Strona:Bruno Winawer - R. H. Inżynier.pdf/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


HEYST. Skoro mi pani nie ufa. — Muszę się postarać o dowody rzeczowe. (Coś wymierza, manipuluje tem i owem z narzędzi). Wydobędę spadek po poczciwej Leokadji.
MARY. Ależ panie, nie teraz. Boże drogi — mama.
HEYST. Co mi tam mama, proszę pani. Tam gdzie o szczęście mego życia chodzi, nie mogę mieć względów dla mam. (Liczy coś, wymierza krokami). Raz, dwa, trzy, cztery...
MARY. Panie, pan znów chodzi jak konik szachowy.
HEYST. Żadna praca nie hańbi. (Pochyla się, siada puka).
MARY. Panie ciszej, panie Ryszardzie. Ja umywam ręce, ja wychodzę.
HEYST. Trudno, tam gdzie chodzi o zwycięstwo prawdy, ofiary być muszą.

(Mary po chwilowem wahaniu, wychodzi rzeczywiście).
(Heyst pracuje w pocie czoła. Z rozmachem zawodowego cieśli i stolarza).

N. B. nie przypuszczam, żeby nawet w skromniejszym teatrze — bez zapadni i urządzeń specjalnych — reżyser miał jakie trudności z tą sceną. Można okno salonu umieścić we wnęce, w wykuszu do którego prowadzi stopień, i na tym stopniu posadzić Heysta. Można — w najgorszym razie — poprostu zamaskować meblami czy dywanem — jego robotę. Pozostawiając tylko jej efekty akustyczne, t. zw. naśladować — za sceną — piłowanie, świdrowanie, trzask desek etc..

(Po pauzie — Dordoński).