Z wrażeń włoskich (Reymont, 1925)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Z wrażeń włoskich
Pochodzenie Z ziemi polskiej i włoskiej
Data wydania 1925
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Zakłady Graficzne Straszewiczów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Z WRAŻEŃ WŁOSKICH
I.
Padwa.

Padwa, to pierwsza stacja w moim pośpiesznym kursie po Włoszech. Przyjechałem w nocy i roztrzęsioną dorożką bez latarń, z drzwiczkami, które ustawicznie wylatywały, wlokłem się przez miasto ciemne, uliczkami czarnemi i cichemi, rozświetlanemi gdzie niegdzie po rogach lampkami płonącemi przed Madonną lub św. Antonim.
Hotel „pod Białym Krzyżem“, to już hotel w czysto włoskim charakterze — o izbach sklepionych i niskich, niby kazamaty, o posadzkach kamiennych, kratach w oknach niedomykających się, łóżkach familijnej szerokości i braku najzupełniejszym wszelkiego komfortu.
Cóż robić rano, jeśli nie iść na włóczęgę po mieście, bez cicerona, bez innego przewodnika nad instynkt i Baedeckera! Niema w podróżach przyjemności szczerszej nad taką włóczęgę bez planu po mieście nieznanem. Idzie się, gdzie oczy i ulice lub drogi prowadzą, bo zawsze się dojdzie i zobaczy rzeczy piękniejsze i godniejsze uwagi, nad te, urzędownie w przewodnikach zalecone. Wszystkie wykrzykniki zachwytów i superlatywy katalogów nie stają pomiędzy mną i przyrodą lub dziełem sztuki. Idzie się i patrzy: tam na wysmukły kontur arkady jakiejś napół zwalonej, na architekturę pałacu, podobnego do twierdzy obronnej, na szczególny połysk marmurów w słońcu, na twarz charakterystyczną, na szczegół życia codziennego; spotyka się ogród jakiś, dyszący zielenią i wiosną, a niespodziewanie wyłaniający się z obramowania zrudziałych zaułków: kawał placu białego, strugi mieniącej się w słońcu wody, kościół, pełen rzeźb i malowideł przepięknych, jakiś kawał murów, dyszących średniowiecznością — i oczy mają dosyć, zatrzymują się z przyjemnem zdziwieniem i wchłaniają, malując w głębi jakieś tło, na którem później wytworzy się pewna całość wrażeń.


∗             ∗

Słońce tak raziło, że z przyjemnością szedłem pod cień arkad, biegnących z obu stron wszystkich prawie ulic. Imponujące wrażenie wywiera ten, zda się, nieskończony szereg tęgich pilastrów kolońskich, poprzeplatanych gdzie niegdzie, niby trzcinami, wysmukłemi kolumienkami werońskiemi.
Wszędzie pełno śladów Wenecji, od której ta Padova la dotta (Padwa uczona, jak ją zwano dawniej) długo zależała zupełnie. Można jeszcze znaleźć lwy weneckie, poprzyczepiane do ścian, tak, jak pełno jest tego czysto weneckiego stylu w niejednej arkadzie, w oknach, w balkonach, wiszących nad ulicami i pełnych rzeźb koronkowych, a czasami spotyka się dom, jakby żywcem przeniesiony z nad Wielkiego Kanału. Miasto piękne, ale jakby wymarło, taka cisza wieje pod arkadami i na ulicach. Czasami przejedzie dwukołowy wózek, zaprzężony w osła, czasem kobieta jaka z koszem jarzyn lub pomarańcz na głowie przejdzie prostym automatycznym krokiem, niby kanefora grecka, z głównej ulicy dojdzie turkot tramwaju, lub okrzyk pijących w tratorjach i cicho się robi tak, że echa własnych kroków, rozbrzmiewające donośnie w ciszy — denerwują nieprzyjemnie.
Domy stoją zamknięte, ciche i posępne; przez bramy ażurowe czasami błyśnie ogródek pełen drzew i kwiatów i znowu tylko mur i szarość. Sklepów, a raczej kramów z tandetą wenecko-wiedeńską, dosyć, a jeszcze więcej pustych zwykle tratoryj, w których można dostać wina wprost za bezcen.
Tutaj, wpośród tej ciszy uliczek, podobnych do kanałów głębokich, pod cieniami, rzucającemi posępny mrok, wpośród domów z XIV, XV i XVI-go stulecia, mocnych, obronnych i ponurych, domów, które służą za mieszkania, więzienia i twierdze — można doskonale cofnąć się w średnie wieki Padwy. Człowiek bez trudu przenosi się do czasów podesty Ezzelina, kata dzieci, do wojen ulicznych szlachty z ludem, do bojów i awantur Carrarów, patrycjuszów miejscowych. Do tych scen pełnych mordów i tortur, w których ofiary wyrywały się z rąk katów, zębami i pazurami darły twarze swoich sędziów i zwycięzców, do tych procesyj uroczystych, podczas których zrywały się namiętności przytłumione, niby orkan, i mordowano się na ulicach, aż krew obryzgiwała księży, niosących monstrancje, i jęki chrapliwe konających mieszały się z hymnami i śpiewami pobożnemi, z głosami dzwonów, z krzykami wściekłości i ze szczękiem oręża — do tych wojen ulic, domów, ba — okien z oknami. Trochę skupienia w sobie, i widzi się to i słyszy. Chodzi się z jakiemś uczuciem ulgi, że to już przeszło, a jednocześnie czuje się jakby pewien żal, „że przeszło zupełnie“.
Ci Włosi, których widzę leżących po ulicach, sprzedających w sklepach, chodzących, wydają się rasą upadłą w stosunku do swoich przodków, rasy bohaterskiej i silnej. Ciągną mnie wprost do swoich kramów, z uśmiechem uniżonym, z gestykulacją aktorów, ze śmieszną patetycznością zachwalają swoje towary — i dąsają się, kiedy nic nie kupię. Kto tylko może i jak może, wyciąga ręce po soldy.


∗             ∗

Przez wąskie uliczki, czysto średniowieczne, idę do św. Antoniego. Niebo bez chmur, ciepło wiosenne. Z wielkich murów zwieszają się zielone gałęzie pnączów kwitnących, a z głębi wychylają się głowice pinij obciętych, pokręconych, narosłych guzami, a miejscami bzy, całe fioletowym kwiatem pokryte, lub wysmukłe korpusy magnolij, całe różowe.
Przed samym kościołem, na placu prawie pustym wznosi się posąg konny, słynnego pogromcy Sforzów, kondotjera Gattamelaty, przez Donatella, z r. 1443, a pierwszy jaki był odlany we Włoszech. W pancerzu z mocnych blach, z głową odkrytą, z rodzajem maczugi w ręku, siedzi mocno na koniu silnym, zwykłem bydlęciu od pracy; wielki miecz wisi nisko, koń się nieco wypręża, jakby w gotowości do skoku na nieprzyjaciół. Zielonawy kolor bronzu ani czas nie osłabiły mocnych i realnych szczerze rysów konia i człowieka, który wydaje się na tle tego dziwnego kościoła i tych domów wąskich, okratowanych, tych arkad mocnych, słupów potężnych, balkonów, osłoniętych stalowemi siatkami, jakby żywy — gotowy do boju. Czeka się, rychło Gattamelata podniesie obuch do góry, zepnie konia — i obaj runą na nieprzyjaciela. Kościół ma fasadę włosko-gotycką, odartą, prawie dziką przez surowość, a kopuły bizantyjskie, dzwoneczki ostrołuk najczystszy — obłąki balkonu podtrzymują filarki cienkie, wysmukłe, jakby zrobione przez weneckich złotników i z Wenecji przywiezione.
Wchodzę w olbrzymią nawę środkową, pełną kolorowych, dziwnych refleksów okien. Szereg długi ołtarzy migoce z naw bocznych marmurami i mozaikami. W kaplicy po lewej stronie leży patron miasta, ś-ty Antoni, jeden ze wzniosłych przedstawicieli XII-go stulecia, dusza mistyczna, za której głosem leciały ptaki, zwierz dziki biegł z gór i lasów, ryby z wód — rozmawiał z niemi i rozumiały go, tak jak ś-go Franciszka w Assyżu.
Kaplica jest jego imienia.
Fasada piękna z białego marmuru, o wnękach z marmurów kolorowych, oprawiona, niby w ramy z agatu, w czarny polerowany marmur, podobna jest do starożytnych łuków rzymskich. Kolumny marmurowe, pokryte płaskorzeźbami i nadbrusia pełne liści, koni, ludzi nagich, łabędzi, ryb, amorków rozbawionych — tworzą wejście wspaniałe. Tłumy całe figurek rzeźbionych pokrywają mury i filary i zapełniają białe pola marmurów zgiełkiem życia swobodnego, z całem rozpasaniem póz i wyrazów.
Pomiędzy kolumnami wiszą, jak kwiaty, złote i srebrne lampy i płoną krwawemi blaskami, za niemi wznosi się sarkofag grobowy świętego, a za tym ołtarz, pokryty złotemi blachami. Ściany w głębi i po bokach pokryto płaskorzeźbami w marmurze, wyobrażającemi uzdrowienia i wskrzeszenia, szereg cudów, jakie zdziałał ś-ty Antoni.
Na bokach i ścianach sarkofagu i kaplicy błyszczą niezliczone wota, jakie wciąż napływają ze wszystkich stron świata. Są ze złota, srebra, wysadzane drogiemi kamieniami: wyszywane perłami modlitwy dziękczynne, proste wykrzykniki, westchnienia głębokie przez prostotę i zaledwie utrwalone włóczką na kanwie, oprawnej w czarne, zwyczajne ramki, a w kącie jednym stoi pęk szczudeł, pozostawionych za sprawą świętego. Przed ołtarzem odprawiano nabożeństwo — biskup młody, o wspaniałej, rzymskiej twarzy, celebrował z namaszczeniem, otoczony licznym orszakiem duchowieństwa; chór poważnych głosów, doskonale zharmonizowanych, śpiewał jakąś pieśń uroczystą i niezmiernie prostą, a całą przestrzeń przedkapliczną zalegał lud — pielgrzymi, z różnych stron Europy zebrani. Potem nastała chwila ciszy, w której białe szeregi księży odpływały i ginęły w cieniach naw, a tłum zaczął się czołgać na kolanach wokoło sarkofagu, tonącego w białawych dymach kadzideł i w złotej glorji świateł. Przy płycie marmurowej, osłaniającej trumnę świętego, podnosili się, dotykali płyty ręką, opierali na niej skronie, modlili się chwilę w skupieniu i przechodzili z twarzami rozpromienionymi, z jakąś cichością w oczach załzawionych. Długo snuł się ten łańcuch, i szmer modlitw, oddechów i westchnień rozbrzmiewał, to echa łkań rwały się z cieniów naw i płynęły otwartą kolumnadą pod sklepienia.
Odchodzi się i powraca — odchodzi się wprost zgnębionym nadmiarem piękna, pomysłowości i powraca, aby jeszcze raz duszę i oczy napaść widokiem tych arcydzieł. Świeczniki Riccia wysokie są co najmniej na dwa sążnie i mają ze cztery stopy u podstawy. Piętrzą się na nich w spiralnej procesji całe tłumy ludzkie: sceny z ewangelji, sceny ze współczesnego życia, sceny z mitologji: korowód dusz, ciał, nastrojów i krajobrazów — pochowanie Chrystusa wśród krzyków przejmujących rozpaczy tłumu, wśród bólów rzeszy całej i łez — Chrystus w otchłani, Chrystus na górze Tabor, Chrystus prowadzony na miejsce kaźni — tłum uczniów i wyznawców, oprawcy, rzymianie, żołnierze, krajobrazy, kobiety rozpłakane, twarze mściwe i zadowolone faryzeuszów; rozmaitość wyrazów, nastrojów, cała gama uczuć dusz ludzkich, a wszystko takie żywe, takie realne, takie natężone i pochłonięte akcją, miłością, bólem, nienawiścią, takie indywidualne i z taką potężną szczerością wypowiedziane, że się stoi i patrzy ze zdumieniem i pokorą, że aż ta wielość, ten rój ciał i dusz — staje się jakąś mistyczną jednością, olbrzymieje i zasłania sobą wszystko, co się działo gdziekolwiek.
A reszta rzeźb i świeczników Donatella, Bellana i Andrzeja Briosca? Jest w nich to wszystko, co się później spotyka po muzeach Florencji, Rzymu, Neapolu — po kościołach i klasztorach Włoch całych. W tych płaskorzeźbach jest cała ludzkość; ludzkość, kiedy cierpi, kiedy marzy, kiedy pracuje, kiedy tworzy i myśli — i wszystko na tle i w przeciwstawieniu przyrody wiecznie spokojnej i wiecznie obojętnej. Jest to wielki pamiętnik Odrodzenia. Druga kaplica, za wielkim ołtarzem, mieści w sobie skarbiec i relikwje.
Wychodzę z kościoła i idę na Prato.
A! jakże tu cicho, jasno i dobrze! Pinje wyniosłe roztaczają zielony dach nad głową, dach, przez który słońce przecieka i złoci fantastycznemi arabeskami trawniki miękkie, puszyste i tak jasno zielone i połyskliwe, jakby je kto roztopionym szmaragdem malował. Kanał seledynowej wody, obiegającej obręczą Prato, przebłyskuje przez drzewa i mieni się drobnemi łuskami zmarszczek. Podwójny szereg białych posągów obiega wkoło i stoi w wielkim majestacie ciszy. Siada się na jakiejś kamiennej ławce i ten dziwny spokój zaraz owłada sercem i mózgiem. Naprzeciw ś-ta Justyna, z ośmioma kopułami, haftuje się na błękicie, a z drugiej strony ratusz swoją czerwonawą fasadą, swoje koronki okien, wylotów i balkonów — wznosi poważnie wgórę. Ptaki śpiewają i gonią się po gzymsach, pomiędzy gałęziami, po głowach posągów. Cicho jest i dobrze. Nie marzy się, tylko myśl spokojnie przędzie swój wątek, a oczy ślizgają się po gzymsach i kapitelach kolumn, po cudnych linjach balkonów, po fasadach mocnych i pięknych — przebiegają plac, biały od słońca płyt kamiennych, gonią za cyklistami, którzy się wkoło Prato trenują — zagłębiają się w podcienia, gdzie przechodzą piękne i wysmukłe kobiety, i toną w lazurze nieba i piją tylko ciszę i piękno. Dobrze tak siedzieć. Woda szemrze tak cicho i dźwięcznie, twarze posągów, pomiędzy któremi jest Batory i Sobieski, mają taki dobry wyraz, jest tak ciepło i wiośniano w powietrzu, że słychać prawie otwieranie się pąków drzew i z wiatrem napływa zapach bzów i magnolij.


