Strona:Bruno Winawer - R. H. Inżynier.pdf/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


POWSINOWSKI (otwiera usta). A...

(Telefon)

HEYST. Żeby was djabli... (do telefonu) „MENSSANA“... Jak się ta miejscowość nazywa? Paluch? Kupić? Naturalnie — mnie stać na dziesięć paluchów. Panie. Cement? Dwadzieścia tysięcy beczek. Za dużo? To kupujemy trzydzieści tysięcy. Serjo, serjo. Ja zawsze mówię serjo, panie. Panno Ryps! Niech pani pisze (głośniejsze stukanie maszyny). Cementownia w Wysokiej. Zamawiam 30 tysięcy beczek cementu, Portland, loco Warszawa, termin półroczny. Dwa egzemplarze, oba mi pani przyniesie. Cościeto mówili?
POWSINOWSKI. O...

(Telefon).

HEYST (grozi pięścią telefonowi). Cicho kanaljo jedna! I to tak przez cały dzień. Od rana bez przerwy. Są ludzie którzy w tem widzą cel życia. Pamiętajcie Powsinowski, jakeśmy to sobie siedzieli w zakładzie. Cisza, spokój, nirwana. Ptasie mleko mi wtedy nie smakowało. Gdzie te czasy.
POWSINOWSKI (wzdycha). Wy przynajmniej robicie majątek, pieniądze, porastacie w pierze.
HEYST. A tak, bogacę się, powiadam wam, ile ja już głupstw narobiłem żeby ten majątek stracić, żeby go się pozbyć, kupuję cement, puste place, stare cegły, podkłady kolejowe, makuchy, wapno, drut, oliwę nicejską, szpilki do włosów — nic, idzie wszystko idzie! Rośnie, olbrzymieje. Cyfry, od których mnie, obeznanemu z teorją liczb w głowie się mąci. Stara Leokadja musiała chyba zaczarować te swoje Lilpopy. Jestem coraz zamożniejszy.