Ładowa pieczara/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ładowa pieczara
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Drukarz Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Trzeba żebyś wiedział naprzód, że twój stary nauczyciel, ów Grzegorz Soroka, co śmiał karcić dzieci ślacheckie i nieraz krnąbrnego panicza za ucho pociągnął, jest, był i będzie prostym kmiotkiem.
Juljusz spójrzał wielkiemi oczyma, a starzec z lekka się uśmiechnął, jego podziwieniu.
— Zdziwi cię to może żem ślachcica udawał i nie chwalił się pochodzeniem swojém, milcząc o mojéj przeszłości — ale dziwić niepowinno. Źle znacie przeszłość naszą, jeśli podobne uślachcenie wieśniaka zdumiewać was może. Przykładów jego tysiące macie w dawnych dziejach waszych; dopiero w ostatnich nieszczęśliwych czasach a szczególniéj w krajach przez polskę na rusi podbitych i przyswojonych, żywioł ślachecki z powodu różnic narodowości wyrobił się zupełnie odrębny i oddzielił całkiem od ludu pospolitego. Dawniéj zasłużonych kmieciów panowie do herbów nawet przyjmowali, a Batory poczciwéj swéj wieśniaczéj piechoty pod Pskowem i Połockiem wyślachcił niemało. Jeszcze w odleglejszych wiekach Polski, kmieć nie był wcale poniżony, ani spodlony jak w najbliższych nas czasach wyjątkowo bywał; bo ogólnie rzeczy biorąc nigdzie u nas niebyło ucisku, nigdzie takiéj niewoli jak na zachodzie, choć zachód niepojmując instytucij naszych, wiecznie nam je wyrzucał. Uwierzyliśmy obcym i o tym ucisku, papugi powtarzaliśmy za niemi!
Jak tajemnie sączące się strumyki wielką podsycają rzekę, tak lud niewidocznie wyborem swym zasilał ślachtę. Wiedzieli nieraz panowie o uślachcającym się chłopie i milczeli, bo czuli, choć sobie z tego może sprawy nie zdawali, że ślachectwo głównie się zasadza na poświęceniu dla kraju, a kto w jakikolwiek sposób poświęca się dla niego, już przez ten czyn sam zostaje ślachcicem. Dla tego wszelaki talent, zasługa wojenna, dawały zawsze ślachectwo i ile krwawych pól w waszych tarczach, tyle ślachty co się dobiła poświęceniem miejsca dla potomków swoich, uprzywilejowanego wspomnieniem. Teraz może kupuje się w niektórych krajach ślachectwo i tytuły, dają to za pieniądze, co się krwią tylko zdobyć mogło, ale też to wiek wcale nie ślachecki, pojęcie nawet ślachectwa zostało sfałszowane lub zniesione.
Widziałeś mnie w sukni waszéj, na równi stojącego z wami — alem ja i wówczas w sercu był kmieciem, choć dla próżnéj młodzieńczéj żądzy wyniesienia się, oświecenia i nie określonych jakich nadziei, wyrwałem się z tego stanu. Jak? to ci zaraz opowiem.
Trzeba byś wiedział, że panowie Starego, niebyli innym podobni — wieś to może w kraju jedyna, w któréj lud z panem starą jeszcze słowiańską jednotę stanowił, w któréj patrjarchalny związek ten, nic nie nadwerężyło na chwilę, my i panowie nasi nie staliśmy nigdy w przeciwieństwie i w walce jak gdzieniegdzie poddani i dziedzice, aleśmy trwali z pokoleń w pokolenia w miłości, zgodzie i połączeniu.
Niema w tém nic dziwnego wcale, tak w dawnych wiekach było wszędzie. Źle sobie wyobrażają zagorzalcy, dawny w Polsce rzeczy porządek i zasadzając się na wyjątkowych uciskach, na występkach, które są po dziś głośne, z nich stan włościan przedwiekuisty chcą zrozumieć i odtworzyć. Ani owe wyjątki, ani to co nam w prawach pozostało, nie objaśnia o stosunkach panów i kmieci — prawo nie urządzało téj zawisłości ale zwyczaj, był to żywy rzeczy porządek zasadzający się na tradycyi, i dziś dla badaczów co wszystkiego szukają w papierze, nieodgadniony.
Było wcale co innego — była społeczność w sobie właściwy sposób urządzona, związana miłością, wymiarem słusznym pracy i stopniowaniem konieczném wszędzie, a nikogo nie poniżającém. Pan był ojcem swéj włości, a on i ludzie jego stanowili zupełną jedność — była to więcéj może niż społeczność związana interesem materjalnym, była to przysposobiona rodzina, był to węzeł patriarchalny. Nie mówię o wyjątkach, bo gdzież ich niéma? to źle tylko, że późniéj historja całkiem się na nich oparła, zabywszy co umarło w ciszy, to jest normalnego bytu.
W ogóle przywiązanie człowieka naszego stanu do ziemi było całkiem dobrowolne, jak tego nazwanie wielu osad po dziśdzień jeszcze dowodzi; zależność jego od dziedzica raczéj dobrodziejstwem mogła się zwać niż przymusem. Ale też panowie inaczéj pojmowali swe obowiązki i duch jeden, duch chrześciańskiéj miłości ożywiał wszystkich. Dwór stał na czele wioski, był jéj rządem, jéj sędzią, ale zarazem jéj opiekunem, spichlerzem, podskarbim, obrońcą, przedstawicielem. Dopiero późniéj, gdy ślachta się zepsuła pod wpływem zachodniéj cudzoziemszczyzny i straciła uczucie obowiązków chrześciańskich z utratą ducha wiary, pan mógł się stać niesprawiedliwym względem swéj gromadki.
W dawnych czasach, w tych o których wiedzą najlepiéj podania nasze, w słowiańskim bycie patriarchalnym, w piérwszych wiekach gorliwego chrześciaństwa, nie było przykładu nadużyć władzy i gwałtu. Owszem społeczność owa, była czémś idealnie doskonałém: ślachcic kierował mniéj więcéj rozległą gminą ludu, który był raczéj ojcem z ducha niż panem z materyi; w miarę wielkości swych obowiązków usposabiał się całém życiem do ich spełnienia, czuwał nad bytem powierzonéj mu gromadki, puszczał z niéj w świat i inne życie tych, co się do niego zrodzili, zostawiał przy roli takich, co tę pracę kochali i do innéj niemieli serca lub zdatności; żywił, karmił, bronił, a na chwilę z oka niespuszczał.
Niech sobie nowi mistrze nauki społecznéj, ci co z gruntu chcą świat przerobić według formy przez siebie wymarzonéj, szukają lepszego wzoru społeczności nad ową słowiańskę, ja go nigdzie nie widzę — i do póki trwa w niéj duch ożywiający, duch podań, duch wiary, co chrztem nowym starą słowiańszczyznę obmyła, przyjmując się na téj bujnéj roli z siłą cudowną — o! nigdzie może nie było lepiéj.
Ślachcic tém się tylko odznaczał od reszty, że większe i cięższe miał obowiązki — nie żył on w zbytku, przestawał na małém, bronił kraju krwią, odpowiadał zań głową, radził i rządził, ale za wszystkich cierpieć i poświęcać się musiał. W miarę tego poświęcenia społeczność wydzielała mu cześć, mienie i znaczenie. Lud stojący pozornie na najniższym szczeblu hierarchji towarzyskiéj, był w istocie najszczęśliwszy. Pracował on dla wszystkich na chleb powszedni, ale go bronili wszyscy, i otaczali uzbrojoną piersią zaszczycając od wszelkiéj napaści. Zresztą dziwuj się jeśli chcesz Juljuszu, ja ci dziś jeszcze powtórzę, że szczęśliwszego niema nad stan wieśniaczy na naszéj pięknéj bujnéj ziemi...
— To prawda, kochany nauczycielu — odparł z uśmiechem młody człowiek, dotychczas wcale przeciwnie mówiono i pisano...
— Być bardzo może, i nie dziw. Wreszcie w Europie inaczéj było niż w słowiansczyźnie, a żeśmy wielkie małpy, z pozwoleniem pańskiém, gdy tam poczęto użalać się na ucisk włościan, musieliśmy i my to echem powtórzyć u siebie. Tymczasem u nas nigdy nie było takiéj nędzy, takiego upodlenia jak gdzieindziéj. Nie trzeba po dowody iść daleko — u nas i teraz jeszcze włościanin idzie do pana codzień swobodny w każdéj ważniejszéj okoliczności, z weselem, ze smutkiem, ze świętem, przyjmują go jak brata, witają dłonią i sercem, podzielają strapienia i zabawę... Po wioskach naszych nieznane były nigdy wielkie klęski głodu, niedostatku, dopóki pan mógł im zaradzać; szpichlerz zawsze stał otworem, worek otworem dla wieśniaka; wreszcie nędza jego, o któréj tyle piszą obcy podróżni utyskując nad lichą odzieżą, nad zapadłém mieszkaniem wieśniaka, cała po większéj części jest powierzchowna.
W grubéj chodzący świcie kmieć nasz, nie pomieniałby się na cieńkie suknie i cieńki chléb angielskiego lub francuzkiego proletarjusza; łachman tenby go nie ogrzał, a strawa nie nakarmiła. Potrzeba znać kraj i warunki życia w nim, żeby się przekonać, iż w istocie wszystko aż do chaty chłopa, która jakkolwiek licha, miłą mu jest bo pradziadowska, wszystko zastosowane do potrzeby lub wynikłe z konieczności. Że u nas naprzykład co do odzieży wieśniak daleko wygodniéj, przyzwoiciéj, lepiéj jest odziany, niż francuzki i angielski proletarjat, tego dowodzić nawet nie potrzeba. Tamci wyrobnicy i wieśniacy kupują swoje suknie po miastach, wdziewają tandetne niedonoszone łachmany miasta, stare i śmieszne, my z własnego sukna, odwieczną, poważną, ciepłą i dostatnią pradziadowską mamy świtę. Zdaje mi się też, że poddasza nędzne Londynu i Paryża, nędzne kletki irlandzkie, nie są wygodniejsze i zdrowsze od chat naszych. A jednak każdy przejeżdżający cudzoziemiec ma sobie za obowiązek na widok czarnéj chałupy wieśniaka, jego prostéj siermięgi i razowego chleba, krzyczeć na północne barbarzyństwo!!
My zaś, jak skoro powie co wyrocznia nasza na Zachodzie, pokornie spuszczamy głowę.
Niech cię to nie dziwi, że sam wieśniak, nie idę śladem innych i nie wyrzekam na byt nasz; widzisz pan we mnie człowieka tak przywiązanego do swojego stanu, tak go ceniącego, jak kto inny ślachectwo. Czemuż nie mam być dumny z moich dziadów co karmili, gdy wy się pysznicie swojémi, którzy kraj zasłaniali? Ręczę żebym się nie pomieniał na żaden stan inny, na żadne pozornie lepsze położenie.
Tak dziś, ale w młodości, choć napojonemu wcześnie przekonaniem, że niéma na świecie bytu nad wieśniaczy, zaświtała w głowie chętka czegoś innego, pragnęło się świat zobaczyć, uczyć się, sprobować innego życia. Miałem jeszcze naówczas ojca, który postrzegłszy tę żyłkę we mnie, a był to człowiek wielkiego na stan swój rozumu, karcił za nią nieustannie — może to właśnie przyłożyło się do rozwinienia jéj we mnie.
Po śmierci ojca pozostało nas trzech braci i siostra; w chacie ludno było aż do zbytku, nie wytrzymałem i uciekłem z wioski. Ani mi się wówczas zatęskniło za swémi, za tą ziemią, do któréj teraz tak wielkie czuję przywiązanie, anim się ku niéj odwrócił, ani po niéj zapłakał — leciałem do miasta i szczęśliwie mi się udało dostać do niego bez żadnéj przygody.
Tu dopiéro postrzegłem, jaka była różnica między wioską i wieśniakiem, a miastem i jego mieszkańcami: wszedłem jak w las w ten tłum ludzi, gdzie każdy o sobie tylko myślał i o siebie się lękał. Nikt mnie nie spytał czy czego nie potrzebuję, nikt ręki nie podał; piérwsze dni z kilką groszami w kieszeni włóczyłem się nie mogąc nasycić oczów, nie śpiąc, nie jedząc, a patrząc i słuchając. Ale się przebrało siły i zapasu, trzeba było cóś począć z sobą, postarać się o dach, przytułek, pracę i chléb.

