Strona:Bruno Winawer - R. H. Inżynier.pdf/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stał się dla pana jawą, rzeczą realną, pewną namacalną...
HEYST. A więc Leokadja mi się przyśniła?
PISTJAN. Bezwątpienia, stanowczo, to znaczy — Leokadja nie, ale kasetka tak! Dowód pan znajdzie na stronicy 30-ej: aż, do 45-ej.

(Z przedpokoju głos Dordońskiego)

PISTJAN. Przepraszam pana, zdaje mi się, że to Dordoński wrócił (wybiega).
HEYST (stoi zadumany). Przyśniło się...
MARY (która przez ten czas z pewnym żalem — oglądała smutne pobojowisko). No i cóż, panie Ryszardzie? Słyszał pan?
HEYST. Słyszałem. (Wzdycha). Tam, w ten pusty otwór, zapadły się wszystkie moje marzenia o szczęściu. Pani przecież nie może za mnie wyjść ze względu na — atawizm...
MARY. Atawizm? nie rozumiem.
HEYST. Tak, bo jeżeli już ja podlegam takim halucynacjom, to cóż będą robiły nasze dzieci? Nie mogą przecie wszystkie — co do nogi — zajmować się reformą teatru.
MARY. Widzi pan, igrał pan z ogniem, aż się pan doigrał... Zostaniemy przyjaciółmi, prawda?
HEYST. Przyjaźń? Owszem, skoro nie może być inaczej...

(Podają sobie ręce)

Jedno mnie tylko zastanawia...
MARY. Co, panie Ryszardzie?
HEYST. Wiedeń mi się przyśnił — dobrze, babkę Leokadję widziałem okiem chorej wyobraźni? —