Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wezuwjusz, z pióropuszem dymów różowych, rysuje się bardzo dokładnie na bladem niebie i okrywa się zwolna w zwoje fioletu purpurowego.
Morze, hen, w krańcach widnokręgu, zlewa się z niebem i tak się łączy, że małe, czarne barki, płynące pod żaglem rozpiętym, wydają się ptakami, prującemi powietrze.
Siadam w barkę i płynę daleko, na środek zatoki, skąd ogarniam okiem cały Neapol, rozciągnięty pasem białych, spiętrzonych domów; chaos dachów, kopuł, lśniących różnokolorowemi dachówkami, tarasów, murów, pociętych czarnemi szyjami ulic, w których zaczynają błyskać światła, niby złote kwiaty na łodygach z cieniów.
Gwar coraz cichszą wrzawą dochodzi do nas.
Wiatr słabo przewiewa i marszczy atłas wody.
Barka cicho kraje swoim długim dziobem wodę i szybuje, podrywana wydętym żaglem, łodzie, małe portowe parowce snują się bliżej miasta, majaczeją jak cienie.
Neapol wciąż się zmniejsza i rozpłaszcza, rozlewa się w zmroku. Niebo szarzeje i rozbiela się po krańcach, nad górami, i pokrywa srebrnawą rosą gwiazd.
Wesołe śpiewki jeszcze lecą i drgają na wodzie, płyną z falami, wzdymającemi się jakby westchnienia, jeszcze ostatnie, słabe echa miasta brzmią cicho, coraz ciszej, jeszcze chwilami jakiś natężony krzyk przedrze się przez przestrzenie, zabrzmi ostro i rozsypuje się w pył dźwięków — i zwolna, razem z nocą, rozlewa się w przestrzeniach cisza przeogromna, a wszystkie