Począłem zbliżać się do ludzi, a jedni zbywali mnie śmiechem, drudzy zdziwieniem niedowierzliwém, inni obojętnością zupełną. Niezrażony niepowodzeniem, śmiały jak wieśniak, parłem się wszędzie, szukałem szkoły, bo chciałem się uczyć i znalazłem ją. Tu naturalnie, sromotnie wygnany zostałem i poznałem, że co innego chłop na wsi, co innego chłop w mieście. Mieszczanin stokroć dumniejszy jest od ślachcica. Wszyscy jak oparzeni uciekali odemnie, a gdym powiedział że się chcę uczyć, odskoczyli ze śmiechem. Nareszcie włócząc się tak daremnie po Lwowie, dostałem się do urzędu miejskiego, który mnie odesłał na wieś pod strażą, jak zbiega.
Ojciec jeszcze nieboszczyka pana Joachima rządził naówczas w Starém — był to człowiek zacny, łagodny, prawdziwy ojciec dla poddanych. Gdy mnie z téj włóczęgi przyprowadzono i stawiono przed nim, popatrzył, zmarszczył się bardzo pamiętam i rzekł z głębokiém wzruszeniem:
Dobrze ci tak chłopcze! dobrze! A po co było uciekać? Zachciało ci się w świat, czemużeś nie przyszedł do mnie, ze mną się o tém nie poradził i mnie nie poprosił? Widzisz coś zarobił.
Odpowiedziałem mu z płaczem, że się chciałem uczyć.
— Trzebaż ci było mieć ufność we mnie, — rzekł łagodniéj, — byłbym na to dał jakąś radę; któż widział uciekać jak z niewoli, alboż to już wam tak źle u mnie, żebyście bez mojéj wiedzy opuszczali swego pana?
Ja i bracia przeprosiliśmy go jakoś, i nie przyszło to nam trudno, bo serce jego widząc com wycierpiał, od razu mi darowało winę nieufności. Stary pan zamyślił się i odesłał mnie nazad do chaty, zapowiadając, że przyśle późniéj i ułatwi mi tę naukę któréj tak pragnę. Tymczasem bracia starali mi się wybić z głowy dziwne zachcenie, w Starém raz piérwszy się zdarzające, bo tu przywiązanie do naszego stanu więcéj niż gdzieindziéj wyrobił dobry byt i tradycya przeszłości.
— Jakiéj przeszłości? — zapytał ciekawie Juljusz.
— Może się kiedy i o tém dowiész, — odpowiedział Soroka, — dość że i my mamy swą przeszłość i dzieje które pomnim, z których jesteśmy dumni. Przywiązanie też do swojéj ziemi, do swéj siedziby, do tego kąta pradziadów, wyrobiło się w nas potężniejsze niż gdzieindziéj. Uczułem i ja zamiłowanie w tém życiu, ciszy, pracy, śpiéwów, podań i wpatrywania się w twarz pięknéj ziemi matki, w dzieło Boże, — ale pomimo to, została mi w głębi tęsknota za urojeniem. W życiu tak zawsze: nie postrzeże się człowiek, jak w duszę padnie mu drobne żądzy nasionko, jak wyrośnie i obejmie mu piersi i skuje go sobie na hołdownika. I we mnie tak pragnienie czegoś nowego — nauki, świata, zagnieździło się niepojętym sposobem na wieczny niepokój.
— Żałujesz więc kochany nauczycielu, żeś się oświecił, udoskonalił i podniósł?
— Długoby to było o tém mówić, — rzekł stary zamilknąwszy chwile, — ale doprawdy i wieśniak nie jest bez wiedzy pewnéj, bez pojęcia świata, bez rozgarnienia, tylko źródło wiedzy jego jest wcale różne od waszego.
Ja cóś dziś umiem, bywałem po świecie, widziałem ludzi, znam ich uczoność, wróciłem teraz na wieś i usiadłem wśród swoich. Patrzę i widzę, że nie są oni tak ciemni jak wy sobie wyobrażacie. Niéma tu nauki co wszystko rozbiéra, układa do jakiegoś wymyślonego porządku, numeruje i dziwnie przezywa, a ostatecznie rozpatrzywszy się w tém co zrobiła, wyrokuje że istoty rzeczy nie zna; niéma nauki która wie o wszystkiém, a nie rozumie niczego; ale natomiast z podań odwiecznych doszła nas wiedza tajemnic niedostępnych uczonym i pojecie świata takie, jakiém Bóg spromienił czoła piérwszych ojców rodzaju ludzkiego.
Starzec widocznie zdawał się jakby natchnionym; Juljusz słuchał go z zajęciem, tak pilnie, że ruszyć się nie śmiał by słowa nie stracił — Hryć mówił mu daléj.
— Porównajcie tylko lud miejski, otoczony brukiem, kamieniami i błotem, żyjący wśród kałuży, z ludem wioski, co pracuje pod gołém niebem, patrzy nieustannie na twarz ziemi i odgaduje dzieło Boże, — przekonacie się, że on więcéj umié i lepiéj daleko zna świat od rzemieślnika i mieszczanina. Mądrość kmiecia płynie wprost z ziemi matki, ssie on ją z jéj piersi wiecznie pełnéj, wyciąga z podań nieprzerwanych i ciągłego wpatrywania się w to, co go otacza. Wieśniak niczém się nie zdziwi, bo przywykł do nieustannych cudów, bo żyje otoczony niémi, każde zjawisko zwiąże z czémś słyszaném u kolebki, a choć nie wytłumaczy równie dobrze jak uczony, zrozumie je przecie po swojemu, patrząc nań nie suchem okiem badacza, ale sercem dziecka Bożego.
Niemal wszelkiéj nauki nasionko piérwotne wyrosło z doświadczeń wieśniaczych, skarbnica postrzeżeń tu się zbiérała; pastérze i rolnicy policzyli piérwsi gwiazdy na niebie, szukali w ziołach lekarstwa, poznali źwierzę i rozkopali ziemię, dziś jeszcze nieraz poradzi się ich uczony i zdumieje niespodzianym tajemnicom, których z uśmiechem prostoty słowo, wieśniak mu odkrywa.
Nieraz dziwujecie się mimo dumy waszéj rozsądkowi prostych ludzi — cała różnica tego nieoświeconego ludu, że on czerpie z ust do ust podawaną mądrość piérwotną, którą lada zetknięcie ze światem waszym głuszy i gasi, a wy ją czerpiecie z tego co zowiecie nauką, z dzieła własnego rozumem sklejonego, powoli, klejąc i rozklejając je co godzina. Mógłbym choć z pewną przesadą nazwać naszą nauką objawioną, a waszą zdobytą; obie opiérają się na jednéj posadzie, ale z niéj często zbacza druga, zbyt ufna w siły swoje. Wiele jest rzeczy u was poczytywanych za bajki, które są tajemnicą naszą.
Tu jakby opamiętawszy się wstrzymał się nieco stary, i tak po chwili mówił daléj.
— Nie żal mi, żem się uczył, ale gdy dziś porównywam naukę waszą z wiejską, ostatecznie nie wiele widzę wypadków więcéj nad te, które nam dały tradycye wiekowe. Jeźli co, to uczucie religijne rozwinione, podniecone we mnie jest wielką zdobyczą wyprany — reszta na niewiele się przydała. Musiałem wróciwszy na wieś, stając się nanowo wieśniakiem, zapomnieć dużo, by się więcéj jeszcze nauczyć.
— Ale jakżeście powrócili? — spytał Juljusz.
— O! daleko jeszcze do tego, muszę wam naprzód powiedzieć, jak wyszedłem, — odparł Hryć, — zawczasu uzbrójcie się w cierpliwość. W naszéj wiosce więcéj niż gdzieindziéj podań, bo mniéj się stykamy z tém, coby je zaćmić i zagłuszyć mogło, sięgają one niepamiętnych czasów, których nie zna historja; są nawet rodziny wybrane, gdzie z pokoleń w pokolenia przelewają się dzieje dawne i niejako kapłaństwo przeszłości. Pobywszy tu czas jakiś po piérwszéj mojéj wycieczce, jużem był prawie zasmakował i zgodził się z przeznaczeniem, gdy jednego razu zawołano mnie do dworu. Znalazłem pana Stareńskiego, chodzącego z papierem w ręku po wielkiéj sali, zobaczył mnie i zbliżył się z uśmiéchem.
— No, chłopcze, — rzekł, — teraz, kiedy chcesz, możesz się uczyć, wyrobiłem ci przyjęcie do szkół, daję uwolnienie i grosz na początek: idź w świat, a pamiętaj użyć dobrze nauki, któréj pożądasz. Dziś mnie może nie zrozumiesz, ale wraź to sobie dobrze w pamięć, że niéma szkodliwszego stworzenia nad niedouczonego, — wielkie w nim tylko podbudzone żądze, a niéma środków, by je zaspokoić. Chcesz się uczyć, uczże się do ostatka, i nie rzucaj już drogi, którą pójdziesz. Daj ci Boże, byś sobie wypracował szczęście!
Ledwie sobie dziś te słowa przypomnieć mogę, tak wówczas byłem wzruszony i szczęśliwy — odezwała się we mnie żyłka do świata innego, otrzymywałem o czém ledwie śmiałem marzyć, byłem jak upojony, jak szalony, upadłem do nóg staremu, a on z jakimś rzewnym smutkiem mnie pobłogosławił.
— Nie zapominaj o Bogu, — rzekł na ostatku, — módl się i idź w imie Boże!
Nazajutrz po czułych, wiejskich pożegnaniach z rodziną, podwódka brata odwiozła mnie do Lwowa, gdzie już wszystko zastałem ułatwione do przyjęcia mnie i umieszczenia. Z zapałem rzuciłem się pracować i jakoś mi to poszło łatwo i dobrze. Przeszedłem szkoły i wkrótce mogąc sam się utrzymać dawaniem lekcyj, dobrowolnie podziękowałem za pański zasiłek. Byłem trochę dumny, żem sobie sam mógł zapracować na chleba kawałek. Skończywszy szkoły, zapragnąłem wyższych nauk, bo mi się jeszcze paliła głowa; do tych łatwy teraz miałem przystęp. O pochodzeniu mojém nikt nie wiedział, wszyscy mnie mieli za ubogiego ślachetkę i na równi z innémi iść mogłem.
Zdało mi się, że się jeszcze do czegoś większego dobiję pracą, ale gdym chwycił co było można, oczytał się do niestrawności i głowę sobie nabił książkami, pokazało się, że z tego wszystkiego niż nowego stworzyć nie potrafię. Męczyłem się długo, by wyjść z tłumu, dać się poznać, błysnąć, przemówić, a głos mój ginął w niezmiernéj wrzawie donośniejszych i wymówniejszych. Nie rychło jednak straciłem nadzieję i odrzekłem się wielkiéj przyszłości którąm sobie wymarzył — probowałem, rzucałem się jeszcze długo i nadaremnie. Ludzie do zbytku sumienni a nie obdarzeni talentem zręcznego samochwalstwa, nigdy nie potrafią wybić się po nad tłum; a ogół choć zna siebie, to że mu prawie wszystko wmówić można, daje się najłatwiéj omamić gadułom i najmniéj sumiennym krzykaczom. Nie miałem ktoby mnie zalecił, sam się zalecać nie potrafiłem i wkrótce trzeba się było rozbratać z nadziejami. Pożegnałem je bez rozpaczy i wykreśliłem sobie życie nowe, stając się nauczycielem. Takim znałeś mnie Juljuszu, bom cię miał kłopot i szczęście liczyć do uczniów moich, — dodał stary z uśmiéchem łagodnym, — aleś ani się mógł domyślać nigdy com w tém życiu wycierpiał i przebolał.
— Z uczniami?
— Nie koniecznie, najwięcéj z samym sobą. W młodości tak byłem zajęty, roztargniony, rozmarzony, że mi na pamięć wszystkiego co człowiekowi najdroższe nie pozostało czasu — zapomniałem mojego kątka, rodziny, przeszłości, braci i piérwszego życia. Ochłonąwszy późniéj obejrzałem się do koła i dopiéro postrzegłem jak smutnie byłem sam jeden. Nie chciałem oszukiwać wiążąc czyjkolwiek los z moim, a wiedziałem, że za mnie niktby córki ni siostry nie wydał.
