Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


u spodu gzemsu, którym pociąg wciąż leci nad brzegiem, jest zielona z przebłyskami turkusu. Nad ziemią rozciąga się szarawy fiolet zmroku, z którego wyłaniają się coraz bliżej białe, niezliczone domy Neapolu i wkrótce znajdujemy się na ulicy Toledo, wśród gwaru i ogłuszających wrzasków wieczornego Corsa.

Neapol, w maju.

VI.
W Neapolu.
O Neapolu, cudowny kraju —
Kto ciebie nie zna, ten nie zna raju.

Może to i raj, ale przyznam, że za głośny, za hałaśliwy.
Już na stacji wpadłem w taki szalony zgiełk i tłok, taka banda rozkrzyczanych ludzi opadła mnie i moje walizy, że musiałem się cofnąć do poczekalni, aby przeczekać nieco to pierwsze uderzenie — ale i tam znaleźli mnie dorożkarze, agenci hotelowi, przewodnicy, cała zgraja, zachwalająca na wszystkie tony, wszelkiemi możliwemi głosami recytatywów: hotele, spacery, wycieczki, omnibusy, restauracje, sklepy i t. d. Kiedym się już usadowił w vetturinie, skoczyło na stopnie dwóch chłopaków z olbrzymiemi bukietami róż i zaczęli mi je wtykać to pod oczy, to pod nos, potrząsać niemi, pokazywać z pewnego oddalenia, krzyczeć, kłócić się