Strona:Bruno Winawer - R. H. Inżynier.pdf/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


HEYST. A cóż ja jestem winien? że baba otwiera usta za szeroko. Powinna ich wogóle nie otwierać bo mnie nudzi, to jędza i plotkarka.
MARY (ciągle dalej). Wszystkie te fakty uszłyby bezkarnie człowiekowi — powiedzmy zwyczajnemu. Trubadur jest doprawdy nudny, a starą Bretnalową, kiedy gadać zacznie, nietylko do otomany, ale do żyrandola śmiało możnaby przymocować...
HEYST. Widzisz Mary my się zgadzamy, nawet w drobiazgach.
MARY. Za pozwoleniem: jest ale w danym wypadku właśnie dlatego, że to o ciebie chodzi Ryszardzie, te same fakty budzą w ludziach pewne podejrzenie, pewne supozycje...
HEYST, Aha! czy być może! znów są podejrzenia — i znów są supozycie!
MARY. A tak są! Jesteśmy izolowani, odcięci od świata. Żebyś ty był widział, jak się wtedy na raucie, po tym skandalu, Zacierkowska uśmiechała, jak mnie ściskała ze współczuciem za rękę.
HEYST. Nic nie poradzę na to, że się Zacierkowska uśmiecha. Mógłbym utartym zwyczajem wyzwać jej męża na pojedynek, ale gdybym to stare pudło kulami podziurawił Zacierkowska uśmiechałaby się w dwójnasób od ucha do ucha!
MARY. ja cię nie namawiam na pojedynek Ryszardzie, jeszcze czego brakowało! Żebyś zaczął strzelać do ludzi! już i tak Bóg wie co sobie opowiadają.
HEYST. Niech sobie opowiadają, od Napoleona do Lloyd-George‘a, o każdym sobie coś opowiadają, a to niema jednak nic do rzeczy. Co mnie obchodzi, że ten i ów ma mnie za warjata?
MARY. Tu nie chodzi o ciebie ani o mnie. Zapomniałeś, że my możemy mieć dzieci?