Dziwnie też smutny schorzały wybladły wydał mi się już wówczas wasz świat, gdym go porównywać zaczął do wspomnień moich, do wioski. Żywe, głębokie, niepohamowane uczucie tęsknoty za moją chatą, za braćmi, za życiem co niegdyś mojém było, odezwało się w sercu nagle. Z tém uczuciem dręczącém mnie, opanowującém, zasłaniającém wszystko, co otaczało, walczyłem, chodziłem i żyłem nieszczęśliwy lat kilkanaście. Wątpię by kto zrozumieć mógł i chciał uwierzyć com doznał! t<bre Z dnia na dzień urok ten jakim mi błyskało wprzódy miasto i jego wychowańcy, opadał i znikał, co chwila srożéj czułem dojmującą tęsknotę, żal nie opisany i pragnienie powrótu do dawnéj pracy, do dawnego stanu.
Nie ustraszało mnie ani jego ubóstwo, ani poddaństwo, ani trud rolniczy. Często kupowałem ukradkiem czarny chleba kawałek, zamykałem się z nim i spożywałem ze łzami, w myślach o tych, którzy na rodzinnym zagonie chlebem się tym karmili. W przechadzkach wieczornych za miasto z zazdrością nieopisaną spoglądałem na wieśniaków wesoło powracających z targu, i zatrzymywałem ich, żeby się ich prostą rozmową orzeźwić, ich prostémi myślami wyrosłémi na zagonie nasycić. Mury miasta otaczające mnie, dusiły jak więzienie, powietrze ulic zabijało, wzdychałem za wsią, za lasem, za śpiéwem chłopiąt, za głosem dzwonka mojego kościołka, za chatą bielejącą na pagórku i uliczką którą przebiegałem dziecięciem. Zamykałem się płakać i śnić o Starém, a choć walczyłem z sobą, by pokonać tę tęsknotę gwałtowną jak namiętność, cała siła moja nic przeciwko niéj nie mogła. Uczucie to stało się chorobą, gorączką, szałem. Stawałem czasem wśród rozmowy, wśród wykładu nauki osłupiały, nieprzytomny, puszczając się myślą ku wsi naszéj i tonąc w dziecinnych wspomnieniach, łza wytryskała mi z oczów, serce biło gwałtownie, i ludzie mogli mnie wziąć za szaleńca. Najmniejsza drobnostka budziła we mnie odpędzane napróżno mary, powstawały z wyrzutem przeciwko mnie i zgryzotą ugniatały niepokonaną.
Widzieliście mnie smutnym nieraz, choć nic na pozór nie brakło mi w życiu, bo praca szła łatwo, chleb był dostatni, szacunek zyskałem u ludzi i ufność i przyjaźń nawet, ale ten żal za strzechą rodzinną, wszystko mi goryczą tajemną zatruwał.
Nie było sposobu wyżyć w męczarniach codzień wzrastających, w téj gorączce, która groziła obłąkaniem; — czułem, że człowieka wiąże cóś niepojętego z ziemią, z rodziną, z ludźmi z pośrodka których wyszedł. Pojmowałem chorobę szwajcarów płaczących na dźwięk pieśni pastuszéj, i postanowiłem powrócić na wieś do swoich, do dawnego życia; nie patrzéć na nich z założonemi rękami, ale z niemi i jak oni pracować.
Myśl ta powzięta już stanowczo, nie była jeszcze rozwinięta zupełnie, lenistwo i gnuśność słały mi jeszcze niekiedy strachy, grożąc pracą i niedostatkiem; jeszczem się czasem zawahał — w tém dowiedziałem się o śmierci ostatniego brata, który zostawił po sobie wdowę i sierotę. — Ta wiadomość uderzająca boleśnie, w jednéj chwili ugruntowała mnie w myśli już powziętéj powrotu na wieś — raz to sobie postanowiwszy szczęśliwy byłem zupełnie, jak student wracający do domu cieszyłem się dziecinnie. W przeciągu kilku dni sprzedałem com miał, zawinąłem odrobinę pamiątek i prawie bez żalu, bez łzy pożegnałem miasto, do którego nie mogłem się przywiązać.
Ale jakże ci opisze powrót na wieś, przybycie do domu:
Tuby potrzeba poety, a ja nim nigdy nie byłem, kiedym wyjechał w pola, odetchnął piersią całą, wciągnął to zdrowe powietrze ziemi naszéj, którém wykarmiony byłem, kiedym spójrzał po uroczych dolinach, gajach, górach zielonych i wodach błyszczących, usłyszał głos wsi i woń wioski poczuł dokoła, tak mi serce uderzyło, że się głowa zawracała! Witałem każde źdźbło trawy, każdą przelatującą muchę, każdą ziemi bryłkę, każde drzewo nad drogą i rozkwitłe znajomemi barwami kwiaty. Nieustannie zeskakiwałem z wozu by szaleć odmłodzony, nasycać się, poić, a ludzie co tam na mnie patrzyli, musieli pewnie wziąść mnie za opętanego lub opoja.
Za zbliżeniem się do Starego, kiedym jak przez mgłę dotąd widziane we wspomnieniach tylko, ujrzał na jawie i rozpoznawać zaczął miejsca, do reszty rozum straciłem. Biegłem pędem by prędzéj zobaczyć chatę naszą i stare zgliszcze u którego stoi na straży i grusze sadu i żóraw studni z któréj poczciwa matka nasza wodę dla swych dzieci czerpała. Poszedłem płacząc pomodlić się na smętarzu kościołka, a wszystkich kogo spotykałem obejmowałem jak braci; potém nieprzytomny prawie upadłem całując próg, który deptali poczciwi ojcowie moi, łzy ściskały mi piersi, mrużyły mi wzrok, plątały myśli. Znalazłem chatę naszą tak jak pustą; została w niéj tylko wdowa i dziecina. Wszystko co tu wymarło bezemnie, co bezemnie żyło, wymawiać mi się zdawało ucieczkę; postanowiłem resztę życia poświęcić pracy dziadów na naszym zagonie, i spłacić dług ziemi ręką moją nietkniętéj od młodości.
— Jakto? myślałbyś pozostać tu na zawsze — z podziwieniem spytał Juljusz.
— Chcę i muszę, i zostanę, — szybko odpowiedział stary.
— I nie tęsknisz za miastem, za ludźmi?
— To pytanie ci przebaczani, bo nie znasz ani mnie, ani tych co teraz otaczają Sorokę — lud to najpoczciwszy, najserdeczniejszy, i najmędrszy nawet dodam, choćbyś się z mego zapału miał rozśmiać.
— Ale ta zależność? poddaństwo?
— Są to słowa czcze kochany Juljuszu, z takiemi jak nasi panowie, poddaństwo kończy się na miłości i opiece; zresztą czyż wszyscy w jakibądź sposób nie jesteśmy zależni?
Powróciwszy na wieś, — mówił Hryć daléj po krótkim namyśle, straciłem prędko co mnie tu odróżniać mogło od moich, przypomniałem sobie czém byłem w dzieciństwie, a to przywdzianie z nową suknią nowego życia, dało mi niejako powtórną młodość. Stałem się tu dobrowolnie dziecięciem i począłem uczyć wieśniactwa, jakém się go dawniéj oduczał. A! niewiesz, niewiesz i nigdy zapewne wiedzieć nie będziesz co tu znalazłem za skarby, ile nowych dla mnie uczuć, ile myśli, ile pojęć i obrazów olśniły uszczęśliwionego przybylca! Żadna xięga nie przemawia jak żywe słowo podania, w żadnym stanie nie zachowały się one tak żywe, tak całe jak u nas. W Starém może więcéj niż gdzieindziéj cześć przeszłości jest rodzajem religij dla jego mieszkańców, a przez nią przeszłość staje się prawie teraźniejszością, tak ją uobecnia przywiązanie. Tu jestem u źródła dziejów i czerpię je nie z suchych kart gdzie mi kłótnie o lata nieustannie obraz rozrzynają, ale z mogił, z ziemi, ze starych pamiątek dziadowskich, z drgającéj powieści, którą kmieć wieki powtarza, z pieśni którą nawykł śpiewać, z języka którym mówi...
Żyję z ojcami, widzę ich, słucham i idę na smętarz by częściéj jeszcze być z niemi.
Juljusz słuchał ze wzrastającém podziwieniem téj niezwyczajnéj starca powieści, tak nią rozmarzony, tak widocznie ujęty, że i Hryć czując w nim sympatycznego słuchacza, coraz się głębiéj od serca wynurzał.
Nareście umilkł i zasępiony wlepił oczy w ziemię, przysłuchując się burzy która wrzała ciągle, i zwiększać się jeszcze zdawała co chwila. Ucichło, to znów z szalonym pędem wzrastał wicher, trzaskał drzewa, bił o góry, szamotał się z powietrzem, które przed nim uciekało.
— Będziesz się śmiał ze starego, — odezwał się znowu po chwili, ale dość już téj spowiedzi, dość podziwu dla ciebie, wiesz już przecie wszystko co się mnie tycze, a teraz z kolei uczniu mój, powiedz coś robił na świecie?
— Ja? na co pytać? wszak ty wiesz wszystko, — ponuro i z cieżkiém westchnieniem odparł młody człowiek.
— Wiém, ale jak wiedzą ludzie, jak noszą wieści! Wieść tak bywa zawodna, z kolei ludzkiego życia tak łatwo każdemu tworzyć wedle upodobania! Biedneś ty dziecko dajże mi się choć użalić nad sobą.
— Dziękuję ci z serca za współczucie, o! i o te nawet mi trudno! — smutnie rzekł Juljusz.
— Ale od czasu jakeśmy się rozstali, powiedz coś przecierpiał i przemarzył!
— Chcesz koniecznie, — odezwał się przymuszając prawie młody człowiek — uczynię zadość woli twojéj, ale to dzieje pospolite młodego serca; choć na nich więcéj ucierpiałem niż kto inny. Wiész jakim wyszedłem na świat, wyobrażając sobie że wszelkie uczucie jest głębokie i trwałe, że samo jego zjawienie się już mu nieśmiertelność rokować powinno. Marzyłem miłość wielką, gorącą, coby życie mi zabrała, i rozbiłem się o nią.
— Miłość, — cicho szepnął starzec — jest to ów wielki diament, którego tysiące niewolników szuka na skwarze słonecznym, a ledwie jeden go znajdzie... dla owych tysiąca dość być powinno drobnych pyłków co pod nogami ich świecą w piasku.
— Tak! masz słuszność, ja błądzę, że koniecznie chciałem być tym jednym, a ten diament nie dla mnie! Znałeś położenie moje towarzyskie, było ono jedném z najszczęśliwszych, stanowisko moje społeczne dawało mi wstęp wszędzie, majątek stawił na równi z bogatszemi, wychowanie odebrałem takie jak wszyscy. Wszedłem więc w świat śmiało nadzieję niosąc na ramionach, z oczyma w niebie, ledwie stopą dotykając się ziemi. Na piérwszym wstępie trafiłem na bóstwo!
— O mój Boże! jeszcze po tylu doświadczeniach gorzkich, nazywasz ją bóstwem — przerwał starzec.
— Ty może nie wiész o kim mówię. O! cudne to było zjawisko. Kiedym ją piérwszy raz zobaczył, krew się we mnie ścięła, struchlałem ze strachu, w jéj oczach był wyrok całego życia. Dziś jeszcze to powtarzam, choć inną kocham już. Ta piérwsza miłość uwiodła mnie w drugą i na pół zabiła. Było to młode dziewczę, ledwie wyszłe z pod skrzydeł matki, córka wysoko położonego urzędnika, który po śmierci żony, sam się nią zająć nie mogąc, powierzył ją ciotce, a siostrze jéj matki. Ona i ciotka były niemal rówieśnicami, wiekiem, wdziękiem i młodzieńczemi uczuciami. Anna było jéj imię, ale jakże ci opiszę ten ideał! a! nie! to niepodobna. Powiedz? widziałeś kiedy Venus medycejską? miałżebyś wyobrażenie o niéj z opisu. Wiek cały mówiłbym o niéj i wszystko marnieby poszło... wystawiłbyś sobie cóś anielskiego, niepochwyconego, ale tego życia co biło z jéj oczów, téj myśli co tryskała z czoła, uczucia co wieńczyło wargi... nie! nigdy wyobrazić sobie nie potrafisz.
