Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


krople deszczu, pluszczące w liście figowców i szmer strumieni, przebłyskujących pomiędzy drzewami. Deszcz wkrótce ustał i zaraz prawie słońce wychyliło rozwichrzoną i płomienną głowę z za Apenin i zalało ten nieco zamglony krajobraz czerwonawem światłem wschodu, w którem stary zamek Asyżu, wysoko nad miastem usadowiony, swojemi porozwalanemi murami, postrzępionemi blankami, opływającemi w pióropusze bluszczów, zajaśniał czarodziejsko, a całe miasteczko, przytulone do jego stóp, spiętrzone jedne nad drugiemi uliczki, domy, tarasy, wieże, ogrody i te trzy piętra czerwonawych arkad klasztoru ś-go Franciszka, dominujące nad wszystkiem — zdawały się pływać na szarem morzu mgieł, zalewających dolinę całą.


∗             ∗

Asyż ma tak odrębny charakter, tak się ostro odcina od wszystkiego, co się widziało i nawet widzieć spodziewało, że ujrzawszy go, jest się zdumionym niespodzianką. Jest wprost cudowny przez swój najczystszy średniowieczny charakter. Domy, ulice, kościoły, twarze, obyczaje, sprzęty, nawet częściowo i ubiory — wszystko to prawie się nie zmieniło od XIV-go i XV-go wieku. Chodzę nie jak po mieście współczesnem i żywem, lecz jak po muzeum archeologicznem. Chodzę odurzony odkryciami niespodziewanemi, temi ulicami-korytarzami, obstawionemi niezmiernie wyniosłemi domami. To budownictwo na szczycie skalistej góry ma swoje własne miejscowe motywy i usprawiedliwienie w architekturze budowli