Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


brzem zrobił, bo ustąpili i z taką samą wściekłą pasją rzucili się do następnej dorożki.
Hotel Marinelli, dosyć przyzwoity, ale kuchnia — poczynając od chleba niesolonego, niewypieczonego, podobnego raczej do kitu okiennego, a skończywszy na mięsie, o którem trudno było powiedzieć, czy było wołowe, ośle, końskie, czy jakie inne — wprost okropna. Buljon — to klajster, jarzyny, prawie w pierwotnym stanie podane, smakowałyby prawdopodobnie, gdyby były z osypką — trzodzie naszej. Tylko wino wcale niezłe i pomarańcze ratowały sytuację.


∗             ∗

Szedłem tą główną i jedyną uliczką Loreta, zaczynającą się od pomnika Garibaldiego, a kończącą przed kościołem, wprost oślepiony jaskrawemi promieniami słońca, odbijającemi się od białych murów i bruków, i jak ogłuszony wrzawą, która huczała wokoło. Francuzi, Anglicy, Niemcy, Hiszpanie, czasem dźwięki języków słowiańskich — istna wieża Babel, a wszystko to stłoczone, pomieszane, rozgadane, kupujące w sklepach i kramach pod gołem niebem przerozmaite pamiątki loretańskie; kwik i ryczenie osłów, nadmiernie obładowanych i bitych, krzyki poganiaczów, turkot wozów, z trudem przepychających się przez ciżbę, głosy płaczących dzieci, nawoływania wściekłe sprzedających, bolesne intonacje żebraków, krzyki pijących w „trattoria’ch“ gęsto rozsiadłych, brzęk tamburynów baskijskich, w które z rozkoszą bębniono po sklepach — wszystko to zbite w wąskiej na trzy me-