowiek wiedziałby przynajmniej czego się trzymać.
HEYST. Nie mogę przewracać oczami. Związek zawodowy warjatów uchwalił, że przewracanie oczami należy pozostawić wyłącznie aktorom scen prowincjonalnych.

(Pistjan przebiega przez pokój i wprowadza zadyszaną Faustynę Córuś)

PISTJAN. Tu... Tędy... Proszę bardzo... Sami swoi...
CÓRUŚ (uroczyście). Czcigodny kolego... (ogląda się z przerażeniem na drzwi).
PISTJAN. Nic. Nic. Żona jest w kuchni.
CÓRUŚ. Wracam z posiedzenia. Kolego. Towarzystwo psychoanalityczne oddział warszawski z siedzibą przy ul. Miodowej 23... (ogląda się).
PISTJAN. Nic, nic. Ona robi kanapki...
CÓRUŚ (tonem uroczystym). Otóż z prawdziwą radością chcę wam oznajmić pierwsza, że na plenarnem posiedzeniu Towarzystwa, po odczytaniu pracy waszej: „R. H. Inżynier wnioski i fakty, szkic nowej metody“.
HEYST. Znów ja?
CÓRUŚ ...zwłaszcza zaś po wysłuchaniu mistrzowskim piórem skreślonego rozdziału „Patogeneza“ na stronicy 30 — 45 zgromadzeni postanowili jednogłośnie... (obecni prócz Heysta, który gdzieś się ukrywa pod ścianą tworzą półkole i słuchają) wystosować do was adres opatrzony podpisami wszystkich członków i mianować was...
HEYST (wypada raptem z kąta, chwyta jakieś narzędzie, biegnie roztrącając obecnych pod ścianą).
CÓRUŚ ...dożywotnim, honorowym członkiem korespondentem Towarzystwa imienia Banasikowskiego i Franaszka, oddział warszawski siedziba Miodowa 23. Jeżeli zważymy, że zaszczyt ten... to doprawdy trudno o lepszy wybór... bo nikt w samej rzeczy... cały świat przyklaśnie... winszuję.
PISTJAN. Koleżanko Córuś. Jestem szczerze wzruszony. Doprawdy i tym razem niezasłużony bierze ale szczęśliwy. Przypadek zwykły przypadek pchnął w moje ręce prześwietny materjał kliniczny. Co do mnie — zrobiłem tylko to, co każdy by zrobił na mojem miejscu. Jeżeli patogeneza na stronicy 30-ej do 45-ej wypadła tak dobrze, to zasługę przypisać należy ślepemu trafowi, który sprawił, iż R. H. Inżynier właśnie w moje ręce...

(tu słychać raptem niesamowity rumor i trzask z kąta, w którym tkwił Heyst)

HEYST (wielkim głosem). Jest, a co? jest...

(poruszenie Dordoński i Córuś rozbiegają się w przeciwne rogi pokoju)

MARY. Panie Ryszardzie.
HEYST (ciągle z trudem i jakąś niemożliwie zakurzoną płaską szkatułkę ogniotrwałą. Dźwiga ją na front. Stawia na stole. Jest sam przy tem strasznie omurusany, ale szczęśliwy).
Voilla! rzeczownik rodzaju żeńskiego, który tu oto widzimy zaczyna się od litery „k“, ale mi się nie przewidział. Istnieje, kluczyk, który w tym otworze pogrążam — jest na „k“ ale jest (otwiera). Papiery na „p“ ale są (wyrzuca paczki na podłogę). Lilpopy, Rudzkie, Starachowice, Żyrardów, Zawiercie, Tomaszów, Firleje, Bank Handlowy, Półimperjały, Kolczyki.
Panie profesorze R. H. Inżynier, prosi pana o rękę pańskiej córki Mary.

(KURTYNA)


AKT III.
Ten sam salonik przy ulicy Wspólnej, który tak dziwnym kształtem przypomina pokój Heysta w sanatorjum. Mieści się tu teraz biuro, i to wielkie biuro Towarzystwa Akcyjnego „MENSSANA (zarządzający Inżynier Ryszard Heyst). Zdaje się, że nietylko wygląd wewnętrzny, ale wprost powietrze zmieniło się do nie poznania. Biurko, telefon, maszyny do pisania, kopjały, mapy na ścianach, papiery, księgi handlowe, kasa ogniotrwała, drewniane „szczoty“. Prócz tego duża otomana na której sypia Ryszard Heyst w chwilach wolnych od denerwującej pracy. Na jednej ze ścian plan okolic Warszawy z wielkimi napisami: Mokotów, Ochota, Zosinów, Salomeja Duża. Słychać ustawiczny brzęk telefonu i stukot maszyny do pisania, przy której pracuje panna Ryps (roli prawie niema). Słowem: atmosfera denerwująca, hałas właściwy urzędom paszportowym, biurom okrętowym itp.

POWSINOWSKI (bardzo elegancki z kwiatkiem w butonierce, siedzi na fotelu i opowiada. Heyst słucha, ale co chwila biedz musi do telefonu, albo do panny Rypsówny, która mu znosi papiery do podpisu).
HEYST. Słucham tedy, kochany kolego Powsinowski (uderza go w kolano). Jak zdrowie?
POWSINOWSKI (otwiera usta — telefon).
HEYST. Znów? To tak ciągle (przy telefonie). „Spółka Udziałowa „MENSSANA“. Tak Heyst. Tak, tak. Dyrektor Heyst. Ile chcą? Ile miljonów? Panie czy to jest cena, czy to odległość Saturna od słońca? Cena. Dobrze kupić, oczywiście kupić. Dać ile żądają... (Wraca). Więc jakże wam się powodzi?
POWSINOWSKI (otwiera usta). A...

(Telefon)

HEYST. Żeby was djabli... (do telefonu) „MENSSANA“... Jak się ta miejscowość nazywa? Paluch? Kupić? Naturalnie — mnie stać na dziesięć paluchów. Panie. Cement? Dwadzieścia tysięcy beczek. Za dużo? To kupujemy trzydzieści tysięcy. Serjo, serjo. Ja zawsze mówię serjo, panie. Panno Ryps! Niech pani pisze (głośniejsze stukanie maszyny). Cementownia w Wysokiej. Zamawiam 30 tysięcy beczek cementu, Portland, loco Warszawa, termin półroczny. Dwa egzemplarze, oba mi pani przyniesie. Cościeto mówili?
POWSINOWSKI. O...

(Telefon).

HEYST (grozi pięścią telefonowi). Cicho kanaljo jedna! I to tak przez cały dzień. Od rana bez przerwy. Są ludzie którzy w tem widzą cel życia. Pamiętajcie Powsinowski, jakeśmy to sobie siedzieli w zakładzie. Cisza, spokój, nirwana. Ptasie mleko mi wtedy nie smakowało. Gdzie te czasy.
POWSINOWSKI (wzdycha). Wy przynajmniej robicie majątek, pieniądze, porastacie w pierze.

