Strona:Władysław St. Reymont - Z ziemi polskiej i włoskiej.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wysokich, wysuwających się jedne nad drugie, jakby pnących się do powietrza i słońca, istny las kamienny. Niezmiernie śmiało rzucone arkady, krużganki, nakryte kopułami bluszczów lub błękitem nieba, kolumny surowe i lite z jednej sztuki kamienia szklistego i zrudziałego, wnęki rozkoszne, żłobione w boku góry, w których szemrze woda, wytryskująca z pomiędzy poczerniałych głazów, nakrytych frendzlą bujnej roślinności, przepyszne schody, przyczepione do boków domów, schody tak powyginane, wyszlifowane stopami wieków, tak zwietrzałe przez czas, że tylko cudem jakimś trzymają się w powietrzu, balustrady, haftowane z kamienia, okalające tarasy pełne drzew i pnączów, które zieloną fontanną spływają po domach i białych zboczach góry, wyrastającej tuż nad głowami — wszystko to aż odurza rozmaitością, i wygląda, niby dekoracja do jednej ze starych oper włoskich.
Wśród tych murów i ogrodów wiją się pod górę ciemne, po stopniach, uliczki, przejścia tajemnicze, pełne mroków i wilgoci — to znów lecą z pod stóp w jakieś głębie, w których światło dzienne majaczeje zaledwie widmowo, gdzie się chodzi po stopniach oślizgłych i wydeptanych, i gdzie się woda sączy kamiennemi rynnami, wmurowanemi z boków. To znowu ulicą, która u góry, od trzeciego piętra łączy się z sobą arkadami, idzie się tym ciemnym tunelem chwilę, bo zaraz następuje jakaś framuga, okno, któremi słońce wlewa się potokiem i oczy olśnione patrzą na dolinę, śmiejącą się w słońcu, na błękit nieba i na długie kontury gór, stojących w śniegach i w fiolecie oddaleń.