Świeżo rozkwitły kwiat, na który spadły rosy niebieskie, na którym niéma jeszcze pyłku ziemi, spalenizny słońca, dotknienia robaczka, muśnienia wiatru, nie da ci pojęcia o jéj anielskiéj świeżości. W myśli nawet nie ośmieliłem się dotknąć jéj nigdy, czciłem ją jak świętą. Kształty jéj były tak piękne, że ludzie gdy przechodziła, stawali dziwować się jak na cudo, wejrzeniem miękczyła najobojętniejszych, upokarzała najdumniejszych... Królowa. Blond jéj włosy, twarz biała, oczy niebieskie, profil greckiéj czystości, składały całość zerwaną ze złotego greckiego medalu i tchnieniem czarodzieja pchniętą w życie. Przy niéj gasło wszystko, mroczyło się, brzydło, gdzie ona była, nic widać nie było nad nią.
Taką była moja Anna! A przy téj powłóce co za dusza! co za serce, ile uczuć i rozumu, ile świeżości w umyśle, który ze strony dla nas nieznanéj w świat się wpatrywał!
— Juljuszu, na Boga, łzy ci z oczów płyną, powstrzymaj się, — rzekł stary — ty ją kochasz jeszcze!
— Nie! nie! jam jéj może nie kochał nigdy, ja ją czciłem tylko, a dziś! to tylko stare wspomnienie, to uczucie artysty, co się cuduje dziełem Bożém. Zobaczyłem Annę i głowa mi się zawróciła, powiedziałem sobie ja ją kocham! ona będzie moją. Ale niegodzi się kochać Aniołów, bo Aniołowie nie dla ziemi są stworzeni! ta miłość moja była świętokradztwem... W piérwszym szale, rzuciłem wszystkich i wszystko dla niéj i uwiązłem w tym domu.
Ciotka, żona urzędnika także, była równie piękną jak Anna, ale inaczéj! inaczéj! W jéj piękności było już coś ziemskiego, coś tak uroczego, jak ziemia, kiedy się odmłodzi i kwitnie. Emma o lat kilka starszą być musiała od Anny, ale tak życia w niéj wiele wlał Bóg, że nie znać było, co z niego zużyła...
Emmę widziałeś pewnie, była do Anny podobną, ten sam wzrost, postać, taż barwa oka i włosów, ten sam uśmiech i wejrzenie; ale światy je dzieliły. Tamto był ideał niepochwycony, to tylko jego odbicie ziemskie i cielesne. W początku niewidziałem Emmy nawet, anim postrzegł tego podobieństwa, ani wdzięku, modliłem się do Anny tylko.
Anna czy nie postrzegła w początku mojéj miłości, czy ją umyślnie wystawiła na próbę wytrwania, obchodziła się ze mną zimno, niczém, a niczém niedała mi poznać, że mnie z tłumu wyróżnia. I wyrok ten znosiłem z pokorą! byłem gotowy na wszystko, na wzgardę, pośmiewisko, odepchnienie, zapomnienie, a nie mogłem jéj nie kochać, jak nie mogłem nie oddychać.
Byłem cierpliwy jak konieczność, cichy, milczący, ale wzrok mój mówił tak głośno, że wszyscy słyszeli żem kochał. I śmiano się ze mnie!
A co mnie tam wówczas śmiech obchodził! Mogę powiedzieć że mi odjęła życie, uczucie jego, przytomność, naw et swobodę rozmysłu. Jutra nie miałem, nie było wczoraj, była jedna ogromna, jasna, wielka teraźniejszość.
— Był to niestety! rodzaj bałwochwalstwa i szału! — westchnął starzec. Juljusz mówił daléj:
— Po długich wiekach téj pokuty u progu, poczęły mi się otwiérać drzwi świątyni, Anna spójrzała na mnie: chciałem umrzeć żeby z sobą zanieść na świat inny to uczucie szczęścia. Zdawało się jakby mnie dopiéro zobaczyła, jakbym się zjawił jéj nagle... przemówiła... pozwoliła się zbliżyć i poczęły się złote dni snów, złote dni jedyne w życiu, bo czyste, rajskie, niepokalane... godne nieba.
Ale powiedz mi stary przyjacielu, możeż być szczęście dla tego, kto je raz sam, swoją własną zburzył ręką? Dziś, darmobym go szukał; słuchaj daléj!
Emma niewiém czy widziała miłość naszą, czy serce jéj zabiło na ten widok, czy pozazdrościła Annie, czy znudzona życiem chciała sobie zrobić igraszkę z dwójga serc młodych...Emma, któréj mąż o dwadzieścia lat starszy wiódł życie najobojętniéj od domu oderwane, całe w klubach i miłostkach ponętnych, sama, opuszczona, stanęła między nami dwojgiem. Umyślnie może usunęła Annę na czas, żeby zająć jéj miejsce, wciągnęła mnie w tę nieszczęsną miłość, w początku słuchając moich zwierzeń, dając rady, okazując współczucie. Ona była na wsi, ja w rozpaczy, Emmę widywałem codzień, żeby choć miejsce gdzie Anna żyła zobaczyć... O! dziwne jest serce ludzkie, po dwu łatach bywania w jéj domu, piérwszy raz zobaczyłem Emmę. Wzrok jéj piérwszy mi ją raz objawił, bo był ognia pełny.
Postrzegłem że do Anny podobna, że to są siostry twarzą i sercem, myślałem. I powiedziałem jéj raz cicho, o szaréj godzinie wypatrując się w błyszczące jéj wejrzenie że mi Annę przypomina. Emma zadrżała, i jam zadrżał.
A! straszne to dzieje! a gdy je z serca przyjdzie dobywać, to jak gdy ranę starą lekarz przewija — cierpię i cierpię...
Emma ścisnęła mnie za rękę, jakiś szał namiętny owładnął mną, nie wiém co się stało ze mną, zamiast czci i miłości, wstąpiła w serce niepohamowana namiętność. Już nie dla Anny biegłem do tego domu, jużem jéj wspomnienie oddalał, i obawiał się powrotu i wstydał ją zobaczyć. O! bo w szare wieczory samutne wielem doświadczył i przeżyłem. Ona ciągłe była samą, nas w domu najczęściéj dwoje, i miłość nowa miała czas w cieniu urosnąć.
Ale ta tak była różną od piérwszéj! Z tą dla mnie nie było chwili spokoju, dręczyłem się nią jak występkiem, obawiałem jak szczęścia które co chwila stracić mogłem; czułem w niéj zniszczenie nim przyszło, i rozbiła się o piérwszą plotkę o piérwszy swar domowy.
Zamknięto mi jéj drzwi, zabroniono wstępu, alem się wówczas śmiał tylko — — tysiące wynajdowałem sposobów zbliżenia się do niéj, i spotkałem z nią. Ale jakże się zmieniła! jak ostygła! jak zimną dłonią popchnęła od siebie! Wszystko jak sen minęło...
Wróciła Anna, i jam chciał niegodzien jéj, do niéj powrócić, ale dumna dziewica, jedném spójrzeniem powiedziała mi że mnie nie zna. W tym wzroku był ból, litość, wzgarda i wieczny rozbrat. Anim mógł żebrać przebaczenia, bom się go w obec niéj nie uczuł godnym.
Odtąd żyłem męczennikiem, a kto zna serca męczarnie, młodego uczucia tortury, miłość bez nadziei, miłość ukaraną obojętnością, ten pojmie com znosił. Błądziłem jak cień chodząc, schorzały, zbladły, lub całe dnie na jedném miejscu siedząc kamieniem, zatopiony we wspomnieniach. Widywałem ją, ale mnie nie znała — od ostatniego spojrzenia, oczów nie zwróciła na mnie, dla niéj jużem nie żył. Czemuż doprawdy nieumarłem!
Emma także unikała mnie z wyraźną przesadą, obawiając się spotkania nawet przypadkowego. O! i nie pragnęłem się z nią widzieć, bom jéj nienawidział — była przyczyną wszystkiego com znosił! W jéj twarzy tylko odbicie Anny, kochałem, ale duszy Anny nie miała.
To piérwsze w życiu mojém zetknienie z kobiétą, zatruło je i zwichnęło na zawsze... Odtąd chodziłem umarły, nie widząc dla czegobym miał żyć! a nie mogąc skończyć... Całą pociechą było, żem czasem widział ją z daleka, czasem w Emmie przypatrywał się jéj anielskiemu obliczu... Anna gasła widocznie...
— I umarła? — przerwał starzec ponuro.
— I przebaczyła mi, — dodał Juljusz ciszéj.
— Po tak gorącéj miłości, po tak gorzkim zawodzie, potrafiłżeś kochać jeszcze?
— A! kochałem, — odezwał się młody człowiek niemal ze wstydem — czuję że to wina moja. Emma owdowiała, było to po śmierci Anny, a w jéj rysach jam zawsze moją piérwszą miłość przypominał, wróciłem ku niéj. Przyjęła mnie zimno, na piérwsze słówko o miłości, uśmiéchnęła się szydersko. — Nie chcę umierać jak Anusia, — powiedziała mi, — chcę żyć... boję się pana! — Odszedłem gniewny, chciałem jéj dowieść, że nie kocham, że nie kochałem nigdy, rzuciłem się w świat i przywiązałem.
Hryć westchnął z politowaniem.
— Wiem, — rzekł, — to było ze wszystkiego najgorsze...
— Najgorsze, nie wiém, bo nad piérwszy mój zawód, którym ukarany zostałem, już nic straszniejszego być nie może. Trafiłem na kobiétę, która nie miała serca, która kochać mogła trzech razem i tęsknić za czwartym. W téj kobiécie widziałem poczwarną istotę, jakie się trafiają na ziemi, a których pojąć niepodobna. Czy winna była? nie wiém; ale tak słabéj, tak nieszczęśliwie płochéj, nie widziałem. Było to wdzięczne stworzenie, uśmiéchnięte, wesołe, chwilami melancholijne, tęskne, rzewne, pragnące czegoś zawsze, zawsze niezaspokojone. Ujęła mnie cudowną władzą zastosowania się do każdego, do myśli jego, do tonu serca, do uczucia, do natury rzekłbyś... Był to kameleon, co tysiączne barwy przybiérał, a nie miał sam żadnéj. Z tęsknym była tęskną do łez, z wesołym śmiała się cała, szalała z szalonym, cierpiała z bolejącym. Więcéj współczucia miéć niepodobna... a żadne jéj słowo, uśmiéch i łza nie była udaną; nic w niéj nie było fałszem. Taką Bóg ją stworzył, biédną, wahającą się, niestałą, powiewną trzciną, którą lada wietrzyk pochylał. Chciałbym ją przekląć, i nie mogę! Więcéj tam było nieszczęścia niż winy. Stworzona na ludzką i swoją męczarnię, potokami łez oblewała każde przewinienie, i jutro szalony pęd ją znowu na przepaści unosił. Ten rok, którym przy niéj przepędził, był dla mnie wiekiem piekieł! Nieustannie spadałem z wyżyny na dno, z nadziei w wątpienia, uciekałem i powracałem, bo żal mnie chwytał, a ona u nóg o przebaczenie prosiła. Tyś widział ją, powiedz mi, możeż-li być szaleńsza i szaleniéj przywiązująca istota!
Nie była piękną tak, żeby powiedziéć można, co w niéj było wdziękiem uroczym, nie odznaczała się niczém na pozór, ale dość było dwóch słów téj dziwnie sympatycznéj istoty, by człowieka opętać. Dźwięk jéj mowy i śpiéw, miały cóś w sobie tak potężnie pociągającego, że gdyby mi piosnkę Ofelji nad mogiłą zaśpiéwała, kto wie, wstałbym z grobu może. Maleńka, żywa, zwinna i zręczna, miała oczy jakieś wschodnie, brwi czarne, usta małe i wązkie, nos krogulca, rączkę idealną, kibić polnego konika... Łzy, rumieniec, śmiéch na zawołanie z niéj płynęły; w godzinie żyła wieki, to się samém opowiadaniem tak wyruszała, jak gdyby cudze życie było jéj własném.