HEYST. A tak, bogacę się, powiadam wam, ile ja już głupstw narobiłem żeby ten majątek stracić, żeby go się pozbyć, kupuję cement, puste place, stare cegły, podkłady kolejowe, makuchy, wapno, drut, oliwę nicejską, szpilki do włosów — nic, idzie wszystko idzie! Rośnie, olbrzymieje. Cyfry, od których mnie, obeznanemu z teorją liczb w głowie się mąci. Stara Leokadja musiała chyba zaczarować te swoje Lilpopy. Jestem coraz zamożniejszy.
(Telefon)

Oszaleć można (krzyczy na telefon). Cicho tam. Dosyć. Widzieliście. — Istny dom ludzi normalnych. Eee (wyłącza kontakt telefonu). Na dzisiaj dość. Wakacje. (Do Powsinowskiego). Więc jakże wam się wiedzie kolego (uderza go jowialnie w kolano), jak tam refleks patelarny?
POWSINOWSKI. Niestety jak widzicie — jest. (Wzdycha). Próbowałem się do waszej rady zastosować, bo rzeczywiście urząd mnie męczy, a starsza linja rodu odmawia poparcia, ale cóż — ja nie umię udawać nikt mi nie wierzy.
HEYST. Co wy mówicie? (kołatanie maszyną). Panno Ryps, niech mi pani wyświadczy pewną przysługę. Niech pani sobie kupi natychmiast na koszt firmy „MENSSANA“, której mam zaszczyt być dyrektorem administracyjnym, samochód 40 H. P. i niech pani jedzie razem z tą piekielną maszyną do Wilanowa.
RYPS. Dziękuję panu dyrektorowi, nie jeżdżę samochodem, ja się boję.
HEYST. Masz! To niech pani idzie pisać do gabinetu. Grzechotanie tej mitraljezy do szału mnie doprowadza... Przepraszam.

(Panienka bierze papiery i wychodzi)

HEYST (kładzie się na otomanie). Uf! chwila ciszy. A tom się urządził. Siadajcie tu przy mnie Powsinowski. Mówcie, tylko nie o akcjach, walutach, metrach kwadratowych, robociznach... Więc co?
POWSINOWSKI. Przyszedłem do was kochany kolego, jako do specjalisty w tej sprawie po poradę.
HEYST. No?
POWSINOWSKI. Nie umiem udawać warjata. Chciałbym a nie potrafię.
HEYST. Zdumiewające.
POWSINOWSKI. Widocznie nie mam odpowiedniego talentu. Obmyślam sobie naprzykład taką rzecz: memorjał o uzdrowieniu waluty...
HEYST. Jest.
POWSINOWSKI. Zaraz czekajcie. Proponuję w tym memorjałe państwowy monopol nazwiskowy...
HEYST. Jakto?
POWSINOWSKI. Skarb skupuje wszystkie dźwięczniejsze przymiotniki. Powsinowski, Szepietowski, Omtadralski, klasyfikuje i sprzedaje indywidjum, któreby chciały zmienić nazwisko. Pierwsza kategorja kosztuje tysiąc marek w złocie. Ostatnia: Dyndalski, Rypalski, Fikalski i Klepacki — pięćdziesiąt...
HEYST. Brawo!
POWSINOWSKI. Dalej. Skupujemy wszystkie znoszone zużyte nazwiska, wyranżerowane: Akwamaryno, Wąchockier, Wyczesany — wywozimy je do krajów, gdzie nie było dotąd przymusu meldunkowego — Tybet, Oceanja, wybrzeże Słoniowej kości — i tam sprzedajemy tubylcom po cenach hurtownych...
HEYST (ściska go w milczeniu za rękę). Winszuję. Jabym sam nic lepszego nie wymyślił.
POWSINOWSKI. Prawda? Przepisuję ten memorjał na maszynie, składam władzy wyższej w nadzieji, że mi dadzą urlop bezterminowy. Wiecie jaki jest skutek?
HEYST.?
POWSINOWSKI. Awans. Dostaję awans. Mianują mnie człowiekiem specjalnej komisji. Z pensją nadetatową 300 tysięcy marek. Co tu robić? Radźcie?
HEYST. Hm. Kochany Benedykcie — ja mam pewną wprawę w udawaniu warjata wśród okoliczności zwykłych. Ale jak się robi warjata na urzędzie — nie wiem. To trudna sprawa.
POWSINOWSKI. Heyst. Przyjacielu. Ratujcie. Przecież ja tam nie mogę wśród interesantów i petentów młodego życia marnować. Co rano skoro świt, o dziesiątej gromadzi się, przed moim stołem zbiegowisko sapiących, kaszlących, zziajanych ludzi. Jakieś historje mnie opowiadają niesamowite; matka się urodziła w Stryju, ojciec się urodził w Dzerweniszkach, syn był zameldowany jako córka i chce jechać do Zagrzebia. Tymczasem lato jest na świecie, lipy pachną, wróble na dachach ćwirkają. A przedemną — na prawo sznur ludzi, na lewo sznur ludzi, na wprost sznur ludzi. Gdzie spojrzę spocone twarze, wyciągi, podania, petycje, wszystko dokądś się wybiera, czegoś chce, o coś się dopomina, wydziela woń plantacji serów rokforckich. — Czy ja mogę w takim „Milieu“ wytrzymać?
HEYST. Wiecie? mam myśl. Spróbujcie tak zwanego strejku włoskiego. Może was wyrzucą.
POWSINOWSKI. Próbowałem. Pana co się urodził w Tomaszowie posyłam po metrykę do Kalisza. Ministrowi koleji nie pozwalam jechać do Gdańska wodą. Izydorowi Kohn wpisuję do paszportu rysopis kardynała Rampolli.
HEYST. No i co?
POWSINOWSKI. Nic. Awans. Mam opinję wzorowego urzędnika. Takie rzeczy robię, że mnie samemu chwilami włosy dęba na głowie stają. Nic — Awans. Ja już jestem starszym referentem. Jak tak dalej pójdzie to mi dadzą dożywotnią posadę szefa departamentu — bez zmiany na grzywnę. Radźcie.
HEYST. Hm! dziwne. Ze mną jest wręcz odwrotnie. Nie awansuję i mam opinję fatalną.
POWSINOWSKI. Jakto? Przepraszam ale nie rozumię.
HEYST. Robię jak sami widzicie majątek, prowadzę olbrzymie przedsiębiorstwo: Spółka Akcyjna Budowy Zakładów dla chorych nerwowo „MENSSANA“. Nawet tę nazwę ja wymyśliłem, a to jest w tych wypadkach najtrudniejsze,
POWSINOWSKI. I?
HEYST. Ciągle jakieś takie nieuchwytne coś — rozumiecie jakaś nieufność jakieś podejrzenie...
POWSINOWSKI. A Pani Mary?
HEYST. Mary jest moją żoną. Żona ma zawsze męża za pomylonego. To byłoby zrozumiałe, ale otoczenie, Pistjan, Dordoński, teściowa...
POWSINOWSKI. Brysia? Brysia też?
HEYST. Brysia też.
POWSINOWSKI. Dziwny jest świat, jednemu szydła nie chcą, drugiemu brzytwy golą, a trzeci sam w nie wpada. Ilebym ja dał za to, żeby mnie starsza linja rodu Powsinowskich otoczyła lekką nieufnością, lekką opieką i wysłała gdzie w odludne miejsce, na trawkę. Rozumiecie? Strzyżone aleje drzew, zamiast niegolonych interesantów, kalafjory zamiast Izydorów...
HEYST. Hola! Kalafjory? Proszę mi tego nie tykać. To z mojego repertuaru.
RYPS. (W chodzi z księgą podaje Heystowi papiery do podpisu).

