Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niby orkan, i mordowano się na ulicach, aż krew obryzgiwała księży, niosących monstrancje, i jęki chrapliwe konających mieszały się z hymnami i śpiewami pobożnemi, z głosami dzwonów, z krzykami wściekłości i ze szczękiem oręża — do tych wojen ulic, domów, ba — okien z oknami. Trochę skupienia w sobie, i widzi się to i słyszy. Chodzi się z jakiemś uczuciem ulgi, że to już przeszło, a jednocześnie czuje się jakby pewien żal, „że przeszło zupełnie“.
Ci Włosi, których widzę leżących po ulicach, sprzedających w sklepach, chodzących, wydają się rasą upadłą w stosunku do swoich przodków, rasy bohaterskiej i silnej. Ciągną mnie wprost do swoich kramów, z uśmiechem uniżonym, z gestykulacją aktorów, ze śmieszną patetycznością zachwalają swoje towary — i dąsają się, kiedy nic nie kupię. Kto tylko może i jak może, wyciąga ręce po soldy.


∗             ∗

Przez wąskie uliczki, czysto średniowieczne, idę do św. Antoniego. Niebo bez chmur, ciepło wiosenne. Z wielkich murów zwieszają się zielone gałęzie pnączów kwitnących, a z głębi wychylają się głowice pinij obciętych, pokręconych, narosłych guzami, a miejscami bzy, całe fioletowym kwiatem pokryte, lub wysmukłe korpusy magnolij, całe różowe.
Przed samym kościołem, na placu prawie pustym wznosi się posąg konny, słynnego pogromcy Sforzów, kondotjera Gattamelaty, przez Donatella, z r. 1443, a pierwszy jaki był odlany we Włoszech. W pancerzu