Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z mocnych blach, z głową odkrytą, z rodzajem maczugi w ręku, siedzi mocno na koniu silnym, zwykłem bydlęciu od pracy; wielki miecz wisi nisko, koń się nieco wypręża, jakby w gotowości do skoku na nieprzyjaciół. Zielonawy kolor bronzu ani czas nie osłabiły mocnych i realnych szczerze rysów konia i człowieka, który wydaje się na tle tego dziwnego kościoła i tych domów wąskich, okratowanych, tych arkad mocnych, słupów potężnych, balkonów, osłoniętych stalowemi siatkami, jakby żywy — gotowy do boju. Czeka się, rychło Gattamelata podniesie obuch do góry, zepnie konia — i obaj runą na nieprzyjaciela. Kościół ma fasadę włosko-gotycką, odartą, prawie dziką przez surowość, a kopuły bizantyjskie, dzwoneczki ostrołuk najczystszy — obłąki balkonu podtrzymują filarki cienkie, wysmukłe, jakby zrobione przez weneckich złotników i z Wenecji przywiezione.
Wchodzę w olbrzymią nawę środkową, pełną kolorowych, dziwnych refleksów okien. Szereg długi ołtarzy migoce z naw bocznych marmurami i mozaikami. W kaplicy po lewej stronie leży patron miasta, ś-ty Antoni, jeden ze wzniosłych przedstawicieli XII-go stulecia, dusza mistyczna, za której głosem leciały ptaki, zwierz dziki biegł z gór i lasów, ryby z wód — rozmawiał z niemi i rozumiały go, tak jak ś-go Franciszka w Assyżu.
Kaplica jest jego imienia.
Fasada piękna z białego marmuru, o wnękach z marmurów kolorowych, oprawiona, niby w ramy z agatu, w czarny polerowany marmur, podobna jest