∗             ∗

Przed samym wyjazdem poszedłem jeszcze za miasto na wał zielony i resztki murów fortecznych z czasów austrjackich, a potem w pola. Wieczór zapadał cichy i w kanałach, błyskających, niby zwierciadła, poprzez młodą zieleń wierzb, żaby zaczęły rechotać swoją pieśń wieczorną — jak u nas. Słońce świeciło ukośnie i czerwone, przepalone pasma padały na młode listki winorośli, a wielkie zielone dęby rzucały cienie rude, niebo blade mętniało w krańcach i zlewało się z błękitnawą mgłą, poprzez którą przewijała się biała frendzla gór ośnieżonych, jak niezmiernie słodka fraza w preludjum zmroku.
Cichość nieobjęta wstawała z cieniów i przepojona echami usypiającej przyrody rozsypywała na ziemię i ludzi sen i odpocznienie. Słowiki zaczęły śpiewać swoje hymny nocy i miłości — jak u nas...


II.
W Loreto.

Z Rimini pociąg leciał wybrzeżami, i już do samego Loreto Adrjatyk ciągle leży przed oczyma.
Morze jakby drzemało w błękitnawem spowiciu mgieł i świtu, tylko szerokie i płaskie fale przychodziły z tumanów, konając z lekkim dreszczem na piaskach wybrzeża, prawie pod szynami kolei. Pociąg biegł tak cicho, że było słychać szum i pluskanie morza, i daleki, podobny do żałosnego jęczenia czajek, krzyk mew, upatrujących żeru, i turkoty wozów, toczących się z gór niewidocznych jeszcze, bo przysłoniętych brzaskami przedwschodu.
Nie z krańców, ale jakby z głębin morza, zaczęły się przesączać i rozpylać w przestrzeni różowe zorze, zaczęły przebiegać i drgać w powietrzu jakieś świetlane fale, rozróżowiać szarość i przesycać srebrnawy ton zieleni i perłowość morza — fioletem i purpurą.
Zwoje oparów opadały rozrzedzone, bo czerwona, rozwichrzona kula słońca wychyliła się jakby z toni i ociężale podnosiła się coraz wyżej i wyżej — a na powierzchni morskiej błyskało słońce drugie, promienniejsze i ogromne, które się rozpływało po falach, jak rzeka lawy roztopionej, niezmierzonemi koliskami purpury. Morze zadrgało życiem i odsłoniło swoje pogięte seledyny. Trójkątne czerwone żagle i czarne kadłuby statków rybackich zamajaczyły woddali, a na wybrzeżu odsłaniał się powoli z mgieł amfiteatr gór, pól, ogrodów i domów; dymy, niby pajęczyny rozstrzępione, snuły się nad płaskiemi dachami; drzewa stały w kwiatach, pola w niepokalanej zieleni zbóż wykłoszonych i poprzetykanych zielonemi pędami wina, rozpiętego po drzewach, a szczyty gór, zamykających horyzont, stały szare, opłynięte błękitem i poplamione śniegami.
Po drogach białych zaczęli snuć się ludzie, dwukołowe wozy, ciągnięte przez białe ogromne woły, stada kóz z dzwonkami na szyjach.
Pociąg także się budził. Z wagonów dochodził gwar rozmów, fale śmiechu, głosy modlitw, pojedyncze słowa leciały z okna do okna, ludzie spacerowali po wagonach, budzili jedni drugich, rozpakowywali śniadania, bo cały pociąg zapchany był poprostu pielgrzymami. Jechali wszyscy do Loreto, na 600-letni jubileusz przeniesienia domku Matki Boskiej z Nazaretu.
Uroczystości odpustowe rozpoczęły się w roku zeszłym, w listopadzie, i ciągnąć się będą do 12-go września r. b. Płyną też katolicy na te uroczystości ze wszystkich stron świata, w ogromnej ilości. W tym pociągu, specjalnie oddanym pielgrzymom, jechało kilkaset osób, należących do kilku narodowości.
— Państwo dokąd jadą?
— Do Loreto! My, panie, z Bawarji — i zaczyna jakiś młody, przystojny mężczyzna, z czerwonym krzyżem na klapie surduta, opowiadać, ilu ich jest, skąd, czem są i t. d.
— A pani?
— Do Loreto — odpowiada stara kobieta, która, jak zauważyłem, całą drogę się modliła. Ta jest z Belgji, jedzie z całą rodziną — 14 osób. Zajmują prawie pół wagonu. Kobiety w drodze szyją, robią pończochy, cerują, a mężczyźni śpiewają, palą fajki i na każdej stacji wychodzą na peron i badają szczegółowo.
— Pan także do Loreto?
— Yes! — mruknął mi tylko jakiś Anglik, w jasnych flanelach, czerwonym krawacie, z czerwoną mocno twarzą i z czerwonym Baedeckerem w ręku, którego pilnie studjował.
Uwagę moją zwrócił wagon sąsiedni.
Wysoki, czarny, o ascetycznej twarzy, ksiądz stał w pośrodku i modlił się głośno, a dokoła niego klęczeli ludzie, pochylali głowy, bili się w piersi z pokorą i powtarzali chórem jego słowa. Rytmika tych głosów miała akcenty smutnej i groźnej zarazem lamentacji. Twarze mieli prawie czarne od słońca, chude, posiekane w drobną siatkę zmarszczek i surowe, a oczy płonęły dziecięcym wyrazem rzewności naiwnej i patrzały w księdza, niby w obraz cudowny. Byli to Chorwaci, jadący w kilkadziesiąt osób, pod wodzą księdza, do Loreto. Punktem zbornym była Padwa, skąd już specjalnym pociągiem wszyscy razem jechali do Loreto i dalej.
Słońce podniosło się coraz wyżej i coraz więcej zalewało świat ciepłem.
Pociąg biegł jakby wśród nieskończonego morza seledynu, bo i morze, i ziemia, i niebo miały jeden ton. Przez otwarte okna zapachy ziemi, fioletowych kasztanów i bzów, kwitnących w żywopłotach, biły falą woni, a z morza płynął potok orzeźwiającego chłodu, pełen szmerów i blasków wody, drgającej w słońcu. Stacyjki przemykają szybko; około dziesiątej stanęliśmy w Loreto. Pielgrzymi literalnie zapchali niewielką stacyjkę. Z trudem zdobyłem coś podobnego do dorożki i pojechałem do miasteczka, oddalonego o jakie dwa kilometry.
Biała, przepysznie utrzymana droga, obsadzona wiązami i oliwkami, wije się ciągle pod górę, wśród pól zielonych, pełnych winnic, szaro-srebrnych oliwek, morw, koniczyn kwitnących krwawo, figowców obciążonych owocami — przez jeden wielki ogród, utrzymywany z największą starannością i rozciągający się aż do szczytu gór.
Upał wciąż się potęgował.
— Albergo Marinelli! Albergo L’Unita Italiana! Albergo Santa Maria! Albergo Garibaldi! — darli się przewodnicy, i jeden chwytał za walizę, drugi odbierał mi laskę, trzeci chciał mnie już wyciągnąć z dorożki. Krzyczeli razem w sposób niesłychany, gestykulowali, kłócili się o mnie — myślałem, że się bić będą. Przeczekałem tę burzę, nie odzywając się ani słowa, i dobrzem zrobił, bo ustąpili i z taką samą wściekłą pasją rzucili się do następnej dorożki.
Hotel Marinelli, dosyć przyzwoity, ale kuchnia — poczynając od chleba niesolonego, niewypieczonego, podobnego raczej do kitu okiennego, a skończywszy na mięsie, o którem trudno było powiedzieć, czy było wołowe, ośle, końskie, czy jakie inne — wprost okropna. Buljon — to klajster, jarzyny, prawie w pierwotnym stanie podane, smakowałyby prawdopodobnie, gdyby były z osypką — trzodzie naszej. Tylko wino wcale niezłe i pomarańcze ratowały sytuację.


∗             ∗

Szedłem tą główną i jedyną uliczką Loreta, zaczynającą się od pomnika Garibaldiego, a kończącą przed kościołem, wprost oślepiony jaskrawemi promieniami słońca, odbijającemi się od białych murów i bruków, i jak ogłuszony wrzawą, która huczała wokoło. Francuzi, Anglicy, Niemcy, Hiszpanie, czasem dźwięki języków słowiańskich — istna wieża Babel, a wszystko to stłoczone, pomieszane, rozgadane, kupujące w sklepach i kramach pod gołem niebem przerozmaite pamiątki loretańskie; kwik i ryczenie osłów, nadmiernie obładowanych i bitych, krzyki poganiaczów, turkot wozów, z trudem przepychających się przez ciżbę, głosy płaczących dzieci, nawoływania wściekłe sprzedających, bolesne intonacje żebraków, krzyki pijących w „trattoria’ch“ gęsto rozsiadłych, brzęk tamburynów baskijskich, w które z rozkoszą bębniono po sklepach — wszystko to zbite w wąskiej na trzy metry uliczce, niby w kanale wysokości pięciu pięter, skłębione na kamiennych taflach bruku, rozpalonych od słońca, pod nakryciem nieba, nieustannie lejącego ogniem — przesycone zapachami smażonej oliwy, spotniałych ludzi, zwierząt i gnijących po kątach resztek potraw.
Odpocząłem dopiero na czworokątnym placu, okolonym z dwóch stron dwoma piętrami mocnych arkad byłego pałacu Piusa IX-go.
Bronzowa fontanna wyrzucała ze szczodrością potoki wody i rozpylała dobroczynny chłód aż do samych schodów kościoła. Kościół, wielki gmach w stylu romańskim, ale zeszpeconym dodatkami XVIII-go stulecia, z trzema frontowemi drzwiami z bronzu, Giovanni’ego di Milano. Jest tu setka scen ze Starego i Nowego Testamentu w płaskorzeźbie. Drzwi te są poprostu cudownie piękne i tak po malarsku traktowane, że przez swój kolor, przez natężenie oddaleń, przez krajobrazy, przepysznie wykreślone, przez akcję, rozwiniętą nieco dekoracyjnie, robią wrażenie obrazów.
Ogromny kościół o trzech nawach, wyłożony cały marmurami i pysznemi w ołtarzach mozaikami. Podwójny rząd kolumn obciągnięto aż do kapiteli jedwabnym purpurowym adamaszkiem w szerokie złote pasy.
Prawie w środku kościoła, na znacznem podwyższeniu, pod wyniosłą kopułą, przepełnioną freskami, wyobrażającemi różne sceny z historji Najświętszej Panny i z historji przeniesienia domu z Nazaretu, pod kopułą, zakończoną jakby galerją, ośmiokątną, małą kopułą wyzłoconą i siejącą złotawy pył światła na mroczne głębie, na purpury kolumn, na wyblakłe freski i na morze głów ludzkich, czerniejące w zmrokach naw — stoi ten domek cudowny, obłożony z zewnątrz marmurem, mozaikami i przepysznemi płaskorzeźbami.
Przedostałem się do wnętrza po długiem oczekiwaniu. Ciemność dziwna, przesiana żółtawemi refleksami, podobna do ciemności dna morskiego, ogarnęła mnie na wstępie i dopiero po długiej chwili zobaczyłem coś więcej.
Dwanaście złotych lamp o formach kwiatów dziwnych, niby róże mistyczne, promieniowało słabemi blaskami na ściany z prostej cegły i kamieni, odarte, czarne, poszarpane, nędzne — ot takie, jakie mieć może pierwszy lepszy pastuch w Nazarecie. Z głębi, z pośród blasków złotych ozdób ołtarza i z pośród cieniów drgających, przesyconych złotem, purpurą i fioletem, z pośród błękitnych dymów kadzideł — wychyla się twarz czarna cudownego obrazu Matki Boskiej z małym Jezusem na ręku. Obraz cały pokryty jest sznurami pereł i drogich kamieni, tylko twarze są wolne od nich, ale twarze tak czarne, że prócz białek oczów nic więcej nie widać.
Ciszę głęboką przerywał głos księdza, odprawiającego mszę; czasem dźwięk dzwonków, czasem fala westchnień i modlitw wyrywała się z tej zbitej, klęczącej masy ludzkiej, ledwie widocznej w ciemnościach, i znowu zapadała cisza.
Jak to długo trwało — nie wiem, bom się zapatrzył i zasłuchał w tej dziwnej, przejmującej dreszczem ciszy...
Nabrzmiała skargą i łzami prośby pieśń odwieczna brzmiała potężnie w ciasnej przestrzeni Domku, aż światła drżały, a złote róże lamp kołysały się wolno, a lud coraz więcej kładł w ten śpiew łez i coraz więcej jęku — i rozpalone oczy wpijały się z jakąś gorączką błagalną w cudowne czarne twarze i oczy patrzące wskroś wszystkiego — niby widma groźne mistycznej halucynacji.
Było tak straszliwie gorąco, że musiałem wyjść, aby się nieco orzeźwić.
W jednej z bocznych kaplic, ksiądz, Włoch, mówił kazanie. Słuchało go kilkaset osób. Gestykulował potężnie, a gdy skończył, rozległy się brawa i krzyki:
— Bravo, padre! bravo! bravo!


