Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i gonią się po gzymsach, pomiędzy gałęziami, po głowach posągów. Cicho jest i dobrze. Nie marzy się, tylko myśl spokojnie przędzie swój wątek, a oczy ślizgają się po gzymsach i kapitelach kolumn, po cudnych linjach balkonów, po fasadach mocnych i pięknych — przebiegają plac, biały od słońca płyt kamiennych, gonią za cyklistami, którzy się wkoło Prato trenują — zagłębiają się w podcienia, gdzie przechodzą piękne i wysmukłe kobiety, i toną w lazurze nieba i piją tylko ciszę i piękno. Dobrze tak siedzieć. Woda szemrze tak cicho i dźwięcznie, twarze posągów, pomiędzy któremi jest Batory i Sobieski, mają taki dobry wyraz, jest tak ciepło i wiośniano w powietrzu, że słychać prawie otwieranie się pąków drzew i z wiatrem napływa zapach bzów i magnolij.


∗             ∗

Przed samym wyjazdem poszedłem jeszcze za miasto na wał zielony i resztki murów fortecznych z czasów austrjackich, a potem w pola. Wieczór zapadał cichy i w kanałach, błyskających, niby zwierciadła, poprzez młodą zieleń wierzb, żaby zaczęły rechotać swoją pieśń wieczorną — jak u nas. Słońce świeciło ukośnie i czerwone, przepalone pasma padały na młode listki winorośli, a wielkie zielone dęby rzucały cienie rude, niebo blade mętniało w krańcach i zlewało się z błękitnawą mgłą, poprzez którą przewijała się biała frendzla gór ośnieżonych, jak niezmiernie słodka fraza w preludjum zmroku.