Przeżyłem z nią zdrad tyle, że ich policzyć nie mogę... każde jéj na bok spójrzenie było zdradą, krok, uśmiéch, wezdrgnienie, a cóż myśli dopiéro?
Nieraz płakaliśmy oboje, a jutro drugi kochanek śmiał się z nią z łez wczorajszych. Śmiéch to był przecie szczéry i łzy nie kłamane. Czasem przychodziły chwile, że wejrzała na siebie, że ją wstręt jakiś i żal porywał, zamykała się pokutować, ale śpiéw z ulicy, śmiéch z podwórza, słówko lecące powietrzem co się o jéj uszy obiło... zmieniały włosiennicę na suknię balu lub przechadzki.
Com wycierpiał, nie wypowiém, bom ją kochał, bom się porwał na niepodobieństwo i chciałem wodę zmienić w brylant, a woda kroplami drobnemi rozbiegała mi się po ręku. Nareszcie, zrozpaczony, wyrwałem się, uciekłem...
Starzec wstał z powagą i zbliżył się do młodego człowieka.
— Jeśli cierpisz, — rzekł łagodnie, — wina to twoja Juljuszu, nadto łatwo ci się przywiązać, puszczając wodze sercu, zbyt ludziom i uczuciu pochwycić się i ujarzmić dajesz. Ot, i teraz, przyznaj się bijąc w piersi, nie twojaż to wina, że ze Starego powracasz znękany, zrozpaczony, odepchnięty?
— Jakto? więc i to ci już wiadomo?
— Wszystko! wszystko! nieszczęściem trafiłeś znowu na kobiétę wyjątkową, na anioła, do którego każdy kto się zbliży, kto nań spójrzy, przywiązać się musi. Trzeba było zawcześnie uciekać, bo boleścią opłacisz chwilę nadziei daremnéj i nic tu nie zyskasz! Marja nie jest pospolitą kobiétą; serce, rozum, poczciwą duszę, uczucie obowiązku, wszystko jéj dał Bóg, a nic z drogi którą sobie wytknęła sprowadzić jéj nie może, nawet miłość druga, gdyby drugi raz kochać mogła.
— O! wiém już o tém, — zawołał tłumiąc westchnienie Juljusz, — wiém to, a jednak ją kocham!
— Miłość kobiéty! miłość kobiéty! to jedyne słowo życia waszego, — rzekł stary wieśniak z politowaniem i powagą, — ale czyż w niéj zamyka się całe życie? To tylko radość żywota, to kwiat jego, to pozłota, to nie cel przecie jedyny. Wyście jak dzieci, co zjadacie miód z chléba, a chléb rzucacie, by go potém w chwili głodu podjąć z piaskiem i błotem — kochacie wreszcie, a nie umiecie się kochać. Juljuszu, wieleś się razy kochał?
Smutnie, z uśmiéchem wymówki wzywającéj litości, podniósł głowę na to zapytanie młody człowiek, ale nic nie odpowiedział.
— Ja, przyznam się, pojmuję miłość, — mówił daléj stary, — ale całkiem inną, ale wieczną i jedyną, pojmuję ją taką jak Marji, sięgającą aż za mogiłę, walczącą ze światem, z sobą, z ułomnością i słabością ludzką, — wielką, potężną, a niemogącą powtórzyć się nigdy. Ale to kochanie wasze, co po chwili zrzuca się jak stara suknia i mienia na nową, to cóś dla mnie niepojętego, to słabość pieszczochów, którym próżne serce dokucza, bo nie mają czémby je zapełnili, bo nikogo prócz siebie samych kochać nie umieją.
— Surowa nauka! — rzekł Juljusz smutnie.
— Ale zasłużona, — odparł Hryć szybko, — może dla ciebie być lekarstwem i tego życzę z serca. Tymczasem poniewolny mój gościu, burza warczy wciąż, noc nadchodzi, co z sobą poczniemy? Jabym i tu się przespał, ale ty?
— Pojechałbym i w burzę, bo nie jestem ani pieszczochem ani tchórzem, — odezwał się Zlewa.
— Ani myśl o tém, musimy się zatrzymać jeszcze, póki księżyc nie zejdzie i burza cokolwiek nie minie. Zdawna to uważałem, że wschód księżyca rozpędza burze nocne, choć powodu sobie wytłumaczyć nie umiem. Naówczas wstrzymywać cię nie będę, ale gdy nas tu przypadek spędził, przypominajmy sobie czasy dawne: powiedz mi, co się tam stało z twojémi towarzyszami, a uczniami memi, co się stało z Tomaszem, Karolem, Stanisławem?
To zapytanie nie rozpędziło chmur z czoła Juljusza, który więcéj daleko swojém cierpieniem i dziwną kryjówką otaczającą go, był zajęty, niżeli losem dawnych znajomych i mało coś przebąknąwszy o nich starcowi, który jak się zdawało, dla tego tylko pytał, by rozchmurzyć gościa, począł przechadzać się zamyślony po podziemiu, spoglądając to na jego sklepienie widocznie ślady dzieła ludzkiego noszące, to na kości rozsypane po toku wyściełającym dno pieczary.
Jakby wreszcie chciał odpędzić przykre wrażenie sprawione ostatniemi słowy starca, oglądał szukając roztargnienia podziemie stare, zdając się niém najmocniéj zajęty i po chwili przerwał milczenie pytaniem.
— Byćże to może, żebyście wy nic o téj pieczarze nie słyszeli? wszak muszą być o niéj jakieś podania?
— Podania! — powtórzył Hryć uśmiechając się smętnie, — a gdzież ich niéma? a kto z was je zrozumiał. To owoc tak naturalny każdego zamieszkanego kątka ziemi, że niéma skały najtwardszéj, na któréjby go nie posiało życie ludzkie! Szumią niém stare dęby, płyną rzeki stare, i wiatr je opowiada w gruzach zamczysk wyludnionych, rosną na grzędach naszych ogrodów, kryją się po lasów głębi. Gdzież ich niéma! Wiém, że dziś, późno, szukacie ich skrzętnie, spisujecie troskliwie, ale kto wam da klucz do nich, gdy wszystkie chcecie otwiérać niedowiarstwem i sceptycyzmem, symbolem lub parabolą? Nie umiecie odgadnąć ani myśli jaka w nich tkwi, ani czasu do którego się odnoszą, ani dziejów, które opowiadają. Tymczasem tłumaczenie przychodzi zkąd się go wcale nie spodziewaliście. Ktoby posądził naprzykład prace Cuvièra, że one odtworzą smoki i potwory, z których się śmiał za boki trzymając rozumny wiek XVIII? O! nie rychło, nie rychło na znaczenie podań otworzą się wam oczy.
— Wamby najłatwiéj przyszło może nas objaśnić, w was tkwi żywe słowo podań!
— We mnie! w nas! — z dziwnym wyrazem dumy jakiejś powtórzył starzec, stając wyprostowany i podnosząc czoło, z którego srébrzyste otrząsł włosy — ale wiécież ciekawi, że podania nasze są świętością naszą i skarbem? że tak je rzucić, na zimną dłoń mądrych ludzi, ciepłe łzami i boleścią, jest rodzajem świętokradztwa! Wy je będziecie spoczwarzać, rozbiérać, przyrównywać, sromocić wykładem i niszczyć anatomją waszą! Byłoby to ostatnią pamiątkę, najdroższy zabytek, uczynić próżniaków zabawką. Wyście i pieśni wieśniacze schwycili już z pijanych ust jego ukradkiem, prawie podstępem, mimo że ich bronił jak własności i spuścizny po dziadach, dziwicie się ich poetycznym wdziękom, ale i tu co chwila bijecie się o nierozwikłane zagadki. Są w pieśni wyrazy, są myśli, które dla was zawsze tak będą niepojęte, jak słowa obcéj mowy i innego świata. Bo też świat ten, którego zabytkiem jest pieśń nasza, z którego wieją podania rzeźwiące, dla was szczególniéj umarły, zniknął oddawna, bezpowrotnie! Nam on jeszcze tylko przytomny, dla nas tylko pojętny, myśmy niedaleko odeń odbiegli. Myśmy jak człowiek, co żył spokojném życiem jednostajném, którego chwile podobne były do siebie jak krople wody bliźnięce, dzisiaj tłumaczy nam jeszcze dzień wczorajszy; u was przepaść rozdziela dwie godziny...
— Dla czegoż mielibyście z tego świata waszego robić tajemnicę? — spytał Juljusz.
— Dla czego? taim się jak skąpiec ze skarbem. Wszakże pieśń i podanie to, było zarówno własnością wszystkich, waszą i naszą, wyście ją uronili, myśmy zachowali, mamy prawo być dumni z tego poszanowania przeszłości i nieprzerwanego z nią związku.
— No, więc nie chcę być natrętnym, — z uśmiechem odparł młody człowiek, — ale nie mogęż przynajmniéj zapytać, — dodał schylając się i podnosząc niedogorzałą czaszkę, w któréj białe jeszcze i drobne świéciły ząbki, co znaczą te zgliszcza, popioły, i tak rzucone kości człowieka?
To bardzo łatwo wytłumaczyć wam mogę, — odparł starzec. — Wszak wiécie może, że to okolica, którą Bóg częstémi nawiedzał klęskami, jakich nie znały inne! mor, Tatar, Kozak, z Tatarem śmierć, pożoga i najstraszniejszy jassyr, pustoszyły tę ziemię ojców moich niezliczone razy. Każda taka plaga miała inne swe dzieje, swą powieść, swój obraz, w którym się cała maluje. Jedną śpiéwa pieśń, drugą szepcze legenda, inną opowiadają mogiły pod wioskami, lub kości w pieczarach. Domyślisz się łatwo co one tu znaczą. Trzy razy w płomieniach rozsypał się gruzem klasztor i kościół Podkamieński zapalony przez niewiernych, co w nim szukali złota. W Pomorzanach raz tylko mężny Świnka obronił lud chrześcijański od niewoli pohańca; wiécie zapewne o nim i o Zahorowskim. Bywało, jak się na górach ukażą dymy i ognie dalekie, a łuny odbiją na chmurach, gdy wiatry powieją spalenizną i krwią, co żywe z sioł ucieka i chroni się po lasach i pieczarach.... i stoją wioski pustkami strasznémi, i drżą milczące strzechy, jakby przeczuwały pożogę co ich czeka.
Raz, dawno temu, o! dawno!... zbiła się tu gnana trwogą gromadka ludu ze Starego, uciekająca przed Tatarem, bo po nad lasy trzy wielkie łuny gorzały... Uszli wszyscy krom jednego chłopięcia, które obłąkało się w drodze, może za kwiatkiem, może za jasnym motylem, może przysłuchując śpiéwom ptaszka nieobawiającego się strzał tatarskich... Dziecko pobiegło potém w ślad za matką, przyszli i pohańce za niém, a nie mogąc dostać żywcem naszych, bo się zaparli tu, dymem wydusili nieszczęśliwych. Woleli zginąć niż pójść w jassyr tatarski i spłonęli w boleściach.
Hryć westchnął, a Juljusz powiódł wzrokiem po okopconych ścianach, niemych dziś świadkach tylu jęków i mąk straszliwych. Zdawało mu się że dojrzał na miękkiéj glinie ślady rąk i palców, które się za nią rozpaczliwie chwytały, że w ciemnościach blade mignęły twarze pogorzelców.
— Szczęściem, — kończył starzec, — garść jakaś wybranych, głębiéj się schroniła, i tam przeżyli zatajeni dni kilka obok trupów, rannych i konających, którzy dla zatajenia reszty jęknąć nie śmieli, by na nią śmierci nie sprowadzić. Wywlekli się potém jak upiory na światło dzienne, i z nich wieś odżyła znowu. Ale nie mówmy o tych klęskach starych — dla was są one ciekawą powieścią, dla mnie historją rodzinną, żywą dziś jeszcze. Tu się walają niepogrzebione kości męczenników dziadów moich, a każdy ich szczątek dla mnie relikwją!!br> Oddalony świst potrzykroć powtórzony zdaleka, przerwał w téj chwili mowę starcowi; schwycił się nagle na nogi, nastawił ucho, począł przysłuchiwać się pilniéj coraz i jakiś wyraz przestrachu pokrył mu twarz zbladłą; i szybko przeraźliwém świśnieniem odpowiedział na znak dany.