∗             ∗

Obszedłem miasteczko, zbudowane na szczycie skalistej góry, obwieszonej tarasami, pełnemi winnic i ogrodów, skąd się roztacza prześliczny widok. Widnokrąg, zamknięty z trzech stron amfiteatralnie wznoszącemi się górami, ze szczytami pokrytemi śniegiem. Zbocza wzgórz i dolina zbiegająca aż do morza — to jedna szmaragdowa czara — wypełniona po wręby zielenią i kwiatami, pełna białych domków, winnic, żywopłotów rozkwitłych; czasem wystrzeli z lasu kopuł zielonych wytworna willa, z wieńcem czarnych cyprysów, stojących sztywnie, jakby na straży — to bukiet różowych magnolij promienieje w słońcu, to bzy rozlewają woń duszącą — a wszystko pod najpiękniejszą kopułą błękitu, bez chmur, bez plam i bez odmiany.
Szedłem ogrodami, owiany zupełną ciszą, pełną wiosny i kwitnących drzew owocowych. Łagodny wiatr, wiejący gdzieś od morza, strząsał mi pod nogi różowy kwiat akacji, że deptałem, niby po kobiercu; zielone jaszczurki przesuwały się pomiędzy kamieniami, jak płomyki, strumień jakiś skrzył się i dźwięczał pomiędzy drzewami — i tak jaśniał, uśmiechał się świat, tak było rozkosznie, że usiadłem nad Adrjatykiem, na białych wypłókanych żwirach wybrzeża, i pozwoliłem duszy płynąć, gdzie się jej podoba.
Morze przychodziło mi do nóg koliskami z lazuru, obejmowało mi stopy i powracało z gwarem nieustannym do głębin — a na jego powierzchni zlewającej się u szczytu z niebem, poruszały się białe żagle statków, majaczyły pióropusze dymów, krzyczały ptaki, rozlegały się, niewiadomo skąd, jakieś nawoływania, to znów milkło i znikało wszystko, zostawał tylko bezmiar morza i nieba, i jakiś bełkot, płynący z nieskończoności, i blaski, i radość życia czystego, niezwiązanego z żadną rzeczą bytu.
Możnaby tu zapomnieć i o sobie, i o świecie całym.


∗             ∗

Kiedy powróciłem, pod podcieniami szła procesja. Kilkuset księży w komżach białych, w kapach złotych, fioletowych, purpurowych, i tłum ogromny ludzi; dzwony dźwięczały poważnie, setki świec tworzyły złotą glorję i ze wszystkich piersi płynął hymn dziękczynny, radosny, mocny; dymy z kadzielnic osnuwały wszystkich niby mgłą, barwy i dźwięki jednoczyły się w wielkiej harmonji majestatu i namaszczania.
Zwolna, potok tych głosów, dusz i barw tonął w kościele — płynął przez nawy, rozbijał się po kaplicach, okrążał domek i ginął w mrokach...

Florencja. Maj, 1895.

III.
Asyż.

O wpół do czwartej rano pociąg stanął w Asyżu.
Byłem senny, zziębnięty i ogromnie zmęczony całonocną jazdą, więc i z wielką przyjemnością wysiadłem. Na świecie było prawie ciemno i deszcz rzęsisty padał nieustannie, słychać było brzęczenie po szybach stacji, jakby wymarłej, tak pustej. Capo stazione, w czerwonej czapce, pod parasolem, spacerował po pustym i rozmiękłym peronie, przysłuchując się sapaniu i rzężeniu maszyny. Kilku tragarzy spało porozciąganych pod murami, z nogami na deszczu.
— Gran Albergo della Pace!
Wołał jakiś brodaty jegomość, przebiegający ustawicznie z końca w koniec pociągu, ale głos brzmiał krótko i rozpraszał się, tonął w tej mrocznej ciszy, pełnej senności i deszczu.
Woda głośno chlupotała, wylewając się rynnami na peron, a maszyna ze zgrzytem i warczeniem, niby zwierzę, które zmuszają do poruszenia się z legowiska, zaczęła się leniwie poruszać i oddalać od stacji.
— Gran Albergo della Pace!
Rozległ się ochrypły od wilgoci krzyk po raz ostatni, czerwone latarnie pociągu zamigotały woddali i znikły, a stacja opustoszała zupełnie. Zakopcone naftowe latarnie pogasły, stację ogarnęła ciemność zupełna — ciemne mury budynków i zarysy drzew utonęły w tym zielonawym, zadeszczonym mroku.
Czekałem poranku, drzemiąc i drżąc z zimna, na ławce przedziwnie twardej, wiatr razem z deszczem wciskał się przez pootwierane drzwi i przenikał mnie do kości chłodem takim, że już w pierwszych brzaskach świtania zwlokłem się i poszedłem do miasta, oddalonego od stacji o dwa kilometry.
Droga biegnie pod górę, ujęta w białe ramy murów, porośniętych bluszczami, który zielone festony rzuca aż na drogę i czepia się z drugiej strony oliwek bladych, popękanych, o pniach poskręcanych, podartych, istne łachmany drzew.
Wielkie pola, ułożone piętrami, pełne zbóż, drzew owocowych, domków, strumieni, wijących się w białych korytach łożysk i opadających kaskadami w kamienne zbiorniki, wiązów, pookręcanych winoroślą już dobrze zieloną — podnoszą się coraz wyżej, piętrzą się aż do stóp gór, opasujących widnokrąg jakby czarną ramą, na których szczytach śniegi białe mieszają się z rudawemi, przesiąkniętemi zorzami wschodu, chmurami.
Droga była oślizgła po deszczu i coraz przykrzejsza, a cichość taka ogromna naokoło, że słychać było krople deszczu, pluszczące w liście figowców i szmer strumieni, przebłyskujących pomiędzy drzewami. Deszcz wkrótce ustał i zaraz prawie słońce wychyliło rozwichrzoną i płomienną głowę z za Apenin i zalało ten nieco zamglony krajobraz czerwonawem światłem wschodu, w którem stary zamek Asyżu, wysoko nad miastem usadowiony, swojemi porozwalanemi murami, postrzępionemi blankami, opływającemi w pióropusze bluszczów, zajaśniał czarodziejsko, a całe miasteczko, przytulone do jego stóp, spiętrzone jedne nad drugiemi uliczki, domy, tarasy, wieże, ogrody i te trzy piętra czerwonawych arkad klasztoru ś-go Franciszka, dominujące nad wszystkiem — zdawały się pływać na szarem morzu mgieł, zalewających dolinę całą.


∗             ∗

Asyż ma tak odrębny charakter, tak się ostro odcina od wszystkiego, co się widziało i nawet widzieć spodziewało, że ujrzawszy go, jest się zdumionym niespodzianką. Jest wprost cudowny przez swój najczystszy średniowieczny charakter. Domy, ulice, kościoły, twarze, obyczaje, sprzęty, nawet częściowo i ubiory — wszystko to prawie się nie zmieniło od XIV-go i XV-go wieku. Chodzę nie jak po mieście współczesnem i żywem, lecz jak po muzeum archeologicznem. Chodzę odurzony odkryciami niespodziewanemi, temi ulicami-korytarzami, obstawionemi niezmiernie wyniosłemi domami. To budownictwo na szczycie skalistej góry ma swoje własne miejscowe motywy i usprawiedliwienie w architekturze budowli wysokich, wysuwających się jedne nad drugie, jakby pnących się do powietrza i słońca, istny las kamienny. Niezmiernie śmiało rzucone arkady, krużganki, nakryte kopułami bluszczów lub błękitem nieba, kolumny surowe i lite z jednej sztuki kamienia szklistego i zrudziałego, wnęki rozkoszne, żłobione w boku góry, w których szemrze woda, wytryskująca z pomiędzy poczerniałych głazów, nakrytych frendzlą bujnej roślinności, przepyszne schody, przyczepione do boków domów, schody tak powyginane, wyszlifowane stopami wieków, tak zwietrzałe przez czas, że tylko cudem jakimś trzymają się w powietrzu, balustrady, haftowane z kamienia, okalające tarasy pełne drzew i pnączów, które zieloną fontanną spływają po domach i białych zboczach góry, wyrastającej tuż nad głowami — wszystko to aż odurza rozmaitością, i wygląda, niby dekoracja do jednej ze starych oper włoskich.
Wśród tych murów i ogrodów wiją się pod górę ciemne, po stopniach, uliczki, przejścia tajemnicze, pełne mroków i wilgoci — to znów lecą z pod stóp w jakieś głębie, w których światło dzienne majaczeje zaledwie widmowo, gdzie się chodzi po stopniach oślizgłych i wydeptanych, i gdzie się woda sączy kamiennemi rynnami, wmurowanemi z boków. To znowu ulicą, która u góry, od trzeciego piętra łączy się z sobą arkadami, idzie się tym ciemnym tunelem chwilę, bo zaraz następuje jakaś framuga, okno, któremi słońce wlewa się potokiem i oczy olśnione patrzą na dolinę, śmiejącą się w słońcu, na błękit nieba i na długie kontury gór, stojących w śniegach i w fiolecie oddaleń.
Idziemy dalej i dalej, ta sama rozmaitość. Każdy dom inny, każda ulica ma swój odrębny wdzięk i swój charakter — co chwila widzi się zbocza góry, jeśli nie nad sobą, to pod sobą, i dolinę, pełną winnic i ogrodów, to tarasy nad domami, to grupy czarnych cyprysów, strzelających wysoko wierzchołkami, aż pod ruiny zamku, to jakiś jakby kosz kwiatów, zwisających z balkonów, to długie ramiona róż, opadających z murów, aż na białe płyty bruków, to placyki, wielkości średnich pokojów, obstawione czarnemi, ponuremi, okratowanemi pałacami.
Po rogach — Madonny, w wieńcach papierowych kwiatków, Chrystus, a czasem Przenajświętsza Rodzina — zatrzymują oczy na chwilę i znowu się idzie, niby krajem fantazji bogatej i pięknej, a wśród tego przepychu artystycznej kompozycji powszednie, codzienne życie miasta rozkłada się i toczy swobodnie. Na balustradach suszy się bielizna, sznury pełne jej poprzeciągane są wzdłuż domów, a często i wpoprzek ulic i placyków, ozdabiają balkony, powiewają u gotyckich okien, niby białe sztandary, obwijają drzewa, pełne kwiatów. Ludzie snują się po ulicach, warsztaty warczą we drzwiach i na placykach, głosy lecą z domów do domów, z okien do okien płyną śmiechy i rozmowy. Szewcy łatają buty na ulicach, stolarze obsypują wiórami przechodniów, cyrulicy golą i strzygą przed domami. Z kuźni, umieszczonej w ciemnej izbie, podobnej do groty, iskry deszczem ognistym buchają na świat razem z kłębami dymu. Dzieci czarne, półnagie, wałęsają się pomiędzy nogami przechodniów.
— Signor, un soldo! — piszczą i żebrzą z natarczywością, a nie otrzymawszy nic, powracają do poprzedniej zabawy, t. j. do baraszkowania na środku ulicy.
Całe rodziny, zaledwie osłonięte garderobą, siedzą po schodach, ulicach, przede drzwiami i nie robią nic, rozmawiają żywo, oczy im się śmieją, gestykulują poważnie, i oddają się tej bezczynności tak naturalnie, iż widać, iż przez to są szczęśliwi. Żelazne kuchenki z długiemi rurami kominów — to kuchnie ludowe, smażą na nich i gotują w pełnem świetle. Na dwóch kamieniach wsparta deska tworzy stół i ławkę zarazem, na której siedzą, jedząc, robotnicy. Polenty miseczka, chleb i główka surowej sałaty, to obiad, kosztujący trzy soldy.
Śpią pod domami, na taflach bruków. Lud nie jest piękny, twarze dziwne, a szczególniej chłopów, których widzę prowadzących osiołki, obładowane zielenią, mają wyraz jakiejś dzikiej ascezy. Włosy czarne, lśniące i proste, rysy długie, pokrajane podłużnemi zmarszczkami, zastygłe, nieruchome. Kobiety chude o olbrzymich oczach i twarzach zupełnie oliwkowych. Nawet te dwukołowe wozy, któremi po niektórych ulicach z trudem jeżdżą, mają inny nieco wygląd niż w Toskanji: są prostsze, a równocześnie boki mają ozdobione deseniem, wybitym mosiężnemi gwoździkami.


