Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Cichość nieobjęta wstawała z cieniów i przepojona echami usypiającej przyrody rozsypywała na ziemię i ludzi sen i odpocznienie. Słowiki zaczęły śpiewać swoje hymny nocy i miłości — jak u nas...


II.
W Loreto.

Z Rimini pociąg leciał wybrzeżami, i już do samego Loreto Adrjatyk ciągle leży przed oczyma.
Morze jakby drzemało w błękitnawem spowiciu mgieł i świtu, tylko szerokie i płaskie fale przychodziły z tumanów, konając z lekkim dreszczem na piaskach wybrzeża, prawie pod szynami kolei. Pociąg biegł tak cicho, że było słychać szum i pluskanie morza, i daleki, podobny do żałosnego jęczenia czajek, krzyk mew, upatrujących żeru, i turkoty wozów, toczących się z gór niewidocznych jeszcze, bo przysłoniętych brzaskami przedwschodu.
Nie z krańców, ale jakby z głębin morza, zaczęły się przesączać i rozpylać w przestrzeni różowe zorze, zaczęły przebiegać i drgać w powietrzu jakieś świetlane fale, rozróżowiać szarość i przesycać srebrnawy ton zieleni i perłowość morza — fioletem i purpurą.
Zwoje oparów opadały rozrzedzone, bo czerwona, rozwichrzona kula słońca wychyliła się jakby z toni i ociężale podnosiła się coraz wyżej i wyżej — a na