HEYST. (Pisze i sprawdza). Wysoka — dobrze. Fajtaś i Cięcieliński — dobrze. Macierzan i Dzbanuszek — dobrze...
(Powsinowski przy każdem nazwisku rusza ramionami oburzony)

Gołębikier i Parasol — bon. Więc wyście to wszystko chcieli odsprzedać murzynom?
POWSINOWSKI. Musimy mieć eksport! Równowaga ekonomiczna tego wymaga.
HEYST. Ekonomiczna? Świetnie. Już wiem. Kochany Benedykcie, drogi przyjacielu. Mam, nie widzę dla was innego wyjścia z sytuacji! Powinniście zmienić rodzaj zajęcia. Chwileczka: Panno Ryps niech pani siada i klekoce.

(Ryps siada przy maszynie)

HEYST (dyktuje). Plenipotencja. Upoważniam niniejszem pana Benedykta Powsinowskiego, zamieszkałego przy ul. ?...
POWSINOWSKI... Okólnik II A — Ale...
HEYST. Zaraz... Okólnik II A, do zastępowania mnie podczas godzin objadowych (od 1-ej do 3-ej) we wszystkich czynnościach moich...
POWSINOWSKI. Dajcie spokój.
HEYST. ...majątkowych, urzędowych, osobistych. Pan Powsinowski ma prawo zawierania i rozwiązywania umów, składania piśmiennych, ustnych i telefonicznych wyjaśnień, uznawania dłużników moich za upadłych...
POWSINOWSKI. Nie! co znowu! Upadłych? Dlaczego?
HEYST. Nie przerywać... odbierania pieniędzy i wyroków, tudzież kończenia moich spraw polubownie. Wszystko, co pan Powsinowski w granicach tej plenipotencji t. j. od 1-ej do 3-ej postanowi, to za dobre przyjmuję i wszelkich z tego powodu sporów się zrzekam. Ma pani, doskonale (podpisuje do R.). Zawiadomić kogo należy... Tak, ten egzemplarz jest dla was.

(Ryps wychodzi)

POWSINOWSKI. (Obraca kartkę w rękach). Co to ma być? Wy sobie żartujecie z człowieka stojącego nad grobem.
HEYST. Dobrze jest, ani mru — mru! Siadajcie tu przy biurku. Tak, będzie wam wygodniej. Lecę na pocztę w sprawach osobistych. Nareszcie się z tego kieratu na dwie godziny wyprzągłem. Do widzenia!
POWSINOWSKI. Ależ moi drodzy! Heyst! Nie zostawiajcie mnie tu samego. Przecież ja o niczem pojęcia niemam.
HEYST. Właśnie o to chodzi. Doskonale. (Włącza kontakt telefonu, zaciera ręcę). O! już dzwoni. Już się zaczyna. (Do telefonu). Tak! Pan Powsinowski mnie zastępuje. Udzieliłem mu plenipotencji... (chwila ciszy — znów dzwonienie). „Pan Powsinowski ma pełnomocnictwo“ — idę.
POWSINOWSKI. Powiedzcie mi przynajmniej co ja mam robić?
HEYST. Wszystko jedno! Addio!
POWSINOWSKI. Na litość Boga jak się to przedsięwzięcie nazywa, którem zarządzam?
HEYST (już przy drzwiach) „MENSSANA“ budujemy wielkie zakłady w Mokotowie (z radością). Telefon dzwoni. (Ucieka).
POWSINOWSKI. Heyst, zaraz, (do telefonu) „Menssana“. — Djabli nadali, Powsinowski... kto? Niech pan sylabizuje. Cegła... Co mnie obchodzi cegła, panie życie mi obrzydło, a pan mi mówi o cegle. Co pan ma robić? Na pańskim miejscu zmieniłbył nazwisko i tańczył shimmy. Jakto warjat panie? Ja mam plenipotencję. Każe pan natychmiast wszystko sprzedać? Przenosimy się gdzieindziej. Żeby mi żadnej cegły nie było. Rozumie pan? Ja pana nauczę, z kim pan ma do czynienia!

(Biega wzburzony po pokoju. Ryps wchodzi z papierami).

RYPS. Goldfinger i Abramowicz... Futryny.
POWSINOWSKI. Futryny? Sprzedać. Poco komu futryn na taki upał?... Pani sama powinna wiedzieć, że futryna nie daje szczęścia.

(wpada Dordoński — zziajany, nieprzytomny).

DORDOŃSKI. Gdzie ten człowiek jest? Dzwonię od godziny — telefon wyłączony. Co to ma być? Gdzie Heyst?
POWSINOWSKI. Poszedł na miasto.
DORDOŃSKI. Na miasto? W takiej chwili. Tu się decyduje sprawa terenów w Paluchu, każda minuta — to miljony. Jak on śmiał się ruszyć, panie, ten człowiek ma fijoła.
POWSINOWSKI. Pan będzie się łaskaw liczyć ze słowami. Pan Heyst jest moim przyjacielem i kolegą. Spędziliśmy razem kilka miesięcy w zakładzie. Jeżeli on ma fijoła, to i ja mam fijoła. O co chodzi?
DORDOŃSKI. Tereny w Paluchu.
POWSINOWSKI. Sprzedać.
DORDOŃSKI. Jakto sprzedać, panie?
POWSINOWSKI. Wszystko sprzedać, panie. Ja mam plenipotencję.
DORDOŃSKI. Jezus Marja. Pan? (czyta papier). Przecież to musi być poświadczone u rejenta.
POWSINOWSKI. Będzie. Odpowiadam za wszystko. Paluch sprzedać, cegiełki sprzedać. Futryny sprzedać nie trzeba.
DORDOŃSKI. Panie, przecież roboty są już zaczęte. Miljony, dlaczego pan się wyzbywa placów i materjaiów budowlanych?
POWSINOWSKI. Bo mi nie są potrzebne. Żegnam.
DORDOŃSKI. Jak pan to sobie wyobraża? Co ma być dalej? Umowy, kontrakty, robotnicy? Przecież nie będziemy sanatorjum budowali w powietrzu?
POWSINOWSKI. W powietrzu? (Myśli głęboko). Nie, w powietrzu nie!
DORDOŃSKI.. Więc gdzie?
POWSINOWSKI. W Stryju.
DORDOŃSKI. W jakim Stryju?
POWSINOWSKI. Znajdzie pan ten wyraz w słowniku geograficznym. Pan wybaczy — ale ważne sprawy... Proszę mnie nie nudzić.
DORDOŃSKI. Dom warjatów.
POWSINOWSKI. Nie „Dom warjatów “, tylko „Menssana“. Proszę tytułu nie przekręcać. Addio.

