Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


za nami, rozlewając się, niby potok, po ziemi. Nie była to już noc ciemna i obłokami zakryta, ale ciemność zamkniętej izby. Słychać tylko było jęki kobiet, płacz dzieci, krzyki mężczyzn. Jeden wołał ojca, drugi syna, tamten żony. Ów narzekał na losy swoje, inny na niedolę bliźnich. Byli tacy, którzy z obawy śmierci, wzywali zgonu. Wielu błagało o pomoc bogów, inni myśleli, że ich już nie było, i że ta noc musiała być ostatnią, a wiekuistą, w której świat miał zginąć.
„Ciemności te straszliwe niekiedy się rozświecały, nie blaskiem dnia, ale jasnością płomieni, wybuchających z krateru. Potem wracała noc, wracał deszcz popiołów, rzeki lawy spienione, zda się, płynęły gęściej i obficiej. Krzyki i nawoływania ludzi się wzmagały, śmierć szła ze wszystkich stron. A te niezmierne kłęby dymu poszły aż do Rzymu i w takiej ilości, iż i tam zaćmiły światło dzienne.
„Naostatek czarności rozeszły się powoli, niby dym lub chmury. Wkrótce potem ujrzeliśmy znowu jasność dnia i słońce nawet, ale blade i takie, jak bywa po zaćmieniu.
„Wszystko było zmienione, podruzgotane, obalone; morze straciło swoje brzegi, a ziemia naga, pusta, bez drzew, bez domów, okryta kupami popiołów, jak czasem bywa śniegiem okryta w dni zimowe, przedstawiała widok najsmutniejszy“.
Głośno opowiadają te same dzieje skamieniali aktorowie tego dramatu, których szkielety odkopano i umieszczono pod szkłem, w małem muzeum, zaraz przy bramie. Jest tam jeden, który upadł na kolana