Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


otworzą się i że wypłynie z nich tłum postaci w złotych aureolach.
W wielu miejscach poobsuwana ziemia zagradzała drogę zupełnie. Przewodnik ostrzegał ciągle, aby się nikt nie oddalał w boczne przejścia, bo kilkanaście kroków i już się wpada w labirynt bez wyjścia, którego i oni, przewodnicy, nie znają.
Straciłem pojęcie czasu, tylkośmy szli, potykając się o szczątki marmurów i tablic nagrobnych. Dalsze galerje były jeszcze więcej spustoszone, odarte z ozdób i zrujnowane przez czas. W kaplicach ślady fresków, ołtarze nagie, siedzenia wykute w tufie po niszach bez wyjścia, placyki, z których po kilkadziesiąt korytarzy rozbiegało się we wszystkie strony, przesuwało się przed oczyma. Dwa razy zamigotał słaby promień światła dziennego, spływający do wnętrza katakumb przez t. zw. luminarja, rodzaj studzien, idących z najniższych pięter, aż na powierzchnię ziemi i służących do odświeżania powietrza.
Galerje się krzyżowały i rozchodziły. Czasem uderzyło się nogą w jakąś tablicę z napisem, to zachrupotały pod stopą szczątki flaszeczek szklanych (ampellae), w które zbierano krew męczenników, to maleńkie lampki gliniane, pokryte symbolami chrześcijańskiemi, a których podnosić i zbierać nie wolno.
Wstrzymaliśmy się na chwilę, bo doleciały nas niewiadomo skąd rozlegające się echa śpiewów uroczystych. Przewodnik objaśnił mi, że to w jednej z kaplic podziemnych odprawiają mszę, dla pielgrzymów,