(Dordoński i Ryps wychodzą)

Bardzo przyjemne zajęcie.

(Ryps wraca z biletem wizytowym)

POWSINOWSKI (czyta). Ewa Heyst. Nie znam tej damy. Prosić.
(W korytarzu lekki harmider. Jest to zwykle „zderzenie“ pani Gabrjeli — tym razem z Ewą Heyst. Po chwili wchodzi Ewa, osoba żywa, elegancka, bardzo skłonna do śmiechu w miejscach najbardziej niespodziewanych. Ewa — pierwsza żona Ryszarda Heysta, mówi nieco z poznańska, zwrotami niemieckiemi. Nie znać na niej smutku kobiety przedwcześnie owdowiałej):
EWA. Och! To kto inny.
POWSINOWSKI. Nie, pani, to ja. Powsinowski, nota bene Benedykt.
EWA. Co mam zrobić z Powsinowskim? Mnie potrzebny Heyst, nieprawdaż, Richard.
POWSINOWSKI. Richard? Wyszedł. Pani jest cudzoziemką?
EWA. Iii... nie (śmieje się). Z Grudziądza. Cały świat mnie tu trzyma za cudzoziemkę. Czemu — nic nie wiem, nieprawdaż?
POWSINOWSKI. Z Grudziądza? Coś mi się przypomina. Pani jest kobietą z Grudziądza?
EWA. Tak, żona pani Ewa Heyst. Jak się to mówi — Heystowa. Richarda żona.
POWSINOWSKI. Nie, żona nie! ja znam żonę Ryszarda Heysta. Pani się myli.
EWA. Ja się nie mylę. Ja mam dowód (wyjmuje jakieś papiery z torby).
POWSINOWSKI. No to dobrze. To niech pani siada.
EWA. Poco. Kiedy ja chcę mówić z mężem, z Riszardem, nieprawdaż?
POWSINOWSKI. Wszystko jedno. Niech pani mówi ze mną. Jestem jego plenipotentem (pokazuje swój dokument). Zastępuję go w godzinach obiadowych.
EWA (śmieje się). W obiadowych? — dobrze. Ale nie w tych sprawach, w tych sprawach pan go nie może zastąpić. Wykluczone.
POWSINOWSKI. Pani mnie obraża, dlaczego? Już go w ważniejszych spraw ach zastępowałem. O co chodzi? Proszę.
EWA. Dobrze, proszę pana, to tak nie może być. Ten człowiek ma podwójną żonę.
POWSINOWSKI. Szczęściarz. Jakto podwójną, proszę pani. Niech pani siada na fotelu.
EWA. Doppelehe:
POWSINOWSKI. Dopeleje? Co to znaczy?
EWA. On ma albo dwie żony odrazu, albo żadnej.
POWSINOWSKI. To musi być szalenie przykra sytuacja. Nic nie rozumiem. Niech pani siada na kozetce.
EWA. Widzi pan, sprawa leży tak. Myśmy się rozwiedli w roku dziewiętnaście set i szesnaście.
POWSINOWSKI. Mam nadzieję, po Narodzeniu Chrystusa?
EWA. Grubo, otóż rozwód został sądownie wypowiedziany (wyjmuje małą książeczkę z torby — kodeks kieszonkowy) na gruncie paragrafu piętnaście siedemdziesiąt B. G. B. który powiada: Ein Ehegatte, der in Geisteskrankheit verfallen ist...
POWSINOWSKI Ferfallen, nie daj Boże, pani, ja się tem wyróżniam, że po niemiecku nic nie rozumiem.
EWA. Krótko mówiąc, on dostał rozwód, bo miał... tego... (gest).
POWSINOWSKI Pajączka?
EWA. Jawohl. Pajączka. Tymczasem ja też wyszłam zamąż za niejakiego pana Fingerhut, adwokata...
POWSINOWSKI, Aha. To jakaś bardzo skomplikowana historja. Pani pozwoli, że wyłączę telefon (wyłącza kontakt, siada przy niej). Cóż tedy ów Mindergut?
EWA. Fingerhut, Naparstek, Adwokat z Łodzi. On już nie żyje.
POWSINOWSKI. No, widzi pani poco pani wychodziła za adwokata? Taki człowiek albo umiera, albo żyje — a zawsze niepotrzebnie. To pani jest wdowa.
EWA. Wdowa.
POWSINOWSKI. To niech pani siada na kanapie. Bardzo ładna historja. Ogromnie zajmująco pani opowiada. Strasznie mi się ta rzecz podoba.
EWA. Nie!
POWSINOWSKI. Nie? nie, to nie. Przepraszam...
EWA. Bo, widzi pan, co mi tu piszą z biura Argus (Diskretion Ehrensache): Ryszard Heyst ożenił się po raz drugi z panną Mary Pistjan, córką znanego psychjatry profesora Jana Pistjana...
POWSINOWSKI. To prawda, sam byłem na ślubie. Wspaniałe tualety... Kościółek jest naprzeciwko.
EWA. Otóż — proszę pana. Czy pan profesor Pistjan żyje?
POWSINOWSKI. Dziękuję pani, owszem żyje.
EWA. Więc sprawa leży tak, Przecież ja się na tem znam, jako wdowa po adwokacie. Jeżeli pan profesor Pistjan, psychjatra wydał swoją córkę, Mary, za Richarda, to on widocznie nie jest taki warjat, a jeżeli Richard nie jest warjat, to rozwód — nie giltuje i jest ungiltig. Jestem nadal żoną mojego męża, on powinien być karany za bigamię, poczem wraca do mnie, a nowa żona nie ma żadnych praw.
POWSINOWSKI (myśli). Tak, pani ma rację. Sprawa jest jasna. Pani powinna do niego napisać.
EWA. Ja do niego pisałam osiemnaście razy. On każdy list wcale nie czyta, odsyła w kopercie, a zamiast odpowiedzi dostaję co miesiąc te pieniądze (wyrzuca z torby plikę pieniędzy). Tu się uzbierało marek polskich 2,600.000 i niemieckich 900.000.
POWSINOWSKI. Wie pani, chociaż to mój przyjaciel, ale to jednak porządny człowiek. Tu jest ze cztery miljony z dużym ogonkiem.
EWA. Kiedy ja gwiżdżę na pieniądze, Fingerhut...
POWSINOWSKI. Nie mówmy, proszę pani, Fingerhut. Nie podoba mi się to słowo.
EWA. Ależ on się tak nazywał.
POWSINOWSKI. On się tak nazywał, bo umarł przedwcześnie. Gdyby doczekał mojej reformy, nazywałby się conajmniej Powsinowski, mnieby wywłaszczono, a on by sobie to kupił na licytacji.
EWA. Dobrze. Otóż Moryc...
POWSINOWSKI. Moryc mu było? Na to nie mam żadnej rady.
EWA. On pracował jako radca przy stoczni w Gdańsku. I z domu był bogaty. On mi wogóle zostawił trzydzieści miljonów w Reichsmark — w markach niemieckich.
POWSINOWSKI. Fjjju!
EWA. Co to znaczy fjjju?
POWSINOWSKI. Proszę pani, jeżeli rzecz się tak ma, to co pani zależy właściwie na moim przyjacielu Heyście?
EWA (śmieje się). Mam do niego prawo. Pieniądze zwracam (odsuwa banknoty), a przychodzę po męża.
POWSINOWSKI. Więc to jest do zwrotu? Proszę pani (pisze), tu jest kwitek. Co się tyczy męża — Firma nasza żałuje, ale go chwilowo wydać okazicielce nie może, poszedł bowiem na pocztę... Co się stało?
EWA, Jessas. Ta kobieta!! (jednym susem jest przy drzwiach balkonowych. Albowiem wchodzi z korytarza pani Gabrjela z jakiemiś solidnemi narzędziami w rękach: szczotka owinięta ściereczką. szufelka, trzepaczka).
GABRJELA (mruczy groźnie i ściska rękojeść szczotki).
POWSINOWSKI. Pani Brysia kochana, złota, promienna pani Brysia (całuje ją z impetem po rękach, z których wylatuje natychmiast szczotka, trzepaczka i szufelka).
GABRJELA (ponuro, ale łagodnie). Ta osoba ma stąd wyjść. Nie pozwolę. Pod moim dachem nie pozwolę. Niesłychane rzeczy w domu obywatelskim. Taki despekt, na moje stare lata, w salonie? Czy to gdzie tak bywa u ludzi?
POWSINOWSKI. Pani jest w błędzie, jasnooka pani Brysiu. To poprostu, pierwsza żona Ryszarda, pani Ewa, która zwróciła się do nas, do firmy, w pewnym interesie, nie cierpiącym zwłoki.
GABRJELA. Zwłoki? Ja wiem, o jakie zwłoki tu chodzi. Czy to on mi pierwszy raz takie rzeczy robi? Trzydzieści lat jestem z nim zamężna, panie.
POWSINOWSKI. Omyłka, łaskawa pani. Różanopalca pani Gabrjelo, fatalna, zasadnicza, fenomenalna omyłka. Pani Ewa niema nic wspólnego z czcigodnym Jasiem (pisze coś na biurku pośpiesznie).
GABRJELA. Niema nic. Teraz pana też przekabacili. Pan też przeciwko mnie? Ewa. Ja coś wiem o tej Ewie. Liściki na niebieskim papierze, perfumowane, widziałam te liściki.
EWA. Boże, Boże, Jessas. Panie Powsinowski.
GABRJELA. Powsinowski. Pana też potrafili na swoje kopyto przerobić mądrale. Wstyd, panie, taki porządny, taki szykowny człowiek. Wstyd.
POWSINOWSKI. Ja zawsze z panią, pani Brysiu. Ale teraz pani jest na fałszywym tropie. Widzi pani ten dokument? Tu jest wydrukowane czarne na białem, z kim mąż panią zdradza. Proszę, o Apolonja — pralnia bielizny. Aurelja — fabryka gorsetów. Leontyna — pracownia sukien. Matylda — szwalnia mechaniczna... Proszę.
GABRJELA. Dawaj pan to.
POWSINOWSKI. Tu są adresy poświadczone w Magistracie. Bednarska, Foksal, plac Kercelego. Ja zawsze o pani myślę, pani Gabrjelo. Jak pani mogła o mnie zwątpić?

