Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niby mgłą, barwy i dźwięki jednoczyły się w wielkiej harmonji majestatu i namaszczania.
Zwolna, potok tych głosów, dusz i barw tonął w kościele — płynął przez nawy, rozbijał się po kaplicach, okrążał domek i ginął w mrokach...

Florencja. Maj, 1895.

III.
Asyż.

O wpół do czwartej rano pociąg stanął w Asyżu.
Byłem senny, zziębnięty i ogromnie zmęczony całonocną jazdą, więc i z wielką przyjemnością wysiadłem. Na świecie było prawie ciemno i deszcz rzęsisty padał nieustannie, słychać było brzęczenie po szybach stacji, jakby wymarłej, tak pustej. Capo stazione, w czerwonej czapce, pod parasolem, spacerował po pustym i rozmiękłym peronie, przysłuchując się sapaniu i rzężeniu maszyny. Kilku tragarzy spało porozciąganych pod murami, z nogami na deszczu.
— Gran Albergo della Pace!
Wołał jakiś brodaty jegomość, przebiegający ustawicznie z końca w koniec pociągu, ale głos brzmiał krótko i rozpraszał się, tonął w tej mrocznej ciszy, pełnej senności i deszczu.
Woda głośno chlupotała, wylewając się rynnami na peron, a maszyna ze zgrzytem i warczeniem, niby