Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/273

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Oczy biegną wdal, po poszarpanych brzegach, po górach, których zbocza nagie prześwitują białością z poza zieleni, ślizgają się przez przylądek Mireny, wiszą na miękkich konturach skał Capri, wdzierają się w białawy pasek nieba u szczytu horyzontu, gdzie się ono schodzi z morzem i ślizgają się długo po skrzącej, żywej, cudownej roztoczy zatoki, nakrytej rozpalonem do białości niebem, w środku którego świeci słońce, niby wielki nimbus, promieniejący złotemi skrami na koliska wody.
Potem się idzie na włóczęgę po porcie, i na wybrzeża, gdzie lasy masztów, gdzie setki barek snują się, niby wielkie stonogi, gdzie olbrzymie parowce dyszą ciężko kominami i zgiełk panuje nieustanny, do którego i morze dorzuca swój bełkot groźny; wpośród rybaków, facchinów, przewoźników, lazzaronów, grających w karty na bulwarach i wygrzewających się na słońcu, w ogłuszający gwar wielkiego południowego miasta.
Do obiadu siada się na brzegu, za franka ma się parę ostryg, jaką rybę na oliwie, kawałek chleba, główkę surowej sałaty, albo kilka strączków bobu surowego, nieco wina — i szum morza za orkiestrę, zabawę i otoczenie.
Wraca się później na dawne miejsce na wielkich bulwarach, siada się i znowu się patrzy.
Zaczyna się rozpylać zmrok lekki, w którym kontury Capri i długie ramiona wzgórz, otaczających zatokę, przysłaniają się fioletem, a wielka powierzchnia wody matuje się nieco i przesiąka purpurą zachodu.