(Gabrjela chwyta „dokument“ i wychodzi pośpiesznie).

Nie lubię zwarjowanych kobiet. Jakiem prawem odchodzi od rozumu istota, która się do niego nigdy nie zbliżała. Ale — do rzeczy. Niech pani siada. Tu na krześle, na pufie.
EWA (drży jeszcze z przerażenia). Ja... nie mogę... idę... Ta niewiasta, ta straszna niewiasta. Ona dybała na moje życie już w przedpokoju.
POWSINOWSKI. To była tylko pani Pistjanowa. A jeszcze jest córka, Dordoński i profesor. Widzi pani, jakie pani grożą niebezpieczeństwa u boku Ryszarda Heysta? Cóż z tego, że pani ma rację, kiedy tamci ludzie mają temperament? Zresztą — o co chodzi? O męża? Prawda? Niech pani siada na fotelu. Zaraz sprawę załatwimy po amerykańsku.
EWA. Dziękuję, idę. Nie mam pretensji, fercichtuję. Jadę curück kurjerem do Gdańska.
POWSINOWSKI. Hola! Madame! nie można stawać w pół drogi, rzecz trzeba załatwić radykalnie i ostatecznie. Mąż? — ja. Był Heyst, był Fingerhut, może być i Powsinowski.
EWA (śmieje się). Proszę pana. So was. Takie coś.
POWSINOWSKI. Mam na imię Benedykt, innych przeszkód nie widzę. Dlaczego jeden człowiek może mieć dwie żony, kiedy inny człowiek niema wcale żony. Gdzie tu logika? Pani ucieka?
EWA. Ja myślę. Pan sobie stroi kpinki. Zum Lachen (już przy drzwiach).
POWSINOWSKI. Nie, pani. To propozycja poważna. Odprowadzam panią do tramwaju. Nikt tak nie umie umieścić kobiety w tramwaju jak ja (we drzwiach Dordoński, Pistjan, Mary). Pardon, wychodzę ale wracam. Ważne sprawy rodzinne. Młodsza linja Powsinowskich zaczyna się żenić. (Roztrąca tamtych i wybiega za Ewą).
DORDOŃSKI, (Ma tekę wypchaną papierami, które ciągle wyjmuje, przewraca, znów chowa. Ręce mu drżą z oburzenia. Jest szalenie zdenerwowany). Masz? Widzisz? Słyszysz co się wyrabia? A telefon znów wyłączyli. O!!!
PISTJAN. No, tak, masz rację. To nie są objawy pocieszające. Jak sądzisz Mary?
DORDOŃSKI. To są objawy irytujące, deprymujące i wystarczające. Najpierw kontraktuje place w Mokotowie, w Rakowcu, Paluchu, a kiedy wreszcie przychodzi co do czego, mianuje swoim zastępcą pierwszego lepszego z ulicy, ten sprzedaje wszystko na łeb na szyję, każe staremu poczciwemu Hufnalowi tańczyć shimmy...
MARY. (Bez przekonania). Pan Powsinowski, nie był przecie pierwszym lepszym. To jego kolega. To starodawny pacjent papy... Pachyineningitis...
PISTJAN. Ale uleczona całkowicie. To jeden ze zdolniejszych urzędników w Ministerjum.
DORDOŃSKI. Nic mnie nie obchodzi. Umywam ręce. Może to teraz taki zwyczaj, że szaleńcy budują sanatorja dla warjatów. Idea jest nawet piękna: Sami sobie. Ale ja w tem palców maczać nie chcę, muszę wiedzieć z kim mam do czynienia. Byłem radcą prawnym u nafciarzy, byłem radcą prawnym w teatrach, ale nie mogę być radcą prawnym u furjatów. (Rzuca papiery).
PISTJAN. Widzisz, Meruś, co prawda to prawda. Ja bo wciąż mam pewne obawy, niby to tak, a właściwie nie... On tam ciągle coś pisze, skrobie, ukrywa... Widzisz taki Powsinowski. Zupełnie co innego. Ma najlepszą opinję. Przełożeni są nim po prostu zachwyceni. A ten...
MARY. Ryszard pracuje naukowo.
PISTJAN. Hm. Wierzysz w tę jego pracę. Jakieś, cyfry, całki, logarytmy...
DORDOŃSKI. A już szczyt wszystkiego to ta plenipotencja. Pomijam, że jest niewłaściwie sporządzona. Ale daje nieznanemu człowiekowi plein pouvoir — i to w godzinach objadowych. Dziesięć minut przed pierwszą, jeden wszystko kupuje a dziesięć minut po pierwszej drugi wszystko sprzedaje. Co najgorsze, oni na tem zarobili sześćdziesiąt miljonów.
PISTJAN. Jakto?
DORDOŃSKI. No! jak kazali staremu Hufnaglowi tańczyć shimmy, to się rozeszła wśród żydów pogłoska, że amerykanie chcą w tym Paluchu założyć ogród-miasto. Jeszczem nie zdążył jednej transakcji załatwić — już mi przynieśli sześćdziesiąt miljonów odstępnego.
MARY. Widzi papa, jak on dobrze interesy prowadzi.
PISTJAN. To znowu nie on, to Powsinowski.
MARY. A kto mianował Powsinowskiego, kto go wybrał?
PISTJAN. Moje dziecko, cóż to za dowód? Nie robię porównań, ale ślepa kura też na ziarno trafia.
DORDOŃSKI. Naturalnie. I panią sobie wybrał, ale czego to dowodzi? Każą mi w ciągu kwadransa przenieść cały zakład z Mokotowa do Stryja. Szukam tego — Stryja w Słowniku Larousse’a — niema. Rozpytuję ludzi. Zbieram informacje, ...co się okazuje? To jest idealna, świetnie na tego rodzaju uzdrowisko wybrana miejscowość, komunikacja, dowóz, robotnik, budulec...
MARY. A widzi mecenas! aha...
DORDOŃSKI. Co widzę. Nic nie widzę. Tak nie można. Trzeba najpierw zwołać sesję, radę nadzorczą, ogłosić w pismach pierwszy termin, drugi termin, okólnik — porządnie, systematycznie...
MARY. A tymczasem place pójdą w górę, komunikację przerwą, robotnik razem z budulcem zdrożeją.
DORDOŃSKI. Może, ale tak właśnie postępują ludzie normalni, a nie pomyleni. Iii — co ja tu będę czas tracił. Proszę o dymisję. (Heyst wtacza się do pokoju, obładowany, jak juczne zwierzę, broszurkami, jednakowego rozmiaru i koloru. Wszystkie kieszenie niemi wypchał, dźwiga je pod pachą, trzyma w rękach. Wyraz twarzy niezwykle radosny).
HEYST. Dzień dobry!
OBECNI (mrukliwie). Dobry.
HEYST. Wracam z poczty. Zwycięstwo. Żono ucałuj męża, papo, weź w ramiona zięcia. Mecenasie, uściskaj klijenta. Wydrukowali!.
