Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nabrzmiała skargą i łzami prośby pieśń odwieczna brzmiała potężnie w ciasnej przestrzeni Domku, aż światła drżały, a złote róże lamp kołysały się wolno, a lud coraz więcej kładł w ten śpiew łez i coraz więcej jęku — i rozpalone oczy wpijały się z jakąś gorączką błagalną w cudowne czarne twarze i oczy patrzące wskroś wszystkiego — niby widma groźne mistycznej halucynacji.
Było tak straszliwie gorąco, że musiałem wyjść, aby się nieco orzeźwić.
W jednej z bocznych kaplic, ksiądz, Włoch, mówił kazanie. Słuchało go kilkaset osób. Gestykulował potężnie, a gdy skończył, rozległy się brawa i krzyki:
— Bravo, padre! bravo! bravo!


∗             ∗

Obszedłem miasteczko, zbudowane na szczycie skalistej góry, obwieszonej tarasami, pełnemi winnic i ogrodów, skąd się roztacza prześliczny widok. Widnokrąg, zamknięty z trzech stron amfiteatralnie wznoszącemi się górami, ze szczytami pokrytemi śniegiem. Zbocza wzgórz i dolina zbiegająca aż do morza — to jedna szmaragdowa czara — wypełniona po wręby zielenią i kwiatami, pełna białych domków, winnic, żywopłotów rozkwitłych; czasem wystrzeli z lasu kopuł zielonych wytworna willa, z wieńcem czarnych cyprysów, stojących sztywnie, jakby na straży — to bukiet różowych magnolij promienieje w słońcu, to bzy rozlewają woń duszącą — a wszystko pod najpiękniejszą kopułą błękitu, bez chmur, bez plam i bez odmiany.