Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


siny i spokojny Wezuwjusz, wiszący nad okolicą, niby pogróżka, ze słupem ciągle płynącego z krateru dymu — z drugiej strony, nad Castellammare, od Salerno i Nocery łańcuch gór niebieskich; niżej, przede mną, zatoka Neapolitańska skrzy się i mieni w słońcu, niby ulewa szafirów, roztopionych w srebrze, a ku Noli — płaszczyzna, t. zw. La Campania Felice! I wszędzie w polach wierzby zielone, kanały wąskie, pełne zielonawej wody, długie linje winnic, pola łubinu białego, zagony ricinusów i gaje drzew pomarańczowych na Stabji i Herkulanum, pokręcone pnie figowców, białe płaskie domy, gromady ludzi, pracujących w polach, i cisza, pełna słońca i wiosny, ale nad wszystkiem, na tle laurów i piękna, Wezuwjusz, olbrzym monopolizujący uwagę, ten, którego przewodnicy nazywają krótko i poufale „La montagna“.


∗             ∗

Zpowrotem, w hotelu „le Diomède“ obiad, ma się rozumieć, włoski t. j. nędzny i drogi, z deserem mandolinat i wesołych, skocznych piosenek neapolitańskich; śpiewają nieśmiertelną Santa Lucia, jest i Małgorzatka, jest i Jambo, i dziesiątki piosenek, świeżo importowanych z Paryża i Wiednia. Śpiewacy nie mają wcale głosów, ale przepysznie deklamują przy wiórze mandolin.
Wracamy.
Słońce zapada i błękit zatoki staje się tak mocny, że czyni wrażenie twardości jakiejś. Brzegi rozciągają się w perspektywie, niby czarne pocięte taśmy. Woda