Strona:Bruno Winawer - R. H. Inżynier.pdf/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


(MARY — PISTJAN)

MARY (uwalnia Dordońskiego, potem wdziewa rękawice bokserskie. Do Heysta). Raz mnie pan pokonał. Ale teraz mi się pan nie wymknie. Dziś mam rękawice. Pierwsze starcie.
HEYST (powiewa chustką). Poddaję się. Nie mam już ochoty do walki.
PISTJAN (oszołomiony, bezradny). Co to? Co to było Adasiu?
DORDOŃSKI (biega wzburzony, zgarnia papiery). Mój drogi. Dosyć. Mente captus! Szaleniec! Godził na moje życie! Do widzenia.
PISTJAN. Czekajże co się stało?
DORDOŃSKI. To się stało, że nikogo na twoje sanatorjum namawiać nie myślę. Gadu, gadu, perswazje rozmówki, a tu furjaty po mieście latają. Jedna jest tylko metoda: kaftan bezpieczeństwa (wybiega).
PISTJAN. Panie, co tu zaszło?
HEYST (gestem rozpaczy wskazuje mu wyważone deski). Niech profesor patrzy, katastrofa!
PISTJAN. Aha! Aha! Zaczynam rozumieć. No i co? Jakiż rezultat?
HEYST (melancholijnie). Nic.
PISTJAN (radośnie). Niema? Quod erat demonstrandum. Spodziewałem się drogi Panie Ryszardzie spodziewałem się. Widzi pan! I po co to panu było?
HEYST. Blamaż i klapa... Teraz się boję pani w oczy spojrzeć panno Marjo. Któż mógł przypuścić u licha, że stara Leokadja, osoba stateczna, leciwa, miała bzika.
PISTJAN. Nie bzika, tylko nerwicę. Pseudologja phantastica. To nie był jedyny wypadek w pańskiej rodzinie!