∗             ∗

Na krańcu miasta, na stromym szczycie, wznosi się klasztor ś-go Franciszka. W dolinie, wpośród białych pokruszonych głazów, srebrnawych oliwek i drzew migdałowych, burzy się i pieni Topino, bystry górski strumień, opasujący niby wstęgą podnóże skały, na której stoi Asyż: jest to wiecznie brzmiący rytm tej skamieniałej pieśni wieków średnich, których całą i żywą symfonją jest sam klasztor, arcydzieło chrześcijanizmu mistycznego, zbudowane w lalach 1228—1253, przez dwóch genjalnych architektów: Jacopa d’Alemania i Fra Filipo de Campollio.
Po zgiełku miasteczka, po orgji widoków wchodzi się wąską, prawie drabiniastą uliczką na rodzaj placu pustego, okolonego czworokątem kolumn wysmukłych, nakrytych płaskim dachem z czerwonych dachówek. Cisza ogarnia przejmująca, przerywana świegotem ptaków i nakryta kopułą błękitnego powietrza. Słońce ostro odbija się od białych murów i pali niemiłosiernie. Trzy piętra arkad gotyckich z czerwonawego kamienia wyrastają z boków góry i dźwigają klasztor, stanowiąc jego jakby otoczkę roślinną, z pniów niby dębów olbrzymich, odartych ze skóry, których obłąki mocne i surowe, piętrzące się jedne nad drugiemi, stoją spokojnie na tle nieba, w olśniewającem słońcu, niby potężny las skamieniały. Są to trzy kościoły, postawione jeden nad drugim, okalają one i nakrywają grób ś-go Franciszka; są to jakby trzy geologiczne pokłady wiary, trzy stany duszy, wierzącej i olśnionej widzeniami raju — trzy sfery. Pierwsza, kościół podziemny: to śmierć, groza sądu i groza kary wiekuistej. Druga, kościół środkowy: to niepokój duszy chrześcijańskiej, z jej modłami i prośbami o zbawienie, to ucieczka od życia wysilonego i strasznego, od życia mordów i wojen średniowiecznych, od walk z ciałem i z pokusami i oczekiwanie szczęśliwości. Trzecia, kościół górny: to już niebo, niebo radości i wesela; szczęśliwość pełna omdleń ekstatycznych, uśmiechów słodyczy, barw zapomnienia i poddania się zupełnego.
Do podziemi prowadzi nas blady frater; zapuszczamy się w jakiś korytarz, prowadzący nadół, przewodnik co chwila ginie na skręcie ślimakowatych schodów, ogarnia nas ciemność dziwna, cisza przerażająca i jakieś tchnienie wilgotnego, grobowego powietrza.
Marmurowe stopnie i marmurem wykładane ściany ociekają wilgocią, poręcz, której się trzeba trzymać, aby nie zlecieć, jest wilgotna i zimna. Idzie się, nic nie widząc, bo ta zielonawa czarność przebłyskuje chwilami żółtemi skrami pochodni, oślepia i gaśnie natychmiast. Schodząc coraz niżej, ma się uczucie, jakby się zstępowało do grobu — oderwane dźwięki pieśni płyną z górnego kościoła za nami i huczą głucho — niby w studni.
Przed nami w czarnej głębi — ukazuje się przyćmiona mrokami glorja świateł u grobu świętego. Kilka lamp oliwnych, nie palących się, ale jakby tylko tchnących bladawym pyłem światła, majaczeje w tej czarności. Frater zapala kilka pochodni, światło bucha całym snopem płomieni i dym ciężki, gryzący, przykrywa wszystko obłokiem szarawym, przez który zaledwie się spostrzega ołtarz i szklaną trumnę z ciałem świętego. Trzask palących się pochodni miesza się z szeptem modlitw pobożnych i westchnieniami, które w tej denerwującej ciszy rozlegają się jakby jękami.
Siedziałem tam dość długo, ale zaczyna dusić powietrze, zaczyna być ciężko, czuje się wciąż tę dziwną trwogę grobu i osamotnienia, zaczyna się szalenie pragnąć słońca, powietrza, głosów innych, któreby rozbiły tę ciszę śmiertelną, chce się żyć.
Frater blady, wyglądający więcej na widmo, niż na człowieka, wyprowadza nas do środkowego kościoła. Wpada się z jednej halucynacji — w drugą.
Jest to rodzaj olbrzymiej, przypłaszczonej pieczary, zaledwie słabo rozświeconej kolorowemi oknami, jest to jakby korytarz, którym się idzie do nieba; podtrzymywany przez pogięte łęki tak dziwnie, iż się zdaje, że lada chwila te mury muszą runąć, bo tak się płaszczą, że człowiek, poddający się bezwiednie wrażeniu, musi paść na kolana, musi się czołgać do krat ołtarzy i musi się modlić słowami, wyrwanemi z serca, musi rzucić wszystko, co złe i dumne, i tutaj ze skruchą wypierać się życia i czuć się niczem wobec potęgi niezmiernej, marnością i pyłem — i może już tutaj czuć przedsmak przyszłej szczęśliwości, może poić oczy lazurem ciemnym, pociętym pasami purpurowemi, na których tysiące złotych gwiazd migoce tajemniczo; otoczy go ta osobliwsza malowana roślinność, rój głów anielskich, sceny z ekstazy, aureoli złotych, dusz rozmodlonych, cała harmonja barw, uczuć i nastrojów, rozsnuta po ścianach, stropie i kolumnach kościoła przez Giotta, Cavalini’ego i Taddea Gaddi’ego. Sceny po ścianach snują się niby widzenia i niby widzenia są szczytne przez genjusz, uczucie i prostotę — są to niby proste i przejmujące szczerością krzyki dusz, kontemplujących o raju. Szereg kaplic z prawej strony, słabo oświetlonych, tworzy szereg naw, podobnych do muszli, wyłożonych drogiemi kamieniami, tak są pokryte freskami, lazurem przyćmionych, purpurą, złotem wyblakłych aureoli, tłumem postaci ascetycznych i świętych. Jest chwila, że słońce żywiej uderza w szyby i zatapia kościół refleksami szmaragdów, topazów, rubinów i kiedy te fale światła się rozpylą w mrocznej przestrzeni i zaczynają drgać na mozaikach posadzki, na rzeźbach stalli, na kratach ambon, na freskach — to zdaje się, jakby w tej powodzi tęczowych świateł płynęła procesja tych cudnych Giotto’wskich postaci, jakby kościół zapełnił się wonią nardu i ambry i tłumem niezliczonych dusz.
Trzeci kościół o tyle jest jasny i powietrzny, o ile tamte są ciemne i zaduszone. Gotyk w nim jest jakiś wyprostowany, jasny, leci w niebo, śpiewa smukłemi kolumienkami, promienieje radością i weselem. Wielkie, jasne okna wlewają potoki słońca. Postacie fresków porywają oczy swoją jasnością i weselem, jest w nim powietrznie i jasno...


∗             ∗

Ten sam frater zaprowadził mnie przez puste krużganki, przez sale olbrzymie, w których stare malowidła poopadały razem z tynkami, do refektarza, mogącego pomieścić kilkaset osób — pustego teraz i cichego. A później poszedłem jeszcze raz oglądać freski Giotta, przedstawiające cnoty ś-go Franciszka: Ubóstwo, Czystość, Posłuszeństwo; Czystość ma twarz Bolesława wstydliwego.
Giotto malował je, mając lat 20, w całym rozkwicie swojego surowego genjuszu.
Jest jeszcze Ukrzyżowanie Chrystusa Cavallini’ego i Cimabue’go Madonna, niezmiernie słodka, a pełna zarazem bizantyńskiej sztywności. Freski Taddea Gaddi’ego, Memmi’ego i Giottina.
Przed wyjazdem poszedłem pod te arkady olbrzymie, skąd się roztacza przecudny widok na dolinę. Siedziałem długo, wchłaniając spokój i ciszę, jaka zewsząd owiewała. Dziesiątki branżowych habitów i głów wygolonych przechodziły koło mnie, stukając trepkami — po chwili z górnego kościoła popłynęła pieśń i rozlała się pod arkadami niezmiernie słodkiemi dźwiękami i popłynęła dalej w świat. Tak się wsłuchałem i tak mi było dobrze tutaj, że mi się już nie chciało schodzić do miasta i oglądać ani Santa Maria della Minerva, ani Santa Chiara, ani jakiegoś muzeum miejscowego, które mi zalecał przewodnik. Co mi po tem, wiem, jestem przekonany, że po wrażeniach Asyskiego kościoła żaden kościół w świecie już mi wrażeń nie da większych. A zresztą, dzień się skończył, byłem straszliwie znużony i głodny, wziąłem vetturina i pojechałem na pociąg, odchodzący do Rzymu.


IV.
W katakumbach.

Wyszedłem bardzo rano, aby zdążyć jeszcze przed upałem i przez Via Appia dostać się do katakumb ś-go Kaliksta. Nie lubię wypraw podobnych robić z pomocą dorożek i ciceronów, więc chociaż od Watykanu miałem ogromny kawał drogi, i do tego przez dzielnicę Rzymu prawie mi nieznaną, poszedłem sam i pieszo.
Ulice były puste i ciche. Dopiero w dzielnicy kwirynalskiej niektóre sklepy otwierano i piekarze wysuwali na trotuary długie deski, pełne chlebów gorących, aby stygły, a ulicami zaśmieconemi ciągnęły długie szeregi osłów, obładowanych jarzynami, toczyły się dwukołowe wozy, pędzono stada kóz, które co rano spędzają z okolicy Rzymu. Na hałas, jaki podnoszą swojemi kołatkami i dzwonkami, na głos pastuchów, nawołujących ostrym krzykiem — zaczęły się otwierać drzwi i zaspane Rzymianki wynosiły naczynia, w które pastuch doił kozę — albo z balkonów i pięter spuszczano garnuszki miedziane z odpowiednią wewnątrz monetą, które tą samą drogą powracały z mlekiem.
Wodotryski i fontanny szemrały dźwięcznie, rozpryskując się w mieniące pyły i opadając w baseny, w których pojono konie, czerpano wodę, lub umywano się. W niektórych oknach, od wschodu, wywieszono świeżo praną bieliznę, a gdzie niegdzie, z okien trzeciego, lub nawet czwartego piętra, wylewano bez ceremonji rozmaitości prosto na ulicę.
Trochę zabłądziłem, ale wkońcu znalazłem się na drodze Appijskiej.
Ranek był prześliczny, różowawe lekkie opary przysłaniały Rzym i jego niezliczone szczyty kościołów; z tej przezroczystej, ruchomej masy wyłaniały się wzgórza pokryte winnicami, długie korpusy akwaduktów, ruiny, setki domów, jak słabe zarysy tylko majaczejące; wielki krajobraz pełen słodkiej ciszy i niezmiernego uroku roztaczał się przede mną w przymglonej panoramie.
Appijska droga! Regina viarum, stary, cmentarny gościniec, wiodący niegdyś do granic państwa. Stary szlak, którym ciągnęły triumfy, procesje narodów barbarzyńskich w kajdanach, dzikie zwierzęta do igrzysk, zwyciężeni, siła i niemoc. Cenzor Appius Claudius, na trzysta lat przed Chrystusem, wytknął go i ochrzcił swojem imieniem; do samej Capui był wyłożony taflami bazaltu. Znikło państwo, wymarli cezarowie, Rzym się walił i budował na nowo, wstał świat inny i inne idee zapanowały, tylko ten stary szlak pozostał.
Niby złomy skał podruzgotanych, porosłe chwastem, pookręcane bluszczami, sterczą ponad drogą resztki pomników mogilnych, groby grobów, szczątki pałaców — te wszystkie domki, tonące w zieleni, te wille podmiejskie, mury, trattorje, drogi bite — to wszystko powstało ze złomów i z tych ruin. Kawały kolumn, czarne bazaltowe trzony, kapitele, odłamki marmurów, pokryte nawpół zatartemi rzeźbami, resztki torsów bohaterskich, obtłuczone głowy. Kawały nóg i ramion, tablice, pełne okruchów przeszłości, wmurowano razem z cegłami i olbrzymiemi kwadratami granitu w mur, biegnący z obu stron drogi Appijskiej; bluszcz rośnie w szczelinach i pokrywa te smutne łachmany zielenią, róże zwieszają białe kwiaty na kamienne profile, potworne kaktusy ciągną z tych prochów życie, a wysmukłe figowce rzucają cień na te gruzy, pomiędzy któremi zielone jaszczurki przesuwają się, niby płomyki.
Po prawej stronie ciągnie się akwadukt w połamanych linjach, jego długi szkielet i ten nieskończony szereg arkad, na których się wspiera, czynią wrażenie jakiegoś bajecznego potworu. Góry koło Albano, spowite w błękit, zaledwie majaczeją. Cały krajobraz ogromnie szeroki i majestatyczny. Gdzie niegdzie stoi grupa cyprysów, lub się prostują sosny baldachimowe, rozpościerające swoje strzępiaste igły do słońca, to długie szaro-zielone linje winnic, niby las, ciągną się po stokach wzgórz, to krwiste plamy maków jaskrawo się odrzynają od szarych ruin, na których rosną, i wprowadzają dziwny dysonans do tej błękitnawo-seledynowej harmonji przestrzeni.
Grób Cecylji Metelli stoi jeszcze i hardo urąga czasom, ale może jeszcze lat pięćdziesiąt wytrzymają jego czerwone, popękane mury, może sto, i rozwali się, jak wszystko, w proch.
Ruiny, ruiny, ruiny!
Przechodząc obok nich, już nie chcę wiedzieć, czem były niegdyś, kto stawiał te pałace, kto w nich żył — to uświadamianie zabardzo przepaja smutkiem, lepiej się poddać łagodnej fali wspomnień nieokreślonych, która płynie od tych ruin i od krajobrazu, i snuć z tych strzępów marzenia bez form i bez fizjognomji.
W połowie drogi pomiędzy bramą ś-go Sebastjana, którą się wchodzi na Via Appia, a katakumbami, wpośród winnic i ogrodów wznosi się skromna, zniszczona przez czas i opylona appijskim kurzem kapliczka romańska, zbudowana podobno w IV-ym wieku, pod wezwaniem: „Domine, quo vadis?“.
Jakaś kobieta w łachmanach otworzyła mi wielkie, nabijane gęsto gwoździami drzwi, zaledwie trzymające się na zawiasach, za nią przywlókł się stary żebrak z powykręcanemi nogami, bez oka i bez połowy twarzy, i głosem przedziwnie słodkim, z gestykulacją poważną zaczął ciceronować. Kapliczka wewnątrz bardzo uboga. Środkowy ołtarz i dwa boczne, skromniutkie, za całą ozdobę mają tylko mozaiki, pokryte grubą warstwą kurzu. W środku kapliczki stoi słup, otoczony barjerą, do którego miał być przywiązany Ś-ty Piotr, i gipsowa postać Świętego i kamień, na którym ma być ślad jego stopy.
Przy drzwiach stoi kramik, pełen lampek rzymskich, kawałków bronzów, tabliczek z napisami grobowemi i t. p. Cicerone stara się gwałtownie przekonać o autentyczności tych przedmiotów. Do kapliczki przywiązana jest legenda, którą, pomimo, że może być znaną moim czytelnikom, powtórzę tak, jak ją słyszałem opowiadaną przez jednego z księży rzymskich.
„Święty Piotr uciekał z Rzymu przed prześladowaniami, wydostał się już szczęśliwie przez starą Porta Capena, gdy go zbrojni jacyś spostrzegli i poznali. Święty, w wielkiej trwodze, rzucił się pomiędzy ogrody i uszedł przed prześladowcami, ale że dalsza ucieczka i przedzieranie się przez zarośla było zbyt męczące, wyszedł na Via Appia, a wtem ujrzał Chrystusa przed sobą.
— Domine, quo vadis? — zapytał Go zdumiony Piotr.
— Venio iterum crucifigi (idę, aby mnie po raz drugi ukrzyżowano) — odpowiedział ze smutkiem Chrystus i zniknął.
Ś-ty Piotr w milczeniu powrócił do Rzymu i dał się ukrzyżować bez trwogi.“