Juljusz niemniéj zdziwiony i zlękły nawet, zbliżającym się coraz głosem, a więcéj jeszcze postawą strach jakiś malującą starca, obejrzał się jakby szukając broni, i poskoczył do Hrycia. Świst powtórzył się raz jeszcze u wnijścia, a stary nań odpowiedział.
— Skryj się, — popychając go rzekł Hryć szybko, — nie powinien cię tu nikt widziéć, jesteś w kryjówce wsi naszéj, któréj wydawać nie należało... niepotrzebniem cię tu wprowadził... Idź żywo w głąb, prosto i śmiało, niedawaj znaku o sobie... Posłuszny starcowi Juljusz cofnął się w ciemny głąb pieczary rozdzielającéj się na kilka gałęzi i wpadłszy w zakryty kątek, przytulony do słupa stanął, gdyż daléj zupełna noc i nieświadomość miejsca iść mu niedozwalały.
Zaledwie miał się czas ukryć, gdy u wnijścia ujrzał zjawiającą się postać młodego chłopaka, który otrzęsłszy włos długi okrywający mu czoło, stanął przed Hryciem cały drżący, z pokłonem zbliżył się, pocałował go w rękę i żywo mówić począł.
Był to piękny typ urody wieśniaczéj, budowy muskularnéj, krzepki, niewielki, z wyrazem siły w postawie, przebiegłości i rozumu w oczach. Płeć jego ogorzała złocisto zdawała się lśnić jak piękny bronz stary, a rumieniec pałał na niéj gorąco. Przy ciemnéj skórze białka oczu i zęby świeciły blaskiem czystym i stanowiły sprzeczność barwy malarską. Dodajmy włos długi ciemno-bląd, oczy niebieskie małe ale żywe i wydatne, nos kształtny i rozdęty jak u araba, usta snycersko zarysowane, a będziemy mieli niedokładne wyobrażenie oblicza pięknego chłopaka, stojącego przed Hryciem.
Trudno bowiem by słowa odmalowały wyraz postaci i twarzy, — wyraz siły, odwagi, pewności siebie młodzieńczéj, jaką promieniały. Spójrzawszy nań widziałeś, że ani go oszukać łatwo, ani łatwo pokonać, instynkt mu wydawał kłamstwo, przebiegłość dało położenie, siły Bóg.
Przystąpił do starca zdyszany, spotniały, widocznie niespokojny.
— Czegożeś aż tu mnie szukał? z cicha rzekł Hryć w języku ludu.
— Ej! ojcze! nie bez powodu ja ciebie gonię! Tu bez was się nie obejdzie, licho mamy.
— Co za licho?
— Niceście nie słyszeli o Jednookim?
— Słyszałem ci, ale co nam do niego...
— A jeszcze daleko do północka? — spytał chłopak jakby sam do siebie... o jeszcze czasu dosyć, dodał po chwili uspokajając się, mogę wam opowiedzieć jak to było. Już to u nas od tygodnia gadają, że Jednooki ze swoją bandą w okolicy się pokazał, ale my temu niedawali wiary. To zbój gorszy Karmeluka[1].
— Jużciż Jednookiego wiem, ale cóż się stało? niespokojnie spytał starzec.
— Posłuchajcież no, a to on u nas, żywo dodał chłopak... widać go żydzi, czy nie wiem kto naprowadzili, nasłanie Boże, na nasze spokojną okolicę. Ja dziś byłem ztąd o mil trzy na zarobku w Malowicach; ztamtąd wracając nad wieczorem, wiecie karczemkę złodziejską pod lasem na Zabyłowszczyznie, wszedłem nogi trochę wyciągnąć i fajkę zapalić. A to mnie tam Pan Bóg zaniósł. Wchodzę, tylko stara baba i to śpi nad kądzielą, drzwi były przetwarte, takém wszedł, że się ani obudziła. Dobrze ją sen zmorzył, bom i kaszlał i tuptał a nic nie pomogło. A że mi tylko ognia do fajki było potrzeba, poszedłem do pieca, wygarnąłem węgliczkę z popiołu i usiadłem sobie w kącie. Było już dobrze ciemno. Anim się opatrzył, jakém się zdrzemał... oczy otwieram, patrzę, cóś majaczeje przedemną. I słyszę dwa głosy.
— A co? wszystko tam gotowo?
— Gotowo, ojcze, ludzie poszli w las na Turowszczyznę i czekają jeno znaku u parowu za kopcem.
— Wiele ich tam jest? spytał drugi.
— Jak się wszyscy zbiorą, będzie ze dwudziestu, ale dobrze zbrojnych.
— Nam ich tyle niepotrzeba! albo to dwór w Starém tak obsadzony?
— Ai! nie zawadzi!
— A o któréj pójdziemy na dwór?
— Z północka, niech się dobrze pośpią, mówią, że grosz jest...
— Musi być...
— A no cicho! żeby się wioska nie zbudziła, w ostatku kościół i plebanję obedrzemy, i jak świt potém lasami ztąd poprzemy się nad Dniestr, bo pójdą obławy pewnie...
Ledwiem ja tego dosłuchał z wielkiéj niecierpliwości i pomiarkowawszy, że źle być może jak mnie zobaczą, przylgnęłem pod ławą. Zaczęli wołać światła i wódki, poszedł jeden za drugim do alkierza, a ja widząc, że drzwi niezamknięte, nim się dokrzesali ognia, wysunąłem się i jednym tchem, tutaj. Co będziemy robić? Stary zadumał się... Dobry z ciebie chłopak, rzekł do przybyłego, lećże mi na wieś i pocichuteńku ludzi pobudzić, niech się tylko zbiorą w lipach i zaczają. Ja tam zaraz będę, połapiemy złodziejów. Ale Jaśku, sprawże mi się zręcznie, cicho i kiedy ich tam ma być dwudziestu, nas trzeba żeby było pięćdziesięciu, bo to zboje, i im życie tanie, a my od pługa — niech zabiorą siekiery, pałki, co kogo stać; a tak się zgromadzcie by żywa dusza we dworze niewiedziała o niczém... Ja idę do pani zaraz i sprowadzę ją tutaj, bo i jéj i dziecku strach ten niepotrzebny, a my dopiero ze zbójcami zagramy..!
A nu Jaśku żywo do wsi, ja zaraz zatobą!
Jasiek jak mysz wymknął się otworem pieczary, a gdy starzec zamyślony się odwrócił, już Juljusz stał przy nim.
— Co to jest? spytał, dworowi grozi jakieś niebezpieczeństwo? zbójcy! Jednooki!
— Nie obawiaj się — odparł Hryć, damy na to rady, dobrze, że nam Pan Bóg wczas dał o tém wiedzieć, mnie pilno do dworu, a wy do domu.
— Co? rozumiesz, że wiedząc o tém, pojadę sobie!
— A cóż myśliciel
— Bronić jéj razem z wami!
— Wprawdzie niezaszkodzi ni głowa ni ręka, ale...
— Tu niema ale, chcesz czy niechcesz, idę z tobą, zawołał Juljusz! Dwudziestu z bandy tego sławnego Jednookiego, to nie są małe rzeczy! Nie możesz ich lekce ważyć sobie, i ja ci się przydam.
— Ale śpieszmy, — przerwał stary... pozwalam, pójdziesz ze mną, teraz nie pora rozprawiać z upartym... waruję sobie tylko że się zastosujesz do moich rozporządzeń.
— Zrobię co zechcesz, ale mnie nie odpychaj! nalegając, dodał młody człowiek.
Wychodzili z pieczary właśnie i Hryć niespokojnie obejrzał się po niebie, którego małą tylko cząstkę przez gęste sploty gałęzi widać było, nad ich głowami. — Burza jeszcze się była całkiem nie przewaliła, gromy słychać było zdaleka, deszcz lał ulewny, a blade błyski rozświecały niekiedy okolice fantastyczném swém światłem. Wicher wył po zakątach lasu i w szyjach głębokich parowów. Juljusz pobiegł do swego konia, ale go nieznalazł na miejscu, biedne zwierze znać wystraszone burzą, zerwało tręzlę na któréj je przywiązał i zbiegło gdzieś w las, ku domowi. Nim młody człowiek powrócił ku starcowi, już ten odszedł był kilkadziesiąt kroków śpiesznie lecąc do dworu, a idąc myślał co pocznie, by nie przestraszyć Marii, a bezpiecznie ją umieścić. Chciał uprowadzić na pewne miejsce i wahał się w wyborze, między skarbcem, a pieczarą, do któréj w ulewę, dobry kawał iść było potrzeba.
Juljusz napędził zamyślonego i chwycił pod rękę — coś uradził? spytał niespokojny.
— Co? jeszcze nic, — rzekł starzec — waham się i niewiem co począć, we dworze niemożemy jéj zostawić, a do pieczary mojéj daleko i deszcz leje jak na złość. Zboje iść będą od Turowszczyzny a zatém z przeciwnéj strony, moglibyśmy bezpiecznie przeprowadzić ją do Ładowego gaju!
— Ale po cóż tak daleko? spytał Juljusz.
— A dokądże?
— Nie pomyślałeś o skarbcu, rzekł młody człowiek.
— Owszem, przychodził mi na pamięć, ale to znowu zbyt blisko, dla kobiéty, krzyki, strzelanie, bój, których uniknąć niemożna, bo muszę Jednookiego schwytać i jego łotrów — to rzecz niemiła... mogą się postraszyć, pochorować.
— Masz słuszność.., cóż więc będzie?
— Niewiem, wprost idę do niéj, a tam zobaczemy, co zechce, trzeba jéj trochę woli zostawić...
Tak rozmawiając szybkim krokiem posuwali się do dworu, ścieżką, która mijając młynek, wioskę i plebanją, wiodła po nad stawem przez ogród do Starego dworu. Juljusz i starzec spieszyli zarówno i wkrótce ujrzeli się pod zarosłemi wałami horodyszcza, które w wielu miejscach ręka ludzka połamała. Świeciły im błyskawice jeszcze przebiegające niebo, przygrywał grom daleki to bliższy a nieustający, ulewa zmieniła się już w deszcz rzęsisty, drobny a gęsty, który zdawał się na długo zabierać. Przez gęstwinę drzew ujrzeli światło w oknach, Hryć odwrócił się do towarzysza chcąc mu powiedzieć by przyzostał, ale on już sam domyślał się tego i pod okném Marji sparty o ścianę na straży się wstrzymał.
Obszedłszy dom do koła, Hryć po cichu wszedł do sieni, przywykli byli ludzie do częstych jego i nieraz późnych odwiedzin, niezdziwiło ich, gdy zażądał być wpuszczonym do pani.
— Co robi? spytał.
— Mówi pacierz z dziecięciem, odpowiedziała służąca.
— Powiedz żem przyszedł i że się chcę widzieć, bo mam pilną potrzebę.
Służąca pobiegła i w chwilę potém, Marja ukazała się z uśmiechem na progu.
— A co mój opiekunie, spytała słodko witając go skinieniem głowy — masz słyszę jakąś potrzebę do mnie.
Hryć się obejrzał i wszedł do salki.
— Będziemy mieli polowanie, — rzekł usiłując w żart obrócić niebezpieczeństwo.
— Jakie! — smutnie spytała Marja, któréj ten wyraz śmierć męża przypomniał.
— Trafem jeden z naszych ludzi, podsłuchał łotrów z bandy Jednookiego co się na dwór dziś w nocy napaść zmawiali.
Marja lekko krzyknęła i rzuciła się, jakby do łóżeczka dziecięcia zbliżyć się chciała.
— Niech się pani nie lęka, pośpieszył stary — niema żadnego niebezpieczeństwa, na wsi już o tém wiedzą, ludzie się zaraz zbiorą, wiemy, że Jednooki będzie miał ze sobą dwudziestu, a nasi się zlecą wszyscy... jednakże...
— Każesz mi zostać we dworze? — spytała śmieléj Marja.
— O! nie, — przerwał Hryć, — nie rozkazuję nic, owszem radbym pani oszczędzić niemiłego widoku i wrzawy; dziecko to może przerazić...
