Strona:Bruno Winawer - R. H. Inżynier.pdf/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


AKT III.
Ten sam salonik przy ulicy Wspólnej, który tak dziwnym kształtem przypomina pokój Heysta w sanatorjum. Mieści się tu teraz biuro, i to wielkie biuro Towarzystwa Akcyjnego „MENSSANA (zarządzający Inżynier Ryszard Heyst). Zdaje się, że nietylko wygląd wewnętrzny, ale wprost powietrze zmieniło się do nie poznania. Biurko, telefon, maszyny do pisania, kopjały, mapy na ścianach, papiery, księgi handlowe, kasa ogniotrwała, drewniane „szczoty“. Prócz tego duża otomana na której sypia Ryszard Heyst w chwilach wolnych od denerwującej pracy. Na jednej ze ścian plan okolic Warszawy z wielkimi napisami: Mokotów, Ochota, Zosinów, Salomeja Duża. Słychać ustawiczny brzęk telefonu i stukot maszyny do pisania, przy której pracuje panna Ryps (roli prawie niema). Słowem: atmosfera denerwująca, hałas właściwy urzędom paszportowym, biurom okrętowym itp.

POWSINOWSKI (bardzo elegancki z kwiatkiem w butonierce, siedzi na fotelu i opowiada. Heyst słucha, ale co chwila biedz musi do telefonu, albo do panny Rypsówny, która mu znosi papiery do podpisu).
HEYST. Słucham tedy, kochany kolego Powsinowski (uderza go w kolano). Jak zdrowie?
POWSINOWSKI (otwiera usta — telefon).
HEYST. Znów? To tak ciągle (przy telefonie). „Spółka Udziałowa „MENSSANA“. Tak Heyst. Tak, tak. Dyrektor Heyst. Ile chcą? Ile miljonów? Panie czy to jest cena, czy to odległość Saturna od słońca? Cena. Dobrze kupić, oczywiście kupić. Dać ile żądają... (Wraca). Więc jakże wam się powodzi?