∗             ∗

Przed zejściem do podziemi kilka słów ogólniejszych.
Katakumby, jak wiadomo, służyły pierwszym chrześcijanom w czasach prześladowań za cmentarze, kościoły i miejsca schronienia. Kute są w tufie, puzzolanie, lub w stwardniałym piasku lub glinie.
Ta kolebka chrześcijaństwa była zupełnie zaniedbaną w średnich wiekach, a w czasie najazdów barbarzyńców na Rzym zasypywano otwory i wejścia, aby zabezpieczyć od profanacji święte groby. Pierwszym niemal, który w nowszych czasach zapuścił się w te podziemia, był Antonio Bosio, mieszkający w Rzymie, jako prokurator zakonu rycerzy maltańskich. Zajmował się gorliwie starożytnościami i długi czas napróźno starał się odkryć wejścia do katakumb, i dopiero traf, obsunięcie się ziemi za Porta Salaria, odsłoniło przypadkowo wejście do katakumb ś-tej Pryscylji.
Bosio 10-go grudnia 1593 roku zapuścił się po raz pierwszy w korytarze. Później już w nich całe życie spędził, notując, rysując i zbierając szczegóły do pierwszego dzieła o katakumbach.
Katakumby drugiem, podziemnem miastem opasują Rzym dokoła i są w tak wielkiej ilości, że O. Machi, jeden z ich historyków, powiada, że tylko znane dobrze galerje mają długości 300 mil i w przybliżeniu zawierały sześć miljonów grobów.
Są pewne dane na to, że chrześcijanie rozszerzyli tylko podziemia, zająwszy odwieczne galerje, wyżłobione na dobywanie materjałów do budowy Rzymu, zwane Arenariae.
Wspomina już o nich Cyceron, a Swetonjusz powiada, że Neron, któremu radzono schronić się do nich, nie chciał żywy wleźć pod ziemię.
Zresztą mniej ważne to rzeczy, kto je kopał, dość, że tutaj ci ludzie uciekający od światła „lucifuga natio“, jak ich pogardliwie zwali Rzymianie, mieli jedyne schronienie razem ze swoimi męczennikami i zmarłymi. Tutaj, w tych mrocznych galerjach, rozwinęła się idea, przyniesiona ze skalistej Judei, idea, która dokruszyła Imperjum świata i na jego gruzach stworzyła świat nowy.
Rzymianie po kilka razy zamurowywali znane im przejścia, bo zapuszczać się w te otchłanie nieznane było nawet dla nieustraszonych legjonów rzeczą niewykonalną, ginęło wtedy tysiące chrześcijan, ale z tego powodu później robiono liczne i tajemne wyjścia na powierzchnię ziemi, które jeszcze w ostatnich czasach odnajdują.


∗             ∗

Wejście do katakumb ś-go Kaliksta znajduje się zaraz przy drodze Appijskiej. Przechodzi się furtką i przez szczątki i rozwaliny jakichś murów starożytnych wchodzi się na wzgórze kamieniste, w miły chłód i cień akacyj i figowców, tworzących szpaler nad uliczkami, starannie utrzymanemi i obramowanemi krzewami róż kwitnących i całą masą różnobarwnych kwiatów, a rodzaj ogrodzenia tworzą ułamki rzeźb, kapitele, tablice z napisami, fryzy poczerniałe, czasem jakiś Pan lub Bachus leży w połowie zakopany w ziemi, i osłania sobą delikatne łodygi kwiatów od nóg przechodniów.
Atmosfera pełna wiosny, słońca i zapachów otoczyła nas zupełnie. Łagodne stoki wzgórza zieleniły się zbożem i winnicami. Pola kwitnących grochów mieniły się delikatnemi kwiatami pomiędzy białemi, jakby odartemi ze skóry pniami eukaliptusów. Ludzie pojedyńczo i gromadkami pracowali po polach. Wielkie białe woły ciągnęły wozy, naładowane trawą, a bliżej, tuż za namiotem, stojącym przy zejściu do katakumb, w którym trapiści sprzedają likier z eukaliptusów, miód i różne pobożne przedmioty, kilka młodych dziewcząt pełło czy okopywało karczochy. Śmiechy wesołe, rozmowy i śpiewy rozchodziły się czystemi dźwiękami po wzgórzu.
Chwilami wiatr przebiegał, strząsał z akacyj miljony różowych płatków i niósł je na zielone pola, niby chmurę wonną, a przynosił do nas czyste głosy dziewcząt, brzmiące miłą harmonją w tej ciszy jasnej:

„Kwiecie migdałowy!
Chciałabym z miłym pozostać przez chwilę.
Lecz niechby chwila przez dzień cały trwała.
Kwiecie różany!
Chciałabym w woni zamknąć serce moje.
Otoczyć niemi kochanka drogiego.
Kwiecie cytryny...“

Brzmiały wesoło stornelle, ale już nie miałem czasu słuchać, bo nasz przewodnik nadszedł i zaczęliśmy iść w głąb ogrodu. Przewodniczył nam jeden z trapistów.
Opatrzeni długiemi skrętami stoczków woskowych, zaczęliśmy schodzić w rodzaj studni bardzo porządnemi schodami. Mrok ogarniał nas stopniowo, wysoko nad nami lśniło się przepyszne niebo i złote promienie słońca przeciekały przez plątaninę krzewów, rosnących nad otworem, ślizgając się po omszonych głazach ocembrowania. Po kilkunastu minutach schody skręciły na prawo, ogarnęła nas zupełna ciemność i pełne jakiejś suchej stęchlizny powietrze. Zapalono stoczki i poszliśmy w głąb korytarzami nieskończonemi, galerjami pustemi i niezbyt foremnie kutemi w tufie, krzyżującemi się we wszystkich kierunkach. Idą na lewo, na prawo, prosto, opuszczają się niżej, pną się pod górę, skręcają raptownie, giną w pieczarach lub pod zsypiskami ziemi.
Te wysokie, wąskie korytarze, kończące się w nieznanych głębiach, ta nieskończona ilość grobów, porozmieszczanych z obu stron, niby szuflady, w regularnych odstępach jedne nad drugiemi, wywołują w widzu przygnębiające jakieś wrażenie.
Groby! groby! groby!
Chowano jednych nad drugimi, wsuwając zmarłych bokiem. Większość grobów jest pusta, bo całe miljony szczątek pochowano później gdzie indziej, lub rozesłano po chrześcijaństwie, jako relikwje. Idę coraz dalej, przeniknięty tragicznym majestatem tych głębin. Otoczki grobowych otworów, framugi, ściany pełne są jeszcze napisów, rytych na kawałkach marmurów stylem lub wydrapywanych na glinie i mówiących więcej niż wszelkie historje. Są to jakby krótkie strofy rezygnacji, pokory, prośby, pożegnań ostatnich; proste okrzyki serc, umierających w Panu, słowa uwielbień, ciche głosy dusz, wstępujących do nieba. Niema nigdzie wzmianek, czy umarły był servus, czy liber lub sclavus — senator czy nędzarz; w wielu napisach niema nawet imienia. Absolutna równość w krainie śmierci. Stoczki tak słabo świecą, a litery tak są pokryte pleśnią, że z trudnością można czytać: „Amicus omnium!“ „Dusza niewinna“, „Baranek boży“, „Gołąb bez zmazy“, „Nie płaczcie“, „Poszedł do Boga“ i setki innych, pełnych rzewnej serdeczności i smutku.
Powoli człowiek zapomina, gdzie jest, skąd i poco! i chodzi tylko od grobu do grobu, przyświeca sobie, czyta i wchłania tę przeszłość zamarłą, która mówi temi grobami i chwilami się niemal zdaje, że oto groby otworzą się i że wypłynie z nich tłum postaci w złotych aureolach.
W wielu miejscach poobsuwana ziemia zagradzała drogę zupełnie. Przewodnik ostrzegał ciągle, aby się nikt nie oddalał w boczne przejścia, bo kilkanaście kroków i już się wpada w labirynt bez wyjścia, którego i oni, przewodnicy, nie znają.
Straciłem pojęcie czasu, tylkośmy szli, potykając się o szczątki marmurów i tablic nagrobnych. Dalsze galerje były jeszcze więcej spustoszone, odarte z ozdób i zrujnowane przez czas. W kaplicach ślady fresków, ołtarze nagie, siedzenia wykute w tufie po niszach bez wyjścia, placyki, z których po kilkadziesiąt korytarzy rozbiegało się we wszystkie strony, przesuwało się przed oczyma. Dwa razy zamigotał słaby promień światła dziennego, spływający do wnętrza katakumb przez t. zw. luminarja, rodzaj studzien, idących z najniższych pięter, aż na powierzchnię ziemi i służących do odświeżania powietrza.
Galerje się krzyżowały i rozchodziły. Czasem uderzyło się nogą w jakąś tablicę z napisem, to zachrupotały pod stopą szczątki flaszeczek szklanych (ampellae), w które zbierano krew męczenników, to maleńkie lampki gliniane, pokryte symbolami chrześcijańskiemi, a których podnosić i zbierać nie wolno.
Wstrzymaliśmy się na chwilę, bo doleciały nas niewiadomo skąd rozlegające się echa śpiewów uroczystych. Przewodnik objaśnił mi, że to w jednej z kaplic podziemnych odprawiają mszę, dla pielgrzymów, przybyłych do Rzymu, i posłuchawszy w skupieniu skąd głos płynie, zaprowadził tam nas.
Wielki ośmiokąt nieregularny, zakończony otworem na powierzchnię, zatłoczony był ludźmi. Ksiądz odprawiał mszę, a tłum klęczący śpiewał.
Żółte światło gromnic na ołtarzu i słabe ogniki stoczków, zdawały się pływać po tej żółtej czarności kaplicy. Twarze klęczących wychylały się z tych mroków jakieś przekształcone, obrzękłe, straszne, bolesne w wyrazie, jakby widma halucynacji gorączkowej, wychylały się i zapadały w czarnej masie, tylko płomyki drżały, śpiew mocnym, ponurym rytmem rozlewał się po nagich ścianach i ciężką falą wdzierał się w korytarze i płynął dalekiemi echami.
Chrystus, stojący na ołtarzu, wyciąga ręce nad klęczącymi i błogosławi, a Jego oczy, jakoś cicho patrzące, zdają się przenikać te wszystkie galerje, kaplice i patrzeć gdzieś, w sam głąb ziemi, wskróś wszystkich grobów, serc i mózgów.
Wyszliśmy rychło, aby jeszcze obejrzeć nieźle dochowane freski i malowidła w niektórych kaplicach. Są to same pierwotne symbole: ryba, która w swej nazwie greckiej zamyka początkowe litery Chrystusa, trafia się najczęściej. Palma, Baranek, Różdżka, Daniel pomiędzy lwami, Chrystus z owieczką na ramieniu, kosz, w którym chleby leżą łącznie z rybą na grzbiecie, trójkąt, ale bez nimbów. Jest wiele scen i postaci, pomieszanych z wierzeniami politeistycznemi. Malowidła są naiwne, postacie zaledwie zaznaczone, głowy olbrzymie bez oczów, albo oczy zajmujące trzecią część twarzy. Sztuka zupełnie pierwotna, ale dla ikonografji chrześcijańskiej niezmiernie ważna.
Chciałoby się jeszcze oglądać, ale znużenie fizyczne zmusiło nas do powrotu na świat. Na zakończenie przewodnik opowiadał, że dwa lata temu pięciu alumnów z Colegium Germanicum zapuściło się w ten labirynt bez przewodnika i zginęło bez śladu.