PISTJAN. O czem mówisz, Rysiu? Co wydrukowali?
HEYST. Moją pracę o teorji liczb! Ja myślałem, że oni mi rękopis zwracają. Biegnę na pocztę, staję zawstydzony w ogonku, pokazuję z rumieńcem na twarzy swój kwitek panience i patrzcie państwo — odbitki! Widzisz Mary? Odbitki z „Archives néerlandaises“. Najpoważniejszy kwartalnik matematyczny w Europie. Poczciwe holendry, kochane, złote holendry. Mecenas nie wie jak brzmi holenderski hymn narodowy?
DORDOŃSKI. Eee...
HEYST. (Pisze coś na biurku na swoich broszurkach). To dla ciebie Mary. To dla kochanego papy doktora, to dla mecenasa. No cóż panowie? Nie jestem widać taki znowu — „mente captus“ kiedy mi rozprawy matematyczne w najgłośniejszym czasopiśmie świata drukują? Co?
PISTJAN. (Przerzuca broszurkę). „O liczbach nieparzystych“. Hm... no tak... (patrzy na Dordońskiego. Pauza). Owszem...
DORDOŃSKI (wybucha). A właśnie, że nie owszem. Parzyste czy nieparzyste to mi wszystko jedno. Ja tu nie gram w cetno i licho. Są kontr — dowody i znajdzie je pan na biurku. (Wychodzi ostentacyjnie).
PISTJAN. Ależ Adasiu! Tak nie można. Stopniowo. Drogą perswazji. (Wychodzi również). Drogą suggestji...
HEYST. Dowody? na biurku? Drogą suggestji? E! (rusza ramionami). Mary przeczytaj książeczkę. Dzieło ma piętnaście stronnic druku. Ale starczy ci do końca życia. Tam jest kilka trudniejszych wykładników i wektory urojone...
MARY. Dziękuję ci za wektory urojone. Jako żona, mam jednak prawo więcej od ciebie wymagać.
HEYST. Mianowicie, albo naprzykład?
MARY. Mój drogi. Co my dwoje właściwie za małżeństwo tworzymy?
HEYST. Bardzo przykładne. O ile taka rzecz jak małżeństwo wogóle może być przykładne.
MARY. Tak. Pewnie. Ja gram foot-ball w Agrykoli, a ty piszesz te bzdury.
HEYST. Bzdury? Oddaj!
MARY. Czy my tworzymy jaki dom? stadło? Czy my żyjemy z ludźmi? Czy my bywamy gdzie?
HEYST. Proszę, proszę, tu jest kalendarzyk terminowy. (Bierze z biurka). Dnia 18 b. m. „Trubadur“, dnia 20 raut u Kopystowskich.
MARY. Tak! tylko, że na „Trubadurze“ zasnąłeś w loży zwracając powszechną uwagę.
HEYST. Bo ja nie lubię włoskiej muzyki. Już na lepszych operach sypiałem.
MARY. ...a na raucie u Kopystowskich przypiąłeś szpilką od kapelusza starą Bretnalową do otomany tak, że się kobieta przez cały wieczór ruszyć nie mogła, a kiedy wreszcie zrozumiała o co chodzi i zaczęła wołać o pomoc, to z przestrachu otworzyła za szeroko usta i zgubiła sztuczną szczękę.
HEYST. A cóż ja jestem winien? że baba otwiera usta za szeroko. Powinna ich wogóle nie otwierać bo mnie nudzi, to jędza i plotkarka.
MARY (ciągle dalej). Wszystkie te fakty uszłyby bezkarnie człowiekowi — powiedzmy zwyczajnemu. Trubadur jest doprawdy nudny, a starą Bretnalową, kiedy gadać zacznie, nietylko do otomany, ale do żyrandola śmiało możnaby przymocować...
HEYST. Widzisz Mary my się zgadzamy, nawet w drobiazgach.
MARY. Za pozwoleniem: jest ale w danym wypadku właśnie dlatego, że to o ciebie chodzi Ryszardzie, te same fakty budzą w ludziach pewne podejrzenie, pewne supozycje...
HEYST, Aha! czy być może! znów są podejrzenia — i znów są supozycie!
MARY. A tak są! Jesteśmy izolowani, odcięci od świata. Żebyś ty był widział, jak się wtedy na raucie, po tym skandalu, Zacierkowska uśmiechała, jak mnie ściskała ze współczuciem za rękę.
HEYST. Nic nie poradzę na to, że się Zacierkowska uśmiecha. Mógłbym utartym zwyczajem wyzwać jej męża na pojedynek, ale gdybym to stare pudło kulami podziurawił Zacierkowska uśmiechałaby się w dwójnasób od ucha do ucha!
MARY. ja cię nie namawiam na pojedynek Ryszardzie, jeszcze czego brakowało! Żebyś zaczął strzelać do ludzi! już i tak Bóg wie co sobie opowiadają.
HEYST. Niech sobie opowiadają, od Napoleona do Lloyd-George‘a, o każdym sobie coś opowiadają, a to niema jednak nic do rzeczy. Co mnie obchodzi, że ten i ów ma mnie za warjata?
MARY. Tu nie chodzi o ciebie ani o mnie. Zapomniałeś, że my możemy mieć dzieci?
HEYST. Żadne możemy, na pewno będziemy mieli i to sześcioro. I wszystkie, wszystkie zajmą na złość najwyższe stanowiska na drabinie społecznej. Synów pchniemy na ambasadorów, a córki wydamy poprostu za śpiewaków operowych. Dixi.
MARY. Ryszardzie proszę cię nie żartuj! Mogłabym sobie wreszcie, tak, jak i ty lekceważyć opinję obcych ludzi, ale — najbliżsi, papa — Dordoński.
HEYST. A cóż papa z Dordońskim mają mi do zarzucenia.
MARY. Dordoński — radca prawny z wielu towarzystw, mecenas — powiada, że twój sposób prowadzenia interesów... świadczy...
HEYST. Co mój sposób prowadzenia interesów? Odziedziczyłem po starej Leokadji taką kasetkę, a teraz mam taką kasę ogniotrwałą i na strychu dwa kosze od bielizny napełnione banknotami. To leszcze źle?
MARY. No tak! ale...
HEYST. Znów ale?
MARY. Papa powiada, że to przypadek...
HEYST. Przypadek? (zaciera ręce). Zobaczymy. Umyślnie, żeby ich przekonać pozwoliłem sobie na pewien eksperyment naukowy (śmieje się). Mianowałem moim jeneralnym zastępcą Powsinowskiego. Dałem mu plein pou voir. Niech tu sobie popracuje ze dwie godziny dziennie, a zobaczymy co z tego wyniknie.
