Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kopułą wyzłoconą i siejącą złotawy pył światła na mroczne głębie, na purpury kolumn, na wyblakłe freski i na morze głów ludzkich, czerniejące w zmrokach naw — stoi ten domek cudowny, obłożony z zewnątrz marmurem, mozaikami i przepysznemi płaskorzeźbami.
Przedostałem się do wnętrza po długiem oczekiwaniu. Ciemność dziwna, przesiana żółtawemi refleksami, podobna do ciemności dna morskiego, ogarnęła mnie na wstępie i dopiero po długiej chwili zobaczyłem coś więcej.
Dwanaście złotych lamp o formach kwiatów dziwnych, niby róże mistyczne, promieniowało słabemi blaskami na ściany z prostej cegły i kamieni, odarte, czarne, poszarpane, nędzne — ot takie, jakie mieć może pierwszy lepszy pastuch w Nazarecie. Z głębi, z pośród blasków złotych ozdób ołtarza i z pośród cieniów drgających, przesyconych złotem, purpurą i fioletem, z pośród błękitnych dymów kadzideł — wychyla się twarz czarna cudownego obrazu Matki Boskiej z małym Jezusem na ręku. Obraz cały pokryty jest sznurami pereł i drogich kamieni, tylko twarze są wolne od nich, ale twarze tak czarne, że prócz białek oczów nic więcej nie widać.
Ciszę głęboką przerywał głos księdza, odprawiającego mszę; czasem dźwięk dzwonków, czasem fala westchnień i modlitw wyrywała się z tej zbitej, klęczącej masy ludzkiej, ledwie widocznej w ciemnościach, i znowu zapadała cisza.
Jak to długo trwało — nie wiem, bom się zapatrzył i zasłuchał w tej dziwnej, przejmującej dreszczem ciszy...