∗             ∗

A! jak to dobrze oddychać powietrzem świeżem, patrzeć na błękit nieba i zieleń ziemi, słuchać śpiewu ptaków i tych dziewczyn przy karczochach, śpiewających nieustannie swoje wesołe stornelle. Jak to dobrze przychodzić zwolna po wrażeniach grobu znowu do życia!


V.
W Pompei.

Pociąg z szybkością okrąża zatokę, zanurza się w sady, leci krawędzią skały, u której podnóża rozbijają się fale, przemyka po piaskach, zasłanych gnijącą morszczyzną, i gdzie co chwila fala przychodzi, czołga się drobnemi pręgami, liże końce podkładów i cofa się zaraz. Białe domki, wille, wstrętne budynki stacyjek kolejowych, ogrody przemykają tak szybko, że zaledwie oczy mogą schwycić wielkie napisy na murach: Antico Caffé degli Amici, Antico Osteria, Antico Nobile Albergo! Mijamy Resinę, kilkadziesiąt pałacyków i willi, tonących literalnie w zieleni, brudne Torre del Greco, później Torre Annunziata, nędzne miasteczko, rozsiadłe u stóp Wezuwjusza, który się za niem wznosi wysoko, owinięty u szczytu w kłęby dymu. Olbrzymie zbocza, obrosłe lasami drzew oliwnych, ale im wyżej, tem mniejsze drzewa i nędzniejsza roślinność, poprzerzynana lśniącemi w słońcu rzekami lawy zastygłej.
Stajemy w Pompei. Pociąg wyrzuca nas na małą stacyjkę, rodzaj budki przejazdowej, brzydką i samotnie stojącą w polach, pełnych winorośli, otaczającej siecią zieloną białawe pnie eukaliptusów. Zatoka tuż, prawie u nóg faluje i skrzy się wielkiemi plamami złota i szafiru, poprzez grube ramiona i ciemną zieleń figowców indyjskich. Przy dróżkach, wkoło płaskich domków, wzdłuż brzegów — żywopłoty z kaktusów, poskręcanych i potwornych wielkością, wiją się grzbietami kolczastemi lub płoty ze złotawej trzciny bronią od słonych fal i ostrych wichrów morza — siedziby ludzkie i długie pola grochów i jarzyn.
Opadła nas cała zgraja napół nagich miejscowych macheronów, starających się przekrzyczeć jeden drugiego, i w jaki bądź sposób zdobyć choć solda. Kilku wyrostków, o skórze niby bronz najpiękniejszy i kształtach młodych Bachusów, zaczęło przed nami, w pyle drogi, wywijać koziołki, a w przerwach żebrać z tą czysto neapolitańską uniżoną czelnością.
Wytrzymałem mężnie ten wściekły szturm do kieszeni i kupiwszy za dwa franki bilet, który ma otworzyć sezam starożytnego świata, poszedłem pod wzgórze, obrośnięte akacjami, białą drogą, przecinającą trawniki, pełne róż czerwonych i kląbów okwitających tulipanów.
Przez długą bramę, rodzaj tunelu ciemnego, wyłożonego płytami kamieni wyjeżdżonych, porozbijanych rydwanami, wchodzimy w ulice Pompei.
Cóż dzisiaj nowego można powiedzieć o Pompei?
To, co od stu lat przeszło, a zwłaszcza od roku 1825-go, wydobyto z pod olbrzymich zasp skamieniałej lawy, daje dokładne pojęcie o życiu i obyczajach starożytnego miasta rzymskiego i to wszystko znanem jest ogólnie. Najlepsze wykopaliska, całe masy najrozmaitszych sprzętów i przedmiotów złożono w muzeum narodowem w Neapolu; są tam chleby, które przeleżały w piecach 1800 lat, oliwa w gąsiorach, łoża z bronzu przepysznie ozdabiane, bibljoteka cała papyrusów zwęglonych, kawały ścian, pokrytych malowidłami, rzeźby, mozaiki, naczynia kuchenne, biżuterje i tysiączne przedmioty urządzeń domowych biednych i bogatych Pompejańczyków, często wysokiej artystycznej wartości.
To, co pozostało w Pompei, jest tylko szkieletem pierwotnego miasta; jednym wielkim grobowcem, który się wyłonił z pod czterometrowej warstwy żużli i popiołu i który ludzie obdarli z ozdób.
Już przechodząc bramę, czujemy, iż wchodzimy na scenę skamieniałego przed osiemnastu wiekami dramatu — i dreszcz grozy zaczyna przenikać zimnem, pomimo, że słońce świeci jasno, że dzień jest cudownie piękny, że niepokalany błękit wisi nad nami i że się oddycha zapachami gajów pomarańczowych, kwitnących na nieodkopanych jeszcze częściach miasta.
Kilka godzin, przepędzonych w pośród głuszy odkopanego miasta, to kawał wielki życia, zupełnie oderwanego od teraźniejszości ludzi i spraw, to jakby przeżywanie po raz drugi tego, co tutaj przeszło i stoczyło się tam, na drugą stronę — w nicość.
To przebieganie po pustych ulicach, domach, świątyniach i teatrach, te gmachy bez sufitów, nagie poobdzierane, poryte, przecinające błękit zmurszałemi szkieletami ścian; malowidła pozacierane lub wypiłowane, trzony kolumnad potrzaskane, leżące pomiędzy gruzem, z którego czerwone maki i ostromlecze wyrastają swobodnie, całe szeregi kapiteli, stojące, niby las dziwny, po którym przeszedł orkan i poobdzierał z liści i koron, że sterczą tylko pnie nagie, martwe i smutne; ten spacer przez rumowiska, wskróś placów zarastających trawą, po amfiteatrze z trzydziestoma rzędami siedzeń z marmuru, porozpadanych, zwietrzałych, wybitych z obsad, kruszonych i rozdzieranych przez trawy, po śladach życia, tak gwałtownie i tak tragicznie przerwanego, martwocie grobu, przerywanej niekiedy odgłosami kroków niewielu zwiedzających — podnosi duszę zwolna do niesłychanie melancholijnego nastroju.
Smutek niemocy rozpaczliwej zaczyna gryźć serce.
Tu żyli, pragnęli, myśleli, kochali, mówią o tem te ślady liczne i te napisy, pozostałe na ścianach domów, świątyń i teatrów, które są jakby echami przeszłości:
„Kochało cię wielu, ale nikt cię jak Celer nie kochał“ — napisał jakiś zakochany na ścianie domu Jucundusa, bankiera.
Gdzie indziej znowu wybuch miłości takiej:
„A! niech przepadnę, jeśli bez ciebie chciałbym zostać Bogiem“.
Mury bazyliki, na Forum civile, są najgęściej pokryte karykaturami, ogłoszeniami i wierszami. Oto niektóre:
„Chodźcie do mnie zakochani. Wenerze żebra chcę połamać kijem i wygrzmocić jej boki. Bo jeśli jej wolno ranić pierś moją, to czemużbym ja nie mógł rozbić jej głowy“.
Ogłoszenie:
„W budowlach Arrji Poili, trzymanych przez Allejusa, Nigidjusa i Majusa, wynajmują się aż do następnych Idów Julji sklepy z gankami i obywatelskie piętrowe pokoje. Chcący wynająć przyjdzie do niewolników Gn. Allejusa, Nigidjusa“ i t. d.
Na zakończenie napis, który się powtarza kilka razy w bazylice i na placu Eumachji:
„Dziwię ci się, ściano, że nie rozsypiesz się w gruzy.
„Dźwigając tylu piszących głupotę“.
Czyta się, patrzy, chodzi, potem się siada na jakimś wysokim trotuarze w cieniu murów nagich i zaczyna się marzyć i odbudowywać miasto. Spokoju nic nie mąci i samotności. Powoli zaczynają się te porozbijane mury zrastać, okrywać tynkami, kolumny się prostują, świątynia Jowisza na Forum, bazylika, termy, amfiteatr, domy, sklepy, place, chodniki — wszystko to przyobleka się w formy i w barwy. Kapitele się złocą, kolumnady bielą, posągi odcinają się jaskrawo od białych ścian swoją naturalną polichromją. Czerwone dachy rysują się na błękicie, w ulicach pełno ludzi i wozów, których ślady, wybite w tufie bruku, mam teraz pod nogami. Gwar się rozlega, w szynkach, których jest po kilka na każdej ulicy, w sklepach z oliwą, w warsztatach kowali i innych rzemieślników, na Forum, przed bazyliką, w cieniu kolumnad — pełno ludzi, pełno życia; pełno rozmaitości tego życia, swobodnie tętniącego pod niebem błękitnem, w powietrzu ciepłem, wśród piękna budynków i posągów, stojących na placach. Zatoka skrzy się złotem słońca i szemrze. Wezuwjusz w chmurach dymów białawych stoi cicho, a góry stoją w popielato-fioletowej mgle. Życie płynie szczęśliwie i prosto.
Aż nagle!..
Plinjusz młodszy w listach do Tacyta (XVI—XX) tak opowiada. Przytaczam tylko wyjątki:
„...Tymczasem na Wezuwjuszu widać było szerokie płomienie i ogromny pożar, którego jasność pokryły nagłe ciemności, jakie ogarnęły ziemię dookoła. Dla uspokojenia tych, którzy mu towarzyszyli, stryj mój (Plinjusz starszy) położył się i zasnął w istocie. Dziedziniec, przez który się wchodziło do jego mieszkania, zaczynał się napełniać popiołem i kamieniami. Budzą go więc, wychodzi i łączy się z Pomponjanem i tymi, którzy czuwali. Zaczęli radzić, czy się mają zamknąć w domu, czy wyjść w pole, bo domy były tak gwałtownie poruszane ciągłem trzęsieniem ziemi, że się zdawały zrywać z posad swoich. Wybrano wyjście; przywiązywali sobie poduszki wkoło głowy, jako ochronę od padających kamieni. Panowała najczarniejsza noc, oświecona tylko pożarami i ogniem wszelkiego rodzaju. Szli ku morzu, ale wkrótce płomienie i zapach siarki wszystkich rozpędził. Stryj mój został pochwycony nagle wirem i natychmiast padł trupem“.
List XX.
„Była pierwsza godzina w dzień (23 sierpnia 79 r.), a jednak mimo to zaledwie słaby świt nas otaczał. Mury dokoła nas tak się trzęsły gwałtownie, że było niebezpiecznem pozostać pomiędzy niemi.
„Opuściliśmy miasto: lud wylękły szedł za nami tłumami, tłocząc się i uciekając. Wozy, któreśmy wzięli ze sobą, co chwila były tak rzucane gwałtownie, że nie można ich było utrzymać. Morze zdawało się przewracać i cofać, odpędzane od brzegów ruszaniem się ziemi.
„Brzeg coraz szerzej występował i okryty był rozmaitemi rybami, osiadłemi na piasku. Z drugiej strony, obłok czarny i straszny, porozdzierany ogniami, które wężykowato do góry parły, otworzył się i z niego wytrysnęły długie strugi, podobne do ogromnych błyskawic. Prawie natychmiast obłok ten upadł na ziemię i pokrył morze, zasłaniając wyspę Capreę przed oczyma. Popioły i kamienie zaczęły nas obsypywać. Odwracam się i spostrzegam gęsty dym, który goni za nami, rozlewając się, niby potok, po ziemi. Nie była to już noc ciemna i obłokami zakryta, ale ciemność zamkniętej izby. Słychać tylko było jęki kobiet, płacz dzieci, krzyki mężczyzn. Jeden wołał ojca, drugi syna, tamten żony. Ów narzekał na losy swoje, inny na niedolę bliźnich. Byli tacy, którzy z obawy śmierci, wzywali zgonu. Wielu błagało o pomoc bogów, inni myśleli, że ich już nie było, i że ta noc musiała być ostatnią, a wiekuistą, w której świat miał zginąć.
„Ciemności te straszliwe niekiedy się rozświecały, nie blaskiem dnia, ale jasnością płomieni, wybuchających z krateru. Potem wracała noc, wracał deszcz popiołów, rzeki lawy spienione, zda się, płynęły gęściej i obficiej. Krzyki i nawoływania ludzi się wzmagały, śmierć szła ze wszystkich stron. A te niezmierne kłęby dymu poszły aż do Rzymu i w takiej ilości, iż i tam zaćmiły światło dzienne.
„Naostatek czarności rozeszły się powoli, niby dym lub chmury. Wkrótce potem ujrzeliśmy znowu jasność dnia i słońce nawet, ale blade i takie, jak bywa po zaćmieniu.
„Wszystko było zmienione, podruzgotane, obalone; morze straciło swoje brzegi, a ziemia naga, pusta, bez drzew, bez domów, okryta kupami popiołów, jak czasem bywa śniegiem okryta w dni zimowe, przedstawiała widok najsmutniejszy“.
Głośno opowiadają te same dzieje skamieniali aktorowie tego dramatu, których szkielety odkopano i umieszczono pod szkłem, w małem muzeum, zaraz przy bramie. Jest tam jeden, który upadł na kolana i widocznie, że chciał zasłonić sobie oczy i twarz, ale już nie zdążył — więc tylko wcisnął głowę w ramiona, przechylił ją nieco i rozwartemi szeroko ustami krzyczy!.. krzykiem bólu straszliwego, krzykiem istności dławionej, a bezsilnej. Taki ogrom bólu leży w tej szczęce, połyskującej białemi, młodemi zębami — że po osiemnastu wiekach słyszy się i czuje to wołanie o ratunek.
Albo szkielet kobiety brzemiennej. Upadła na piersi, wyciąga ręce, czołga się, drze ziemię pokrzywionemi palcami, chce uciekać, podrywa się połową ciała... Zapóźno było wszystko i daremnie, została na wieki w tej postawie.
Szkielet żołnierza, znaleziony przy bramie, jest spokojny w postawie, znaleziono go z bronią w ręku — odwrócił się twarzą do ściany i tak pozostał.
Szkielet kobiety, znalezionej na łożu, ten wstrząsa najwięcej.
Spała; obudził ją snadź łoskot walącego się domu i krzyki, uniosła się nieco na łożu, ale pokój był zapełniony dymem i przez zapadniętą część sufitu wlewała się lawa — nie zdążyła wyskoczyć, ręce nieco podniosła, jak się je podnosi bezwiednie w trwodze nagłej, chciała się zerwać, nogi podkurczyła nieco, wyprężyła grzbiet, aby się rzucić do ucieczki — i pozostała w tym ruchu umarłą piorunowo, niby złota pszczoła, kiedy padnie we wrzątek smoły.