— Prawda! prawda! mój dobry przyjacielu, ale cóż każesz? — spytała nalegając Marja, dokąd nas schronisz? ja lecę po Stasia zaraz...
— Gdyby nie deszcz i nie ostatek burzy a błoto, znalazłbym pewne choć trochę dalekie miejsce, gdzieby pani mogła być zupełnie bezpieczną...
— Z wami jam bezpieczna wszędzie! z uczuciem odezwała się wdowa — ja się nie lękam... chciałabym tylko oszczędzić Stasiowi strachu, który czasem na dzieciach na długo robi wrażenie.
— Możnaby zamknąć się w skarbcu, bo to miejsce obronne, ale tam wszystko słychać będzie; nie lękasz się pani deszczu i błota?
— Ty wiesz, — uśmiechnęła się Marja, — jam córka szlachcica, przywykłam do wszystkiego, Stasia nie pieszczę... pójdziemy gdzie nas poprowadzisz...
— Ale, dodał po cichu stary mierząc ciekawém wejrzeniem swą panią i badając w rażenie jakie zrobi: dziwnym przypadkiem jest tu Juljusz Zlewa, który dowiedziawszy się o niebezpieczeństwie, przyleciał...
Twarz Marji niezmieniła się wcale, trochę tylko pokazała radości — To dobrze, odparła żywo, będzie nas więcéj, zapewne zostanie przy dworze.
— Tak jest, myślę mu powierzyć tu wyprawę, a sam zostanę z panią, chociaż, dodał ciszéj, byłoby lepiéj żebym sam mógł się tu znajdować, a jemu straż waszę powierzyć.
— Zrób więc jak lepiéj, odpowiedziała Marja szybko kierując się ku pokojowi dziecka, za pięć minut będziemy gotowi, ja, Staś i Marjanna.
Hryć wybiegł tym czasem rozporządzić ludźmi i chwycić broń potrzebną, z pozostałéj po nieboszczyku. Ludzie dworscy zebrani w początku, przerazili się tą nowiną, bo napady na dwory Jednookiego, które powiększał jeszcze strach co o nich wieści roznosił, sławne były okrócieństwy i wściekłością, tego rozbójnika. Wprędce jednak dowiedziawszy się że cała wieś już na nogach, że Hryć sam kieruje obroną, żwawo i ochoczo wzięli się do przygotowań. W chwili wyniesiono wszystkę broń i ładunki, rozdzielono ją pocichu, pogaszono światła i stary wybiegł do ludzi wiejskich, już się ściągających pod stare lipy, by im oznaczyć stanowisko. Zbójcy od Turowszczyzny idąc musieli wchodzić przez wał wysoki, na który wiodły powyrąbywane w nim ścieżynki; w tém miejscu po krzakach i za drzewami rozstawił kołem swoich Hryć, a za wałem ukrył część także, by odwrotu zbójcom nie dopuścić. Nakazał wpuścić ich wszystkich, nie dać ujść nikomu. Ludzie z pałkami, siekierami, powrozami, hakami od pożaru i czém kto miał, już się tłumnie schodzić poczynali; jakkolwiek obawiali się oni bandy Jednookiego, która na szerokiéj kraju przestrzeni wsławiła się mordem i grabieżami nocnemi, napadami na dwory i kościoły, zagrzewała ich ochota obronienia swéj pani, i jéj wdowiego mienia.
Jeszcze szeptał ze starszemi i Juljuszem stary, gdy Marja w płaszczyku ze służącą, która drzemiącego Stasia niosła na ręku, ukazała się w ganku.
— Za mną! zawołał Hryć po cichu... ja tylko pójdę z panią na pół drogi, daléj pan Juljusz poprowadzi, ale trafiszże pan, spytał po chwili zastanowienia.
— Za to nie ręczę — odparł wahając się młody człowiek.
— O! to przyjdzie mi pójść z wami i powrócić, rzekł Hryć, czekajcie chwilę, każę sobie podać konia, żebym się prędzéj uwinął.
Marja milcząco powitała Juljusza, któremu serce biło tak, że ust otworzyć nie śmiał. Zbrojny już w dubeltówkę i parę pistoletów, Zlewa wrzał chęcią okazania czynem, że gotów był życie dać za Marją. Niekiedy błyskawica blada oświeciła rysy spokojnie mężnéj niewiasty i pełną wyrazu energji twarz mężczyzny; naówczas Juljusz śledził wzroku Marji i z podziwieniem widział w nim tylko bohaterską odwagę, zimne męztwo, i jakąś dumę oblaną staremi smutki.
Hryć powrócił wiodąc konia za uzdę, a nasi podróżni pod jego przewodnictwem spuścili się z wałów, weszli na ścieżkę nad stawem kołującą i posunęli się ku zdala czerniejącym lasom; w cichości postępowała Marja, przestraszona dziewczyna niosąca dziecię, a za nią Juljusz, którego dziwny ten przypadek dziwnie też exaltował. Ta nocna wędrówka, ta straż którą miał spełniać, wszystkie wypadki nocy, spotkanie starca, pieczara, rozmowa, podnosiły go do tego stanu niezwyczajnego dumy, w którym człowiek czuje się silniejszy i jakby podwojony.
Coraz zbliżał się las, w któren weszli nareszcie, a że Marjanna obawiała się co chwila bardziéj i ciemności i drzew i wszystkiego co ją otaczało, Juljusz bojąc się o dziecię wziął je na ręce. Milczącém wejrzeniem podziękowała mu wdowa. Parowami rozmokłemi od deszczu, w których głębi ciekły jeszcze nawalnicy potoki, przejście było trudne i miejscami niebezpieczne, ale Marja córka łowca i gospodarza, żona myśliwca, śmiałą stawała stopą i ledwie że się nie uśmiechała z obawy swéj towarzyszki, którą strach kilka razy obalił.
Hryć poprzedził ich do podziemia, rozpalił zabrane z sobą światło, a gdy weszli do pieczary, Marja zdziwiona niemogła powstrzymać okrzyku. Ta głębia ciemna, czarna, posępna, w któréj walały się kości ludzkie, wydała jéj się straszliwym wielkim grobem i pierwszy to raz wzrok jéj obłąkany zwrócił się ku Juljuszowi.
— Stary przyjacielu, gdzieżeś to nas zawiódł? zawołała niespokojnie.
— W najbezpieczniejszą ustroń, — odparł starzec dodając jéj otuchy, nikt tu was nie znajdzie, bo nikt prócz dwóch lub trzech ludzi naszéj wioski, nie zna téj pieczary i trafić do niéj nie może. Pan Juljusz pozostanie u wnijścia, trzech ludzi zostawiam na górze, na przypadek potrzeby jakiéj, a sam ja tylko się tam uwiniemy z Jednookim, przylecę.
Ot i siedzenie, dodał troskliwie zmiatając połą wyskok, nakształt przyźby dokoła zostawiony, a dla Stasia jest tu pościałka nawet, kupa liści paproci, którém na swoją potrzebę ususzył... to mu niezaszkodzi, podścielemy moją świtę...
— O! z tego nic nie będzie! — wstrzymując Hrycia który już ją zdejmował, rozczulona odezwała się kobiéta — weź mój płaszcz, ja ci zrzucić nie dam odzieży, kiedy masz wracać po słocie.
Kiedy się jeszcze spierali, Juljusz swoją pelerynę zarzucił na kupę liści i już na niéj śpiące dziécię ułożył, Marjanna, żegnając się i modląc i płacząc, siadła u nóg Stasia.
Z twarzy wdowy znikł już piérwszy przestrach mimowolny, odzyskała przytomność i spokój; usiadła na ławie niedaleko Stasia i ciekawie rozglądała się po pieczarze. Juljusz oparty na strzelbie usunął się do wnijścia.
Hryć już miał odchodzić.
— Jedną tylko, — rzekł na ostatku — mam państwu zostawić przestrogę: pieczary ciągną się bardzo daleko i rozgałęziają tak dziwacznie, że tylko dobrze znającym je, bezpiecznie jest posuwać się daléj. Proszę pozostać tutaj. To mówiąc scisnął rękę Juljusza i zniknął.
Marja z głową zwieszoną poczęła dumać, a wzrok młodzieńca upojony jéj widokiem skierował się i zatrzymał na cudnéj twarzy, którą uroczemi blaski stroiła miłość macierzyńska, wdowi smutek i chrześciańska duszy pogoda.
My tymczasem zwróćmy się za Hryciem ku dworowi; koń szybko go unosi przez wioskę w podworze, puścił go u bramy, a sam posunął się cicho i skrycie ku skarbcowi. Ludzie w oczekiwaniu niemém leżeli na ziemi, stali, klęczeli, pozaczajani. Nie przywykli do takich wypraw, drżeli wszyscy prawie, gdyż w oczach ich zbójcy stawili się jeszcze olbrzymami jak w bajce. Ujrzawszy Hrycia, zmężniał z nich każdy, poczuwszy siłę, którą wódz zaufany daje. Hryć miał strzelbę gwintówkę, pistolety i stare szablisko chwycone ze ściany. Strzelcy i dworscy zbrojni byli także w fuzje i broń znalezioną, wieśniacy mieli tylko siekiery, topory i kije.
Słychać już było rozlegające się po wsi piérwsze kogutów pianie, a nic się jeszcze nie pokazywało, oczekiwanie niecierpliwiło ludzi i odejmowało im siły, głucha cisza szumem tylko wiatru przerywana i odgłosami uszłéj już burzy, złowrogo wisiała nad ich głowami. Oczy wszystkich zwrócone były na wał, przez który drapiąc się zbójcy powinni byli pokazać... Największe milczenie nakazywane było przez Hrycia.
W tém na tle szarém nieba, po nad wałem ukazała się wysoka jakaś postać, która powolnie wzniosła się nadeń, wyprostowała i w dół spuszczać zaczęła ku podwórzowi, za nią jeden, drugi, trzeci, kupa łotrów zaszarzała, mignęła i znikła. Nie można ich było policzyć, tak szybko wdarli się po piérwszym — wszyscy już być musieli między wałem, a gromadą ludzi co ich czekała. Oddzielało ich od zaczajonych, może sto kroków tylko, a te szybko przelecieli zbójcy, i oparli się właśnie o linją na któréj stał Hryć. Jednooki idący przodem podstąpił tak blizko starca, że ten poczuł oddech jego ciepły trunkiem; zerwał się na nogi i przyłożył mu lufę do piersi wołając: — Baczność od wału!
W śród ciemności kilka strzałów ognistemi pasami przerznały się w różnych kierunkach, ludzie na rozkaz Hrycia ścisnęli się kołem, kilku jęknęło, ale niepodobna było swoich rozróżnić od napastników, zamięszanie siało się niewysłowione.
Głos Hrycia kilkakroć dał się słyszeć górując nad wrzawą i umilkł nagle przerwany jękiem. Trudno opisać co się tam działo, tak noc niepodobną czyniła i obronę i napaść. Zbójcy wprawniejsi, kupą się jęli i widząc ogrom ludu, poczęli cofać ku wałom, ale tu szereg nowy zaskoczył im drogę; chcieli strzelać, zabrakło im nabojów i czasu do przygotowania strzelb na wiatr wypróżnionych. Ludzie ze Starego, jakkolwiek gorliwi, nieumieli sobie dać rady, cofając się przed wściekłą obroną bandy Jednookiego. Sam on dowodził teraz odwrótem, w zębach trzymając nóż, w ręku strzelbę i kolbą jéj roztrzaskując głowy...
Kupa zbójców niedawała się ująć, ale i uciec nie mogła; dworscy tylko strzelali do niéj i coraz to przekleństwo z krzykiem dało się słyszeć z pośrodka napastników.
Nareście Jednooki rzucił się na wał piérwszy, chcąc koniecznie przebić — i strzał kucharza, który się na niego zaczaił położył go trupem. Widząc upadającego naczelnika, łotry zaczęli wołać przebaczenia.
— Rzućcie broń! — dał się słyszeć głos Hrycia osłabły, — na kolana! wiązać ich! Światła!
Posłuszni, bo znękani napastnicy popadali na ziemię, szczęknęły ich strzelby, krzyki rannych słyszeć się dały.