MARY (po pauzie). już wynikło, przejrzyj te papiery (gest w stronę biurka). Zarobił sześćdziesiąt miljonów (wzdycha głęboko i przecierając oczy wychodzi).
HEYST. (Oszołomiony) He? (Przerzuca dokumenty na biurku). (Powsinowski — kapelusz laseczka. Ogromnie jest zaszofowany i chłodzi się chusteczką).
POWSINOWSKI. Zmachałem się, ale jestem, wracam na dyżur. Urlop trwał dłużej niż przypuszczałem. Ale to nic. Nie moja wina. Trudności komunikacyjne. Najpierw szedł tramwaj osiemnaście i trzy czwarte, później dwa i pół, wreszcie nadjechał zupełnie dziecinny wózek, w którym kobiety dorosłej, umieścić nie miałem serca. Przepraszam... Jestem. Panowie! posiedzenie trwa dalej. — Bardzo miłe zajęcie.
HEYST. (Patrzy nań z wyrzutem). Człowieku! człowieku! coś ty mi narobił!
POWSINOWSKI. Wiem zrujnowałem się doszczętnie. Odpowiadam za wszystko całym majątkiem ruchomym. A mam przy sobie stodwadzieścia Dytków w gotowiźnie i trzystasześćdziesiąt marek miesięcznej pensji. Trudno, puściłem się z torbami — furda. Nie należy się przywiązywać do rzeczy materjalnych.
HEYST. Jestem tego samego zdania!
POWSINOWSKI. Bardzo słusznie! Pomyśl sobie jakie majątki ludzie potracili w Rosji. Pieniądz to fikcja, szczęście — to nie papier. Nie rób mi wyrzutów drogi przyjacielu!
HEYST. Jakże ci nie mam robić wyrzutów Benedykcie? Zostawiam cię tu w najlepszej wierze, w przekonaniu, że nie masz o rzeczy pojęcia co się dzieje? Nadużywasz mego zaufania. Zarabiasz przez dziesięć minut sześćdziesiąt miljonów.
POWSINOWSKI. Ja? To niemożliwe!
HEYST. Tu są dowody! Pytam się czy tak postępuje przyjaciel? Chciałem, żebyś im wykazał wreszcie, kogo we mnie mają i co mi zawdzięczają, do czego może doprowadzić przedsiębiorstwo. Człowiek lekkomyślny, — a ty robisz świetne interesy.
POWSINOWSKI. (Mruga oczyma). Ja? Jakim cudem?
HEYST. Kazałeś staremu Hufnaglowi tańczyć shimmy, izraelita wyciągnął stąd wniosek, że amerykanie kupują place, w dwadzieścia minut później, sprzedaliśmy tereny w Paluchu, z zyskiem pięćdziesiąt dziewięć miljonów ośmset siedmdziesiątdziewięć tysięcy.
POWSINOWSKI. (Wzdycha). A to jeszcze nie wszystko.
HEYST. Po co?
POWSINOWSKI. Bo prócz tego wpłynęło w gotówce marek polskich dwa miljony sześćset tysięcy i niemieckich dziewięćset tysięcy.
HEYST. Skąd?
POWSINOWSKI. Z Grudziądza a właściwie z Gdańska.
HEYST. Co to ma znaczyć?
POWSINOWSKI. Była tu pewna dama. Owszem, owszem tip — top, smart, very smart, ale right.
HEYST. Kto?
POWSINOWSKI. Pani Ewa Heyst, twoja pierwsza żona? Nieboszczyk Fingerhut umarł, ona gwiżdże na pieniądze, prosi o męża, chce ci wytoczyć proces o dwużeństwo.
HEYST. Co ty pleciesz człowieku!
POWSINOWSKI. Nie ja tylko ona! Jakieś świadectwa, paragrafy, komplikacje...
HEYST. Ależ ona nie ma najmniejszego prawa.
POWSINOWSKI. To nic, że nie ma prawa. Gdyby miała prawo, to by nie było o czem gadać, a tak — proces byłby szalenie senzacyjny. Świadkowie i rzeczoznawcy, wywiady, dodatki, depesze do pism zagranicznych. — Na szczęście rzecz się stała w godzinach objadowych. Ja tu jestem, pieniądze zainkasowałem — kwit wydałem i z damą się żenię.
HEYST. Oszalałeś?
POWSINOWSKI. Owszem, ale to jej nie przeszkadza. Mieszka w Bristolu, ślub za sześć tygodni. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu. Zresztą gdybyś nawet miał przeciwko temu to mi wszystko jedno. Mam plenipotencję, wstępuję w twoje prawa.
HEYST. (Po pauzie). Kochany Benedykcie. Kapituluję. Jeżeli tak po napoleońsku, rozstrzygają kwestję szaleni, to ludzie normalni powinni im pozazdrościć.
POWSINOWSKI. Tak zwana normalność — to wogóle moim zdaniem — najprzykrzejszy gatunek choroby umysłowej. Hallo! co to? (w przedpokoju słychać od dłuższej chwili brzęk dzwonka telefonicznego, jakaś bieganina, głosy... Wreszcie wpada Pistjan, za nim panna Ryps i po chwili Mary).
PISTJAN. Panie Powsinowski.
POWSINOWSKI. Profesorze!
PISTJAN. Co pan uczynił z Brysią? Panna Ryps mi mówi, że to pański pomysł, gdzie pan ją posłał? Telefonują mi z miasta, że policja aresztowała ją na Marszałkowskiej. Pobiła jakąś kobietę.
POWSINOWSKI. W samej rzeczy, profesorze, Apolonję — mechaniczna pralnia bielizny — wiadomości profesorze są nieco spóźnione i nieaktualne. Proszę mi wierzyć, że ja czuwam nad wszystkiem. Odpowiadam za wszystko i nic się złego stać nie może.
PISTJAN. Ależ na Boga...
POWSINOWSKI. Przepraszam. Oddział centurionów, który aresztował panią Gabrjeię spotkałem na rogu Wielkiej, pokazuję legitymację urzędniczą, płacę Apolonji odszkodowanie, ręczę za wszystko, uwalniam szanowną magnifikę z rąk oprawców i posyłam ją niezwłocznie na Mokotowską 1, szóste piętro, stróż wskaże!
PISTJAN. Panie! Ja tam lecę. Ona tam znów jakąś kobietę poturbuje.
POWSINOWSKI. To niemożliwe, tam są o tej porze sami mężczyźni. To jest klub metodystów. Zresztą — owszem. Mogę ją tu natychmiast przywieść. Panno Ryps proszę mi zamówić samochód na koszt firmy. Jako urzędnik jeżdżę tramwajem, ale jako plenipotent podróżuję autem (wychodzi). Chwileczka! (do telefonu). „Proszę Sejm“ Klub sprawozdawców. Panowie! Powsinowski mówi. Gdyby mi kto w międzyczasie ofiarował tekę ministerjum pracy, jestem u Metodystów. Żegnam. (Wychodzi).