∗             ∗
Przebiegałem przez Forum, skąd roztacza się wspaniały widok na linję gór, opłyniętych błękitem, na korony drzew, rosnących niżej i na taflę morza błyszczącego, rozbielonego prawie, w powietrzu olśniewającem białością, na panoramę nieskończenie piękną Neapolu, bielejącego w słonecznych mgłach. Potem koło bazyliki (sądu), największego budynku w Pompei, koło świątyni Apollina, Jowisza, Wenery, Merkurego i hali targowej, ku Porta di Nola, gdzie się obecnie prowadzą wykopaliska. Przeszedłszy jeszcze przez Casa del Fauno, tak nazwanej od bronzowego Fauna tańczącego, znalezionego w impluvium (basenie) razem ze słynną mozaiką bitwy pod Issus, idzie się uliczkami wąskiemi, wyłożonemi tufem, w dzielnicę, położoną bliżej Wezuwjusza, gdzie obecnie pracuje nad odkopywaniem kilkudziesięciu robotników.

Świeżo odkopany dom, jeszcze bez nazwy, jest jednym z piękniejszych.
Jest to typowy domek rzymski; w środku niewielkie atrium z marmurowem impluvium dla wody deszczowej, spływającej z dachów, potem perystyl z kolumnadą, zakreślającą czworokąt, a w koło tych dwóch najobszerniejszych części grupują się pokoiki do ściślejszego domowego użytku, a więc: tablinum (rodzaj salonu), trichnium (jadalnia) i pokoje sypialne ciasne i ciemne, jak również pokoiki dla służby i niewolników.
Wszystkie ściany obłożone stiukiem, a kolumny perystylu z marmuru białego i mozaikowe posadzki wszędzie.
W tablinum dobrze zupełnie zachowane freski: śmierć wleczonej przez byka Dirce, Bryzeis uprowadzana przez Agamemnona, tancerki, trytony, centaury, sceny lubieżne i niezmiernie proste. Są to tylko dekoracje mieszkań, bez perspektywy, jedna lub dwie figury na tle ciemnem, to znowu kawałki krajobrazów — bardzo mało koloru, tony są ledwie zaznaczone i umyślnie przyćmione, aby zbytnio nie zatrzymywały oka w półmroku pokoju. Ściany powleczone farbami czerwonawemi i czarnemi, po których fryzach biegną arabeski zadziwiającej lekkości.
Szkoda tylko, że dwie główne ściany tablinum zostały uszkodzone, i to, jak się zdaje, już w starożytności.
Prawdopodobnie po katastrofie roku 79-go, kiedy jeszcze sterczały wierzchy domów z pod żużli i lawy, niejeden z mieszkańców, jeśli ocalał, albo, co najmożliwsze, rozmaici łupieżcy przedsiębrali poszukiwania, kopiąc doły i krużganki pod ziemią, dobierając się do wnętrza, aby zabrać, co było kosztowniejszego. Dlatego, zdaje się, te dwie ściany przebite znaleziono w nowo odkopanym domu.
W perystylu jasnym, świecącym marmurem śnieżnej białości na posadzce, przedstawiającej jakiś korowód wozów, stoją dwa posążki amorków i dwie bachantki. A w atrium dwie całe zupełnie kolumny z bronzu i posążki, pokryte niebieskawą pleśnią starości — dwóch chłopców, trzymających owoce i ptaki, pogiętych, tłustych, w jakimś zmanierowanym stylu. Posąg Janusa dopełnia całości.
Nad sypialniami i pokojem jadalnym, od frontu, stało jeszcze jedno piętro, z którego gruzy znaleziono w ulicy.
Słowem, odkopany dom podobny jest zupełnie do znanego domu Holconusza, do domu Fauna, Kastora i Poluksa (naprzeciw termów) i do domu Salustjusza. Rząd włoski strasznie powoli prowadzi roboty odkopywania. Jeśli tak dalej pójdzie, to, jak mówią znawcy, nie prędzej jak za lat sześćdziesiąt będzie odkopana cała Pompeja w obrębie dawnych murów, odsłonią się dopiero wtedy dwa szeregi grobowców i willi, leżących poza miastem, przy dawnej drodze do Herkulanum i Neapolu, może jedne z najpiękniejszych, bo w tej Colonia Veneris Pompeianorum posiadali siedziby letnie najbogatsi Rzymianie. Jedno, co rząd dobrze zrobił, to to, że prawie wszystko, co się obecnie wykopuje, będzie pozostawało na miejscu, a tylko najcenniejsze przedmioty przenoszone będą do Neapolu.


∗             ∗

Z wysokości przysypanych jeszcze domów obejmuje się całe miasteczko, szarzejące w świetle i upale słonecznym. W jednym kącie kilkadziesiąt postaci porusza się, niby mrówki, i kopie: odsłaniają uliczkę, biegnącą ku bramie di Nola, rwą długiemi motykami ziemię, zasianą bobem i jęczmieniem wykłoszonym, wywożą ziemię taczkami, lub wynoszą ją w koszach na głowie i prowadzą później małą kolejką ręczną dalej, do dołów za miastem.
Słońce pali niemiłosiernie. Z jednej strony, zboku, siny i spokojny Wezuwjusz, wiszący nad okolicą, niby pogróżka, ze słupem ciągle płynącego z krateru dymu — z drugiej strony, nad Castellammare, od Salerno i Nocery łańcuch gór niebieskich; niżej, przede mną, zatoka Neapolitańska skrzy się i mieni w słońcu, niby ulewa szafirów, roztopionych w srebrze, a ku Noli — płaszczyzna, t. zw. La Campania Felice! I wszędzie w polach wierzby zielone, kanały wąskie, pełne zielonawej wody, długie linje winnic, pola łubinu białego, zagony ricinusów i gaje drzew pomarańczowych na Stabji i Herkulanum, pokręcone pnie figowców, białe płaskie domy, gromady ludzi, pracujących w polach, i cisza, pełna słońca i wiosny, ale nad wszystkiem, na tle laurów i piękna, Wezuwjusz, olbrzym monopolizujący uwagę, ten, którego przewodnicy nazywają krótko i poufale „La montagna“.


∗             ∗

Zpowrotem, w hotelu „le Diomède“ obiad, ma się rozumieć, włoski t. j. nędzny i drogi, z deserem mandolinat i wesołych, skocznych piosenek neapolitańskich; śpiewają nieśmiertelną Santa Lucia, jest i Małgorzatka, jest i Jambo, i dziesiątki piosenek, świeżo importowanych z Paryża i Wiednia. Śpiewacy nie mają wcale głosów, ale przepysznie deklamują przy wiórze mandolin.
Wracamy.
Słońce zapada i błękit zatoki staje się tak mocny, że czyni wrażenie twardości jakiejś. Brzegi rozciągają się w perspektywie, niby czarne pocięte taśmy. Woda u spodu gzemsu, którym pociąg wciąż leci nad brzegiem, jest zielona z przebłyskami turkusu. Nad ziemią rozciąga się szarawy fiolet zmroku, z którego wyłaniają się coraz bliżej białe, niezliczone domy Neapolu i wkrótce znajdujemy się na ulicy Toledo, wśród gwaru i ogłuszających wrzasków wieczornego Corsa.

Neapol, w maju.

VI.
W Neapolu.
O Neapolu, cudowny kraju —
Kto ciebie nie zna, ten nie zna raju.

Może to i raj, ale przyznam, że za głośny, za hałaśliwy.
Już na stacji wpadłem w taki szalony zgiełk i tłok, taka banda rozkrzyczanych ludzi opadła mnie i moje walizy, że musiałem się cofnąć do poczekalni, aby przeczekać nieco to pierwsze uderzenie — ale i tam znaleźli mnie dorożkarze, agenci hotelowi, przewodnicy, cała zgraja, zachwalająca na wszystkie tony, wszelkiemi możliwemi głosami recytatywów: hotele, spacery, wycieczki, omnibusy, restauracje, sklepy i t. d. Kiedym się już usadowił w vetturinie, skoczyło na stopnie dwóch chłopaków z olbrzymiemi bukietami róż i zaczęli mi je wtykać to pod oczy, to pod nos, potrząsać niemi, pokazywać z pewnego oddalenia, krzyczeć, kłócić się z sobą, wymachiwać rękoma, robić najróżnorodniejsze miny; przez jaką minutę, wyrzucili z siebie po kilkaset słów i gestów. Jeden żądał za bukiet franków pięć, sprzedał za pół; kupiłem, aby się pozbyć natrętów, ale i drugi chciał sprzedać koniecznie, a że miałem już dosyć kwiatów, zeskoczył na ulicę i z wściekłą gestykulacją zaczął krzyczeć i grozić mi pięścią.
Zaledwie tamci zniknęli, wskoczył na kozioł agent z hotelu di Napoli, rzucił mi na kolana z setkę reklam i zaczął głośno, bardzo głośno zachwalać swój hotel. Przez uliczki, literalnie zatłoczone ludźmi i straganami, czarne, wąskie, istne kanały, ściekające brudem i poobwieszane schnącą bielizną, dowlekliśmy się do tego Gran Albergo di Napoli, który się okazał tak wstrętną norą, brudną, bez światła i wtłoczoną w najniechlujniejszą dzielnicę Neapolu, że trzeba było, już bez szukania tańszych schronisk, udać się wprost do hotelu Angielskiego, na drugi koniec miasta — i to jechać wciąż pod górę, wolno, wśród piekielnych krzyków i piekielnego upału.


∗             ∗

Wyszedłem po południu zobaczyć miasto. Co za ruch gorączkowy, krzykliwy i nieustanny. Co za ulice! — wysokie, wąskie, brudne, obramowane balkonami, pełne sklepików, kramów, warsztatów rzemieślniczych, izb bez drzwi i bez okien, podobnych do nór, w których się gnieździ rój ludzki, który krzyczy, gada, wymachuje rękoma, potrąca się, przepycha, gwiżdże, śpiewa, handluje, łata łachmany, śmieje się i przewala temi ulicami-rynsztokami — niby bełkocąca fala ludzka, płynąca ustawicznie po wielkich taflach bruków, zarzuconych resztkami jarzyn, śmieciami bez nazwy, dziećmi o cudownie pięknych oczach i ciałach, które na bronz zamieniło słońce. I cała ta bieganina, ten ruch, te krzyki, ta szalona energja, nie robią nic i nic nie budują, są tylko temperamentem, który potrzebuje się wylewać nazewnątrz.
Za dwa soldy kupiłem bukiet kwiatów pomarańczowych; kwiaciarka mówiła za pięć, gestykulowała za dziesięć, śmiała się z mojej włoszczyzny serdecznie i długo, i szła za mną aż na róg zaułka, aby pokazać zejście nadół i w małym wykrawku pomiędzy dachami i tarasami — błyszczącą taflę zatoki.
Schodzę nadół, jeszcze nadół, bez końca. Schody po schodach, to znów spadziste zejścia, których środkiem sączy się strumień brudnej wody. Z obu stron to domy wysokie, to kawał tarasów, z których zielone kuliste głowice drzew pomarańczowych pną się do słońca, to jakiś zakręt, gdzie pomiędzy murami rosną strzępiaste figowce, lśni się szmaragd traw, barwią się kwiaty i wielkie wachlarze palm rysują się delikatnemi konturami na tle nieba i — jest cicho i pięknie.
I znowu schodzę niżej, uliczkami pełnemi straganów, ludzi leżących pod ścianami, zapachów ryb, smażonych na ulicy, dzieci, rzemieślników, pracujących przede drzwiami, to przez ulice wyglądające więcej po europejsku, pełne kawiarń i sklepów eleganckich, ale zapełnionych najobrzydliwszą i jaskrawą tandetą. Zagradza zaś drogę jakiś potężny mur pałacu, z którego tarasów, pomiędzy szklistemi liśćmi śmieją się setki złotawych pomarańcz i blado-zielonych cytryn; róże w smugach, w girlandach spływają po głazach, pną się po kolumnach i zwieszają się festonami, przetykanemi purpurą kwiatów, po balustradach z błękitnego fajansu, a morze znowu przebłyskuje przez tę siatkę roślinną i stwarza tło dla wystrzyżonych bukszpanów, dla jasnozielonych laurów i posągów białych, dla wielkich konturów pałaców. Każdy kolor jest jakby oprawiony w lazur i przez to znakomicie uwydatniony. Wszystko się dopełnia, i, razem z tem niebem i z tem słońcem, które obsypuje złotawym pyłem marmury, zieleń, brudy, kwiaty i ludzi, z temi linjami miasta, piętrzącego się tarasami, białego, poprzetykanego oazami zieleni, tworzy bogatą harmonję — która olśniewa, ale nie porywa.