— Wszyscy na miejscach, ani się ruszyć! dodał starzec znowu — Jeden po światło!
Milczenia chwila która nastąpiła, była tylko przerywaną jękami, z rozmaitych stron słyszeć się dającemi i przekleństwami zbojów. Latarnie wreście pokazały się ode dworu i dwóch ludzi nanieśli słomy i gałęzi, by stos z nich pod drzewami naprędce rozpalić.
Pobojowisko oświecone piérwszemi blaskami płonącego ognia, okropny widok przedstawiało. Z jednéj strony jęczeli ranni wieśniacy, których kilku ciężko było pokaleczonych i Hryć sam z przestrzeloną ręką leżał na ziemi; w pośrodku, banda zbójców cisnęła się do koła trupa leżącego na wznak z nożem w zaciśniętych zębach, z straszliwie wytrzeszczonemi oczyma, z strzelbą potrzaskaną w ręku. Było ich piętnastu tylko, gdyż reszta w zamięszaniu umknąć potrafiła niepojętym sposobem; z tych, óśmiu rannych leżało krwią się brocząc, reszta jak wilcy spoglądali ciekawie złości pełnym wzrokiem na to co ich otaczało. Ujrzeli ogromne koło ludzi i jękli.
W tém jeden z nich zdał się coś szeptać do swoich, poruszyli się nieco... chłopi którym już głos Hrycia zemdlałego od utraty krwi nie przewodniczył, poczęli się rozsypywać powoli... garstka zbójców w mgnieniu oka porwawszy ciało Jednookiego chwyciła się z ziemi i rzuciła na wał.
Krzyk i wołanie i strzały znowu... ognisko niepodsycone zagasło od deszczu, a banda już na drugą stronę wału się dobywa... Rzucili się za nią ludzie zapalczywie chwytając zbiegów, ale trzech tylko co nieśli Jednookiego, dostali się w ręce gromady, reszta rozpierzchając się po gąszczy która okrywała tamtą stronę wału, rozerwawszy baczność niewprawnych do ścigania ludzi, uszli.
Wszakże zwycięztwo zostało przy mężnych wieśniakach, ale drogo okupione, Hryć leżał ranny mocno, oprócz niego kilku było postrzelonych i pokaleczonych. Ci jednak nie jęczeli nawet zobaczywszy starca omdlałego i wszyscy z wyrazem troskliwości nieopisanéj otoczyli go kołem, narzekając w ten sposób poetyczny i śpiewny, co z każdego lamentu wiejskiego, czyni liryczną pieśń boleści. U nich każde żywsze uczucie tak jakoś naturalnie, mimowolnie w jęku w śpiew przechodzi, że widzisz zdumiony jak pieśń i poezja na ziemi powstały. A! zrodziła ją naprzód boleść i piérwsza musiała być krwawym płaczem, bo nic tak duszy niepodnosi jak cierpienie. Hryć otworzył oczy, pokropiony wodą, podniósł się na zdrowéj ręce i zawołał niespokojnie: — a zbójcy!
— Ojcze, — odparł Hruzda młody — trzecheśmy wzięli, a Jednooki zabity.
— A reszta.
— Uszli... — smutnie i cicho dodał któryś.
— Ha! dobrze i to moje dziéci, — rzekł Hryć — niechże mi który rękę opatrzy... zawołajcie bab, bo one do tego najwprawniejsze, ale dowleczcie mnie do chaty, tam ja sobie lek znajdę. Ale nim co będzie, pokażcie mi tych zbojów.
Otworzyło się koło otaczające Hrycia, a on ujrzał leżącego na ziemi trupa ogromnego mężczyzny, ubranego i uzbrojonego jak zwykli chodzić Opryszki. Na srogiéj jego, ogorzałéj i ogromnym czarnym włosem okrytéj twarzy, widać było jeszcze zastygły wyraz złości i siły. Oczu miał dwoje mimo nazwiska swego, ale z nich jedno bielmem okryte było i tém straszniéj z trupa patrzało. U nóg jego siedziało związanych trzech zbójców, z zaciętemi usty i ponurą twarzą. Jeden z nich zwrócił się do Hrycia, zmarszczył brwi i srogo spójrzał.
— Cośmy wam przewinili? — zawołał stary — żeście nasz dwór zniszczyć chcieli, mało jeszcze narozlewaliście krwi i napalili sioł.
— Milczałbyś brodaczu, — warknął zbój — nasze to życie, a co ci do tego! zrobicie z nami co zechcecie! a z wami zrobi brat Jednookiego i pozostałe dzieci, czego się niespodziewacie... Popadliśmy, ale to nie koniec.
— Zobaczemy! — z udaną odwagą rzekł Hryć.
— A! zobaczemy! — powtórzył rozbojnik szydersko. Jednookiego śmierć nie pójdzie wam płazem! Jest nas dosyć bez trzech co ich macie w ręku i czwartego co leży na ziemi...
Ludzie słuchali, i nikt więcéj nie odpowiedział, więzień spuścił głowę i począł płakać. Łzy to były tak dziwne, że Hryć uczuł je w sercu; wszyscy zdumieli się zkąd wypłynąć mogły... a któż wytłumaczy człowieka?
Rozstawiwszy straże do koła dworu, co pogróżki czyniły konieczném, Hryć sparty na ramieniu Janka powlókł się do swojéj chaty, aby tam rękę przestrzeloną opatrzyć; zasiadł na ławie wśród lamentujących bab, kazał sobie podać z komory maść, którą sam na podobne razy przygotował, gdyż był i lekarzem wioski, i rozpoczął z wesołą twarzą boleśne piérwsze obmycie; stary ani syknął gdy mu flejtuch i sukno kulą wbite nie głęboko wyciągano, sam wskazał jak przemyć i pomógł obwiązać. Zaledwie to dokończoném było, gdy w okna chaty uderzył blask krwawy, Hryć porwał się przerażony, dwór się palił!
— Do dworu! — zakrzyczał biegnąc ku drzwiom — do dworu wszyscy ratować, to zemsta zbójców! Uderzyć we dzwony kościołka!
Ale już drogą ku zamkowi szła śpieszno gromada cała, kobiéty, dzieci kto żył, z krzykiem i plaskaniem w dłonie. Po nad lipami wioski płomień wznoszący się chwilami oznajmywał że się dach pali... przybiegli gdy go już całkiem obejmowały płomienie. Ratować dworu nie było podobna, ale trzeba było ocalić mienie i resztę budowli. Hryć z wielką przytomnością zajął się znowu rozporządzeniami, a wieśniacy z gorliwością podwojoną spełniali każde jego skinienie. Wynoszono wszystko co się wychwycić dało, sprzęt nawet, okna, drzwi i ze składów rzeczy mniéj cenne co chwili wyrzucano na podwórzec. Sufity zawalać się zaczynały, gdy resztki wyrwano jeszcze... nic nie zgorzało prócz starego dworu, ale sam dwór był drogą pamiątką dla Marji, a żaden pałac zastąpić go nie mógł. Każdy tam kątek przypominał chwilę jakąś, do każdéj izby przywiązywało się dawne podanie dziadowskie, a w pokoju Joachima ostatni ślad znikł jego życia. Wiedział Hryć jak strata starego domostwa dotknie Marją, i ze łzą w oku spójrzał na zgliszcza dogorywające; ale płakać nie było czasu, deszcz wilżył wyratowany sprzęt, trzeba go było unieść i zachować do pustego skarbcu, który się teraz bardzo przydał.
Cokolwiek wolniejszy, niedbając już że i blizka oficyna płonęła zajęta, gdy dwór ratowano, Hryć pomyślał o potrzebie uspokojenia swéj pani; pomimo dolegającéj rany, kazał sobie podać konia i pośpieszył do Ładowego gaju.
Kilka razy jeszcze w drodze siwą głowy odwrócił ku dworcowi, który dymił z daleka, jakaś myśl ciężka ucisnęła mu serce, tęskno spuścił głowę na piersi.
— Gdzie ją teraz poprowadzić? — rzekł do siebie — do Starego nie rychło będzie mogła powrócić, nie ma gdzie tam głowy położyć; a dwór nowy chyba za rok stanie... tak! jedziemy do miasta. Stasiowi to nie zaszkodzi, i od Juljusza nas uwolni.
Pocichu wszedł do pieczary, w któréj głuche panowało milczenie, świeca dopalała się gdzie ją postawiono, Staś spał na paprociowém posłaniu. Marja się modliła spoglądając na niego, a Juljusz oparty na strzelbie jak posąg, skamieniały wlepił w nią oczy i zesłupiał uwielbieniem.
Jedno wejrzenie na niego przekonało starca że nieuchronna konieczność co go zbliżyła do Marji, rozpłomieniła na nowo, milczącą namiętność. Wszyscy rzucili się ku niemu i wdowa piérwsza zobaczyła rękę na czerwonym pasie zwieszoną.
— A! tyś ranny mój opiekunie! — zawołała — mów, mów, co się stało! tyś ranny dla nas! Jakże ci to zawdzięczyć!
— Rana ta nieznacząca, — uśmiechając się odpowiedział wieśniak — dzięki Bogu wszystko dobrze. Jednooki padł zabity, trzech z jego bandy złapaliśmy, kilku ranionych, reszta uciekła.
— A z ludzi naszych nie zabity kto uchowaj Bóże? — troskliwie spytała kobiéta.
— Nikt, kochana pani, nikt, choć przeprawa była ciężka, — dodał po chwili — złapani bronili się wściekle! I pomścili się niegodni śmierci swojego herszta.
— A! coż się stało? dwór! dwór! — z przestrachem łamiąc ręce spytała wdowa.
Hryć smutnie spuścił głowę.
— Tak jest pani, rzekł, zgadło serce twoje, dwór się spalił... ale co było w nim wszystkośmy uratowali, szpilka ci nie zginęła.
Pomiarkowała Marja że zbytnia żałość w obec takich poświęceń ludu, byłaby dla niego boleśną jakby wymówką, i choć ją ta strata ciężko dotykała, zamilkła.
— A! wola Boża, — odpowiedziała z cicha — ale gdzież się podziejemy teraz...
— Namyślim, postanowim, — rzekł stary, nie straszaj się pani. Tymczasem pogróżki reszty zbójców nakazują nam ostrożność, trzeba tu jeszcze pozostać na dni kilka.
Juljusz stał milczący w ciągu téj rozmowy, zdawało się że uczucie wezbrane mowę mu odjęło. — Chodź pan, — rzekł stary do niego — możesz do domu powrócić, nie ma już potrzeby straży, bo tu niéma niebezpieczeństwa.
— O jabym tu został wieki! — szepnął oddalając się niechętnie — pozwól mi pilnować jéj jeszcze...
— Nie! nie! jedź pan do domu, ja zostanę na straży sam, ludzie są dworscy, a panu dłużéj tu bawić niebezpiecznie. Jeśli zechcesz powrócić... dowiedzieć się... znajdziesz nas tu za dni parę. Ale ci nie radzę, — dodał poważnie i smutnie — pomnażać sobie cierpienia widokiem kobiéty, która cię kochać nie powinna i nie może! Jedź! i niepowracaj, to rada przyjaciela.
— Przyjaciela? — z gorzkim uśmiechem spytał Juljusz boleśnie zrażony.
— Przyjaciela, lekarza, co ci gorzki podaje napój, by może wybawić od najstraszniejszéj choroby, od rozpaczy!
— Myślisz żem przez tę jednę noc kontemplacyi, milczenia, nie nabrał już tyle ile potrzeba na całe życie męki?
— Szaleńcze! szaleńcze! — odpowiedział Hryć — idź jeśli ją istotnie kochasz, chceszli i jéj zatruć życie, jak zatrułeś sobie?
I podał mu dłoń drżącą żegnając, Juljusz ją pochwycił w milczeniu, uścisnął i żywo zarzuciwszy strzelbę na ramię, w las uszedł.
Stary popatrzał za nim tym wzrokiem litości, który zdaje się w sobie zawierać modlitwę; dotąd trzymała go na nogach powinność, uczuł nagle osłabienie, i osunął się powoli na trawę. Sen skleił mu powieki znużone, gdy słońce wschodzić poczynało nad pogorzeliskiem Starego.





Przypisy

  1. Karmeluk sławny rozbójnik na Podolu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.