(Panna Ryps drepce za nim). — (Chwila pauzy).

HEYST. (Uderza pięścią w biurko). I on rzeczywiście uwalnia Brysię, robi miljony, żeni się z moją pierwszą żoną, pokazuje legitymację i budzi powszechny respekt. Mój eksperyment zrobił fiasco — kapituluję.
PISTJAN. Mój drogi chłopcze, jeszcze nie wszystko stracone. Skoro tylko sam dochodzisz do wniosku, że twój system nerwowy wymaga radykalnej kuracji, to przy odrobinie dobrej woli...
HEYST. Dosyć, wykazałem dobrej woli, wydobyłem kasetki z podłogi, drukowałem pracę matematyczną, prowadziłem przedsiębiorstwo...
PISTJAN. Sam widzisz, że to nie wielka sztuka.
HEYST. Potroiłem kapitał zakładowy, rozwiązywałem zadania konikowe... nie ma rady. Zacierkowska się uśmiecha, własna żona mi nie ufa.
MARY. Ryszardzie.
HEYST. Istnieje dwieście tysięcy sposobów na to, żeby wykazać człowiekowi, że ma bzika. Wymyślono w tym celu metodę Freuda, metodę Piltza, metodę Krepelina, Strusia Kieliszka, Franaszka, Hersego, Dombali, Żmigrydera, Hardinga, Szyfmana, Izadory Duncan i Ryszarda Straussa. Ale nie ma ani jednego sposobu, ani jednego, żeby przekonać ludzi o tem, że ktoś ma klepki w porządku. Co ja mam robić kochany teściu? wymyśleć perpetuum mobile?
PISTJAN. Przedewszystkiem nie unoś się, jest to objaw lekkiej histeroepilepsji w połączeniu z ekspansywną parafrenją.
HEYST. ...eurytmją, kinofobją i minoplastyką. Wiem słyszałem, Powsinowski, Brysia, Dordoński, wszyscy sobie żyją wesolutko, tylko mnie się czepiają jakieś rzeczowniki łacińskie. Dosyć.
PISTJAN. Chcesz się poddać kuracji.
HEYST. Nie! Postanowiliśmy tu z Mary, że będziemy mieli sześcioro dzieci (zbliża się do niej). Najpierw syna — otóż — papo — obaj wierzymy w atawizm. Jeżeli zatem syn, o którym mowa, po dojściu do pełnoletności nie zda egzaminów, z odznaczeniem i nie zostanie prezesem ministrów, poddaję się. Dobrze Mary? (Całuje ją w rękę). Zgoda?
MARY. Znów mnie hypnotyzujesz wzrokiem? (uśmiecha się).
PISTJAN. (Patrzy na nich ...po pauzie). Prezes Ministrów? — i czegoż to dowodzi?

(KURTYNA)





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.