∗             ∗

Było dnia 4-go maja r. b. W Rzymie już mnie objaśniono, że w dniu tym odbywa się wielka i cudowna uroczystość w katedrze św. Januarego: burzenie się krwi męczennika. Cud, który się staje trzy razy do roku: 16-go września, 16-go grudnia i w pierwszą sobotę majową.
Towarzysze moi pojechali na Caprerę, a ja około ósmej rano poszedłem do kościoła. Ulice główne, prowadzące do katedry od Via Nazionale, były pokryte bramami triumfalnemi i łukami, przerzucanemi od domu do domu, na których powiewały barwy i sztandary z herbami domu Sabaudzkiego i wielkie monogramy Świętego.
Święty January jest tem samem dla Neapolitańczyków, czem św. Antoni dla Padwy i Wenecji — nazywają go też przez szacunek i wielką miłość La Sua Eccelenza San Gennaro!
Wspaniały kościół „Ekscelencji“ zawiera właściwie trzy kościoły w sobie, razem połączone, na prawo wznosi się tak zwane: il Tesoro di San Gennaro (Skarbiec św. Januarego), po lewej starożytna bazylika św. Restytuty, a w środku główny kościół: il Duomo.
Kościół ma kształt krzyża łacińskiego. Sto kilkadziesiąt kolumn z granitu wschodniego podpiera sklepienia i tworzy trzy nawy.
Zwłoki św. Januarego leżą w trybunie wielkiego ołtarza, tworzącej rodzaj świątyńki, przepysznie ozdobionej, fundowanej przez kardynała Caraffę.
Tesoro di S. Gennaro, z początku XVII-go wieku — wielka i wspaniała kaplica. Bronz, marmury, złoto, porfir, lapis-lazuli, materje jedwabne, heban — składają się na całość przeładowaną ozdobami, ale w najczystszym guście neapolitańskim.
W głównym ołtarzu zachowują się flaszeczki z krwią świętego męczennika i jego głowa.
Kaplica była tak przepełniona, że z wielkim trudem, bocznemi drzwiami, dostałem się do środka, niezbyt daleko od ołtarza wielkiego. Tysiące świec i lampek płonęło na ołtarzu i w całej kaplicy. Stopnie ołtarzy, kolumny, lichtarze nawet tonęły pod masą kwiatów. Przysłonięte okna rzucały posępny cień, w którym te masy żółtych świateł tworzyły niby mozaikę bizantyjską, rozbłyskującą tłem złotem. Z wielkich bronzowych kadzielnic, stojących zboku ołtarza, płynęły ustawicznie czerwonawe długie pasma dymów i rozwłóczyły się wolno nad głowami pobożnych postrzępionym obłokiem, snuły się wkoło kolumn i niby siecią pajęczą przysłaniały wszystko.
Wpół do dziesiątej — jakiś stary ksiądz, cały w purpurze, złożył popiersie św. Januarego na ołtarzu, z lewej strony, wtedy księża, siedzący dotąd długiemi szeregami w stallach, zaczęli się podnosić, zapalać świece, iść ku ołtarzowi — i ustawiać się z obu stron, na stopniach.
Przy księdzu, który złożył popiersie, stanęło kilku najstarszych wiekiem.
Głowa świętego jest zamknięta w popiersiu srebrnem, złoconem, przedstawiającem twarz jego podług najdawniejszych tradycyj i pomników. Popiersie pokryte godłami dostojności biskupiej i ozdobione przepysznemi kamieniami. Mitra szyta perłami i złotem, a sznur ogromnych pereł spada na ramiona Świętego.
Naraz gwar cichy, szmery, westchnienia, wszystko to ucichło, bo ksiądz, podtrzymywany pod ramiona, podniósł popiersie do góry i trzymał, okazując je ludowi. Przez kaplicę przeleciał jakby wicher splątany z tysiąca krzyków, tłum zakołysał się gwałtownie, uderzył o bronzową balustradę prezbiterjum i opadł ciężko na kolana w pył i smugi dymów, który zakrył wszystkich jakby obłokiem.
Wyjęto ze skrzyneczki okrągłej relikwjarz z krwią męczennika.
Relikwjarz jest srebrny, okrągły, podobny do ogromnego zegarka z kopertami z kryształu.
Oprawa i rączka do trzymania okryte ozdobami trybowanemi i siatką niezmiernie delikatnych arabesek, pochodzi, zdaje się, z XV-go wieku. W środku, pomiędzy ściankami kryształowemi, zamknięte są dwie ampułki, okrągłe i spłaszczone, z szyjkami wąskiemi i krótkiemi, zupełnie podobne do odnajdywanych w katakumbach.
Ksiądz zeszedł z relikwjarzem do balustrady i uniósł go wgórę, dwóch świeciło ztyłu ścianek kryształowych.
— San Gennaro! San Gennaro!
Buchnął jeden olbrzymi krzyk z tysiąca piersi, przedarł się przez dymy i mroki i bił w kamienne sklepienia wielkiemi rytmami uniesienia, wiary, miłości i prośby.
Ksiądz z relikwjarzem cofnął się do ołtarza i dał go do całowania najbliżej stojącym i głosem mocnym rozpoczął modlitwy.
— San Gennaro! San Gennaro! — jęczał, prosząc, tłum, i zaczął głośno powtarzać za księżmi hymny: głosy się podnosiły, rozpalały, brzmiały coraz większą prośbą, ręce wyciągano do ołtarza, łzy płynęły strumieniami, usta się trzęsły, płacz przechodził w łkanie, spazm jakiś ogarniał wszystkich i trząsł, łamał i rzucał nimi coraz potężniej.
Po kilkunastu minutach wziął relikwjarz ksiądz drugi, ten pierwszy nie był już w stanie utrzymać się na nogach ze zmęczenia.
Krzyki i płacze podniosły się jeszcze gorętsze, kobiety, klęczące najbliżej, zaczęły drżeć całem ciałem, padać twarzą na posadzkę i zduszonemi przez łkanie głosami, wołały, prosiły o cud.
— San Gennaro! San Gennaro!
Jeden tylko jęk wstrząsający było słychać. Kaplica zdawała się drżeć od brzmień.
Światła świec i dymy chwiały się i kłębiły, niby tuman, w który wichry biją, a z głównego kościoła, wielkiemi drzwiami, wdzierał się taki sam potok płaczów, krzyków, modlitw i próśb o cud.
Wtem ksiądz, trzymający relikwjarz, dał znać ręką — przycichnął orkan i wyciągnięte ręce, twarze rozpłakane, oczy błagające, ciała wyprężone, usta niedomknięte, wszystko to jakby skamieniało.
Cud się spełnił.
Te Deum laudamus! — zaintonował ksiądz.
Te Deum laudamus! — powtórzył chór i rozległy się poważne, namaszczone, przeniknięte uwielbieniem dźwięki hymnu i wznosiły się spokojnie ponad orkan krzyków radości, który wybuchnął w kościele, ponad grzmiący odgłos braw, jakie się rozległy.
— Bene! San Gennaro! bene!
— Bravo, San Gennaro!
— Bravo, San Eccelenza, bravo! — krzyczeli z całą gwałtownością swojego temperamentu i deszcz kwiatów, bukiecików, wieńców, gałązek laurowych zaczął zalewać ołtarz, padać na księży, na balustrady, na stalle i posadzki; tysiące ptaszków, przyniesionych w klatkach, przeważnie kanarków, wypuszczano pośpiesznie na wolność i ten rój skrzydlaty ze świegotem ulatywał, obsiadał ołtarze, chwiał się na kapitelach kolumn, fruwał po głowach posągów, bił skrzydłami o kolorowe okna, trzepotał się w przyćmionem świetle i zapełniał kościół cudownemi głosami gajów.
— Bravo, San Gennaro! — wołał wciąż tłum ogromnym głosem rozradowania i cisnął się do ołtarza, aby ujrzeć tę zeschłą krew, przemienioną na kilka chwil w płyn krwi świeżej.
Koło prezbiterjum powstał taki szalony ścisk, tak mocniejsi kułakowali słabszych, tak się wprost tratowano, że się musiałem wycofać na bok, nie zobaczywszy dobrze. Zgnieciony i zmięty, napół żywy z gorąca, wydostałem się na ulicę.


∗             ∗

Wyszedłem na bulwary i siadłem w cieniu wielkich dębów i platanów, rosnących od Villa Reale, wzdłuż brzegów zatoki.
Musiałem długo przymrużać oczy, aby się oswoić nieco z tym blaskiem, którym uderzyło mnie morze.
Można się zapatrzeć i zasłuchać.
Liście szemrzą nad głową, cienie drzew, przesiane światłem, migocą, ciepły powiew, przeniknięty zapachami morskiemi, prawie głaszcze swojem dotknięciem, a oczy toną w tym wielkim, olśniewającym rozlewie lazurowej zatoki, która ze szmerem a chwilami i hukiem, mieni się grzbietami seledynu i mleka, i uderza w kamienne tamy, rozpłaszcza się, opada bryzgami z lapis-lazuli w głąb, cofa się i powraca nieustannie.
Oczy biegną wdal, po poszarpanych brzegach, po górach, których zbocza nagie prześwitują białością z poza zieleni, ślizgają się przez przylądek Mireny, wiszą na miękkich konturach skał Capri, wdzierają się w białawy pasek nieba u szczytu horyzontu, gdzie się ono schodzi z morzem i ślizgają się długo po skrzącej, żywej, cudownej roztoczy zatoki, nakrytej rozpalonem do białości niebem, w środku którego świeci słońce, niby wielki nimbus, promieniejący złotemi skrami na koliska wody.
Potem się idzie na włóczęgę po porcie, i na wybrzeża, gdzie lasy masztów, gdzie setki barek snują się, niby wielkie stonogi, gdzie olbrzymie parowce dyszą ciężko kominami i zgiełk panuje nieustanny, do którego i morze dorzuca swój bełkot groźny; wpośród rybaków, facchinów, przewoźników, lazzaronów, grających w karty na bulwarach i wygrzewających się na słońcu, w ogłuszający gwar wielkiego południowego miasta.
Do obiadu siada się na brzegu, za franka ma się parę ostryg, jaką rybę na oliwie, kawałek chleba, główkę surowej sałaty, albo kilka strączków bobu surowego, nieco wina — i szum morza za orkiestrę, zabawę i otoczenie.
Wraca się później na dawne miejsce na wielkich bulwarach, siada się i znowu się patrzy.
Zaczyna się rozpylać zmrok lekki, w którym kontury Capri i długie ramiona wzgórz, otaczających zatokę, przysłaniają się fioletem, a wielka powierzchnia wody matuje się nieco i przesiąka purpurą zachodu. Wezuwjusz, z pióropuszem dymów różowych, rysuje się bardzo dokładnie na bladem niebie i okrywa się zwolna w zwoje fioletu purpurowego.
Morze, hen, w krańcach widnokręgu, zlewa się z niebem i tak się łączy, że małe, czarne barki, płynące pod żaglem rozpiętym, wydają się ptakami, prującemi powietrze.
Siadam w barkę i płynę daleko, na środek zatoki, skąd ogarniam okiem cały Neapol, rozciągnięty pasem białych, spiętrzonych domów; chaos dachów, kopuł, lśniących różnokolorowemi dachówkami, tarasów, murów, pociętych czarnemi szyjami ulic, w których zaczynają błyskać światła, niby złote kwiaty na łodygach z cieniów.
Gwar coraz cichszą wrzawą dochodzi do nas.
Wiatr słabo przewiewa i marszczy atłas wody.
Barka cicho kraje swoim długim dziobem wodę i szybuje, podrywana wydętym żaglem, łodzie, małe portowe parowce snują się bliżej miasta, majaczeją jak cienie.
Neapol wciąż się zmniejsza i rozpłaszcza, rozlewa się w zmroku. Niebo szarzeje i rozbiela się po krańcach, nad górami, i pokrywa srebrnawą rosą gwiazd.
Wesołe śpiewki jeszcze lecą i drgają na wodzie, płyną z falami, wzdymającemi się jakby westchnienia, jeszcze ostatnie, słabe echa miasta brzmią cicho, coraz ciszej, jeszcze chwilami jakiś natężony krzyk przedrze się przez przestrzenie, zabrzmi ostro i rozsypuje się w pył dźwięków — i zwolna, razem z nocą, rozlewa się w przestrzeniach cisza przeogromna, a wszystkie barwy i kontury się stapiają i tworzą jeden wielki ocean głębokiego granatu.
Płyniemy dalej, jeszcze dalej — wielka barka, obwieszona chińskiemi lampjonami, dopędza nas — i w tem powietrzu słodkiem, kiedy ostatnie szmery usypiającego morza konają w przestrzeniach i ostatnie barwy i światła pylą się zaledwie na Wezuwjuszu i górach — rozlegają się dźwięki piosenek i mandolin.
Wracamy do brzegu z tym śpiewem, co kołysze i zatapia dusze tonami o lśnieniu pereł, owiewa wonią kwiatów pomarańczowych, szepce o szczęściu i miłości, przenika rozmarzeniem nocy wiosennej.
A później, na balkonie hotelu, mając pod stopami miasto, ucichłe we śnie, opłynięte pyłem świateł, a niżej zatokę pustą, omroczoną, szemrzącą tajemniczo i ciągle, migocącą zielonawem światłem gwiazd, otoczony ciszą coraz głębszą i niewypowiedzianie kojącą — prześniłem noc — najpiękniejszą w mojem życiu.

Neapol, w maju.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.