Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przybyłych do Rzymu, i posłuchawszy w skupieniu skąd głos płynie, zaprowadził tam nas.
Wielki ośmiokąt nieregularny, zakończony otworem na powierzchnię, zatłoczony był ludźmi. Ksiądz odprawiał mszę, a tłum klęczący śpiewał.
Żółte światło gromnic na ołtarzu i słabe ogniki stoczków, zdawały się pływać po tej żółtej czarności kaplicy. Twarze klęczących wychylały się z tych mroków jakieś przekształcone, obrzękłe, straszne, bolesne w wyrazie, jakby widma halucynacji gorączkowej, wychylały się i zapadały w czarnej masie, tylko płomyki drżały, śpiew mocnym, ponurym rytmem rozlewał się po nagich ścianach i ciężką falą wdzierał się w korytarze i płynął dalekiemi echami.
Chrystus, stojący na ołtarzu, wyciąga ręce nad klęczącymi i błogosławi, a Jego oczy, jakoś cicho patrzące, zdają się przenikać te wszystkie galerje, kaplice i patrzeć gdzieś, w sam głąb ziemi, wskróś wszystkich grobów, serc i mózgów.
Wyszliśmy rychło, aby jeszcze obejrzeć nieźle dochowane freski i malowidła w niektórych kaplicach. Są to same pierwotne symbole: ryba, która w swej nazwie greckiej zamyka początkowe litery Chrystusa, trafia się najczęściej. Palma, Baranek, Różdżka, Daniel pomiędzy lwami, Chrystus z owieczką na ramieniu, kosz, w którym chleby leżą łącznie z rybą na grzbiecie, trójkąt, ale bez nimbów. Jest wiele scen i postaci, pomieszanych z wierzeniami politeistycznemi. Malowidła są naiwne, postacie zaledwie zaznaczone, głowy olbrzymie bez oczów, albo oczy zajmujące trzecią