Strona:Bruno Winawer - R. H. Inżynier.pdf/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


HEYST. Hm! dziwne. Ze mną jest wręcz odwrotnie. Nie awansuję i mam opinję fatalną.
POWSINOWSKI. Jakto? Przepraszam ale nie rozumię.
HEYST. Robię jak sami widzicie majątek, prowadzę olbrzymie przedsiębiorstwo: Spółka Akcyjna Budowy Zakładów dla chorych nerwowo „MENSSANA“. Nawet tę nazwę ja wymyśliłem, a to jest w tych wypadkach najtrudniejsze,
POWSINOWSKI. I?
HEYST. Ciągle jakieś takie nieuchwytne coś — rozumiecie jakaś nieufność jakieś podejrzenie...
POWSINOWSKI. A Pani Mary?
HEYST. Mary jest moją żoną. Żona ma zawsze męża za pomylonego. To byłoby zrozumiałe, ale otoczenie, Pistjan, Dordoński, teściowa...
POWSINOWSKI. Brysia? Brysia też?
HEYST. Brysia też.
POWSINOWSKI. Dziwny jest świat, jednemu szydła nie chcą, drugiemu brzytwy golą, a trzeci sam w nie wpada. Ilebym ja dał za to, żeby mnie starsza linja rodu Powsinowskich otoczyła lekką nieufnością, lekką opieką i wysłała gdzie w odludne miejsce, na trawkę. Rozumiecie? Strzyżone aleje drzew, zamiast niegolonych interesantów, kalafjory zamiast Izydorów...
HEYST. Hola! Kalafjory? Proszę mi tego nie tykać. To z mojego repertuaru.
RYPS. (W chodzi z księgą podaje Heystowi papiery do podpisu).
HEYST. (Pisze i sprawdza). Wysoka — dobrze. Fajtaś i Cięcieliński — dobrze. Macierzan i Dzbanuszek — dobrze...