Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


try uliczce, niby w kanale wysokości pięciu pięter, skłębione na kamiennych taflach bruku, rozpalonych od słońca, pod nakryciem nieba, nieustannie lejącego ogniem — przesycone zapachami smażonej oliwy, spotniałych ludzi, zwierząt i gnijących po kątach resztek potraw.
Odpocząłem dopiero na czworokątnym placu, okolonym z dwóch stron dwoma piętrami mocnych arkad byłego pałacu Piusa IX-go.
Bronzowa fontanna wyrzucała ze szczodrością potoki wody i rozpylała dobroczynny chłód aż do samych schodów kościoła. Kościół, wielki gmach w stylu romańskim, ale zeszpeconym dodatkami XVIII-go stulecia, z trzema frontowemi drzwiami z bronzu, Giovanni’ego di Milano. Jest tu setka scen ze Starego i Nowego Testamentu w płaskorzeźbie. Drzwi te są poprostu cudownie piękne i tak po malarsku traktowane, że przez swój kolor, przez natężenie oddaleń, przez krajobrazy, przepysznie wykreślone, przez akcję, rozwiniętą nieco dekoracyjnie, robią wrażenie obrazów.
Ogromny kościół o trzech nawach, wyłożony cały marmurami i pysznemi w ołtarzach mozaikami. Podwójny rząd kolumn obciągnięto aż do kapiteli jedwabnym purpurowym adamaszkiem w szerokie złote pasy.
Prawie w środku kościoła, na znacznem podwyższeniu, pod wyniosłą kopułą, przepełnioną freskami, wyobrażającemi różne sceny z historji Najświętszej Panny i z historji przeniesienia domu z Nazaretu, pod kopułą, zakończoną jakby galerją, ośmiokątną, małą