Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwierzę, które zmuszają do poruszenia się z legowiska, zaczęła się leniwie poruszać i oddalać od stacji.
— Gran Albergo della Pace!
Rozległ się ochrypły od wilgoci krzyk po raz ostatni, czerwone latarnie pociągu zamigotały woddali i znikły, a stacja opustoszała zupełnie. Zakopcone naftowe latarnie pogasły, stację ogarnęła ciemność zupełna — ciemne mury budynków i zarysy drzew utonęły w tym zielonawym, zadeszczonym mroku.
Czekałem poranku, drzemiąc i drżąc z zimna, na ławce przedziwnie twardej, wiatr razem z deszczem wciskał się przez pootwierane drzwi i przenikał mnie do kości chłodem takim, że już w pierwszych brzaskach świtania zwlokłem się i poszedłem do miasta, oddalonego od stacji o dwa kilometry.
Droga biegnie pod górę, ujęta w białe ramy murów, porośniętych bluszczami, który zielone festony rzuca aż na drogę i czepia się z drugiej strony oliwek bladych, popękanych, o pniach poskręcanych, podartych, istne łachmany drzew.
Wielkie pola, ułożone piętrami, pełne zbóż, drzew owocowych, domków, strumieni, wijących się w białych korytach łożysk i opadających kaskadami w kamienne zbiorniki, wiązów, pookręcanych winoroślą już dobrze zieloną — podnoszą się coraz wyżej, piętrzą się aż do stóp gór, opasujących widnokrąg jakby czarną ramą, na których szczytach śniegi białe mieszają się z rudawemi, przesiąkniętemi zorzami wschodu, chmurami.
Droga była oślizgła po deszczu i coraz przykrzejsza, a cichość taka ogromna naokoło, że słychać było