Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stoi i patrzy ze zdumieniem i pokorą, że aż ta wielość, ten rój ciał i dusz — staje się jakąś mistyczną jednością, olbrzymieje i zasłania sobą wszystko, co się działo gdziekolwiek.
A reszta rzeźb i świeczników Donatella, Bellana i Andrzeja Briosca? Jest w nich to wszystko, co się później spotyka po muzeach Florencji, Rzymu, Neapolu — po kościołach i klasztorach Włoch całych. W tych płaskorzeźbach jest cała ludzkość; ludzkość, kiedy cierpi, kiedy marzy, kiedy pracuje, kiedy tworzy i myśli — i wszystko na tle i w przeciwstawieniu przyrody wiecznie spokojnej i wiecznie obojętnej. Jest to wielki pamiętnik Odrodzenia. Druga kaplica, za wielkim ołtarzem, mieści w sobie skarbiec i relikwje.
Wychodzę z kościoła i idę na Prato.
A! jakże tu cicho, jasno i dobrze! Pinje wyniosłe roztaczają zielony dach nad głową, dach, przez który słońce przecieka i złoci fantastycznemi arabeskami trawniki miękkie, puszyste i tak jasno zielone i połyskliwe, jakby je kto roztopionym szmaragdem malował. Kanał seledynowej wody, obiegającej obręczą Prato, przebłyskuje przez drzewa i mieni się drobnemi łuskami zmarszczek. Podwójny szereg białych posągów obiega wkoło i stoi w wielkim majestacie ciszy. Siada się na jakiejś kamiennej ławce i ten dziwny spokój zaraz owłada sercem i mózgiem. Naprzeciw ś-ta Justyna, z ośmioma kopułami, haftuje się na błękicie, a z drugiej strony ratusz swoją czerwonawą fasadą, swoje koronki okien, wylotów i balkonów — wznosi poważnie wgórę. Ptaki śpiewają